sobota, 24 lutego 2007

Gotowy!!!

Dzisiejszy dzień zapamiętam z dwóch powodów. Pierwszy jest niestety smutny – Puszka Nr 6 za nami, a je nie brałem w niej udziału. Mam przynajmniej nadzieję, że się udała i gracze są zadowoleni. Na otarcie łez mam więc drugi powód. Jaki?
Przeglądałem ostatnio materiały na Zgiełku, dotyczące wprowadzenia do DBA i znalazłem tam swój komentarz sprzed roku, w którym entuzjastycznie podchodzę to nowego systemu i zakładam nawet, że zbiorę jakąś armię. Oczywiście postawiłem sobie wówczas pewien warunek – mianowicie pomalowanie wszystkich miniatur w mojej armii do WFB. Dzisiaj przychodzi mi się uśmiechnąć do tego komentarza – elfów nadal kilku czarnych (oczywiście od podkładu) a spod mojej ręki wyszedł właśnie ostatni model mojej rzymskiej armii DBA. Tym samym skończyłem ostatni element armii - kawalerię z generałem i to jest właśnie drugi powód, który sprawi, że zapamiętam dzisiejszy dzień. Krzyczę więc: Gotowy!!! Teraz pozostaje odliczanie do kampanii Mars Ultor, w której mam zamiar sprawdzić moją armię w walce. Samo malowanie to jednak nie wszystko – jest jeszcze nieco pracy przy makietach, w kolejce do pomalowania są najemnicy no i oczywiście najważniejsze – trzeba poprawić znajomość zasad. Któż nie chciałby mieć wyłącznie takich kłopotów…?
Co do elementu - tym razem urozmaiciłem nieco kolorystykę koni. Mamy więc kasztana, siwka i … no właśnie – całkiem białego konia. Pewnie ktoś zaraz przysunie komentarzem, jak się taka maść fachowo nazywa. Na tego albinosa właśnie posadziłem generała – takiej maści konia otrzymał Cezar w prezencie w serialu Rzym, uznałem więc, że będzie w sam raz dla dowódcy. Jeźdźcy natomiast pomalowani są w kolorystyce odpowiadającej całemu legionowi – purpura, brąz i skóra. No – może za wyjątkiem pomocnika dekuriona. Ten akurat dostał w prezencie lnianą zbroję. I tyle – łaciny nie znam ale podsumuję: Legio finitus est.

czwartek, 22 lutego 2007

Confrontation - zapoznanie z systemem - część 1


Konfrontacja to pierwszy i najlepiej rozwinięty z trzech systemów bitewnych francuskiej firmy Rackham.

W tym przypadku mamy do czynienia z tzw. skirmish’em. Gra polega na prowadzeniu luźnych potyczek wojsk, a raczej zorganizowanych band, bo w grze przeważnie wykorzystuje się do dwudziestu figurek. Nasze wojsko porusza się w luźnych grupach, każda figurka osobno; nie mogą one tworzyć żadnych formacji bojowych (z drobnymi wyjątkami), działają indywidualnie i tylko w walce mogą pomagać towarzyszom.

Do wyboru mamy szesnaście frakcji (dwie następne są w zapowiedziach) podzielonych między trzy strony konfliktu: Światło, Ciemność i Przeznaczenie. Jednak na tym nie koniec, bo można też grać najemnikami, żywiołakami, a także łączyć się w sojusze, co czyni grę bardziej ekscytującą.

Do dyspozycji mamy wcale bogaty zestaw ‘armii’. Są źli wężowaci Ophidianie, krwiożercze Wilkołaki, ohydnie wypaczeni Alchemicy, a także prawe Gryfy, Imperium Lwów, nieprzewidywalni barbarzyńcy z klanu Kelt Drunes, oddziały milicji z wolnego miasta Cadwallon, orki, gobliny, elfy, krasnoludy i wiele innych.

Konfrontacja łączy w sobie cechy karcianki i bitewniaka. Każda figurka jest reprezentowana przez przypisaną do niej kartę, na której znajdują się jej współczynniki. To samo dotyczy różnych artefaktów, którymi mogą posługiwać się postacie. Jakość wykonania figurek do Konfrontacji stoi na najwyższym poziomie, przewyższając produkty takich firm jak Citadel Miniatures lub Reaper.

Rozwiązania mechaniczne zastosowane przez twórców gry są dobrze przemyślane i sprawiają, że gra się naprawdę przyjemnie. Tura gry składa się z sześciu faz: strategicznej, aktywacji, walki, mistycznej, utrzymania i końca czasu. Mamy możliwość latania nad polem bitwy na dwóch poziomach bez lądowania, wprowadzone zostały “rany jednostek”, które w zależności od tego jak są poważne, zmniejszają w różnym stopniu możliwości wojowników. Nie brakuje również takich rzeczy jak kontratak, potężne uderzenie czy parowanie. Konfrontacja posiada także bardzo rozbudowany system magii.

To wszystko sprawia, że w Konfrontacji, walki to ekscytujące pojedynki, zaś bogaty wybór armii oraz niepowtarzalne zdolności ich wojowników tworzą wspaniałą mieszankę, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Paweł Delekta

Podboje Aleksandra Wielkiego

Książki wydawnictwa Infort zainteresowały mnie „od pierwszego wejrzenia”. Oferta (jak na razie) nie jest zbyt obszerna, ale już widzę, że praktycznie każdą pozycję wydawaną w serii bitwy/taktyka chciałbym mieć w swoim zbiorze. Od czego jednak mógłby zacząć, początkujący na froncie historycznego wargamingu i usilnie starający się pomalować armię macedońską, pasjonat? Odpowiedź jest oczywista; i tak na moją półkę trafiła czwarta część serii bitwy/taktyka: "Podboje Aleksandra Wielkiego, 336-323 p.n.e." autorstwa Macieja Milczanowskiego.

Na wstępie napisać jednak należy, że nie jest to po prostu kolejna biografia czy opis kampanii Aleksandra Wielkiego, których na rynku, szczególnie od czasu wejścia na ekrany kin filmu o Macedończyku, było wiele. Autor tej pozycji, zamiast powielać schematy, serwuje nam szczegółową analizę dokonań wojskowych opartą na bardzo szerokiej bibliografii (spis źródeł i opracowań liczy sobie ponad 100 pozycji!).

Już po wstępnym przewertowaniu, rzuca sie w oczy duża ilość map oraz schematów - łącznie ponad 40 – co stanowi istotną część całości, liczącej trochę ponad 200 stron. Głównie są to schematy poszczególnych, opisywanych bitew, jednak znaleźć tam można również przejrzyście rozrysowaną strukturę i organizację armii macedońskiej, mapy obrazujące ruchy wojsk w czasie wyprawy czy też tabelę chronologiczną wydarzeń. Jest to szczególnie pomocne, jeśli chcemy ustalić kiedy dokładnie odbyły sie opisywane wydarzenia, autor bowiem nie opisuje ich chronologicznie.

Cała książka podzielona jest na 6 rozdziałów, z których każdy podejmuje inny temat. Pierwsze dwa, dają nam okazję zorientować się w sytuacji politycznej przed wyprawą, tak w Grecji jak i w Azji Mniejszej, poznajemy również dokładniej organizację obu armii: Wielkiego Króla oraz Aleksandra. Po takim przygotowaniu merytorycznym, autor wrzuca czytelników już na głęboką wodę, czyli do rozdziałów trzeciego i czwartego traktujących o oblężeniach i bitwach. A informacji tam zawartych jest naprawdę dużo. Dość powiedzieć, że czytelnik otrzyma opisy oblężeń między innymi: Teb, Miletu, Tyru, czy Jerozolimy. Z bitew zaś, nie pominięto żadnej ważniejszej, możemy zapoznać się z bitwami: nad rzeką Granikos, pod Issos, pod Gaugamelą, nad Hydaspesem czy też z bardzo ciekawą bitwą nad Jaxartesem. Na deser, w rozdziale piątym, otrzymujemy ciekawe przykłady działań specjalnych podejmowanych przez Aleksandra w czasie wypraw, przeczytać tam możemy na przykład o sposobie zdobycia tzw. wrót perskich czy też dowiedzieć się, jak armii Aleksandra udało się zdobyć pięć miast w czasie tylko dwóch dni! Ostatni, szósty rozdział to krótki opis wyprawy, który zwraca uwagę, w odróżnieniu od dotychczasowej treści, nie na geniusz militarny Aleksandra, a na jego umiejętności zręcznego polityka i doskonałego organizatora.

Reasumując, jest to książka dla czytelników, którzy już wcześniej z Aleksandrem mieli do czynienia i znają choćby ogólnie historię jego czasów. Bez niej bowiem, lektura zostawi nas z wiedza niepełną [co też było założeniem autora, wiec nie jest to w żadnym wypadku minusem]. Opisy bitew i oblężeń, mimo że okraszone w dużej mierze schematami i przedstawiające sytuacje przed i po nich, są jak na ten typ opracowania troszkę za skąpe. Muszę jednak przyznać, że dość ciężko jest opisać w drobnych szczegółach batalie, toczone ponad dwadzieścia wieków temu.

Ci, którzy mieli nadzieję, że pozycja ta zaspokoi ich ciekawość dotyczącą kunsztu militarnego Aleksandra, będą zadowoleni i zapewne, jak ja, z jeszcze większym apetytem na wiedzę w tym temacie. Na szczęście, bogata bibliografia daje wiele wskazówek, gdzie odnaleźć więcej takich informacji.

Ostatecznie więc, jeśli chodzi o przystępnie podany zbiór, traktujący o wyprawie Aleksandra: jest to zdecydowanie najlepsza pozycja na ten temat, z jaką do tej pory się spotkałem. Zatem, do lektury!

Maciej Milczanowski, 
Podboje Aleksandra Wielkiego, 336-323 p.n.e., 
Wydawnictwo inforteditions, Zabrze


Marcin Okrzesik

wtorek, 20 lutego 2007

Piechota ostatecznie skoszarowana

No i stało się. Pojawiły się pierwsze oznaki końca zaciągu mojej armii - skomplementowana została już w całości potrzebna do niej piechota. Ostatnimi elementami jakie były mi potrzebne była auxilia i psiloi, łącznie sześć figurek. Wybór od dawna był dla mnie oczywisty i skupiłem się na wyszukiwaniu najemników w okolicach półwyspu iberyjskiego.

Na pierwszy rzut poszli iberyjscy scutarii – oddział ciężkiej piechoty najemnej, której nazwa pochodzi od dużej owalnej tarczy (scutum). Uzbrojeni są we włócznie i słynne zakrzywione miecze (falcata) wykonane z wysokiej jakości stali. Tuniki, jak już wcześniej pisałem, kolorystyką nawiązują do przekazów historycznych, jakie można znaleźć u Polibiusza. Starożytni, hiszpańscy wojownicy byli jedną z podstawowych sił najemnych w armii Hannibala, która po przejściu Alp, zagroziła Italii. Element złożony jest z czterech figurek firmy HaT (#8019, Carthaginian Spanish Infantry).

Drugi element to ostatni psiloi, na którego przyszło dość długo czekać. Złożony z dwóch modeli, z tego samego zestawu co scutarii. To oczywiście balearscy procarze, słynni w całym basenie morza śródziemnego. Nie bawiłem się zbytnio w dobór kolorystyki dla tych modeli i pomalowałem ich w prosty sposób nie bawiąc się zbytnio w wyszukiwanie wiadomości o nich. I to jak się okazało był błąd. Okazało się bowiem, iż ci wojownicy, używali kilku proc różnej długości, w zależności od potrzeb. Te proce, których akurat nie używali, owijali wokół głowy, aby móc po nie, w razie potrzeby, szybko sięgnąć. Ja przyjąłem, iż to co wyrażono na figurkach, to prosta opaska, którą pomalowałem kolorem czerwonym. Przyjdzie mi to poprawić podczas ostatnich maźnięć pędzlem w późniejszym czasie. Nie będzie to jedyna poprawka, w tym elemencie, gdyż kolor proc, używanych przez wojowników, skrytykował mój kolega Szeperd, a ja się go “prawie zawsze” słucham. Póki co jednak uznaję element za zaliczony i już przygotowuje się do malowania kolejnego słonia.

A do końca deadline'u na malowanie, zostało już tylko 7 dni! Jak ten czas szybko leci...

Niech to...

Właśnie – niech to! Być na czele stawki i stracić prowadzenie na finiszu to kiepskie uczucie. Byłem niemal pewien, że wygram maraton malarski do kampanii Mars Ultor. I jak zwykle, gdy jestem czegoś pewien, stało się inaczej. Robson podniósł orła nad swoim pełnym legionem i odmaszerował Via Flaminia, zostawiając mnie z ukłuciem zazdrości, uczuciem porażki i chmurą kurzu, wzbitą podbitymi sandałami legionistów. Pozostaje mi zabawić jeszcze nieco na Polu Marsowym, poczekać na wodza (ostatnia figurka do pomalowania w moim legionie) i ruszyć śladem konsula Robsona. Konsulu – na twoją cześć mój trębacz zagra ci na trąbie! Jakieś życzenia co do utworu?

RSS FeedRSS