„Obowiązkiem generała jest jechać konno przy żołnierzach, pokazywać się tym, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie, chwalić odważnych, ganić tchórzów, zachęcać leniwych, wypełniać luki, przemieścić jednostkę, jeśli to konieczne, nieść pomoc zmęczonym, przewidywać kryzys, czas i wynik.”
Tymi słowami greka Onasandry, rozpoczyna swoją książkę „W imię Rzymu” Goldsworthy. Rozpoczyna w ten sposób nie bez przyczyny gdyż styl dowodzenia zawarty w cytowanej sentencji właściwy był dla rzymskich generałów, a o nich właśnie książka traktuje.
Niezwykle barwnym językiem, ze swadą gawędziarza i dociekliwością historyka jednocześnie, opowiada autor o piętnastu najzdolniejszych wodzach, którzy prowadzili armię rzymską poczynając od III w p.n.e. a kończąc na VI wieku n.e.
Scypio Afrykański, Gajusz Mariusz, Pompejusz Wielki, Juliusz Cezar, Klaudiusz Germanik, Marek Ulpiusz Trajan, Belizariusz. W jaki sposób zostali wodzami? Czy o ich pozycji decydowały umiejętności czy wpływy polityczne? W jaki sposób spożytkowali swoje pięć minut, jak prowadzili wojny i co w zamian zyskali? Na te wszystkie pytania stara się autor odpowiedzieć, opierając się o źródła historyczne starożytnych kronikarzy.
Od pierwszej do ostatniej strony książki czytelnikowi towarzyszy ważna myśl zawarta we wstępie. Myśl, dzięki której, zdajemy sobie sprawę, że według dzisiejszych standardów każdy z opisanych w niej ludzi, był amatorem, mimo że część swej kariery spędzili w służbie wojskowej. Nie odebrali oni żadnego formalnego, militarnego wykształcenia, często mianowano ich wodzami na podstawie odniesionych sukcesów politycznych, dzięki urodzeniu, bogactwu i lojalności wobec władcy. Mimo to, wielu z nich po dziś dzień uważanych jest za największych wodzów w historii, a ich bitwy służyły na przestrzeni wieków za wyśmienity materiał edukacyjny. Chyba najbardziej znanym przykładem jest tutaj cesarz Napoleon, który, mimo krytycznych uwag wobec Juliusza Cezara, uważał go za człowieka niezwykłego, studiował jego pamiętniki, czerpał całymi garściami z jego doświadczeń, a nawet porównywał siebie do niego.
Dzięki przekrojowości książki, czytelnik ma możliwość zrozumienia zmian, jakie następowały w rzymskiej wojskowości, ale nie tylko. Wpływ zmieniających się ustrojów politycznych i systemów społecznych na sferę militarną okazuje się być równie ważnym czynnikiem, co postęp w dziedzinie uzbrojenia. Pewne zaś przywiązanie do utartego sposobu prowadzenia wojen i polityki wobec podbitych ludów prowadzi do nieuchronnego upadku wielkiego cesarstwa. Jak zauważa Adrian Goldsworthy, gdyby nie było tych kilkunastu generałów, Rzym i tak powstałby i upadł, ale to ich kariery były ważnymi etapami w tym procesie.
Książkę naprawdę warto polecić każdemu, choćby dlatego, że przy ogromnej ilości wiedzy, jaką ze sobą niesie, styl, w jakim została napisana jest bardzo przystępny i momentami przypomina bardziej dobrą powieść niż pracę historyczną. Daje nam też możliwość obcowania z osobowościami, które, jak twierdzi autor, przesądzały o wartościach armii podbijających Kartagińczyków, Gallów, Daków. Osobowościami, które równie mocno, co na współczesnych sobie, wpływały i wpływają na następne pokolenia.
Adrian Goldsworthy, W imię Rzymu, Amber 2004
Sławomir Okrzesik



2 komentarzy:
Z okazji urodzin Tsara złożę mu życzenia w tym miejscu, bo i Zgiełk jako blog obchodzi w tym roku urodziny - wszelkiego najlepszego!
Bardzo dziękuję za życzenia :). Ech, ze Zgiełkiem tyle wspomnień związanych. Lata to już z nim i bez niego. Cieszę się, że MiSiO i Szeperd trzymają go w dobrym stanie. Kudos to You my friends!
Prześlij komentarz