Czego nie robi się dla swoich pasji? Cóż, wielu rzeczy, a chyba największą wobec nich przewiną, jest grzech odkładania w czasie. To, o czym piszę dalej, odkładałem równe dziesięć lat. Mowa o patencie żeglarskim. W tym roku w końcu ruszyłem swój szanowny, leniwy zad, głównie dzięki usilnym namowom Żony. Jezioro pod ręką, zamiłowanie do wody i żagli niemal tak stare, jak ja sam. Człowiek jest słabym i małym grzesznikiem, nieprawdaż? Ale ruszyłem. Wczoraj rano - ruszyłem z kopyta, z torbą ubrań na zmianę i lekkim dreszczem emocji.
Jakże w pięknym miejscu przyszło mi mieszkać! Wiosna w Beskidach jest wprost cudowna. Rano, aby dotrzeć na przystań w dolinie Soły, przemierzam Przełęcz Przegibek. Kręta droga, na której samochód ociera się niemal o drzewa, wiedzie między zalesionymi zboczami Hrobaczej Łąki a Magurki Wilkowickiej. Nic nie może równać się z soczystością wczesnowiosennej zieleni w Beskidach! Raptem 30 minut rano, a jakże pozytywnie nastraja do życia.
Po dotarciu na przystań, zaczyna się danie główne. Keja, przy niej wiekowe, sfatygowane Nefryty, na których ja, wraz z grupą innych zapaleńców, zdobywać będziemy patentowe umiejętności. W zasadzie już zdobywamy.
Podczas dwóch dni załoga nieco się poznała - przyznam, że wielce ciekawy komplet. Wiatr dął całkiem przyzwoicie, choć dzisiaj kręcił niemiłosiernie. Mimo tego mieliśmy do czynienia głównie z praktyką, co jest oczywiście najciekawsze. To nic, że zacina nam się rolfok, w zęzie jest co rano z dwa dobre wiadra wody. To nic, że przysmażyliśmy już dziobem w pomost i przyprawiliśmy instruktora o ból kręgosłupa. To nic, że wyjedliśmy w ciągu pierwszego dnia wszystkie fastfoodowe zasoby tamtejszej tawerny. Woda, wiatr, żagle i góry - to rekompensuje niemal wszystko.
Ach, jeszcze coś. Postanowiłem, co do mnie zupełnie nie podobne, przyjąć zasadę nie wychylania się. I nie mówię tu o wystawianiu poza burtę, ale ukryciu tych kilku skromnych umiejętności, które nabyłem podczas moich wypadów pod żagle. No bo i po co się wychylać?
Koniec końców, pierwszy w tym roku weekend na wodzie za mną. Trochę teorii, sporo zwrotów przez sztag, w sumie kupa zabawy i niezły relaks. Mam co prawda, pewien niedosyt, co świadczy wyłącznie o tym, jak lubię ten sport. Chyba namówię pewną osobę na parę godzin indywidualnie, abym pod czujnym i doświadczonym okiem mógł więcej posiedzieć za sterem. Byle do kolejnej soboty!