- Panie, panie, jesteśmy atakowani! - zdyszany strażnik pełniący wartę nie czekając na pozwolenie wejścia wpadł do namiotu Balthazara.
- Kto? gdzie? Jak? Gadaj człowieku!
Człowiek nie zdążył odpowiedzieć. Niewidzialna siła zwaliła go z nóg i pociągnęła w ciemność, na zewnątrz namiotu. Przerażający krzyk agonii natychmiast przywrócił trzeźwość umysłu zaspanemu magowi. Szybko chwycił swoją laskę opartą na zdobionym stojaku i wycelował w noc czającą się za rozchyloną zasłoną wejścia do namiotu. W ciszy nocy, która zapanowała na zewnątrz zapaliły się dwa zimne niebieskie ognie.
- ADURO IAM! - Baltazar nie zamierzał zastanawiać się teraz z jakiego typu zjawiskiem ma do czynienia. Z końca czarodziejskiej różdżki wystrzelił wąski żółty promień. Tam gdzie świeciły dwa zimne niebieskie ognie teraz pojawił się czerwony gorący płomień. Monstrualny, zdeformowany wilk nie wydając żadnego jęku płonął żywcem. Z przerażeniem mag stwierdził, że płomień zaczyna zbliżać się do namiotu.
- Nie! REMANEO GLACIALIS! - Potężna siła telekinetyczna potargała zasłonę zakrywającą wejście do namiotu i uderzyła w potwora zwalając go z nóg. Zdołał się jeszcze podnieść, zanim po raz ostatni upadł w agonii, gdy ogień w końcu dokonał swego dzieła. Na zewnątrz rozległ się sygnał alarmu, dało się słyszeć szczęk oręża. Strażnicy szykowali się do obrony.
- Wstawać, wstawać! Ruszać się gamonie! To nie są ćwiczenia! - szef straży wpadł niczym burza do namiotu, jego głos zabarwiony był strachem, Marek nauczył się już go rozpoznawać. Wokół w namiocie zapanował chaos. Żołnierze próbowali ubrać na siebie pancerze, brakujące części garderoby, zapiąć pasy z bronią. Na twarzach malowało się piętno dnia wczorajszego, szczególnie wieczornego świętowania.
- Kto nas atakuje? - zapytał Marek, zapinając pośpiesznie skórzane szelki i zakładając pas z mieczem.
- Też chciałbym to wiedzieć... - odpowiedział dowódca, bez cienia ironii w głosie. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z namiotu. Marek spojrzał na pusta pryczę obok.
- Gdzie jest Frederic? - Zapytał towarzysza, który właśnie kierował się do wyjścia.
- Nie wiem, chyba poszedł się odlać do lasu...
Marek zbladł, zimny dreszcz wstrząsnął jego ciałem. W tych grubiańskich słowach kryła się przepowiednia losu Frederica. Marek poczuł, że właśnie stracił przyjaciela.
- Jasper, Jasper! Wstawaj! Zrywamy się! Jest okazja! - Człowiek w szarym łachmanie potrząsał drugim leżącym na kawałku koziej skóry rozpłaszczonym na ziemi. Mówił z podekscytowaniem, ale szeptem, aby nikt inny nie usłyszał.
- Czego się drzesz, pali się czy co? - Zaspany Jasper przecierał zaspane oczy.
- Nie wiem, ale wszyscy strażnicy, tfu, żeby tych psubratów zaraza, zniknęli, nikt nie pilnuje! Zrywamy się! Jest szansa, mówię Ci, drugiej takiej nie będzie.
Jasper podniósł się z posłania. Zarzucił na plecy małe zawiniątko na którym uprzednio opierał głowę podczas snu.
- Dobra, jestem gotowy.
Cicho wyszli z namiotu, rozejrzeli się wokoło. Nigdzie żywej duszy. Obóz był rozległy, otaczał przecież tą wielką dziurę, w której co dziennie musieli przez cały dzień kopać i kopać w poszukiwaniu, Sigmar jeden wie, czego. Obóz otoczony był wysokim wałem ziemnym, który z dnia na dzień powiększał się – z wiadomych powodów. Wał służył strażnikom do patrolowania i pilnowania kopaczy. Teraz zdawało się, że nikt nie pilnuje. Gdzieś w oddali, z drugiej strony obozu, opartej o starożytny las elfów słychać było zagłuszone przez odległość i noc jakieś krzyki. Po upewnieniu się że nic im nie grozi, Jasper i Ralf wspięli się na wał. Krzyki w oddali stały się bardziej wyraźne, ze szczytu wzgórza zobaczyli w oddali kłębowisko ciał – ludzi i wilków – trwała walka. Ponad kłębowiskiem wznosił się prastary las. Las wypełniony niebieskim ogniem.
- Osz w mordę... - jękną Ralf.
- Miałeś rację, drugiej takiej szansy nie dostaniemy... Oni zresztą chyba też. Jazda.
- Zaczyna się – pomyślał Skheedhor i uśmiechnął się na tyle na ile pozwalała mu jego zwierzęca fizjognomia. Stał na wzgórzu na którym wznosił się Kamień Zebrań. Z lasu wyłaniały się kolejne postacie zwierzoludzi, potężne ciała, góry futra i mięśni, uzbrojone po zęby w najróżniejszy oręż, niezdyscyplinowane ale szalone w walce. U podnóża powoli tworzył się obóz. Obóz największej armii w dziejach – pomyślał wódz stada i znów uśmiechnął się do siebie na swój zwierzęcy sposób. Z głębi lasu na polanę wysunął się oddział jednolicie odziany w czerwone strzępy materiału, prowadzony przez wojownika z charakterystycznym gwiaździstym znamieniem na pysku. Młody zawsze miał bzika na punkcie umundurowania – pomyślał Skheedhor i znów się uśmiechnął. Zastanawiał się, czy jego młodszy brat znów będzie próbował wyzwać go na pojedynek. Ile to już było razy? Wódz wytężył umysł, ale liczba tych pojedynków była większa niż jakikolwiek zwierzoludź mógł znać i do której potrafił liczyć. Było ich więc więcej niż trzy. Znacznie więcej pomyślał Skheedhor. I po raz kolejny się uśmiechnął. To był dla niego dobry dzień.
KREW! KREW I ZNISZCENIE! ATAKUJCIE! ATAKUJCIE Z FURIĄ! DZIECI NOCY DZIŚ ZOSTAWIĄ SWÓJ ŚLAD, ZNAK OKRUCIEŃSTWA!
I znów heroiczny finisz. Piąta siedemnaście rano, siedzę i piszę ten tekst. Siedzę z jednej strony z poczuciem spełnionego obowiązku – oddaję Szeperdowi obiecany, comiesięczny, pełen oddział, z drugiej strony jednak mam poczucie, że trochę zawiodłem własne oczekiwania – przede mną na półce stoi 10 nie domalowanych modeli z kolejnego oddziału, który chciałem także dzisiaj umieścić. Nie ma też obiecanych niespodzianek – po raz kolejny. Nie ma obiecanego co miesiąc bohatera. Co teraz? Może jeszcze podsumuję pierwszy kwartał naszej zabawy, tak więc: w „dużych” punktach 3:0 dla mnie, 3 oddane artykuły i 3 pomalowane, całkiem spore, oddziały. W małych punktach: 1:5 dla lenistwa i braku czasu – żadnej z 3 obiecanych niespodzianek, oraz jeden z 3 pomalowanych bohaterów. Wniosek: myślę, że potyczkę można uznać za Major Victory na moją korzyść. Niestety w kolejnych miesiącach nie zapowiada się na Masakrę na moją korzyść, gdyż nadchodzi czas obrony pracy magisterskiej... Ehhh. Mam nadzieję, że przynajmniej w dużych punktach będę trzymał poziom, szczególnie że pędzelek w ręku to miły odpoczynek dla umysłu w przerwach pomiędzy jednym równaniem różniczkowym a drugą przestrzenią Banacha. Do usłyszenia!
Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 65%
Miniatury złożone: 32%
Miniatury pomalowane: 27%
Łączny koszt w punktach: ~470
Łączy koszt w złotych: 430zł
PS. W sumie biorąc pod uwagę fakt, że mam pomalowanego jednego bohatera (jego koszt to pewnie około 100-120 pkt) to można by się już pokusić o pojedynek Border Patrol. I to w pełni pomalowaną armią. Jak to poeta powiedział: „serce roście patrząc na te czasy”.
PS2. Z angielskiego Herdstone przetłumaczyłem jako Kamień Zebrań. Nie najszczęśliwsze to tłumaczenie, ale dla mnie brzmi lepiej i lepiej oddaje przeznaczenie tego miejsca niż Kamień (Pomnik?) Stada. Może ma ktoś jakieś fajne tłumaczenie słowa Herdstone? Z tego co wiem to polskiej księgi Beastmenów jeszcze nie ma, stąd nie znam „oficjalnego” tłumaczenia.




0 komentarzy:
Prześlij komentarz