środa, 3 marca 2010

Przepowiednia

Rozdział pierwszy - Przepowiednia

Kilka miesięcy wcześniej


- Jesteście bardziej ograniczeni niż stado Snotlingów w noc świętojańską! - wykrzyczał Balthazar, a jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Po zebranych w sali magach przeszedł szmer oburzenia.
- Waż słowa, Baltazarze, gdyż nie jesteś na targu przekupniów. Na razie nie powiedziałeś nic, co mogłoby przechylić decyzję rady na Twoją korzyść. Jeśli masz coś konkretnego do powiedzenia to mów, w przeciwnym razie zamilknij i nie obrażaj nikogo więcej, albo poniesiesz tego konsekwencje – spokojny głos przewodniczącego rady dobiegł z przeciwległego końca sali, z bogato zdobionego wzniesienia. Balthazar przetarł czoło pięknie haftowaną chustą. Pozostał ostatni, niepodważalny argument...


 - Cesarz naszego imperium... uważa... że to obiecujący pomysł – wypowiadając te słowa już zaczynał się zastanawiać jak wytłumaczy to wierutne kłamstwo... Może nie będzie musiał, jeśli ci głupcy mu teraz uwierzą. Talizman Zasłony Umysłu, jak nazwał go Balthazar, gdy odkrył jego specjalne własności, zawibrował ukryty w połach szaty. Ponad tuzin najpotężniejszych magów w Imperium próbowało przeczytać jego prawdziwe myśli...
- A więc niech tak się stanie – zawyrokował wreszcie przewodniczący rady po minucie skupienia, która Balthazarowi wydawała się całą wiecznością – dostaniesz listy polecające, ludzi do ochrony i potrzebny sprzęt. Wyruszysz kiedy będziesz gotów.
- A więc wyruszę natychmiast!


***


Balthazar odłożył runiczną tabliczkę, której zawartość studiował przez ostatnią godzinę na półkę, tuż obok talizmanu, który jeszcze rok temu był dla niego kompletną zagadką, a który okazał się największym jego skarbem, który pozwolił mu na zrealizowanie dzieła swojego życia. Teraz był już coraz bliżej, z każdym dniem czuł coraz większe podekscytowanie. Z każdym odkrytym monumentem, z każdą kamienną tablicą, z każdą niemalże przerzuconą przez chłopów łopatą ziemi, zbliżał się do celu, który wyznaczyła ta mała runiczna tabliczka. Berło Ocalenia – tego szukał, artefakt, niewiadomej mocy, ale na pewno mocy tak wielkiej, że żaden śmiertelnik nie potrafił sobie jej wyobrazić, artefakt stworzony przez samych Starożytnych, zanim świat został skażony przez Chaos. Artefakt, który już raz posłużył tymże Starożytnym na przeciwstawienie się siłom Chaosu. Artefakt, który na powrót mógł przywrócić ład w świecie, zmieść z powierzchni wszystkie hordy chaosu i wysłać z powrotem w piekielne czeluście. A ten, kto nim by władał, stałby się nowym panem świata, potężniejszym niż sam cesarz! Umysł Balthazara odpływał powoli w kierunku marzeń sennych, godzina była już naprawdę późna, ciszy nocy nie mącił żaden prawie dźwięk, jedynie przechodzący strażnik zaczepił nogą o linkę namiotu, która jęknęła cicho jak napinana cięciwa łuku... 
- Jutro znajdziemy wejście do Świątyni – pomyślał Balthazar z wyrazem samozadowolenia na twarzy i położył się na swoim wygodnym łożu.


***


Pytanie, dlaczego pozwolono tym ludziom rozbić tutaj obóz, ba, dlaczego pozwolono im kopać i przenosić kamienie, które leżały tutaj od wieków, nie dawało Gilhadirowi spokoju od dawna. Jego smukła sylwetka w płaszczu przeszywanym liśćmi – czerwonymi i żółtymi stosownie, do pory roku, wtapiała się idealnie w otaczający krajobraz, kiedy obserwował ludzki obóz rozbity w dolinie. Po jego obu stronach reszta jego oddziału rozlokowała się na odległość połowy strzału z łuku. Potrafił wyczuć ich obecność, dosłyszeć cichy i równy oddech strażników. Wiedział, że żaden z ludzi nie dostrzeże ich, nawet gdyby potknął się o któregoś z nich. Byli elitą leśnych elfów, zespoleni z lasem w idealnej harmonii, zawsze czujni, zawsze w gotowości do obrony Matki Ziemi i ich domu – Athel Loren.  Gilhadir dostrzegł, jak z obozu w kierunku lasu wychodzi samotna postać, chwilę wpatruje się w ciemność, po czym rusza w kierunku Grysaard'a. Elf uśmiechnął się pod nosem. Temu staremu, zgrzybiałemu drzewcowi pewnie i tak wszystko jedno – przynajmniej ziemia wokół niego nie będzie już taka jałowa. Wtem usłyszał sygnał ostrzegawczy – głos ptaka, który nie był głosem ptaka. Rozejrzał się i natychmiast dostrzegł – tysiące niebieskich ogni wędrujących z głębin lasu. 
- Na Wielką Matkę! - powiedział szeptem do siebie. Czegoś takiego – takiej ilości bestii jeszcze nie widział. I pierwszy raz widział, aby wychodziły z głębin lasu!


***


- Widzę! WIDZĘ TO! - Rogata głowa szamana zakołysała się dziwnie na krótkiej szyi i odskoczyła w tył, oczy miał szeroko otwarte, oczy wydawały się płonąć błękitnym światłem. Skheedhor nigdy nie widział go w takim stanie, mimo że brał już udział w kilkunastu rytuałach... Ten jednak był inny. I trwał już co najmniej tak długo, jak wszystkie wcześniejsze razem wzięte. Działo się coś szczególnego. 
- On! Zbliża się! Widzę! Jego sługi! SŁUGI POWSTAJĄ! RODZĄ SIĘ! SZUKAJĄ MOCY SWEGO PANA – głos stał się jeszcze bardziej chrypliwy niż u zwykłego przedstawiciela zwierzoludzi – ODDAJ POKŁON SWEMU PANU! Powstańmy z nim! UWOLNIJ! UWOLNIJ SWEGO PANA! WIELKA BĘDZIE TWOJA NAGRODA! ŚWIAT U STÓP! WŁADZA! Zbudźmy go! WOLA PANA! WOLA PANA OKRUCIEŃSTWA!
Głowa szamana opadła, blask w oczach zgasł. Zwykłym głosem, ledwo słyszalny dopowiedział – musimy go znaleźć... musimy znaleźć i uwolnić Władcę Okrucieństwa... Ty! Musisz go znaleźć! Musisz GO uwolnić! Natychmiast! Natychmiast! Już! JUŻ! - Oczy znów zabłysły na krótką chwilę błękitem, a może tak się tylko  Skheedhorowi wydawało. Nie lubił gdy ktoś mu rozkazuje, słuchanie rozkazów oznaczało słabość, on nie mógł sobie na słabość pozwolić, był przywódcą tego stada, z pozycją wywalczoną w wielu pojedynkach, z pozycja wywalczoną bezwzględnością, wywalczoną uporem, terrorem, niezłomnością, siłą. To dawało mu wyłączne prawo wydawania tutaj rozkazów! Jeszcze raz spojrzał na szamana – NIE będziesz mi rozkazywał! Wiem kiedy i co będę robił!...






Oczy szamana rozbłysły światłem dziesięć razy silniejszym niż w czasie wizji, głos dochodził z otchłani – z nie tego świata
- Nie będę! NIE BĘDĘ! Ale ON przyjdzie! PRZYJDĘ! WDEPCZĘ TWOJĄ GŁOWĘ W ZIEMIĘ! Twoje szczątki rozrzuci na wiatr! NIE ZOSTANIE JEDNA KOŚĆ NI JEDEN WŁOS! NIE POKŁONISZ SIĘ – ZGINIESZ! ZGINIESZ JAKBYŚ NIGDY NIE ISTNIAŁ! NIE SPROSTASZ  MOCY! NIE!
Skheedhor nie wiedział co to strach... być może dlatego nie potrafił określić uczucia, które teraz wierciło mu dziurę w trzewiach... Niemalże wyczołgał się z namiotu, starając się na ile mógł zachować odrobinę swojej przywódczej godności... Na szczęście nie musiał się wysilać – wyglądało na to, że przedstawienie szamana było słychać nie tylko w namiocie. Wszyscy strażnicy uciekli, zostawiając ogniska, jedzenie, broń. 
- Tchórze wyliniałe! -  pomyślał na głos. Poprawił zmierzwioną grzywę na czole i parsknął kilka razy wciągając świeże powietrze. Ziołowy dym z namiotu szamana wyraźnie mu nie służył.
Sięgnął do pasa i dopiął wielki róg, zadął dwukrotnie, przeciągły odgłos rozniósł się po całym lesie. Przypiął róg z powrotem do pasa i wsłuchał się w odgłosy puszczy. Nie czekał długo - wkrótce usłyszał tętent prawie czterech tuzinów kopyt, po paru minutach pierwsze czarne, groteskowe postacie wyłoniły się z cienia lasu. Ghoormug i jego banda Centigorów najlepiej nadadzą się do tej misji posłańczej... Trzeba zebrać stado... Wyruszamy na południe, do lasu Szpiczastouchych... Trzeba to załatwić szybko, inaczej z moją głową może być krucho - pomyślał Skheedhor.


***


CZUJĘ! ZNÓW CZUJĘ! KREW! KREW PULSUJE! W ŻYŁACH! MOC! MOC ZNÓW OŻYWA! CHODŹCIE! CHODZCIE MOI SŁUDZY! POWSTAŃCIE! CZAS WYZWOLENIA NADCHODZI! JEST BLISKI! BLISKI! NIECH OKRUCIEŃSTWO POCHŁONIE CIAŁA I ZMYSŁY! CZAS WYZWOLENIA!

***

Heh, w tym miesiącu było ciężko. Siedzę właśnie i próbuje sklecić ten tekst. Do deadline'u jeszcze jakieś 21 godzin, a u mnie ciągle nie do końca pomalowane 3 figurki. No i tekst leży. Cóż zrobić. Mości Szeperd grozi torturami psychicznymi, nie ma wyjścia. Trzeba wziąć przykład ze Skheedhora, i wprowadzić do gry Centigory.



Oddział jaki jest każdy widzi. Malowanie jakie jest – też. Osobiście tylko dodam, że oddział ten – cały z metalu – doprowadził mnie praktycznie do łez, ze względu na sposób jego montowania i zajął drugie miejsce w kategorii najbardziej upierdliwy model do złożenia, zaraz po łódce Higginsa, o której już na blogu tu i ówdzie pisałem.
Aha, byłbym zapomniał, jeśli mi się uda to w tekście pojawi się figurka nowego bohatera do Beastmenów – Centigora. Piszę już teraz, żeby potem nie zapomnieć dopisać, jeśli się pojawi.
To tyle, na koniec zostawiam jeszcze podsumowanie.

Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 63%
Miniatury złożone: 21%
Miniatury pomalowane: 14%
Łączny koszt w punktach: ~300
Łączy koszt w złotych: 356zł

PS. Bohater Centigorów jednak się nie pojawi, tak jak obiecana niespodzianka... Cóż... Może w końcu uda mi się odkurzyć w tym miesiącu bloga i tam trochę pobeastmenić na boku?

Robert Szczelina

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS