poniedziałek, 22 grudnia 2008

Powróćmy jak za dawnych...

Wszystko było jak należy. Inauguracja dwutygodniowego urlopu w wyśmienitym stylu. Pierwsza, od dłuższego czasu, rozgrywka w warhammerka (wypadałoby ją faktycznie nazwać reaktywacją) w pełni usatysfakcjonowała moją bitewniacką duszę. Starcie z prezesowską Bretonnią na 2500 punktów pobudziło pozytywnie krążenie i dało sporego, hobbystycznego kopa.
Swoją armię oparłem na dwóch solidnych klockach piechoty i niezawodnych bolcach. Do flankujących uderzeń przewidziałem lwi rydwan, dragonów oraz księciunia na gryfie. Naprzeciw mnie stanęło sześć, zakutych po żeby w stal klinów oraz trzy (!!!) oddziały morderczych pegazów. Cudowanie odnalazły się stare, poczciwe makiety. Stan pomalowania obu armii na stole - 95%. Czegóż można chcieć więcej? Oczywiście ciekawej rozgrywki. Taką sobie wspólnie urządziliśmy. Pomimo sporej przerwy, grało się jak z nut, bez żadnych wątpliwości co do zasad czy niepotrzebnych spięć. Kości obdarowywały wszystkich po równo (no, sprawa nieco dyskusyjna…), fruwały blachy, kolejne jednostki sprowadzano do parteru. Jeden z moich gwoździ programu zawiódł już w drugiej rundzie, pozbawiając mnie szans na utrzymanie lewego skrzydła. Nie popisał się i Książe (break test z re-rollem na 8 - failed!). Za to dumą mogą napawać topornicy, którzy odparli łączoną szarżę dwóch klinów. W centrum, którego broniła cieniutka linia łuczników, do ostatniej rundy miałem nadzieję na wyeliminowanie bretońskiego generała (uprzednio pozbawionego swojego latającego rumaka). Było kilka taktycznych błędów, co najmniej dwa komiczne. Dużo by opowiadać! Nie jestem dzisiaj obiektywny, więc poprzestanę na stwierdzeniu: niech żyje warhammer! I to pomimo wyniku 2159:1353 na moją niekorzyść. Ja chcę wiecej!

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS