poniedziałek, 28 lutego 2011

Na dwa razy

Nie po raz pierwszy wraz ze znajomymi zasiedliśmy wspólnie do malowania. Kiedy o tym pomyślę, to właściwie u podstaw naszego wargamingowania leżało wspólne malowanie figur do Warhammera Fantasy Battle, dawno, dawno temu. Jednak, od kiedy trochę rozjechaliśmy się po kraju, spotkania stały się nieco cięższe, dlatego też, każda taka okazja, jak ta z ostatniego weekendu, cieszy mnie ogromnie.

Właśnie siedzę sobie i oglądam transmisję z tegorocznych Oskarów i jednocześnie wykańczam podstawki do regimentu goblińskich łuczników. Pomysł żeby pomalować je dla mnie,  wpadł do głowy Szeperda podczas jednego z jego poprzednich pobytów w Warszawie. Wtedy zabrali się za regiment z Gobosem, jednakże splot niesprzyjających zdarzeń, nie pozwolił ich dokończyć. Szeperd tym razem ostro wziął się do pracy i w sobotnią noc, figury były gotowe, dla mnie pozostały wykończenia.

Ale nie pozostawiłem kolegi samego i sam zabrałem się nieco za malowanie, czego  efektem jest pluton zielonych beretów do systemu Cold War Commander, którymi pewnie za jakiś czas się pochwalę. Dodatkowo dołączył do nas jeszcze Brutal i ungrim i zrobiło się naprawdę wesoło. Brutal malował swoich slayerów, ungrim walijskich łuczników, z głośniczków płynęła muzyczka a z butelek napoje ;), a nasze śmiechy pewnie nieco przeszkadzały spać sąsiadom. Przepraszamy sąsiedzi.

Tak mi dobrze, zrobiła ta posiadówka, że nie mogę się doczekać następnej, bo że będzie, nie mam wątpliwości. A gobliny już gotowe, czekają tylko na podstawkę pod regiment i idą na półeczkę. To o kolejny regiment bliżej końca. Dziękuję za niego koledzy!


wtorek, 22 lutego 2011

Hurrra!

Okrzyk radości po skończonej w 100% dziesiątce oddziału Sanguine Guard do Blood Angels. Wydawało się ostatnio, że już regiment gotowy, ale zapomniałem o jednej rzeczy. Mianowicie zapomniałem pomalować im oczu. Naprawiłem przedwczoraj ten błąd i teraz Aniołki mają znacznie lepsze spojrzenie na świat. Kolejną rzeczą było poprawienie obtartych podczas malowania brzegów podstawek. Ten błąd poprawiłem dzisiaj. Ostatnią rzeczą, którą miałem zrobić był sztandar, ale ten element zgodnie z planem. Przysiadłem nad nim i oto jest. Zrobiłem go bardzo podobnie do oryginalnego widocznego na pudełku regimentu. Nie miałem już siły na eksperymenty i wymyślanie własnych wzorów. Z góry mówię, że wszystkie elementy sztandaru to płaskorzeźba, więc należało zrobić tylko bardzo ostrożną kolorowankę.
Powiem szczerze, że ten oddział mocno mnie zmęczył. Kiedyś myślałem, że malowanie modeli z WH40k będzie tak samo przyjemne jak do fantasty, ale po spróbowaniu okazuje się, że jednak nie. Muszę sobie zrobić solidną przerwę zanim zabiorę się za dalszy ciąg tej armii. No, chociaż została mi jedna rzecz w szybkim terminie. Niestety. O tym wkrótce.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Thriller

Zmęczony czerwienią Krwawych Aniołów postanowiłem przysiąść na chwilkę nad czymś innym. Na szczęście dostałem zamówienie na kolejny regiment do armii wampirów, do warhammera rzecz jasna. Powiem, że to rozradowało moje umęczone serce ponieważ jak ogólnie lubię malować to bardzo lubię malować fantasy. W dodatku zamówienie obejmowało drugą rzecz, która ostatnio wyjątkowo mnie cieszy, a mianowicie wykonanie wypaśniejszych podstawek. Tak właśnie kilka dni temu zabrałem się za Cairn Wraith’ów. Tłumaczenie- dosłownie Cairn znaczy kopiec, tak przynajmniej pokazał słownik, natomiast Wraith to zjawa, duch. Poszedłem jednak trochę dalej i doszukując się synonimów powstały mi Upiory Kurhanów. Całkiem ładnie.
Parę słów o malowaniu. Pomalowałem widocznych na zdjęciu eterycznych troszkę inaczej niż to robiłem wcześniej. Użyłem Shadow grey oraz Enchanted Blue jako bazę dla duchów. Następnie klasycznym już suchym pędzlem nałożyłem warstę ice Blue, a potem Space Wolves Grey. Ostatnią warstwą była biel. Dotąd było praktycznie tak samo jak zwykle,  jednak potem wypróbowałem nowy sposób. Rozprowadziłem mocno rozwodniony Goblin Green po całej figurce. Po wyschnięciu nałożyłem jeszcze raz suchym pędzlem warstwę Skull White. I malowanie skończone. Dosyć szybka zabawa w okolicach 1,5-2 godziny na wszystkich pięciu.
Na podstawki użyłem mojego ulubionego korka. Wokół korka nadmorski piasek, a wszystko poprzetykane trawkami żółtą, zieloną i brązowawą. Chciałem żeby całość nie wyszła jaskrawo żeby utrzymać mroczny klimat umarlaków, ale równocześnie ożywić (nie bierzcie tego dosłownie) trochę jednolite malowanie. Na koniec dorzuciłem gdzieniegdzie słomiane badyle, kilka kości oraz każdemu umarlakowi po listku. Listki są z zestawu modelarskiego do podstawek GW i są bardzo lubianym przeze mnie urozmaiceniem.
Do następnego razu

niedziela, 20 lutego 2011

Dziki Gon


The Wild Riders of Kurrnous are Orion’s personal guard, as aggressive and impulsive as he. They are fey and dangerous creatures, who are no longer truly the Elves they once were, but are now part of the Wild Hunt.

Księga Wood Elves, 2005


Jakże inaczej mógłbym zatytułować dzisiejszy wpis? The Wild Hunt. Nie miałem wątpliwości. Z Dzikim Gonem skojarzyłem Dzikich Jeźdźców niemal zaraz po przeczytaniu ich tła fabularnego w księdze. Natchnął mnie zapewne fragment, że nie są już Elfami, którymi kiedyś byli. Zresztą czego innego można spodziewać się po takim miłośniku prozy Sapkowskiego, jak ja. A przecież Dziki Gon to stary europejski mit, traktujący o, jak możemy przeczytać na nieodżałowanej Wikipedii, gromadzie myśliwych-zjaw, gnających konno na dziki łów. I pomimo tego, że po raz kolejny GW czerpie wprost z istniejących podań (ależ który z autorów tzw. fantasy tego nie robi?), to koncept ten przypadł mi wielce do gustu - wplecenie Gonu do armii Athel Loren nie może się nie podobać.

Dlatego też, zaraz po pierwszym skojarzeniu, wiedziałem, że moja kolekcja nie obejdzie się bez Dzikich Jeźdźców. Wcześniej nie byłem tego pewien, chciałem przeznaczyć ten wybór z sekcji Special na jednostkę latającą. Pewną rolę odgrywał tu też aspekt finansowy. Piątka jeźdźców to blisko 200 złotych (czyli tyle, co cztery modele sokołów) - no co wydać tak sporą sumę? Tym razem poszczęściło mi się na aukcji - kiedy zobaczyłem nowiuteńką piątkę konnych za mniej, niż 100 złotych, nie mogłem nie licytować. Aukcja zakończyła się pomyślnie koło tej kwoty i wkrótce miałem modele w domu.

Często gęsto naiwne tło fabularne GW, szczególnie w przypadku Elfów (Ulthuan cacy, Nagarond be; pisałem o tym kiedyś więcej przy okazji recenzji ostatniej księgi Dark Elves), jest na szczęście złamane wieloma odcieniami szarości, jakie widzę w Athel Loren. Połączenie Elfów i Istot Leśnych, podkreślenie ich neutralnego charakteru, harmonii i symbiozy ze Starożytną Puszczą broni się z całego elfiego tryptyku GW najlepiej. Dlatego też mój pomysł na Dzikich Jeźdźców miał być w miarę nietypowy. Nie będę go specjalnie komentował - wszystko widać, jak na dłoni. A propos dłoni: targnąłem się na małą konwersję w przypadku jednego z dzisiejszych bohaterów.


Wierzchowiec Rideana szedł kłusem po lekkim zboczu, pomiędzy rosnącymi tu rzadziej drzewami. Kiedy wojownicy Polany Płaczących Liści ruszyli za swoją przywódczynią, zwiadowca przyłączył się do nich. Wraz z innymi jeźdźcami prowadził rekonesans okolicy, osłaniając jednocześnie skrzydła pochodu przed ewentualną zasadzką. Napięcie związane z nieuchronnie zbliżającą się bitwą nie opuszczało go. Nie mógł go w sobie stłumić, choć zadanie związane z podjazdem pozwalało nieco odegnać czarną chmurę myśli. Zatrzymał konia i oboje, jeździec i zwierzę, zastygli w bezszelestnym nasłuchiwaniu. Cisza, nienaturalna cisza, pomyślał. Powietrze stężało, dzień przygasł. Wyczuł, że coś się zbliża. Koń najpierw zastrzygł uszami, potem wierzgnął gwałtownie kopytami i dziko zarżał. Ridean z trudem osadził go w miejscu, zanucił niskim głosem, uspokoił. Nad ich głowami, nad czubkami drzew galopowały zjawy myśliwych dosiadające upiornych wierzchowców. Przetoczyły się niczym burza i zniknęły szybko w oddali.

A więc jeden z jego jeźdźców dotarł na Królewską Polanę, pomyślał. Posłaniec trafił przed Wielki Dąb i dzięki niemu Dziki Gon wyruszył, by wesprzeć obrońców Puszczy w wypełnieniu przeznaczenia. Także mojego, szepnął. Trwał jeszcze bez ruchu przez dłuższą chwilę. Puszcza zaczęła z powrotem nucić swą starożytną pieśń. Ruszył przed siebie.

Obraz z nagłówka to Peter Nicolai Arbo - tytuł Asgardsreien. Prawda, że piękny? Z góry dziękuję za komentarze.

Regiment
Typ: Wild Riders (full command group)
Ilość: 5
Koszt w punktach: 166 pkt
Koszt w złotych: 81 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 74,23%
Łączny koszt w punktach: 1590 pkt
Łączny koszt w złotych: 771 zł



Szeleszczące szepty nocy

 Byłbym zapomniał o podkładzie muzycznym na dziś z dosyć zresztą oryginalnym teledyskiem. Ewentualnie oryginalny oryginał.

Stefan Kiełkowski siedział na brudnym kamieniu w pełnym słońcu. Żar leje się z nieba pomyślał ścierając z czoła wielkie krople potu i wpatrując się w wielką ognistą kulę wysoko nad głową. Stefek był wampirem. Był wampirem jak jego tata, a jego tata był wampirem jak jego ojciec i tak daleko daleko wstecz. Byli wampirami z pokolenia na pokolenie.
Z gąszczu opodal wyłonił się kulawy ghoul prowadząc jakieś mizernie wyglądające zwłoki. Zombie kulał jeszcze mocniej niż prowadzący go ścierwojad. W zasadzie to bardziej powłóczył nogą niż kulał. A właściwie powłóczył obiema nogami, o ile jest to w ogóle możliwe. - Cof mi to znofu  Senek pfyprofacił? – wyseplenił pytanie wampir. Stefan miał w zasadzie jeden mały problem. Urodził się z za dużymi kłami kąsającymi. Zębiska były wielkie i krzywe, więc sprawiały sporo problemów nie tylko przy pożywianiu się, ale nawet przy wypowiadaniu słów. Po brodzie pociekły mu dwie strużki krwi w miejscach gdzie kły spotkały się z ciałem. - Paaaniee, świeżutki towar paaaniee. – wydukał przeciągle ghoul Zenek ciągnąc za sobą gnijącego ożywieńca. - Pfecies to gófno, a nie sombi, pafałachu – powiedział wściekły, a krew coraz obficiej zalewała mu brodę. –Paaaniee, mój paaaniee nie stresuj się tak, bo znowu zasłabniesz z upływu krwi jak przedwczoraj, paaaniee – przymilnie odezwał się ghoul podając mu śnieżno białą koronkową chusteczkę. Wampir obtarł toczące się z jego brody potoki krwi. – To świeżutko wykopany ożywieniec, paaaniee. Jeszcze ciepły, mój paaaniee. – sługa klepnął zombiego w ramię demonstrując towar. Tuman kurzu wzbił się w powietrze, a o ziemię z głuchym plaskiem uderzyła ręka truposza. Przez chwilę wszyscy w trójkę w milczeniu obserwowali odpełzające w stronę lasu ramię. Stefan z politowaniem spojrzał zezem na Zenka przewracając wymownie żabimi oczami. To był w sumie drugi malutki problem wampira, miał wielkie wybałuszone żabie oczy w dodatku z zezem. – Senek, senek, senek – chusteczka nabrała jeszcze więcej karminowego koloru. – Kiefy ty smondzejes, pfecies to sajs – wampir Stefan był też poliglotą. – To sfykły sajs s dufy. – dokończył głęboką myśl. W tym momencie zombie stracił wszystkie wnętrzności, które z chlupotem rozlały się u jego dwóch kulawych nóg. Przez chwilę wszyscy w trójkę ze zdziwieniem obserwowali odpełzające w pobliskie krzaki flaki. – Nie fiedzałem se oni to potfafią. – rzekł z podziwem wampir. – To świetny towar, paaaniee – rozpromienił się ghoul i zamachnął żeby klepnąć ożywieńca, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. – Mój Paaaniee, nawet bez kiszek i ręki potrafi dobrze walczyć, Paaaniee. Ma jeszcze drugą i to w dodatku prawą. Stefan wstał niezdarnie z gorącego od słońca kamienia i powoli przykuśtykał do swojego nowego żołnierza. Zapomniałem wspomnieć, że Stefek od urodzenia miał platfusa, ale to już ostatni z jego problemów. Obkuśtykał powoli swój nowy nabytek, stanął przed nim i spojrzał w górę. No dobrze, dobrze, ale to, że był niskiego wzrostu i garbaty nie ma już przecież takiego znaczenia. – Pokaf fęby! – wykrzyczał w gnijącą twarz zombiemu opluwając go gęsto śliną. – Paaaniee, on jest martwy, ale nie głuchy, paaaniee. Władek pokaż ząbki Paaanuu. – Władek posłusznie rozwarł gębę i pokazał bezzębne dziąsła. Wampir z niezadowolenia pokręcił głową i po chwili powiedział – Nadas się. Fiem, co s nim sfobimy. Chofcie sa mnom! – wydał rozkaz i klepnął Władka w plecy pozbawiając go drugiej ręki i rozwartej przed momentem żuchwy. Nie zauważając ghoula usiłującego dogonić szybko pełznące w chaszcze ramię, ruszył szybkim jak na niego krokiem w stronę lasu. – Już pędzę, mój Paaniee, pędzę! – usłyszał oddalający się głos sługi. Zenek nie miał większego problemu z dogonieniem dwóch powłóczących nogami kompanów, zdyszał się jednak lekko. Z triumfalnym rzężeniem wymachując zdobytą ręką wcisnął się do kolumny tuż za swoim Paaaneem. Nagle wampir zatrzymał się gwałtownie, jak na jego tempo oczywiście, i ghoul wpadł na niego taranując brutalnie. Stefan zgrabił się jeszcze bardziej, choć na pierwszy rzut oka wydawałoby się to niemożliwe. Odwrócił się do winowajcy ze łzami w oczach – Ty ifioto! Oftafłeś mi pięfę! – wyjąkał opluwając całą twarz Zenka kroplami śliny i krwi. – Fo? Znaczy Słucham mój Paaaniee? Nie rozumiem. - Oftafłeś mi pięfę, defilu! – Aaaa, obtarłem Paaanuu piętę, mój Paaaniee. – rozpromienił się po chwili ghoul zadowolony, że rozszyfrował słowa swojego mistrza. Mocne uderzenie z otwartej dłoni w twarz posłało go prosto w ramiona wlokącego się w tyle ożywieńca, o przepraszam, posłałoby gdyby Władek jeszcze miał ramiona. Głowa zombiego z pustym stuknięciem uderzyła o ziemię i potoczyła się w gęstą trawę. Wampir stęknął i załamał ręce –Kufa! – wychrypiał - Posbiefaj go, jefteśmy na miejsfu.
Ghoul z głową pod jedną i ręką Władka pod drugą pachą wpatrywał się zdumiony w to, co stało przed nimi. – Paaaniee mój, pa… co to jest? – zapytał nie kończąc służalczej formuły i zmieniając ton w istne zdumienie. – To jes wiefchofies dla Fłafka. – Zenek długo wpatrywał się z tępym wyrazem twarzy w pokrwawione usta wampira. Z wysiłku kropla potu wytoczyła mu się na skroń, pociekła po policzku i zanim jeszcze rozprysnęła się na głowie Władka pod pachą ghoula, krzyknął wesoło – Aaa, wierzchowiec dla Władka! Paaniee, mój Paaniee. – dokończył służalczo. – Ale…gdzie? – wystękał ponownie zdumiony. Zniecierpliwiony Stefan podszedł do dziwnej kupy patyków, szmat i innego paskudnego ścierwa. Kilkoma ruchami odgarnął część śmieci ukazując pod nimi resztki szkieletu…chyba końskiego. – No to do foboty. Zapafuj Fłafka na wiefchofsa. Sługa stał zrezygnowany przed końskim strzępem z głową Władka pod jedną pachą i ręką Władka pod drugą pachą. Zmęczonymi oczami wpatrywał się w upadający właśnie bezręki i bezgłowy korpus ożywieńca po zderzeniu z pobliskim drzewem.
- Och nie, mój Paaanie, och nie. – westchnął smutno.
- No. To piefszy jusz z głofy! – zaklaskał w ręce Stefan






Zaczynamy kolejny rozdział w postaci pierwszego oddziału „special”. Są to Black Knights w dosłownym tłumaczeniu Czarni Rycerze chociaż mi bardziej pasują Czarni Jeźdźcy. Prezentuję ich Wam dziewięciu, ale dosyć nietypowych. Sami jeźdźcy to figurki zombie z Konfrontacji, które ujeżdżają już prawie standardowe szkielecie wierzchowce z GW. Prawie standardowe, bo pokusiłem się o drobną modyfikację w postaci obwieszających je szmat. Gołe wyglądały jakoś mało efektownie i nie pasowały do kompletu z zombikami. Myślę, że po tej modyfikacji są bardziej spójni. Do następnego razu.


Pomalowane: 156 modeli (77,48%)
Ilość punktów: 1513 (45,93%)

RSS FeedRSS