Ostatecznie pożegnałem się z Warzone'm. Sprzedałem ostatnie Bauhausowe wyrzuty sumienia zalegające mi na półce po Kickstarterze, który zawiódł mnie na kilku płaszczyznach. Byłem pewien, że nie wrócę. Mam ze cztery inne systemy rozgrzebane, a przecież jestem dorosłym, rozsądnym człowiekiem i nawet mam pewne sukcesy w zwalczaniu przemożnej chęci zakupu kolejnych figurek, które spędzą lata w szufladzie.
I właśnie tu na scenę wchodzą Starci Tytani II!
Koledzy zaskoczyli mnie elegancko. Jako że dzieli nas trochę kilometrów, a szczegóły były ustalane osobiście, moje służby wywiadowcze dały się totalnie zaskoczyć. Ofensywa wybuchła mi w twarz, gdy pewnego pięknego poranka wszedłem na Bitewny Zgiełk. Decyzja zapadła bardzo szybko: Wchodzę w to! Nie daruję sobie szansy uczestnictwa w czymś takim i ponownego spotkania z Towarzystwem przy bitewnym stole, a nie tylko wokół niego. Poza tym skoro Szeperd dał się wyciągnąć z historycznych klimatów w czasy, w których absolutnie nie spodziewałem się go zobaczyć, to żadne wymówki w mych ustach nie brzmiałyby poważnie. Mam nadzieję, że chociaż kilty i krata pozwolą pozostać mu przy zdrowych zmysłach w dwudziestym piątym, czy który to mamy wiek.
A bardziej na serio: tego właśnie potrzebuję. Stosunkowo szybkiego, zamkniętego projektu, który pozwoli mi bitewniakowo odżyć, a nie znów zagrzebać się w kolejnym temacie na lata. A Warzone, mimo że nigdy w niego nie grałem, jest wdrukowany w moją podświadomość. Pierwsza figurka do bitewniaka jaką widziałem na żywo to był Blood Beret, pomalowany przez kolegę z podstawówki. I to pomalowany z dokładnością i starannością, o które kolegi roztrzepańca bym nie podejrzewał. Pamiętam ten opad szczęki. Później były zdjęcia w Magii i Mieczu i doskonałe grafiki na kartach do Doom Troopera, które, chwalmy Prodosa, nadal są w oficjalnym użyciu w erze WZR. I tak jak największy sentyment mam do 12 samolotów, które zdobiły karty kalendarza wydawnictwa Bellona na 1996 rok, tak Warzone porusza we mnie struny, których pewnie żaden inny bitewniak już nie będzie miał szans poruszyć. Dlatego też cieszę się że, koniec końców, będę dowodził Imperialem. Obecne wzory imperialistycznych figurek pasują do moich sentymentalnych oczekiwań dużo bardziej, niż figury, będącego zawsze moim pierwszym korporacyjnym wyborem, Bauhausu.
A więc stało się! Nie ma odwrotu! To jest początek mojej rezurekcji! Strzeżcie się!
Jak już dostałem figurki w swoje ręce to wpadłem w taki amok, że nie uświadomiłem sobie, że może wypadałoby uroczyście otworzyć pudełko, jak zrobiła większość Kolegów. Jak o tym pomyślałem, było już za późno.
Zasady zacząłem dopiero czytać. Nabyłem jednak od razu zestaw startowy, bo nie wyobrażam sobie Imperialu bez Piechoty Okopowej. Dorwałem go w bardzo okazyjnej cenie 120zł, ale chyba sklep wyprzedawał resztki. Poza tym wybrałem się na Wilczą i mimo, że nie byłe pełnej oferty, to tak się nastawiłem, że nie wrócę z pustymi rękami, że na moje biurko trafili Operatorzy Sił Specjalnych i Brygadier Rist. Tego ostatniego na pewno nie użyję w pierwszej rozpisce, bo kosztuje 100pkt.
Nad dopięciem rozpiski jeszcze kombinuję. Pewnie coś jeszcze dokupię w listopadzie i zobaczymy co mi się w te pierwsze czterysta punktów zmieści.
Stan posiadania na poniższym zdjęciu. Prace trwają. Wszystko ma już na sobie co najmniej podkład. Czeka mnie teraz ciężkie zadania przejrzenia, które z moich farb jeszcze się nadają do użytku. A potem zobaczymy ile będę się musiał nauczyć od nowa. Mam nadzieję, że moi Okopowcy wybaczą mi zardzewiałe umiejętności.
Następnym razem obiecuję więcej fot i mniej tekstu. Zdjęcia też będą lepsze, bo teraz to było na żywioł.