Dotarłem dzisiaj do miejsca, którego nie odwiedzałem już od bardzo dawna, a mianowicie do mojego modelarskiego warsztatu. Może taki moment bezstresowego niezdecydowania, spoziomowania się bez poczucia czekających w kolejce zadań, zapisanie na pulpicie dokumentu bez tytułu, jest właśnie spektakularnym, życiowym punktem zwrotnym? Kto bym tam o to dbał. Myśląc nieskrępowanie o wszystkim i niczym, co nieco zaś o subtelnościach własnego życia, przeglądałem możliwe opcje, którym mógłbym poświęcić ze dwie dobre godziny pracy. Koledzy chwalą się już gotowymi zestawami Essexa, inni pytają, czy ich modele gotowe, ja sam z kolei myślę o miniaturach na okrągłych podstawkach. No a co się stało z zachłyśnięciem się modelami do Konfrontacji? Gdzie regiment konwertowanych Eldarów? Nie dbam o to w tej chwili. Zamiast tego, obiecując sobie solennie staranność i brak pośpiechu, złożyłem z plastikowych różności takie coś. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie mamrotał w trakcie nożowo-klejowych wygibasów, że zdobędę tą konwersją uznanie w całej galaktyce. Schodząc jednak na ziemię: do finału daleka droga. Drugi etap to przejrzenie proporcji i ewentualne poprawki. Następnie koniecznie korekty i dodatki zielonym stafem. Potem już malowanie - oczywiście co najmniej na poziomie złotego dymiona (jasne!). Muszę też koniecznie pomyśleć na koncepcją zrobienia gotowemu modelowi przyzwoitych zdjęć. Tak czy inaczej poszło nieźle: chciałem malować - ciąłem i sklejałem. Kto by tam o to dbał...




0 komentarzy:
Prześlij komentarz