środa, 3 marca 2010

Za siebie

Her hair becomes a twisted mass of thorns, briars and twigs, her face distorts into a terrifying and savage visage, her limbs turn long and wood-like, and her fingers become vicious talons capable of rending and impaling her prey.


Księga Wood Elves, 2005

Muszę przyznać, że miałem sporą satysfakcję po przeczytaniu komentarzy Czytelników, jakie pojawiły się po publikacji Starcia Tytanów. Nic nie daje takiego kopa do dalszej pracy, jak pozytywny odbiór! Co prawda moja armia została najskromniej skomentowana, czego akurat nie rozumiem. Szczególnie, że na tle miernoty, jaką pokazali Koledzy, mnie należało się najwięcej i najlepszych komentarzy. Bo co też takiego pokazali? Jak zobaczyłem zdjęcia, to nosiłem się przez moment z zamiarem dodania, że Starciu Tytanów patronuje Polski Związek Kynologiczny…

Przy okazji dzisiejszej odsłony naszej warhammerowej zabawy chciałem cofnąć się w czasie, powspominać, wyjaśnić, pogawędzić.  Jak daleko się cofnąć? Najpierw o pięć lat, do sierpnia 2005, imprezy, zwanej w pewnych kręgach Beerkonem, oraz faktu, że prosto ze stolicy przejechał do mnie świeżutki numer White Dwarfa - numer 308. Okładka i część zawartości poświecona była właśnie ostatniej edycji armii Wood Elves – raport, wywiady z grafikami, rzeźbiarzami i malarzami. Pamiętam, że byłem zachwycony tym, jak prezentowało się nowe dziecko GW. Było to dla mnie prawie jak otwarcie nowej ery figurek WFB. Przełomowy design (nie tylko w stosunku do starszej edycji armii, ale również do innych, dostępnych wtedy kolekcji), plastikowe zestawy do składania, wypowiedzi twórców, ich inspiracje. Pointa? Do dzisiaj uważam, że GW nie pobiło niczym poziomu wydanej w 2005 roku armii Leśnych Elfów. Pojawiły się oczywiście przez ostatnie lata nowe edycje dla innych ras, jednak tak kompletnego, gruntownego i udanego ‘przemeblowania’, jak w przypadku WE, nie zauważam. Wystarczy, że porównam do tego tak zwaną ‘nową edycję’ High Elves. Ale zostawmy to.  Czy pięć lat temu widziałem, że w końcu zasiane ziarenko zakiełkuje? Tak, kwestią otwartą pozostawało tylko kiedy.

Dla porządku cofnę się jeszcze o kilkanaście lat – ówczesna armia Leśnych Elfów to także moje pierwsze zetknięcie się ze światem Warhammera. Czy to przypadek? Być może, być może. Sprawcę tego zdarzenia znają wszyscy i pisałem już w kilku miejscach o tym ‘incydencie’. Tsar zawołał mnie kiedyś do siebie, bo był przywiózł właśnie sporą armię WE, którą odkupił okazyjnie, bodaj w bielskim wówczas Bardzie. Było tam sporo łuczników, trochę jazdy i włóczników. No i oczywiście Orion – kapitalna figura z poprzedniej edycji. Tak właśnie rodziło się hobby, gdy na podłodze graliśmy pierwsze bitwy, w których Tyrion dzielnie odpierał ataki połączonych, krasnoludzkich (sic!) i leśnych sił. Ciekawe, jaki pod to fluff by trzeba było napisać, co?

Wracając do reedycji sprzed pięciu lat i moich nad nią zachwytów, dzięki wspomnianemu WD zajrzałem na całą imprezę od kuchni. Po pierwsze Matt Ward (współautor księgi) i  sporych rozmiarów artykuł o stronie fluffowej i zasadach, a więc takie motywy, jak pełna napięcia symbioza elfów i pierwotnych mieszkańców Loren, jak autorska perspektywa, że na wszystkie trzy elfie armie w świecie warhammera należy patrzeć razem, niczym na trzyczęściową opowieść, wreszcie komentarze o tym, że Wood Elves to armia trudna w prowadzeniu, wymagająca sporego kunsztu, oparta na płynnej i delikatnej równowadze różnych oddziałów i ich zalet. Po drugie Alun Davies (jeden z trzech grafików, którego prace znalazły się w księdze) i jego spojrzenie na inspiracje, próbę oddania niepokojącego charakteru armii, naturalnego (w sensie, związanego z naturą), również neutralnego. Po trzecie Paul Jeacock i jego praca koncepcyjna, na której oparli się rzeźbiarze – próba odejścia od przesłodzonego fantasy i leśnych wróżek, pójście w kierunku mrocznego i groźnego klimatu, stworzenie wizji elfów i innych leśnych istot, nie będących w założeniu mieszkańcami lasu a raczej jego integralną częścią. Wreszcie Alex Hedstrom (jeden z kilku rzeźbiarzy odpowiedzialnych za powołanie nowych wówczas miniatur do życia) i jego spojrzenie na proces tworzenia wzorów, uzyskanego efektu płynności, zwiewności i delikatności, między innymi dzięki użyciu wielu długich płaszczyzn.  Co tu dużo mówić: człowiek się podpala, jak to czyta i widzi.

A co dzisiaj? Ponieważ, jak pisałem na wstępie, Koledzy spuścili ostatnio ze smyczy jakąś psiarnię, ja nie będę im dłużny. Najpierw pociągnę im fluffowo: beware you dog-eaters for the fury of tree-her has been unleashed and my tree-like-girls will strike you with anger… (prawie jak Pulp Fiction?) a potem zabiję ich poziomem malowania, przede wszystkim zaś ogólnym wyglądem oddziału. Dzisiaj bowiem chciałem pochwalić się regimentem leśnych driad, kolejnym plastikowym oddziałem z przepastnego pudła o nazwie ‘batalion’. Zestaw do montażu driad pozwala na sporą dowolność konfiguracji. Przyznam, że ich złożenie zajęło mi kilka dobrych godzin, jednak już po pierwszej figurce czułem się wniebowzięty – po prostu wzory te są kapitalne i nie mogę skończyć własnych zachwytów. Lekkość, dynamika i drapieżność sprawiają, że w mojej ocenie jest to jeden z najciekawszych modelarskich pomysłów GW. Nie mówiąc już o porównaniu do poprzedniej edycji, gdzie driady przypominały przebraną za chochoły grupę pijanych rolników, która wracała z jedynego we wsi baru, zataczając się wahadłowo na boki.

Nie sposób również przemilczeć zalet bojowych – tych dostajemy całkiem spory wachlarz. Nieprzeciętne statystki (S, T, A), formacja skirmisz, wreszcie wszystkie dobrodziejstwa zasady Forest Spirit sprawiają, że driady są mocnym uderzeniem w sekcji Core i nie wyobrażam sobie, żeby nie znalazły się w mojej armii. Oj, korci mnie już, żeby spróbować się w walce. Cierpliwości, cierpliwości…



Jak poszło malowanie? Dwie trudności: pierwsza z dostępem do miejsc tuż pod włosami-gałęziami, druga z kolorem bazowym, jaki zastosowałem. Przy prototypie (a więc pierwszej figurce) nie zwróciłem na to uwagi, jednak już przy próbie malowanie czterech na raz, co mam obecnie w zwyczaju (tzn. niekoniecznie cztery figurki na raz, tylko więcej), kolor bazowy (graveyard earth) nie krył, jak należy. Szybka decyzja i wyprawa po foundation paint khemri brown rozwiązały problem. Co do samej kolorystyki, to trzymam się tu oczywiście leit motivu z jesienią. Dla złamania efektu postanowiłem zrobić tym leśnym pięknościom mocne, zielone oczy. Do tego najlepiej według mnie nadał się kolor scorpion green. Poza tym chciałem napisać, że bardzo przypadło mi do gustu stwierdzenie Robsona: wolę mieć pomalowaną przyzwoicie armie, niż nie mieć super pomalowanej armii.... Zamierzam trzymać się go do końca leśnej przygody figurkowej, rezerwując bardziej wyszukane malowanie na pojedynczych bohaterów. Do usłyszenia w marcu… że co? Że fluffu nie ma?... Dobra, to dzisiaj będzie taki... Albo taki  …  A dla każdego, kto odsłucha, prezent od Leśnej Wytwórni Filmowej – strzała między oczy!

Regiment
Typ: driady + nimfa
Ilość: 9
Koszt w punktach: 120 pkt
Koszt w złotych: 56 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 91,67%
Stan złożonych figur:  33,33%
Stan pomalowanych figur:  19,79%
Łączny koszt w punktach: 264 pkt
Łączny koszt w złotych: 123 zł

Adrian Stolarczyk

Po zmroku

II. Po zmroku

 Co to było? – jęknął Borys do przyjaciela - Słyszałeś ten skowyt?
Przyjaciel Borysa o imieniu Johann też wyglądał na zaniepokojonego. 
– Myślałem, że te plugawe bestie już tu nie wrócą. Trzeba sprawdzić stary cmentarz, może któryś jeszcze dycha… Ścierwa. – splunął siarczyście na świeży śnieg. Borys spojrzał na niego z lękiem w oczach.
 – Ale,…eee…nie powinniśmy wezwać posiłków? - Zapytał słabym głosem. 

– Nie bądź baba Borys, chyba potrafisz dobić rannego wilka, co? – zbeształ go Johann, starając się ukryć drżenie głosu i pchnął kolegę, żeby ten szedł przodem. Nie powiedział tego na głos, ale na myśl o nocnej podróży na cmentarz robił w gacie. Przełknął głośno ślinę.

Grubawy i niski Borys był świeżo upieczonym kislewskim bojarem. Odważny był z niego chłop, ale cmentarzyska przerażały go jak nic w świecie. Jedyne, czego się bał, to umarlaków. Jego dobry przyjaciel Johann był najmitą z Altdorfu. Dużo więcej gadał niż robił, strasznie cwaniaczył i „wszystko” widział i wiedział. Mimo to Borys lubił go. Johann był wesołym kompanem do kielicha, a tego wszystkim było trzeba w tych parszywych czasach. 
Gdy zbliżyli się do bram cmentarza skowyty całkowicie ucichły. Ta zmiana zaniepokoiła ich jeszcze bardziej. Nie wiedzieli gdzie dokładnie znajduje się źródło tego okropnego dźwięku i teraz musieli szukać po omacku. Nie dane im jednak było znalezienie tego miejsca. Gdy tylko przekroczyli wejście,  usłyszeli za sobą przerażający warkot. Odwrócili się obaj równocześnie, jak na rozkaz. Krew odpłynęła im z twarzy, gdy ujrzeli jego źródło.



Nad bramą siedziało dwóch cmentarnych ścierwojadów. Szczerzyły do przerażonych ludzi wielkie pożółkłe kły, a z ich pysków kapała nienaturalna ślina. Dwie pary wściekle zielonych ślepi świdrowały ich od stóp do głów. Borys wyszarpał szablę z pochwy i drżącą skierował w stronę potworów. Johann stał jak zamurowany, nie mogąc zrobić żadnego ruchu. W tym momencie usłyszeli za sobą zwielokrotnione powarkiwania. Przerażenie sięgnęło granic możliwości. Ghoule rzuciły się do ataku.



Wampir obserwował rzeź na dwóch ludziach siedząc na szczycie starej, opuszczonej kaplicy. Pozwolił ghoulom na odrobinę rozrywki. Z gardła mniejszego człeka bryzgnęła krew i upadł na ziemie z okropnym charkotem. Kilka potworów natychmiast rzuciło się na jego zwłoki rozszarpując jego ciało zębami i pazurami. Pożerali go jeszcze żywego, na jego własnych,  wytrzeszczonych, przerażonych oczach. Oczach, w których szybko gasło życie. Wystarczy! Wampir zeskoczył między pozostałe ghoule, odtrącając je od drugiej ofiary. – Ten jest mój! – warknął na nich złowieszczo. Stwory natychmiast wycofały się ze strachem.

Przed Johanna nagle wskoczyła jakaś wielka postać, przewracając go na ziemię. Ratunek? - pomyślał z niedorzeczną nadzieją. Niewiele widział w ciemności. Zerwał się na równe nogi, jednak nadzieja szybko zgasła, gdy ciemna postać zwróciła w jego stronę swój paskudny pysk. Poczuł, że po nodze ścieka mu coś ciepłego. Żółć razem z całym żołądkiem podeszły mu do gardła. Uzmysłowił, sobie że to jego koniec.

Wampir z niemal ludzkim politowaniem spojrzał na umierającego ze strachu człeka. Żałosne i słabe stworzenia, sam kraniec łańcucha pokarmowego. Zarechotał głośno i rzucił się zdobyczy do gardła, szeroko rozwierając paszczę, uzbrojoną w straszliwe zębiska. Wessał się w tętnicę, chciwie spijając gorącą krew. Smakował przeciętnie, ale była to jeden z niewielu okazji, jakie nadarzyły się ostatnio. Odrzucił wyssane zwłoki i otarł spływającą mu po brodzie krew. Wiedział, że nie może zostawić śladów.



 – Jest wasz – syknął do ścierwojadów. Te, jakby tylko czekając na to przyzwolenie,  natychmiast rzuciły się łapczywie na zwłoki, szarpiąc je i pożerając.

***

Przedstawiam Wam dzisiaj niewielki oddział Ghouli w ilości 10 sztuk. Co takiego nietypowego jest w tych modelach, że skusiło mnie do zebrania akurat tych wzorów? A wystarczy mi tyle, że to metalowe miniatury z poprzedniej edycji. Jeśli ktoś chciałby spojrzeć na obecne plastikowe Ghoule odsyłam na stronę GW, do działu armii Vampire Counts. Dodatkowo zmodyfikowałem figurki „ubierając” je w stare szmaty. Chciałem żeby wyglądali na jeszcze większych obdartusów. Dziękuję wszystkim za uwagę i zapraszam do dalszych odsłon naszej zgiełkowej zabawy.

Pomalowane: 21 modeli (10,40%)
Ilość punktów: 278 (8,44%)
Jakub Gowin


Przepowiednia

Rozdział pierwszy - Przepowiednia

Kilka miesięcy wcześniej


- Jesteście bardziej ograniczeni niż stado Snotlingów w noc świętojańską! - wykrzyczał Balthazar, a jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Po zebranych w sali magach przeszedł szmer oburzenia.
- Waż słowa, Baltazarze, gdyż nie jesteś na targu przekupniów. Na razie nie powiedziałeś nic, co mogłoby przechylić decyzję rady na Twoją korzyść. Jeśli masz coś konkretnego do powiedzenia to mów, w przeciwnym razie zamilknij i nie obrażaj nikogo więcej, albo poniesiesz tego konsekwencje – spokojny głos przewodniczącego rady dobiegł z przeciwległego końca sali, z bogato zdobionego wzniesienia. Balthazar przetarł czoło pięknie haftowaną chustą. Pozostał ostatni, niepodważalny argument...


 - Cesarz naszego imperium... uważa... że to obiecujący pomysł – wypowiadając te słowa już zaczynał się zastanawiać jak wytłumaczy to wierutne kłamstwo... Może nie będzie musiał, jeśli ci głupcy mu teraz uwierzą. Talizman Zasłony Umysłu, jak nazwał go Balthazar, gdy odkrył jego specjalne własności, zawibrował ukryty w połach szaty. Ponad tuzin najpotężniejszych magów w Imperium próbowało przeczytać jego prawdziwe myśli...
- A więc niech tak się stanie – zawyrokował wreszcie przewodniczący rady po minucie skupienia, która Balthazarowi wydawała się całą wiecznością – dostaniesz listy polecające, ludzi do ochrony i potrzebny sprzęt. Wyruszysz kiedy będziesz gotów.
- A więc wyruszę natychmiast!


***


Balthazar odłożył runiczną tabliczkę, której zawartość studiował przez ostatnią godzinę na półkę, tuż obok talizmanu, który jeszcze rok temu był dla niego kompletną zagadką, a który okazał się największym jego skarbem, który pozwolił mu na zrealizowanie dzieła swojego życia. Teraz był już coraz bliżej, z każdym dniem czuł coraz większe podekscytowanie. Z każdym odkrytym monumentem, z każdą kamienną tablicą, z każdą niemalże przerzuconą przez chłopów łopatą ziemi, zbliżał się do celu, który wyznaczyła ta mała runiczna tabliczka. Berło Ocalenia – tego szukał, artefakt, niewiadomej mocy, ale na pewno mocy tak wielkiej, że żaden śmiertelnik nie potrafił sobie jej wyobrazić, artefakt stworzony przez samych Starożytnych, zanim świat został skażony przez Chaos. Artefakt, który już raz posłużył tymże Starożytnym na przeciwstawienie się siłom Chaosu. Artefakt, który na powrót mógł przywrócić ład w świecie, zmieść z powierzchni wszystkie hordy chaosu i wysłać z powrotem w piekielne czeluście. A ten, kto nim by władał, stałby się nowym panem świata, potężniejszym niż sam cesarz! Umysł Balthazara odpływał powoli w kierunku marzeń sennych, godzina była już naprawdę późna, ciszy nocy nie mącił żaden prawie dźwięk, jedynie przechodzący strażnik zaczepił nogą o linkę namiotu, która jęknęła cicho jak napinana cięciwa łuku... 
- Jutro znajdziemy wejście do Świątyni – pomyślał Balthazar z wyrazem samozadowolenia na twarzy i położył się na swoim wygodnym łożu.


***


Pytanie, dlaczego pozwolono tym ludziom rozbić tutaj obóz, ba, dlaczego pozwolono im kopać i przenosić kamienie, które leżały tutaj od wieków, nie dawało Gilhadirowi spokoju od dawna. Jego smukła sylwetka w płaszczu przeszywanym liśćmi – czerwonymi i żółtymi stosownie, do pory roku, wtapiała się idealnie w otaczający krajobraz, kiedy obserwował ludzki obóz rozbity w dolinie. Po jego obu stronach reszta jego oddziału rozlokowała się na odległość połowy strzału z łuku. Potrafił wyczuć ich obecność, dosłyszeć cichy i równy oddech strażników. Wiedział, że żaden z ludzi nie dostrzeże ich, nawet gdyby potknął się o któregoś z nich. Byli elitą leśnych elfów, zespoleni z lasem w idealnej harmonii, zawsze czujni, zawsze w gotowości do obrony Matki Ziemi i ich domu – Athel Loren.  Gilhadir dostrzegł, jak z obozu w kierunku lasu wychodzi samotna postać, chwilę wpatruje się w ciemność, po czym rusza w kierunku Grysaard'a. Elf uśmiechnął się pod nosem. Temu staremu, zgrzybiałemu drzewcowi pewnie i tak wszystko jedno – przynajmniej ziemia wokół niego nie będzie już taka jałowa. Wtem usłyszał sygnał ostrzegawczy – głos ptaka, który nie był głosem ptaka. Rozejrzał się i natychmiast dostrzegł – tysiące niebieskich ogni wędrujących z głębin lasu. 
- Na Wielką Matkę! - powiedział szeptem do siebie. Czegoś takiego – takiej ilości bestii jeszcze nie widział. I pierwszy raz widział, aby wychodziły z głębin lasu!


***


- Widzę! WIDZĘ TO! - Rogata głowa szamana zakołysała się dziwnie na krótkiej szyi i odskoczyła w tył, oczy miał szeroko otwarte, oczy wydawały się płonąć błękitnym światłem. Skheedhor nigdy nie widział go w takim stanie, mimo że brał już udział w kilkunastu rytuałach... Ten jednak był inny. I trwał już co najmniej tak długo, jak wszystkie wcześniejsze razem wzięte. Działo się coś szczególnego. 
- On! Zbliża się! Widzę! Jego sługi! SŁUGI POWSTAJĄ! RODZĄ SIĘ! SZUKAJĄ MOCY SWEGO PANA – głos stał się jeszcze bardziej chrypliwy niż u zwykłego przedstawiciela zwierzoludzi – ODDAJ POKŁON SWEMU PANU! Powstańmy z nim! UWOLNIJ! UWOLNIJ SWEGO PANA! WIELKA BĘDZIE TWOJA NAGRODA! ŚWIAT U STÓP! WŁADZA! Zbudźmy go! WOLA PANA! WOLA PANA OKRUCIEŃSTWA!
Głowa szamana opadła, blask w oczach zgasł. Zwykłym głosem, ledwo słyszalny dopowiedział – musimy go znaleźć... musimy znaleźć i uwolnić Władcę Okrucieństwa... Ty! Musisz go znaleźć! Musisz GO uwolnić! Natychmiast! Natychmiast! Już! JUŻ! - Oczy znów zabłysły na krótką chwilę błękitem, a może tak się tylko  Skheedhorowi wydawało. Nie lubił gdy ktoś mu rozkazuje, słuchanie rozkazów oznaczało słabość, on nie mógł sobie na słabość pozwolić, był przywódcą tego stada, z pozycją wywalczoną w wielu pojedynkach, z pozycja wywalczoną bezwzględnością, wywalczoną uporem, terrorem, niezłomnością, siłą. To dawało mu wyłączne prawo wydawania tutaj rozkazów! Jeszcze raz spojrzał na szamana – NIE będziesz mi rozkazywał! Wiem kiedy i co będę robił!...






Oczy szamana rozbłysły światłem dziesięć razy silniejszym niż w czasie wizji, głos dochodził z otchłani – z nie tego świata
- Nie będę! NIE BĘDĘ! Ale ON przyjdzie! PRZYJDĘ! WDEPCZĘ TWOJĄ GŁOWĘ W ZIEMIĘ! Twoje szczątki rozrzuci na wiatr! NIE ZOSTANIE JEDNA KOŚĆ NI JEDEN WŁOS! NIE POKŁONISZ SIĘ – ZGINIESZ! ZGINIESZ JAKBYŚ NIGDY NIE ISTNIAŁ! NIE SPROSTASZ  MOCY! NIE!
Skheedhor nie wiedział co to strach... być może dlatego nie potrafił określić uczucia, które teraz wierciło mu dziurę w trzewiach... Niemalże wyczołgał się z namiotu, starając się na ile mógł zachować odrobinę swojej przywódczej godności... Na szczęście nie musiał się wysilać – wyglądało na to, że przedstawienie szamana było słychać nie tylko w namiocie. Wszyscy strażnicy uciekli, zostawiając ogniska, jedzenie, broń. 
- Tchórze wyliniałe! -  pomyślał na głos. Poprawił zmierzwioną grzywę na czole i parsknął kilka razy wciągając świeże powietrze. Ziołowy dym z namiotu szamana wyraźnie mu nie służył.
Sięgnął do pasa i dopiął wielki róg, zadął dwukrotnie, przeciągły odgłos rozniósł się po całym lesie. Przypiął róg z powrotem do pasa i wsłuchał się w odgłosy puszczy. Nie czekał długo - wkrótce usłyszał tętent prawie czterech tuzinów kopyt, po paru minutach pierwsze czarne, groteskowe postacie wyłoniły się z cienia lasu. Ghoormug i jego banda Centigorów najlepiej nadadzą się do tej misji posłańczej... Trzeba zebrać stado... Wyruszamy na południe, do lasu Szpiczastouchych... Trzeba to załatwić szybko, inaczej z moją głową może być krucho - pomyślał Skheedhor.


***


CZUJĘ! ZNÓW CZUJĘ! KREW! KREW PULSUJE! W ŻYŁACH! MOC! MOC ZNÓW OŻYWA! CHODŹCIE! CHODZCIE MOI SŁUDZY! POWSTAŃCIE! CZAS WYZWOLENIA NADCHODZI! JEST BLISKI! BLISKI! NIECH OKRUCIEŃSTWO POCHŁONIE CIAŁA I ZMYSŁY! CZAS WYZWOLENIA!

***

Heh, w tym miesiącu było ciężko. Siedzę właśnie i próbuje sklecić ten tekst. Do deadline'u jeszcze jakieś 21 godzin, a u mnie ciągle nie do końca pomalowane 3 figurki. No i tekst leży. Cóż zrobić. Mości Szeperd grozi torturami psychicznymi, nie ma wyjścia. Trzeba wziąć przykład ze Skheedhora, i wprowadzić do gry Centigory.



Oddział jaki jest każdy widzi. Malowanie jakie jest – też. Osobiście tylko dodam, że oddział ten – cały z metalu – doprowadził mnie praktycznie do łez, ze względu na sposób jego montowania i zajął drugie miejsce w kategorii najbardziej upierdliwy model do złożenia, zaraz po łódce Higginsa, o której już na blogu tu i ówdzie pisałem.
Aha, byłbym zapomniał, jeśli mi się uda to w tekście pojawi się figurka nowego bohatera do Beastmenów – Centigora. Piszę już teraz, żeby potem nie zapomnieć dopisać, jeśli się pojawi.
To tyle, na koniec zostawiam jeszcze podsumowanie.

Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 63%
Miniatury złożone: 21%
Miniatury pomalowane: 14%
Łączny koszt w punktach: ~300
Łączy koszt w złotych: 356zł

PS. Bohater Centigorów jednak się nie pojawi, tak jak obiecana niespodzianka... Cóż... Może w końcu uda mi się odkurzyć w tym miesiącu bloga i tam trochę pobeastmenić na boku?

Robert Szczelina

poniedziałek, 1 marca 2010

W paszczy szaleństwa

Wczoraj pożegnałem się z figurkowym lutym, zatem czas go podsumować. Po pierwsze dochodzę do wniosku, że powiedzenie, iż suma nałogów musi być równa, jest prawdziwe. Biadoliłem końcem roku, że 15mm skala nie daje mi spokoju – odtrułem się więc warhammerem. Z opłakanym dla intelektu skutkiem. Z ciemnych zakamarków powychodziły demony w postaci ksiąg i white dwarfów, młotek narzuca się moim myślom i działaniom. Nie czytam, nie piszę, nie oglądam filmów. Mój umysł jest w paszczy szaleństwa. Z jednej strony nic dziwnego, skoro odważyłem się na pomysł, nazwany Starciem Tytanów. Z drugiej strony przysłowiowy umiar wypadałoby zachować, ograniczając się np. do malowania i składania figur na potrzeby Tytanów. Ale nie, ja chcę więcej, w dodatku niespecjalnie wdzięcznej pracy. 37 – to liczba podstawek do armii HE, jakie wymieniłem w lutym. Robota ciężka, tym bardziej, że muszę tak zdejmować figurki ze starych, zielonych baz, żeby nie uszkodzić jednych i drugich. Niestety piasek przyklejałem klejami typu kropelka, więc łatwo nie odchodzi. Ból nadgarstka i zakwasy w przedramieniu gwarantowane. Dla ułatwienia sobie nieco sprawy gotuję podstawki – w efekcie piasek odchodzi nieco szybciej i przy użyciu mniejszej siły. Nie pytajcie o reakcję żony, kiedy zobaczyła mnie nad piecem… Dość tego, że zmieniłem ostatnio niemal wszystkich już bohaterów, ósemkę srebrnych hełmów, załogi bolców i dziesiątkę wojowników cienia. Ta ostatnia paczka uspokoiła mnie nieco, że wymiana metalowych regimentów piechoty nie jest zadaniem tak monstrualnym, jak w pierwszej chwili myślałem. Odpowiednie spiłowanie ramki pod nogami (w szpic) pozwala na dość proste zamocowanie figurek do korkowej podstawki. W marcu zajmę się więc białymi lwami bądź mistrzami miecza. Przy okazji gumowe, barwione glony obrzydłymi mi na tyle, żeby zamówić barwioną gąbkę. Jest trwalsza, ładniejsza dla oka i lepiej się klei do podstawek. Dodam ją do tych figur, które już wcześniej wymieniłem. Wymienione w lutym i w przyszłości będą już tylko z gąbką.
Przy tej pracy mogłem też uśmiechnąć się do wspomnień. Biorąc do ręki prace sprzed kilku lat przypominałem sobie, w jakich momentach je malowałem, co mi wówczas towarzyszyło. Kiedy powiedziałem żonie, że przy takowej figurce akurat się pokłóciliśmy (to mogło być jakieś sześć lat temu), zrobiła jeszcze większe oczy, niż przy gotowaniu podstawek.

No i jeszcze Tyrion - stary, dobry Tyrion, ze złamanym mieczem. Tu przeróbka będzie obejmować coś więcej, niż zieloną podstawkę. Plan już mam. Dość, że powiem, iż prawdopodobnie będę go malował po raz trzeci. Hmm, muszę zakupić rozpuszczalnik.

Ze stołowych wiadomości tylko jedno spotkanie, za to z warhammerem (sic!). W ostatni piątek dynamiczne starcie z prezesem i jego bretką – 2500 punktów, masakra ze wskazaniem na niego. Nieźle się bawiłem, ale są granice beznadziejnych rzutów na hit i Ld. Są? Jeśli tak, to je przekroczyłem. Szkoda gadać po próżnicy. Jeden przykład – białe lwy kontra chłopi. Pięć jedynek na hit! Spokojnie, mam stubborn. 10 na Ld! Spokojnie, jest re-roll. 9 na Ld… spokojnie?

Acha – walczę jeszcze z jedną chorobą. Walczę i przegrywam. Zamówiłem czołg z myślą o moich Brytyjczykach do Nuts!. Nuts…

RSS FeedRSS