To zdjęcie zrobiłem bodaj rok temu. Musiałem się znaleźć w tamtej okolicy z jakiegoś powodu, rzuciłem okiem na ten dom i cyknąłem fotkę telefonem komórkowym. Dzisiaj przez przypadek na nie trafiłem i przez moment pomyślałem, co dla mnie znaczy. Cóż, bardzo wiele. Jak to się mówi, jest to najstarsza dzielnica mojego rodzinnego miasta, a okolice ze zdjęcia ‘wycierałem’ już od najmłodszy lat. Naprzeciw stał dom moich dziadków, z którymi, z różnych powodów, spędziłem sporo z mojego dzieciństwa. Dom stoi co prawda do dzisiaj, jednak zupełnie pusty. Również kilka metrów obok wnosi się jeden z najstarszych kościołów w mieście. Trzy potężne krzyże i zawieszone na nich figury nie pozostawiały obojętnym, kiedy się koło nich przechodziło. Do tego procesje, przechodzące tą ulicą, dziadek, chodzący co dzień na mszę o szóstej rano, stukot setek mechanizmów w jego warsztacie zegarmistrzowskim, zapach gotowanej marchwi i duszonego kurczaka z kuchni babci. To zostaje po prostu w moim DNA. Podobnie jak wiele, wiele innych wspomnień z tego okresu.Do tego miejsca wróciłem po dłuższej przerwie dzięki bitewnej pasji. Zbieg okoliczności? Hmm, być może. Za tymi czterema oknami i dwojgiem drzwi kryje się całkiem sporo emocji, wspomnień i miłych chwil. Na pewien czas zainstalował się tam bowiem nasz bitewny klub, z małą namiastką ligi, wieloma pojedynczymi potyczkami, wreszcie historycznymi już puszkami i posiadówkami ‘na tyłach’. Ależ to wszystko soczyste i pozytywne!
A skoro dzisiaj serwuje sobie taki prosty sentymentalizm, to niech wpis się zakończy i tym: za oknem czerwiec, za tydzień ługi weekend. Zwykle o tej porze roku biegłem tam z tornistrem po szkole a lata później myślałem o tym, jak posprzątać strych, ustawić stoły i gdzie zmieścić graczy. Nie w tym roku. Tempus fugit. Tylko po co i dokąd?


0 komentarzy:
Prześlij komentarz