czwartek, 28 września 2006

Dług Honorowy

Nie wiem, czy kiedykolwiek w jakimś teleturnieju padnie pytanie: co łączy wojnę polsko-bolszewicką z roku 1920 z King Kongiem, ale jakkolwiek absurdalnie by ono nie brzmiało, istnieje na nie odpowiedź.
Jako ostatnią z serii wydanych przez A.M.F. Plus Group książek przeczytałem ‘Dług honorowy” Roberta F. Karolevitza i Rossa S. Fenn’a. Chronologicznie rzecz ujmując, to powinienem był od niej zacząć, gdyż akcja książki umiejscowiona jest w latach 1919 – 1921 (kolejna z serii „Gorzka chwała” opowiada o okresie międzywojennym a „Sprawa honoru” o czasach II wojny światowej). „Dług” to dzieje grupy niespełna trzydziestoletnich amerykańskich pilotów – weteranów I wojny światowej, którzy postanawiają zorganizować eskadrę lotniczą do wsparcia polskiej armii walczącej z Rosją bolszewicką. Eskadra przyjmuję imię bohatera insurekcji – generała T. Kościuszki – jemu to jak i jego ojczyźnie lotnicy chcą spłacić dług zaciągnięty podczas amerykańskiej wojny o niepodległość.

Książka jest szalona: jej bohaterowie są szaleni, ich przygody są szalone – szalenie dobrze się ją czyta. Rodzina siedziała na tarasie popijając piwo a ja przy małej lampce pilnowałem Jeremiego, traciłem resztki wzroku, które mi zostały i wędrowałem z Paryża do Warszawy, z Warszawy do Lwowa, ze Lwowa do Białej Cerkwi za Kijowem wraz z polską ofensywą. Brałem udział w dramatycznej ucieczce przed kontrofensywą bolszewicką. Wykonywałem kilka lotów dziennie na aeroplanach z lat dwudziestych, z przestrzelonym bakiem, zamarzającym smarem, nadłamanymi skrzydłami, zaciętymi kulomiotami. Nurkowałem na bolszewickie pociągi pancerne i prułem z karabinów w maszerujące kolumny Konarmii. Uciekałem z niewoli i cieszyłem się urokami ciepłych ukraińskich wieczorów, podziwiając bezdyskusyjną  urodę ukraińskich dziewcząt.

Cytaty z autentycznych rozkazów pochwalnych jednoznacznie dowodzą wielkości lotników i ich ogromnego wkładu w polskie zwycięstwo. Książka, oparta na autentycznych zapiskach, opowiada szczegółowo dzieje eskadry. Osobiście zachwyca mnie to, w jaki sposób ludzie ci potrafili przezwyciężać ogrom trudności i przeszkód, wykazując się talentami przywódczymi, organizacyjnymi, odwagą i poświęceniem. Polecam absolutnie, szalenie i dozgonnie. Tutaj można znaleźć ilustrację z książki oraz zdjęcia opisanych w niej bohaterów amerykańskich i polskich (www.dlughonorowy.com).

Gratką jest umieszczenie w tej samej książce wspomnień Coopera, spisanych w 1923 roku – tłumaczenie oddaje autentyczność języka sprzed blisko stu lat.

A co z King Kongiem? Merian C. Cooper został w latach trzydziestych znanym producentem filmowym, ba – jednym z największych w owych czasach. Film o wielkiej małpie to jego zasługa – w scenie ataku na wyrosłego naczelnego pilotuje osobiście samolot. Ot, ciekawostka. Jakże niesamowita!

Robert F. Karolevitz I Ross S. Fenn
A.M.F. Plus Group


Adrian Stolarczyk

wtorek, 26 września 2006

Jak zostać dobrze prosperującym sprinterem.

Wiecie co? Dumny byłem z narzuconego sobie reżimu i tempa w jakim przygotowuje swoją armię do DBA. Jak na moje możliwości idzie mi naprawdę całkiem sprawnie i potrafię nawet przysiąść na kilka godzin w jednym miejscu, co jak wiedzą ci, którzy znają mój temperament, nie jest wcale taką oczywistą rzeczą. Byłem, bo dzisiaj zadowolenie z siebie pękło niczym bańka mydlana. A było to tak.

W sobotę otwarty został, zgodnie z planem zresztą, sklep firmowy Wargamera w Warszawie. Pojawiłem się tam oczywiście na moment o czym już pisałem, ale szybciutko musiałem biec do innych zajęć. Dziś korzystając z odrobiny wolnego czasu i tego, że pracowałem w terenie, blisko tegoż sklepu, zaraz po skończonej pracy pognałem na Wilczą „pobywać” w nowym sklepie. Jakoś tak zeszło mi się ze trzy godziny, ale nie żałuję bo spotkałem kilku znajomych, pomogłem sędziować grę w Warhammerze Ancient Battles i pogawędziłem sobie słodko.

Co pewien czas przez okna sklepowe do środka zaglądali przechodnie, czy to jednak kręcąc głową, czy też się w nią wymownie pukając przechodzili dalej. Stan ten zmieniło dopiero dwóch młodych kominiarzy, którzy zaciekawieni weszli do środka i przyłączyli się do obserwowania jednej z dwóch toczących się bitew. Już po chwili byli w świetnej komitywie ze wszystkimi obecnymi i głośno dopingowali i komentowali sytuacje na polu bitwy. Widać było wyraźnie, że zabawa im się bardzo spodobała, nie dziwiło więc nas, że w chwilę później zaczęli wypytywać o to skąd wziąć takie fajne i czy trzeba to samemu malować? Odpowiedź, że i owszem, modele kupuje się w postaci nie pomalowanej wyraźnie ich jednak zasmuciła. Tu jednak z pomocą przyszli gracze, którzy poinformowali o możliwości znalezienia osób chętnych do pomalowania armii za jakieś niewielkie pieniążki. Dyskusja rozwijała się, aż do tego fatalnego momentu, w którym jeden z graczy opowiedział, że sam bodaj w Anglii trudnił się zawodem malującego figurki i że za jeden model w skali 15mm dostać tam można było około 1 funta (o ile dobrze pamiętam). Chwilę później jednak dowiedziałem się, iż człowiek ten potrafi pomalować taką figurkę w 3 minuty!!

Kiedy wyszedłem już z szoku i pozbierałem swoją dolną szczękę z okolicy kolan zapytałem jak to możliwe? – Są odpowiednie techniki – usłyszałem w odpowiedzi, a później pokrótce takowa została mi opisana.
- Masz czarny podkład na modelach, bierzesz je, drajbraszujesz białą farbą, później w te miejsca nakładasz kolor. Później co najwyżej rozjaśniasz tu i ówdzie nakładając jaśniejsze plamy.
I już? Przez chwilę byłem lekko skołowany. – Ale jak w ten sposób pomalowany model wygląda? – zastanawiałem się na głos. Szybko zostałem uspokojony, że sprawny malarz potrafi zrobić w ten sposób naprawdę dobrą robotę, a figurka wygląda na tyle dobrze, że ktoś chce za nią zapłacić.

No i jak tu teraz się cieszyć z mojego tempa malowania? Mnie pomalowanie jednej figurki zajmuje minimalnie godzinę, a i to tylko wtedy kiedy nie ma wielu elementów i szczegółów. Jasne, mogę powiedzieć, że w moją pracę włożone jest znacznie więcej serca i znacznie bardziej przykładam się do uwydatniania szczegółów i różnic pomiędzy różnymi modelami, ale efekt niejednokrotnie jest słabszy niż tych modelarskich sprinterów.
Cóż, pozostaje nam tylko uspokoić swoje sumienie najbardziej klasycznym z tłumaczeń. Ja to robię dla przyjemności…

A żeby nie było tak całkiem, że nic mi nie idzie prezentuję dzisiaj kolejny warband galijski, który właśnie wykończyłem. Po przemyśleniu za i przeciw, postanowiłem użyć ponownie figurek, które malowałem poprzednio (HaT #8058 Carthaginian Allies) tylko nadać im inny charakter za pomocą barw. Prezentuję więc celtycki oddziałek, lekko uzbrojony i nie opancerzony. Starałem się nadać strojom półnagich wojowników wrażenia, iż są zrobione z charakterystycznego kraciastego materiału, jak mi się udało oceńcie sami. Jeden z wojowników pokryty jest malunkami wojennymi, jakie często można oglądać u galijskich wojowników w podręcznikach dla militarystów i historyków. Na Na trzeci warband trzeba będzie jednak poczekać dłużej.

niedziela, 24 września 2006

Im więcej figur tym mniej

I stało się. Dziś większość dnia spędziłem przy stole z pędzlem w dłoni. Efektem tego weekendowego szaleństwa jest dokończony oddział libijskich harcowników (już drugi) i pierwszy galijski warband.

O Libijczykach nie ma wiele do powiedzenia, podobnie jak wcześniej złożony oddział tak i ten składa się z dwóch modeli firmy HaT (#8058 Carthaginian Allies), w skali 1/72. Kolorystyka pozostała ta sama, jedyną różnicą są nieco bardziej zróżnicowane tarcze. Jeden z wojowników na swojej tarczy wymalowany ma symbol palmy, bardzo popularny wśród afrykańskich żołnierzy Kartaginy. Drugi posiada gładką tarczę ze skóry w łaty.

Więcej ciekawego powiedzieć można o drugim przygotowanym oddziale. W armii Kartaginy często spotkać można było najemników galijskich, a w czasie drugiej wojny punickiej stanowili oni nawet istotną jej siłę. Dlatego też postanowiłem, że trzy warbandy, jakimi dysponuje Kartagina będą właśnie reprezentowały ludy galijskie. Pierwszy z nich złożony jest z trzech modeli firmy HaT (#8058 Carthaginian Allies) i reprezentuje dość niezwykły i elitarny oddział wojowników Galackich z plemienia Gaisatai. Jeszcze do czasów wojen punickich zachował się w tym plemieniu, jako jednym z nielicznych, zwyczaj bielenia i usztywniania włosów wapnem, formowania ich w „kolce”, oraz walki nago. Poprzez odmowę używania zbroi a nawet ubrania wojownicy chcieli udowodnić swą odwagę. Walczyli z dziką bezwzględnością nie obawiając się śmierci, gdyż zgodnie z ich wierzeniami, po śmierci w walce trafiali w chwale do raju dla wojowników.

Ciekawe jest to, że im dalej brnę w budowanie swojej armii kartagińskiej tym więcej braków w figurkach widzę. Na początku nie zwracałem zbytniej uwagi na nieścisłości w narodowościach moich kartagińskich najemników, ale im więcej czytam na ten temat tym bardziej rośnie apetyt na stworzenie nietypowych i różnorodnych oddziałów. Początkowo za lekką jazdę służyła w mojej armii kawaleria hiszpańska, ale później zdałem sobie sprawę, że bez Numidyjczyków będzie czegoś brakowało. Podobnie Gallowie pierwotnie składali się wyłącznie z nagich wojowników, a teraz widzę, że potrzebny będzie jeszcze zakup innych modeli mogących reprezentować Gallów Przedalpejskich. Również oddziały harcowników wymagają dodatkowego „zaciągu”, od kiedy zdałem sobie sprawę, że w armii Barkasów służyli sławni na cały antyczny świat procarze Balearscy. W ten sposób zarówno zapas niewykorzystanych modeli jak i cena mojej armii solidnie wzrosły, ale cóż się nie robi dla własnego hobby?

sobota, 23 września 2006

Początki...

No i piękny przykład dałem ze swoim blogiem, który po kilku zaledwie wpisach zniknął niczym sen ten złoty. W międzyczasie nasza strona również zniknęła z sieci za sprawą uroczych adminów od hostingu i nie wracała przez tydzień czasu, zostałem zawalony robotą, i na koniec rozchorowałem się. A nie ma nic gorszego niż przeziębienie w lecie.

Jeszcze dziś rano, kiedy wychodziłem z domu, starałem się za bardzo nie myśleć o tym ile rzeczy powinienem zrobić, co napisać, pomalować. W ciągu dnia jednak wziąłem udział w ślubie mojego przyjaciela, odwiedziłem w dniu otwarcia sklep Wargamera na ulicy Wilczej i nagle uderzyła mnie myśl, że widocznie to dobry dzień na początki.

Po powrocie do domu rozłożyłem swój warsztat modelarski, przeczytałem instrukcje do montowania drzewek, które kupiłem na Wilczej, i zabrałem się do pisania tej notki. Czas na nowe początki! Mam nadzieję, że energii starczy mi na dłużej niż ostatnio. Czekajcie na następne wpisy i raporty z pola bitwy. Do deadline’u malowania armii do kampanii DBA pozostało już tylko 157 dni.

czwartek, 21 września 2006

Władca Much

Czy ta figurka jest powodem drobnych, acz uciążliwych wypadków, które ‘po mnie chodzą’? Niech pomyślę… W dniu, w którym umówiłem się na odbiór Garlaucha tak paskudzenie zaciąłem się w palec, że droga od samochodu do łazienki tonęła we krwi. O kiedy mam ją w domu, zdążyłem odwiedzić dwa razy pogotowie ratunkowe, moja żona wycofała w jakiś samochód a ostatnio muchy owocówki urządziły sobie wylęgarnie pod dachem. Są ich miliardy a moja wycieczka na dach z puszką muchozolu była mniej rozsądna niż skok na spadochronie bez spadochronu. W sumie do tego ciągu zdarzeń mógłbym dorzucić nagłe oziębienie w sierpniu i konieczność palenia w centralnym, problemy techniczne ze zgiełkiem i forum, lustrację Zyty, suszę w lipcu, kryzys gospodarczy na Węgrzech i zamach stanu w Tajlandii.
W najbliższą niedzielę turniej WFB – bielska liga żegna się z zasadami 6 edycji. Obiecałem sobie, że to tego czasu pomaluję tego-którego-imienia-nie-wolno-wymawiać. Na razie trzymam się planu – godzina dziennie a główny skok planuję na sobotni wieczór. Figurka utonęła obecnie w tuszach a jej zaawansowanie oceniam na 27,36%. Dzisiaj zamierzam wykończyć skrzydła. Muszę też przygotować ostateczną wersję rozpiski. Oby wystarczyło mi wytrwałości w pierwszym zamiarze a rozsądku w drugim.

poniedziałek, 18 września 2006

Cesarz August

Kiedy kilkanaście lat temu pochłonąłem dzieje Juliusza Cezara autorstwa prof. Krawczuka, naturalnie sięgnąłem po biografię Oktawiana Augusta. Pamiętam, że było to w wiejskim domku moich dziadków, mniej więcej w 1992 lub 1993 roku. Leżałem w ogrodzie na turystycznym łóżku i albo popołudniowe, letnie zmęczenie albo wyśmienity obiad mojej babci (zapewne jedno i drugie) uśpiły mnie na tyle, że tego dnia przebrnąłem ledwie przez kilka stron. I tak zostało na długie lata. Oktawian pojawiał się jeszcze tu i ówdzie (na przykład sporo mówi o nim Graves w Ja, Klaudiusz) ale książka leżała nietknięta i zakurzona. Kiedy z kolei obejrzałem ostatni odcinek nagradzanego i wychwalanego (i słusznie) serialu Rzym, w którym to serialu Oktawian jest, krótko mówiąc, niesamowity, od razu chciałem poznać wydarzenia tuż po zasztyletowaniu Cezara. Pognałem do półek i jest!

Biografia rzeczywiście zaczyna się kilka godzin po zamachu a opis dramatycznych wydarzeń, jakie wówczas następują jest preludium do poznania kompletnych losów Oktawiana i współczesnego mu Rzymu. Autor, wg zdania zawartego w posłowie, oparł się w 100% na autentycznych źródłach i pokazał wyłącznie autentyczne zdarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. Nie jest to jednak nudnawy przedruk dawnych skryptów czy ciąg cytatów a sprawnie i żwawo opowiedziana historia młodego człowieka, który w efekcie został pierwszym cesarzem największego starożytnego imperium w Europie. Wydarzenia pomiędzy Idami Marcowymi a śmiercią Oktawiana w sędziwym wieku blisko osiemdziesięciu lat opowiedziane są przy zachowaniu podziału na charakterystyczne okresy jego życia (którym patronują poszczególni bogowie). Tak więc po zemście dokonanej na zabójcach Cezara, przychodzi czas politycznych rozgrywek w Rzymie, II Triumwirat a w końcu rozprawa z Antoniuszem i Kleopatrą. Następnie widzimy jak Oktawian wprowadza Rzym w złoty wiek – reformy, wojny, dyplomacja, legiony w egzotycznych krańcach świata. Poznajemy wreszcie schyłek życia i gorzki smak zapłaty, której domaga się Nemezis – cesarz przeżywa większość swych wrogów czy potomstwa a przed śmiercią oddaje władzę w ręce adoptowanego syna, którego naturalnym ojcem był przeciwnik młodego Oktawiana.

 Nadmienię jeszcze, że częstym zarzutem stawianym biografiom Oktawiana jest nadmierne skupianie się autorów nad aspektami wojen czy polityki, którą prowadził, przy jednoczesnym pominięciu rozkwitu kultury, nowoczesności reform, itp. W przypadku „Cesarza” jest podobnie – ale tylko na pierwszy rzut oka. Zamiast pisać, kim był Horacy, Mecenas czy Wergiliusz, autor umieszcza te postaci w fabule, co znajduję jako ciekawy zabieg.

 Śmiało polecam wszystkim miłośnikom Starożytnego Rzymu, czytelnikom, których fascynują genialne umysły bez względu na umiejscowienie w czasie, również tym, u których emocje wzbudzają gry i intrygi z pogranicza dyplomacji, polityki i ocierania się o prawo.

 Pozostaje mi czekać na drugą serię Rzymu.

Cesarz August, Aleksander Krawczuk
Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Wydawnictwo 1973


Adrian Stolarczyk

piątek, 8 września 2006

Myślałem, że potrafię.

Myślałem, że potrafię. Źle myślałem – nie potrafię. Nie potrafię pisać tyko dla siebie. Nigdy tego przecież nie robiłem. Chyba czułbym się źle bez komentarzy typu: rewelacyjnie piszesz, itd. A pamiętnik? Sam sobie przecież nie powiem, że jestem niezły w składaniu zdań. Ile to już lat się zabieram do pisania o codziennych spostrzeżeniach czy utrwalania co lepszych myśli własnego autorstwa? Ponad dekadę? Mniej więcej tyle. Dokonanych spostrzeżeń czy wydumanych przemyśleń w większości nie pamiętam. Tymczasem mam zaległy tekst o bitwie pod Kłuszynem, czekam na nowego WD, żeby napisać recenzję, wisi nade mną supertajny projekt, nad którym pracuję z Gobosem, trzeba ruszyć kolejną puszkę, zagrać w końcu w Gnomie, itd. Jutro światowa premiera siódmej edycji WFB – namówiłem Prezesa, żeby się ze mną wybrał. Kupię zasady, będę je czytał w każdej wolnej chwili i … nigdy nie skończę już książek, które ostatnio napocząłem. Fakt, że nieco zachłannie, w przypływie wakacyjnego entuzjazmu. Co tam teraz na wokandzie? W imię Rzymu (70%), Boże Igrzysko (1%), Dług honorowy (70%) – trzy pozycje na raz. Sporo – bo zwykle nie zaczynam jednego tematu przed zakończeniem poprzedniego. Tak czy inaczej przeżywam drugi renesans jeśli chodzi o czytanie. Właśnie skończyłem biografię Oktawiana Augusta. Chyba popełnię małą recenzję.

Najbardziej męczy mnie ostatnio Garlauch – niech go diabli porwą! A najlepiej, posługując się warhammerowskim kontekstem – wszyscy bogowie chaosu. Malowanie na zamówienie przyniosło w rezultacie cztery miesiące gadania i ledwie kilka godzin efektywnej pracy. Na dodatek cholerne rogi odpadają po każdym sklejeniu. Dziwnym trafem nie chcą się ‘trzymać na poxipolu’. Muszę się uwinąć do końca września i oddać milusia wreszcie, bo zaczynam się obawiać o własne zdrowie psychiczne.
Jakże ja nie lubię rozgrzebanej roboty! Żeby męki było mało, zobowiązałem się, że przygotuję na Bitewny Zgiełk reportaż z postępów malowania. Tyle tylko, że nie mam chwilowo aparatu a i postępów brak. Dla utrwalenia i zmotywowania samego siebie do pracy umieszczam tu ostatnie zdjęcie (kapitan Dunbar też malował Indian w swoim pamiętniku). Tylne łapy i ogon przed wykończeniem, podstawka wymodelowana i po pierwszym drajbraszu. Postęp prac oceniłbym na 3% więc to zaledwie początek. A we wrześniu chciałem pomalować jeszcze 4 gwardzistów feniksa i przynajmniej jeden element legionu.

Dzisiaj przyjeżdża Sławek – czekam na spotkanie! Pochwalę się nowym pendrivem i tyłkiem Garlaucha.

RSS FeedRSS