Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starcie Tytanów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starcie Tytanów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Zmierzch Tytanów

Niebo
Spieczone przez słońce
Płacze
Życiodajnymi łzami.

Ale las
Zraniony przez wiatr
Płacze
Martwymi liśćmi.



To haiku z ‘Szoguna’ utkwiło mi w pamięci kilka lat temu i wiedziałem już wtedy, że muszę je zacytować w którymś z odcinków Tytanów, w mojej armii z Athel Loren. Tak się złożyło, że trafiło do odcinka ostatniego. A w związku z tą okolicznością, niech będzie mi dane uronić jedną suchą łzę na pożegnanie z naszą hobbystyczną zabawą.

Pierwotnie odcinka tego miało nie być, ale po drodze okazało się, że Koledzy mają jeszcze całkiem sporo modeli do pokazania, więc zgodziłem się na dogrywkę. Sam też miałem od jakiegoś czasu coś w zanadrzu, więc przynajmniej po raz ostatni forma tej zabawy zdopingowała mnie, żeby figurę pomalować.



Jest to oczywiście Orion - król Athel Loren we własnej osobie. Od zawsze mi się podobał sam pomysł na tę postać jak i obie wersje figur. Model tu to osławiony już finecast. I, jak się niestety można było spodziewać, cierpi na kilka jakościowych problemów, o których wypowiedziały się już zapewne rzesze ludzi. Ale mniejsza o nie, bo w przypadku tego wzoru można je było zamaskować po prostu malowaniem.


Co do malowania, to kolor skóry jest pewną ekstrawagancją (długa historia, skąd się wziął taki pomysł). Reszta trzyma się schematu przyjętego w całej armii, co widać najlepiej na zdjęciach. Na podstawce nie mogło zabraknąć muchomora. Z tyłu jest jeszcze jakiś wielki rydz, ale nie za specjalnie mi się udał, wiec go zamaskowałem przyklejanym listowiem. Jak Wam się ten gigant i jego brytany podobają?


Dzisiaj nie będzie żadnej wstawki literackiej. Zawieszam więc gdzieś tę mini-opowieść pośrodku puszczy. Armia Athel Loren zebrała się i wyruszyła na spotkanie przeznaczeniu. Zmierza na spotkanie swego przeciwnika. Nie dowiemy się jednak, jaki był finał tej wyprawy i jak zakończyła się historia bohaterów, których powołałem do życia, aby ‘ubrać’ w literackie tło plastikowe miniatury. Choć słowo literackie jest tu może pewną przesadą.

Jak się rzekło we wstępie, to pożegnanie z Tytanami. Dotarliśmy do końca naszej wspólnej zabawy w niezłym stylu i kompletnie nie warto mówić czy pamiętać o tym, że z rocznym opóźnieniem. Chciałem podziękować za wszystkie pozytywne jak i krytyczne komentarze, jakie moja armia zebrała tu i jeszcze na starym Bitewnym Zgiełku - naprawdę zagrzewały mnie do pracy.

Szczególnie podziękowania chciałem przekazać Gobosowi i Robsonowi - odwaliliście kawał dobrej roboty! Co prawda musiałem czasem postać nad wami z batem, ale opłaciło się. Nie liczyłem dokładnie, ale pomalowaliśmy razem prawie 500 miniatur. Jakich by jednak statystyk nie podawać, to, zważywszy na nasze możliwości czasowe, wykonaliśmy tytaniczny wysiłek. Panowie: byliście świetni! Pamiętajcie, że macie u mnie do odebrania pewne trofeum, które obiecałem Wam na zakończenie Tytanów - tym razem Wasza kolej, żeby mi o tym przypominać. A jeszcze dzisiaj dedykuję Wam ten utwór. Na finał jak znalazł!

Czas na kilka zdjęć całości. Na początek tzw. zbiorówka.


Teraz zbliżenie na centrum.


W centrum próbowałem złapać ostrość na jednej z bohaterek moich tekstów - Kethavel.


Tymczasem na prawym skrzydle...


... i do kompletu - na lewym:


Jeszcze jedno ujęcie z kategorii 'zamieszanie': tym razem magiczka generał, która w ostatniej bitwie z Wampirami była po prostu świetna.


Na koniec jeszcze jedno ujęcie całości, tym razem pod pewnym kątem.


Zostaje mi ostatnia rzecz do zrobienia. W pierwszym odcinku opowieści o Autumn Sentinels zadedykowałem tę kolekcję Tsarowi. Stąd na koniec jedno pytanie: podobało się Przyjacielu?

Szeperd

Zmierzch, mróz i opady śniegu

Zmierzchało,  było mroźno i na dodatek prószył delikatny śnieg. Cała armia nieumarłych zebrała się w cieniu lasu. Ożywione zwłoki stały beznamiętnie wpatrując się w przestrzeń. Czekali na bitwę, ale bez towarzyszących jej zwykle emocji. Vass Farkas ukryty w zaroślach obserwował rozciągającą się przed nim olbrzymią polanę, na której miała stoczyć się bitwa. Na razie pozostawali w ukryciu, chciał zaskoczyć wroga i zyskać tym większą przewagę.
- Czekamy już wiele godzin, a przeciwników nadal nie widać. Przeklęte tchórzliwe elfy. – wyszczekał gniewnie wampir.
-Tak, Paaanie. I przeklęte tchórzliwe zwierzoczłeki chaosu, Paaaanie. Oni też się spóźniają. – przymilnie wystękał ghoul Zenek spoglądając na swój staroświecki zegarek elektroniczny z kalkulatorem.
- A ty kim jesteś do cholery? – zapytał wściekły wampir.
- Ja, Paaanie? Zenek, Paaanie. Ghoul Zenek. – powiedział ghoul Zenek kłaniając się w pas i tracąc przy tym telefon z górnej kieszeni puchowej kurtki.
- Co? – wampir zdziwił się zapominając o gniewie - Ten z rozdziału VIII „Szeleszczące szepty nocy”?
- Tak, Paaanie. Dokładnie ten. – potwierdził Zenek
- Uwielbiam tą historyjkę – rozmarzył się wampir z uśmiechem na upiornym pysku. Nagle mina mu zrzedła i jego rysy znowu zmieniły się na wściekłe i pełne nienawiści. – To tylko durna bajeczka. Ty nie możesz istnieć.
- Paaanie, w każdej historii jest ziarenko prawdy, Paaanie. W tej ziarenkiem jestem ja. – odparł dumnie prostując się i wskazując na swoją pierś krzywym palcem. Wampir popatrzył na niego krzywo z niesmakiem i niedowierzaniem, ale miał ważniejsze sprawy na głowie niż jakiś świr twierdzący, że piszą o nim historie w Internecie. Z powrotem skupił się na obserwowaniu pola przyszłej bitwy. Nagle w dali zobaczył zbliżającą się jakąś postać.
- Idą – warknął – Przygotować się.
W napięciu obserwował co będzie działo się dalej, ale nie pojawił się nikt więcej. Postać niezgrabnie i powoli zbliżała się do nich. Można już było zobaczyć niektóre szczegóły jak straszliwą bladość skóry osobnika, olbrzymią dziurę w jego brzuchu oraz prawie całkowity brak głowy. Postać z wysuniętymi do przodu rękami ewidentnie szła na oślep.
- Co do k..? – zapytał sam siebie zaskoczony Farkas.
- To ząbi Dżony, Paaanie. Stracił twarz w dziewiątej części i widocznie pobłądził w lesie.
- Janek? Janek Doe? Znaczy się Kowalski? – zapytał uradowany wampir – Uwielbiam „Krótki żywot umarlaka” to moja ulubiona historia….Zaraz, zaraz, przecież on nie może istnieć. – zmarszczył brwi i spiorunował spojrzeniem pokręconego ghoula. Zenek tylko wzruszył ramionami nie wypowiadając ani słowa.
- No dobra, obojętne. Wyślijcie kogoś po niego bo nam rozwali całą zasadzkę. – Po raz kolejny wściekł się Farkas.
- Oczywiście, Paaanie. Zaraz wyślę Władka żeby po niego podjechał – przytaknął mu Zenek.
- Nie, nie, tylko nie Władka przecież on stracił większość członków – bezmyślnie odparł wampir – Zaraz, zarz, zrz, zrz… - wybełkotał szybko wybałuszając oczy na sługę – On też istnieje?
- Nooo, tak Paaanie. On jest tym drugim ziarenkiem prawdy z tej historii – cierpliwie wyjaśnił Zenek.  –  Ale tym gorszym ziarenkiem. Mniej ważnym. 
Vass Farkas zakrył twarz dłońmi i pokiwał głową z niedowierzeniem. Kiedy po wielu trudnościach Władek w końcu przywiózł Dżonego do lasu znowu nastała głęboka cisza. Nagle świsnęło i tuż przed wampirem na gałęzi zawisł nietoperz. Kolejny świst i obok pierwszego przysiadł drugi, ale nie zwisając, bo wiecie, te cholerne plecy. Trzeci świst i uderzenie w drzewo.
– Piephrzony las! – dobył się zduszony krzyk i z krzaków wylazł trzeci gacek.
- Wy…. – wystękał już całkiem skołowaciały wampir wskazując palcem po kolei na każdego z nietoperzy – Wy…
- Tak, Paaanie. To oni. Nasi zwiadowcy. Gwacek, Roger i Drak, Paaanie. – przedstawił całą ekipę Zenek.
- Dhraque! Drogi kolego, Dhraque. – odezwał się z wyrzutem w głosie obolały nietoperz.
- Her Ubersturmfuhrer, melduję, że wroga brak. Powiedzieli, że to... znaczy, że nie przyjdą walczyć – zameldował Gwacek stojąc na baczność.
- No… To chyba nici z potyczki – wyszeptał słabym i zrezygnowanym głosem wampir – Wszyscy spocznij. Rozejść się do domów.. znaczy się grobów.  – dodał obojętnie błądząc wokół  rozbieganym nieobecnym spojrzeniem i  sztywnym krokiem opuścił swój posterunek  .

Dziś ostatnia odsłona, na której chciałem pokazać Wam kilka niezaplanowanych elementów oraz kilka tych zaplanowanych. Dokładnie po osiem sztuk z każdego rodzaju. Chodzi tu o „filery”, których w sumie nie miałem w zamyśle robić, ale ponieważ zachciało mi się mieć po pięćdziesiąt chłopa w oddziałach ghouli i szkieletów postanowiłem uzupełnić je właśnie tymi wypełniaczami. Pewnego dnia po motywującej rozmowie z Szeperdem po prostu siadłem i skleiłem do kupy wszystkie elementy. Malowanie to już dłuższa historia. Brakowało mi dwudziestu szkieletów, które uzupełniłem jednym dokupionym zwykłym modelem oraz pięcioma filerami. Do ghouli musiałem wstawić trzy wypełniacze zastępujące dziewięć modeli. 
Drugą rzeczą są bohaterowie. Prezentuję Wam ich na zdjęciu dziesięciu, ale ostatnio pomalowałem tylko ośmiu. Dwóch z nich powstało już dawno temu, ale chciałem dziś pokazać całość.
Właśnie opócz całości bohaterów możecie zobaczyć też całość armii. Ciężko było ja całą objąć, ale jakos się udało.
Wybaczcie mi kiepskie tym razem zdjęcia, ale jak na złość padła mi w ostatniej chwili druga lampka i miałem tylko jedno źródło światła. Postaram się zamienić zdjęcia jak tylko zakupię nową żarówkę.
Chciałbym podziękować kolegom Tytanom za wspólne pisanie, malowanie i walkę. Gratuluję im skończonej pracy. Patrząc na wszystko czuję duże zadowolenie i cieszę się z zakończonego projektu. No prawie zakończonego. Mi pozostała jedna jedyna figurka bohatera. Jest to stary klasyczny model Vlada von Carstein, którego Wam wkrótce na Zgiełku zademonstruję już poza Starciem Tytanów. Jeszcze raz dziękuję Wam za wspólną zabawę i oczywiście publiczności za wsparcie i komentarze. Do następnego razu.







Tyrani okrucieństwa

Przeklęty ten dzień kiedy tysiące mieczy
Z łoskotem roztoczą swą melodie śmierci
We krwi zbroczone i w ciałach nieprzyjaciół zatopione
Okrutnym tryumfem i ponurą sławą
Zwycięskich Tyranów pochód ogłoszą...

Skeedhor stał na grani, kiedy jego skompletowane wojska przechodziły doliną w kierunku ludzkiego obozu – celu ich ataku. Zewsząd do hordy dołączały kolejne watahy wilków o płonących ślepiach. Niebo patrolowały impy. Masywny gigant torował drogę w starożytnym lesie, wyrywając wiekowe drzewa jak zwykłe krzaki. Skeedhor był dumny – to była największa horda, jaką zwierzoludzie zgromadzili od dziesięcioleci. Czuł władzę i czuł, że może ona być jeszcze większa – kiedy już odnajdzie i uwolni pradawną siłę drzemiącą od wieków w korzeniach świata.
Spojrzał na stojącego obok kapłana, w którego źrenicach palił się błękitny ogień. Ten, jak w transie odwrócił głowę i wolno powiedział głębokim, przerażającym głosem: CHODŹMY – CZEKAM NA CIEBIE.
- Jak mam się do Ciebie zwracać? – Skeedhor sam nie wiedział dlaczego nagle odważył się na to pytanie, które nurtowało go od wielu dni, a którego lękał się zadać.
- JESTEM GRUSHOMET, OD WIEKÓW PAN OKRUCIEŃSTWA, TYRAN STAREGO ŚWIATA TEN, KTÓREGO LĘKALI SIĘ STAROŻYTNI, TEN KTÓRY BYŁ POCZĄTKIEM ICH UPADKU.


***

Balthazar otarł pot z czoła, opierając się o zimny kamień tunelu. Tylko dzięki swojej magicznej sztuce udało mu się przepędzić monstrum, które stanęło im na drodze. Połowa jego oddziału to spotkanie przypłaciła jednak życiem. Stwór uciekł, głęboko poparzony magicznym ogniem, ale Balthazar wiedział, że prędzej czy później on, lub jego ludzie znów będą musieli się z nim zmierzyć.
- Idziemy! Żwawo! – zakomenderował wstając i ruszając żywo w kierunku wnętrza grobowca. Był zdeterminowany jak najszybciej dotrzeć do celu swej podróży i zdobyć broń, która pozwoli mu odeprzeć wszelkie siły ciemności.
Tutel wił się i opadał w głąb ziemi, bez żadnych bocznych korytarzy, czy komór. Prosta droga, w której towarzyszyły im tylko spojrzenia niemych i straszliwych posągów sprzed wieków.
Nagle po wielu minutach, tunel nagle rozszerzył się i grupa stanęła w wielkiej hali. Światło różdżki Balthazara pozwalało dostrzec tylko niewyraźne zarysy misternego sklepienia i kolumnady wewnątrz. Dalej była tylko ciemność. Balthazar wyczuł potężną magię ochronną i rzucił czar rozpoznania. Na posadzce rozbłysły nagle tysiące glifów strażniczych i swoim światłem rozproszyły ciemności komnaty, w tym skute łańcuchami ciało na środku komnaty.
Krzyk szaleństwa ludzi Balthazara, echem odbił się aż przy wejściu do grobowca, alarmując strażników. Dokładnie w tej chwili z lasu wychynęły pierwsze sylwetki zwierzoludzi.


***
Balthazar był jedynym, który nie uciekł albo, który nie umarł ze strachu na sam widok monstrum na środku komnaty. Wiedział, że magia glifów strażniczych  nadal była maocna i że ich jedynym celem było utrzymanie monstrum w tym miejscu. Rozejrzał się wokoło – na ścianach widniały takie same symbole jak na tabliczce. Jego serce zaczęło mocniej bić, gdy zdał sobie sprawę, że mógł popełnić największy błąd w swoim życiu – a może nawet największy błąd w historii ludzkości. Szybko wyciągnął tabliczkę i porównał runy. Kiedy zidentyfikował ostatnią brakującą sylabę upadł na kolana przeklinając starożytnych i ich alfabet, w którym jeden znak mógł mieć wiele znaczeń w zależności od kontekstu – jego tłumaczenie było całkowicie błędne. Grobowiec nie krył Berła Ocalenia. Grobowiec był więzieniem Władcy Okrucieństwa. Podniósł głowę aby spojrzeć na monstrum, wtem jego wzrok napotkał zimny błękitny ogień starożytnych oczu. Przedwieczne zło obudziło się ze swego snu.


***
- OTO JESTEŚ CZŁOWIEKU! NIE ZNALAZŁEŚ TEGO CZEGO PRAGNĄŁEŚ! ZNALAZŁEŚ SWOJĄ ZAGŁADĘ!
- Jeszcze się przekonamy demonie! – Głos Balthazara był niezwykle mizerny w porównaniu do potężnego ryku, który rozdzierał mu od środka czaszkę w mentalnej komunikacji.
- NIE MOŻESZ MI NIC ZROBIĆ! JESTEŚ TYLKO ROBAKIEM! MOI SŁUDZY JUŻ PRZYBYLI ABY MNIE UWOLNIĆ I TY ICH NIE ZATRZYMASZ!
- Słudzy? Jacy słu…? – Balthazar nie zdążył nawet zadać do końca pytania, kiedy jego głowę wypełnił rozdzierający demoniczny śmiech. Balthazar pokonał ból, wiedział, że musi wydostać się na zewnątrz. Jakimś cudem wypełzł z komnaty, po czym rzucił się biegiem w kierunku wyjścia z grobowca. Wiedział, że jego ludzie są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeszcze zanim dobiegł do bramy usłyszał szczęk broni, ujadanie bestii i krzyk umierających ludzi…

Oto jest - koniec. Nie będę wiele pisał tylko podsumowanie. Przed wami pełna armia nowych Beastmenów. 3044 punktów, koszt w złotych polskich: 1976. Dwa lata pracy i zmagań z lenistwem a czasem brakiem czasu. Teraz pozostaje wypróbować ją w boju - pewnie niedługo uraczymy was z kolegami raportem bitewnym w podsumowującym odcinku. Teraz zostawiam już was z obrazkami - i tak nikt tekstu nie czyta! :)

niedziela, 13 listopada 2011

Początek końca

Jasper prawie od tygodnia nic nie jadł. Zwierzoludzie przynosili do jego klatki co prawda jedzenie, ale nie ważył się go tknąć. Widział, co działo się z tymi, którzy jedli. Widział i nie chciał, aby to samo stało się z nim. Wiedział, że jedzenie było skażone. Próbował przekonać innych, ale nikt już go nie słuchał – wszyscy inni byli tu już zbyt długo i dawno postradali rozum. Kiedy przyszła pora na kolejny posiłek widział, jak jego towarzysz z klatki obok rzuca się na prymitywną drewnianą miskę i łapczywie zaczyna jeść breję gołymi rękami.
Wtedy się zaczęło. Człowiek chwycił się za brzuch, zaczął krzyczeć niezrozumiale, tarzać się po całej klatce. Przerażający spektakl trwał kilka minut, po czym mężczyzna upadł bez ruch - martwy, jak wielu przed nim, z ust płynęła krew.
- Kolejny nieszczęśnik umarł, Sigmarze, zabierz jego duszę! – szepnął Jasper w rozpaczy, gdy wtem ciało, które wydawało się martwe zaczęło się poruszać, puchnąć. Ofiara otworzyła oczy i zaczęła wyć jak potępieniec, powieki rozszerzyły się nienaturalnie ukazując całe przerażenie w zwężonych źrenicach. Z prawego boku mężczyzny wystrzeliła oślizgła macka rozrywając ciało i łamiąc żebra. Z lewego barku wyrosła zdeformowana głowa z jednym okiem i gębą pełną ostrych zębów. Człowiek, jeśli tak go jeszcze można było nazwać przestał krzyczeć i zemdlał, kiedy jego ciało zmieniało się w bezkształtną masę kolców, macek i zdeformowanych kończyn. Jasper zastygł w przerażeniu i poczuciu obrzydzenia. Na jego oczach rodził się Pomiot Chaosu.





***

- Nareszcie! Nareszcie PAN pobłogosławił nasze szeregi! – Krzyknął szaman, gdy jeden z jego sług doniósł o przemianie, jaka zachodziła u jednego z ludzi przeznaczonych do eksperymentów. Szybko chwycił swój kostur i wybiegł, aby zobaczyć nową siłę, którą będzie mógł wykorzystać w walce dla swego boga. Przebiegając przez obóz nawet nie zauważył, że do szeregów armii dołączyli kolejni rekruci. Gdyby spojrzał wtedy na namiot przywódcy widziałby jak nad wejściem powiewa baner – złupiony w ostatnim podjeździe na ludzką osadę w celu zebrania niewolników i pożywienia. Armia rosła w siłę i przygotowywała się do ostatniego etapu podróży – do miejsca ukrycia świątyni Starożytnych.


***

Szeroki tunel wiódł początkowo w dół, w głąb ziemi. Wilgotny, zatęchły i ozdobiony wizerunkami przerażających stworów z najgorszych koszmarów. Wizerunki starożytnych cywilizacji i miast, które obracały się w ruinę, wielkie bramy między światami i niepokojące runy wypełniały każdy najmniejszy fragment ściany. Każda płaskorzeźba była dziełem sztuki, nadal niesamowicie wyraźnym, nietkniętym przez czas. Miejsce było wypełnione magią. Potężną, starożytną magią.
- złą magią – pomyślał Balthasar. Coś mu się nie podobało w tym wszystkim. Pierwszy raz od opuszczenia imperium i rady arcymagów miał wątpliwości. Mimo, że wszystko wskazywało, że jest na dobrej drodze, intuicja mówiła mu, że coś tu jest nie tak. Zerknął na żołnierzy, którzy szli obok stanowiąc pierwszą linię obrony. Przerażone miny i trzęsące się ręce zaprawionych w bojach wojów nie przyniosły upragnionego uspokojenia. Ścisnął mocniej pochodnię i zaczął w myśli powtarzać inkantacje wszystkich znanych czarów ochronnych. Tunel zmienił się w płaski korytarz, potem w obszerną salę. Po drugiej stronie pomieszczenia schody wznosiły się w kierunku ogromnej bramy. Z ciemności dał się słyszeć nieprzyjemny plusk, potem kolejny, potem jeszcze jeden. Żołnierze zacisnęli mocno dłonie na orężu. Coś się zbliżało. Coś, co nie powinno od wieków żyć. W ciemności na schodach zamajaczyły dwa błękitne świetlne punkty.

***

ZBLIŻA SIĘ! GODZINA WYZWOLENIA! CZAS MEGO PANOWANIA NADCHODZI! SŁUDZY NIENAWIŚCI PRZYJDZICIE POKŁONIĆ SIĘ PANU! GYERE SOOTET VADEASH, SHOLGEAYA A FODAALATTI EARNYAEK! OBUDŹ SIĘ STRAŻNIKU WIECZNEGO SNU I PRZYGOTUJ MĄ DROGĘ!
***

W tym odcinku zrobiło się trochę potworniej. Z góry przepraszam Szeperda, któremu naopowiadałem, że będzie oddział 20 Gorów, ale zamiast malować Gory dobrałem się w międzyczasie do czegoś innego. Było to pudełko, które ostatnimi czasy zakupiłem poza planem – Chaos Spawny. Nie mogłem się powstrzymać, sorry… Na obrazkach widzimy efekt pracy ostatniego wieczora – bardzo przyjemnie się te stwory malowało i składało (niekoniecznie w tej kolejności). Ta dwójka i Jabberslythe, który jest produkcji francuskiej firmy Fenryl (tam występuje pod nazwą Depths Creature) były świetną odskocznią od tej masy brązowego futra i potarganych szmatek w rozmaitych kolorach, które tak już spowszedniałych na kolejnych hordach beastmenów.
Teraz pozostają „tylko” 24 figurki – 3 minotaury (moje nemezis, nie mogę nawet na nie patrzeć, wiedząc jak wiele pracy będą wymagać, ze względu na standard, jaki sobie w tym oddziale narzuciłem), wspomniane 20 Gorów (zapewne, gdy czytacie te słowa, już stoją na półce po dippingu) i ostatni bohater (shaman).
To powinien być teoretycznie ostatni przed wielką bitwą odcinek Tytanów (teoretycznie, w sumie to dopiero jedenastka, gdzie dwunastka?), a ja nadal mam do pomalowania prawie 20% miniatur. Co zabawniejsze jest to już po obcięciu listy armii z początkowo zakładanej, oraz jesteśmy z Tytanami o rok do tyłu… Straszna perspektywa wtopy! Z drugiej strony (tej optymistycznej) jestem posiadaczem 2500pkt w pełni pomalowanej, grywalnej armii do WHB. Gdyby nie ten projekt pewnie do tej pory wszystkie miniatury leżałyby grzecznie w wypraskach lub świeciły z półki plastikiem. To chyba najlepsza reklama dla tego typu przedsięwzięć. W kupie siła!



Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 100% (134)
Miniatury złożone: 100% (134)
Miniatury pomalowane: 83% (110)
Łączny koszt w punktach: 2535
Łączy koszt w złotych: 1637zł

sobota, 12 listopada 2011

Pan od przyrody?


They are masters of concealment, and have trained themselves so that they can lie unnoticed and unmoving for days on end before springing into action to slay a startled and unfortunate prey.

Księga Wood Elves, 2005


Oj moi Mili, jesień w tym roku jest po prostu przepiękna. Nie mogę się nasycić jej widokiem a i mam przy okazji wrażenie, że w takiej odsłonie dawno jej nie oglądałem. Jest ciepła, kolorowa i pięknie pachnie. Wszechobecne żółte liście, bądź na drzewach, bądź obficie pokrywające chodniki i ulice przypominają mi, jakim to afektem ją darzę. Bez tej właśnie, wyidealizowanej, złotej jesieni, nie byłoby być może kolekcji Wood Elves, której w zasadzie ostatnią (o czym parę słów później) część prezentuję dzisiaj. Wspomniane obrazy popchnęły mnie też do napisania poniższego tekstu. Co prawda jego krótka koncepcja chodziła mi po głowie od dłuższego czasu, a że dodatkowych motywatorów nigdy dosyć…


Bardzo niewiele zjawisk w Starym Świecie można porównać do obrazów, jakie natura maluje w granicach prastarej puszczy Athel Loren. Szczególnie w porze spadających liści, zwanej przez ludzi jesienią, nie można przejść obojętnie wobec wszechobecnego spektaklu piękna. Ten ulotny mariaż czerwonawego słońca, subtelnej mgły i wielokolorowego tła lasu dociera wgłęb wielu serc, budzi smutek, wycisza, zmusza do refleksji nawet najprostsze umysły.

Jak co roku, w miejscach dzikich, czarownych i pięknych, jesień snuła swoją opowieść. Tu, ciepły wiatr śpiewał swoją cichą i spokojną pieśń, głaszcząc drzewa, głazy i liście, układając całe miejsce do zimowego snu. Brunatne i szarawe pnie drzew stawiały mu spokojny opór, jednak korony wielu z nich były już całkiem nagie. Były i takie, gdzie intensywna czerwień i żółć listowia za nic miała sobie zaklęcia wiatru. Pochylała się wraz z konarami w takt jego melodii, poruszając się i szeleszcząc, by wygrawszy te zmagania tkwić dumnie wśród rozłożystych koron.




Liście. Te, które nie miały już dość siły i poddały się wreszcie pieszczotom wiatru, pokrywały całą połać puszczy niczym wielokolorowy dywan, mozaika barw w setkach odcieni. Od zielonych, w których jeszcze tliło się wspomnienie życia i lata, poprzez tkwiących w półśnie, czerwonych towarzyszy, aż do tych żółtych, martwych już, które dały porwać się objęciom jesieni.



Na wzniesieniu, tuż nad wykrotem, rosły smukłe brzozy. Ich delikatne kształty przywodziły na myśl kobiece sylwetki, zapraszane do subtelnego pląsu przez delikatne podmuchy jesiennego wiatru. Gibkie pnie, szarawe tuż przy ziemi, bielały w kierunku dziewczęcych koron. Te mieniły się wciąż jeszcze żółtymi bądź czerwonymi wyspami szeleszczącego listowia.



Ciche i ciepłe podmuchy wiatru podrywały do lotu opadłe liście, pędząc je delikatnie przed sobą. Te, wirując, okrążały wielki, wiekowy, omszały głaz. Jego nieregularne kształty przywodziły na myśl uśpioną od stuleci bestię, której szarawy pancerz porastał zielonym mchem. Miejscami powierzchnia głazu łuszczyła się, odkrywając nagie, jasne, piaskowe fragmenty. Niczym plamy na grzbiecie prehistorycznego gada, świeże miejsca pod zrzuconą właśnie łuską.



Omszały głaz stał nieopodal leniwie szemrzącego strumienia. Senny nurt niósł na grzbiecie zwiędłe liście. Choć cichy z natury, w kilku miejscach głos strumienia stawał się donioślejszy. Tam, gdzie teren opadał, niewielka rzeka tworzyła naturalne przełomy. W miejscach tych , gdzie woda uderzała o sterczące poniżej kamienie, kolor jej zmieniał się z szarego na wiele odcieni błękitu i bieli. Na górze, tuż nad przełomem, bielił się szeroki grzebień, przechodzący dalej w jasne, pionowe smugi, by opaść w fontannie rozprysków i skryć się w białej pianie.



Gdyby ktoś trafił w to miejsce, przypadkowy, zabłąkany wędrowiec, stałby przez moment urzeczony jego pięknem. Po paru chwilach jednak przysiągłby, że jest obserwowany a zimny dreszcz strachu sparaliżowałby jego umysł i ciało. Z pewnością byłoby to ostatnie uczucie, jakiego dane mu było doznać, gdyż z miejsc takich nie powrócił jeszcze nikt.

Jesienną muzykę tego miejsca przeszył na moment inny, fałszywy ton. Dziki ryk tysięcy gardeł, szczęk żelaza i słyszalna żądza mordu. Na moment nie było słychać nic, po czym powróciła owa muzyka. Coś jednak zmieniło się w jej melodii.

Czas ruszać, zaszemrał strumień. Czas, potwierdził wiatr, przyginając gałęzie brzozy. Odwieczny głaz drgnął nieznacznie. Liść spojrzał w tym kierunku. W jego oczach płonął ogień zbliżającej się bitwy.




***

Prezentuję dzisiaj ostatni oddział armii Autumn Sentinels. Ostatni z pierwotnego planu, bo, jak wcześniej się rzekło, przed nami jeszcze jeden, finałowy odcinek, na który szykuję tzw. bonus. A dzisiaj sekcja Rare i tajemniczy Waywatchers, których Tsar nazwał był kiedyś z polska Przepatrywaczami. Do dzisiaj lubię tę interpretację.

Co do pomysłu na malowanie, to sam przyznam, że nieco mnie poniosło. Nie chciałem malować tej ostatniej piątki w identyczny sposób, ani zbliżony do poprzednich jednostek. Chciałem jakoś wyróżnić ich indywidualny charakter, fakt, że we fluffie mówi się, że każdy wygląda i walczy inaczej. Wreszcie stwierdziłem, że powiążę ich jakoś mocniej z dzisiejszym krótkim tekstem (który pojawił się mojej głowie nieco wcześniej).

Stąd próba, myślę dość śmiała, pomalowania każdego zwiadowcy w sposób, który miałby imitować właśnie brzozę, głaz, strumień, wiatr i liść. Starałem się dużo podpatrzeć na spacerach w okolicznym lesie. Przeglądałem też nieco Internet, wpisując po prostu hasła typu jesienny głaz, jesienna brzoza, itp. W każdym razie do końca nie miałem pojęcia, co z tego wyjdzie.

O ile dość łatwo przychodzi pomalowanie figury w wielokolorowe plamy, oblanie szarej farby zielonym washem, czy przetarcie białym kolorem górnych partii ciemnawego podkładu, o tyle strugi wody czy oddanie w jakikolwiek sposób wiatru to inna para kaloszy. Cóż, ważne, że sam rozpoznaję, który model czemu odpowiada. W sumie stwierdzam, że jestem zadowolony z tej pracy. Nawet, jeśli pierwotne założenie nie wyszlo, to przynajmniej poeksperymentowałem z różnymi kolorami i zabiegami malarskimi (nic wielkiego oczywiście). Koniec końców, mam nadzieję, że moja praca przypadnie nieco do gustu czytającym ten wpis.

Co za miesiąc? Za miesiąc będzie raczej w tonie podsumowań (przynajmniej u mnie). Starcie Tytanów dobiega końca i… no dobrze, o tym za miesiąc.



Regiment
Typ: Waywatchers (+Shadow Sentinel)
Ilość: 5
Koszt w punktach: 128 pkt
Koszt w złotych: 70 zł


Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 100%
Łączny koszt w punktach: 2488 pkt
Łączny koszt w złotych: 1215 zł

RSS FeedRSS