niedziela, 30 sierpnia 2009

Poszycie

Całkiem trudny i ważny etap budowy modelu HMS Victory już za mną. Chodzi mianowicie o poszycie dna i burt okrętu. Ten fragment prac to efekt wysiłków podczas mijającego tygodnia. Pierwowzór modelu powstawał znacznie dłużej, bo kilka lat. Po pierwsze, zgodnie ze angielską sztuką szkutniczą, po zbudowaniu kadłuba a przed położeniem poszycia, należało konstrukcję sezonować tak, aby ‘ułożyła się’. Drugim czynnikiem, decydującym o wieloletniej budowie, były angielskie sukcesy w wojnie z Francją, które zmniejszały potrzeby floty. Okręt zwodowano więc w 1763 roku, Admiralicja zleciła zaś jego ostateczne ukończenie dopiero w roku 1771.
Jak poszło mnie? Cóż, całkiem przyzwoicie. Dokładność poszczególnych elementów jest dość spora i pozwala na niezłe spasowanie poszczególnych sekcji. W przypadku poszycia samego dna, tylko dwa łączenia nie spełniają moich oczekiwań. Nieco lepiej jest w przypadku burt. Model otrzymał również górny pokład (wg angielskiej klasyfikacji, dzieli się on na dwie sekcje - bliżej rufy ‘quarterdeck’, w kierunku dziobu ‘foc’sle’), który przykrył górny pokład artyleryjski. Oczywiście nie uniknąłem błędów w postaci np. przełamania pokładu w tylnej części czy takiego ułożenia burt na kilku wręgach, że powierzchnia nie jest równa i widać pod spodem rysująca się konstrukcję szkieletu. Tak czy inaczej główne prace na bryłą kadłuba już za mną. Jest to jednocześnie taki etap prac, gdzie w krótkim czasie widać spore postępy (kolejny taki, to dopiero prace nad masztami i olinowaniem) - teraz zaczynają się mniejsze detale, znaczniej bardziej mozolne i nie tak efektowne. Przykład widać na końcu górnego pokładu - dwie brązowe kabiny (zastępcy dowódcy oraz biuro intendentury). Przy okazji muszę napisać, że frajdę z tego modelarskiego ćwiczenia mam nie tylko ja, ale również mój starszy syn, który asystuje mi podczas wycinania i klejenia i wcale ciekawy pyta o to i owo.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Mag - dla Gobosa

Gobos skończył już niemal malowanie swojej imperialnej armii. O ile dobrze pamiętam, została mu jeszcze wolna kompania. Nade wszystko zaś bohaterowie, których zachował sobie na koniec, żeby dopieścić, odpykać i zwieńczyć całą kolekcję tak mocnymi akcentami (jestem przekonany, że takie będą). Kiedy się ostatnio widzieliśmy, przyjrzałem się temu jego bohaterskiemu stadku. Jest parę sztuk, w tym kilka tłustych. Zapytałem więc, czy mógłbym jakiegoś pomalować, niekoniecznie Karla Franza. Ot, tak po koleżeńsku, jak malarz malarzowi. Gobos się oczywiście zgodził a ja wybrałem sobie pieszego maga, którego można zobaczyć właśnie na zdjęciu. Sam nie wiem, co to za edycja, ale chyba dość wiekowa. W niczym to jednak nie przeszkadza bo model trzyma swoim wzorem dobry poziom. Skoro bohater, to należała mu się jakaś konkretniejsza podstawka. Na warsztat poszedł więc korek, suszona gąbka i nasiona brzozy. Mam nadzieję, że nie będzie się zanadto odcinać od armii Gobosa - ewentualnie sobie jakoś podmaluje, żeby bardziej pasowało. Natomiast dopiero teraz trafia do mnie, że w kwestii doboru kolorów, to chyba walnąłem gafę. W zasadzie od początku myślałem o nim, jako magu szarym (Grey Order) i tak też jakoś dobrałem kolory (płaszcz). Najwyraźniej pomieszałem jednak koncepcję z Lore of Beasts, na którą wskazywałyby atrybuty w postaci zwierzęcych czaszek przy pasku, kiedy postanowiłem użyć naturalnych, rustykalnych kolorów dla koszuli czy fartucha. Sam nie wiem. Wiem za to, że nie do końca udały się tatuaże na prawym przedramieniu. Ale co tam! Wyszedł całkiem przyjemnie i wkrótce, mam nadzieję, Gobos będzie mógł go ocenić na żywo.

Pod pokładem

Trójpokładowiec, któremu poświęcam od paru dni nieco czasu, nosił na swoich pokładach, wg stanu uzbrojenia z 1765 roku, 100 dział. Trzy główne pokłady działowe - dolny, średni i górny, to właśnie główna bateria, bo osiemdziesiąt osiem dział od 42 do 12 funtowych. Kartonowe modele to oczywiście dość sporo uproszczeń. Niemniej, w porównaniu do na przykład okrętów z okresu II wojny światowej, które posiadały jedną, dwie płaszczyzny, mój liniowiec oferuje nie lada atrakcję, bo można zajrzeć w głąb do średniego pokładu działowego, inaczej zwanego śródpokładem (choć w instrukcji widnieje on jako pokład dolny, jak mniemam, błędnie). Na zdjęciu śródpokład to ten biały, gdyby jednak spojrzeć przez otwór w gretingu na górnym pokładzie artyleryjskim (to brązowe), zobaczyć można deski śródpokładu. Szaleństwo, prawda? Przy okazji gretingów przypomniałem sobie po raz kolejny dziecięce czasy modelarskie: pośpiech, niedbalstwo i przemożną chęć skończenia modelu w krótkim czasie owocował bardzo luźnym podejściem do wskazówek i rysunków pomocniczych z instrukcji. Kiedyś po prostu wycinałem tylko górną część gretingu i przyklejałem ją bezpośrednio do pokładu - mowy nie było o wklejaniu tam schodni, robieniu kratek czy dziur. Tym razem jednak obiecałem sobie solennie trzymać się wytycznych autora i nie pomijać żadnej (no prawie) części. Stąd też moje zdumienie, kiedy spojrzałem na zegarek po dwóch wykonanych gretingach - dwie godziny! W tym czasie można przecież pomalować na przykład maga do Imperium. No cóż… Kolejny etap to poszycie dna. Sprawa trudna, bo błędy mają spore przełożenie na estetykę całego modelu. Muszę się dobrze to tego zadania przygotować.

sobota, 22 sierpnia 2009

Stępka

Zwykle w okresie letnim, szczególnie po powrocie znad morskiego wybrzeża, budzą się we mnie stare inklinacje marynistyczne. Najczęściej też towarzyszy im jakiś chwilowy przebłysk słomianego zapału. Ze dwa lata temu odwiedziłem Gdynię - skończyło się na podklejeniu wręg do modelu Błyskawicy na karton. W tym roku jest podobnie. Co prawda nie dotarłem podczas wakacyjnych wojaży do Porstmouth, za to w zupełności wystarczył mi widok kilku żagli. Po powrocie nabyłem więc nieśmiertelnego Małego Modelarza, a wczoraj miałem już gotowy szkielet. Który to już raz sklejam ten model? Tak, trzeci. Pierwsze dwa to czasy szkoły podstawowej i okres modelarskiego hobby, bez którego pewnie nie malowałbym dzisiaj figurek (wiem, powtarzam się). Wracając do tych pierwszych dwóch podejść do modelu potężnego, drewnianego liniowca, to pierwszej próby nie pamiętam prawie wcale. Bardzo prawdopodobne, że dotarłem do etapu doklejenia tekturowych żagli, ale pominąłem przy sklejaniu na pewno z 70% części. Drugi raz pamiętam znacznie lepiej. Kadłub nawet podobał się gościom moich dziadków, bo okręt stał przez jakiś czas właśnie u dziadków na telewizorze. Jednak maszty i żagle były kompletną prowizorką. Jak skończył pierwszy egzemplarz? Pewnie spaliłem go gdzieś na podwórku. Drugi spadł ponoć z rzeczonego telewizora podczas przeciągu i babcia, zapewne, ukradkiem go zutylizowała. Do trzech razy sztuka? To się okaże. Dzisiaj, w każdym bądź razie, mogę odtrąbić położenie stępki (w oryginale było to siedem dębowych bali, o łącznej długości 53 metrów) - w modelarskim wydaniu będzie się to równało gotowemu szkieletowi, który znajdziecie na zdjęciu. Zgodnie z instrukcją, nakleiłem wręgi na gruby karton, a następnie dopasowałem całość na sucho, by wreszcie scalić wszystko klejem. Co to za jednostka? No właśnie…

środa, 19 sierpnia 2009

Podręcznik katolickiego terrorysty

To będzie krótki wpis, napisany w porywie chwili. Inspiracją do jego napisania była okoliczność zakupienia przeze mnie książki, o dźwięcznym tytule „Renesans Islamu” Adama Meza. Samej książki jeszcze nawet nie zacząłem czytać, więc nie mogę o niej nic opowiedzieć. Mogę jednak streścić moją rozmowę z antykwariuszem, od momentu mojego wejścia do sklepu, aż po jego opuszczenie, nie mogąc przestać się śmiać.

Oto jak się sprawa miała: Z powodów zawodowych znalazłem się dzisiaj około godziny dziesiątej rano w okolicach małego rynku w Krakowie, na ulicy Stolarskiej - z pewnych innych powodów poszukiwałem także pewnej księgi, a mianowicie samej wielkiej Biblii, a najpewniej taką można było zakupić w sklepie z dewocjonaliami, który to na rzeczonym rynku się znajduje. Pech (szczęście?) chciał, że mój wzrok w pewnym momencie natrafił w małym, przystosowanym naprędce jako gablota oknie na okładkę książki o gotyckim malarstwie. Jako, że podobne tematy ostatnio się mnie trzymają, mając nadzieję na znalezienie czegoś ciekawego, co mogłoby pomóc w malowaniu miniatur, postanowiłem do antykwariatu wstąpić (dodam, że uwielbiam stare książki i uwielbiam wizyty w antykwariatach). I tam spotkałem drugiego bohatera opisywanego zdarzenia: antykwariusza.
- Antykwariusz: dzień dobry, czegoś konkretnego pan szuka?
- Ja: właściwie to chciałem zerknąć na tą książkę z wystawy o malarstwie średniowiecznym...
- Antykwariusz: a proszę bardzo.
- Ja: (ogląda, ogląda, ogląda)... nie chyba jednak nie tego szukałem... (w nagłym olśnieniu, że przecież uwielbiam stare książki!): Nie ma pan może jakiejś starej Biblii? Z Nowym i Starym Testamentem?
- Antykwariusz: a, to wie pan, zależy do czego pan potrzebuje: na prezent, dla siebie, do czytania?
- Ja: eeeee... dla siebie...
- Antykwariusz: To wie pan, do czytania to najlepsze są te nowe wydania, jak pan nie jest teologiem, po co się samemu domyślać i wgryzać, jak to co rusz zmieniają interpretację i pracują nad przekładem, choćby tu w Tyńcu, żeby było jak najbliższe oryginałowi,  oczywiście mam Biblie, sprzed 50 lat, 4 tomy, w świetnym stanie, ale to chyba nie ma sensu, lepiej jak sobie pan kupi nową,  lepiej przetłumaczoną tutaj niedaleko w księgarni...
- Ja: (O kurcze, antykwariusz z prawdziwego zdarzenia... Normalnie kazanie, jak Elijah Price z Niezniszczalnego... ) …. ok... eee... to może ja tylko zobaczę?
- Antykwariusz: nie ma problemu, (prowadzi mnie w głąb sklepu) tu mamy wszystkie książki związane z chrześcijaństwem, tu, tu i jeszcze tu ta półka, ta już nie, ułożone alfabetycznie, według autora, proszę...
- Ja: eee... dziękuje....
Tutaj nastąpiła chwila kiedy antykwariusz zostawił mnie samego, ja natomiast zacząłem wodzić wzrokiem po grzbietach nagromadzonych tomiszczy. Przyznam, że tytuły z półki „chrześcijańskiej” nie przykuły mojej uwagi... Były zbyt nowe, a tytuły do mnie nie przemawiały... Dość szybko zacząłem wodzić wzrokiem po sąsiednich półkach, szukając czegoś z historii wojskowości lub podobnej... I oto jest! Renesans Islamu... intrygujące, pasujące do aktualnej armii... Czytam wstęp... książka opowiada o osiągnięciach Islamu z X w. Genialnie! Są obrazki, reprodukcje, zdjęcia? Biorę w ciemno! Idę do kasy, podaję książkę i... widzę niesamowicie szeroki banan na twarzy antykwariusza!
- Antykwariusz: no ładnie, przychodzi pan pytać o Biblie, a teraz wychodzi z Islamem!...
- Ja: nooo... eeee...
- Antykwariusz: ... no w sumie, to mamy tych samych proroków, świętych mężów, więc czemu nie?
- Ja: (śmieję się razem z nim) no, tak... ale w sumie to tylko moje zainteresowanie... historią... a w ogóle to z zawodu informatyk!...
- Antykwariusz: (śmieje się dalej) no jak informatyk to na pewno lepsza będzie dla pana Biblia w wersji aktualnej!
- Ja: na pewno! Do zobaczenia!

I tak wyszedłem, śmiejąc się pod nosem, a ludzie dziwnie się na mnie patrzyli... Tak oto historia dobiegła końca. Mam nadzieję, że ktoś uśmiechnie się choć troszkę pod nosem czytając te moje wypociny i wyobrażając sobie całą sytuację. Ja ubawiłem się przednio podczas tego zdarzenia! No i zyskałem cenne źródło informacji na najbliższą kampanię! A to chyba najważniejsze...

Czarny Powóz

Dawno się nie odzywałem, ale powracam z nowym projektem. Dostałem zamówienie na nietypowego Black Coach’a. Miał być dziki, przerażający, „brudny”, nie tak elegancki jak oryginalny model GW. Sporo główkowałem co by tu zrobić odjazdowego. Wersji miałem wiele, chciałem zastosować rydwan beastmen’ów lub orków z przeróbkami. Myślałem też o modelu Corpse Cart, Stage Coach’u do systemu Mordheim (swoją drogą świetny model), a w końcu po prostu o modelu BC z GW. No, i stanęło na tym ostatnim. Co prawda znacznie różni się od oryginału i niewprawne oko może tego nawet nie zauważyć, ale to jest właśnie ten karawan. Zrobiłem z niego kabriolet, „zniszczyłem” koła, dokonałem kilku wygięć, przeklejeń i główny trzon był gotowy.
Dalszą częścią było ustalenie załogantów. Wymyśliłem sobie, że wkleję na wóz kupę zwłok Corpse Cart’a. Wymagało to drobnych modyfikacji ze względu na odmienny kształt pojazdu. Ponadto, ponieważ pozostawały luki, musiałem tam dopchać trochę trupów, które także pochodziły z tego modelu. Na szczycie wylądował ghoul, trzymający fragmenty zwłok. Kolejny taki osobnik został umieszczony z przodu wozu, a jego zadaniem jest upychanie ścierwa, aby nie przelało się na woźnicę. Właśnie, jeszcze woźnica. Jest nim kolejny model z Corpse Cart’a - nekromanta z batem.
Największy problem miałem z tym czymś, co miało ciągnąć wóz. Chciałem żeby to była jakaś bestia, ale niełatwo znaleźć odpowiedni model. W zastępstwie myślałem jeszcze o Dire Wolves’ach w ilości czterech sztuk. Po dłuższym przeszukiwaniu sieci znalazłem jednak upragniona bestyję w zbiorach Konfrontacji. I szczęśliwym trafem udało mi się jedną zdobyć dzięki koledze Szeperdowi. Chciałbym zaznaczyć, że to była jedyna taka figurka w sklepie i w dodatku nie było jej w spisie asortymentu i tylko dzięki wytrwałości Szepa w przeszukiwaniu półek wszedłem w posiadanie tego stwora. Ta poczwara była brakującym ogniwem i idealnie dopełniła całość.
O malowaniu nie będę się rozpisywał bo to w zasadzie te same moje techniki, zardzewiałego metalu, skóry stwora jak u opisywanego kiedyś Varghulf’a plus zwykła ludzka skóra robiona głównie suchym pędzlem. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze podstawka, która jest w części kupioną gotową podstawką pod rydwan, jedynie przeze mnie pomalowaną a w części składa się z dwóch dostawek. Musiałem się troszkę namęczyć i dorobiłem z dwóch stron po fragmencie podstawki, aby BC zmieścił się w całości. Fragmenty te przyozdobiłem na wzór kupnej podstawki różnymi drobnymi elementami, zasypałem jeszcze piaskiem i całość została pomalowana, a potem miejscami obsypana trawą. Gotowy powóz prezentuje się jak widzicie poniżej. Więcej zdjęć pod tym linkiem.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jak to jest

No właśnie chciałem się przekonać, jak to jest z tym robieniem podstawek do pojedynczych figurek, obalić własne uprzedzenia, mity, lenistwa i stereotypy. Skoro poświęcam kilkanaście do kilkudziesięciu godzin pojedynczym modelom, to czemu nie miałbym poświęcić do pół godziny podstawkom, na których później są prezentowane. No właśnie, czemu? Przed wakacjami kupiłem takiego jednego delikwenta, co mnie zawsze modelarsko kręcił. No i zaszalałem. Kamienie znad Bałtyku, roślinki z green stuffu, małe kamyki, drobny piasek, trochę luzu w aranżacji. Na razie wygląda przyjemnie. Ba, bardzo naturalnie. Aż się boję, że nie odtworzę tego efektu ‘naturalności’ farbami. Jak to widzicie?

czwartek, 13 sierpnia 2009

Blask Miklagardu

II/75 Konstantinian Byzantine 1042-1071 AD

Pamiętam dokładnie, jak i kiedy narodził się pomysł zbierania prezentowanej armii Bizancjum. W lipcu 2008 roku, w dniu, w którym wracaliśmy z MiSieM i Robsonem do domu z kampanii DBA o nazwie Opus Europa, w samochodzie zaczęliśmy snuć entuzjastyczne plany kolejnych rozgrywek. Tak położony został grunt pod kampanię Sol Oriens, wtedy też mój wybór padł na armie III/75, czyli Bizancjum Konstantynów.

Historia Cesarstwa Bizantyjskiego to temat tak obszerny, iż z pewnością był przyczynkiem do niejednego doktoratu, habilitacji i profesury. I nic dziwnego, bo choćby w kategoriach trwania państwowości, to ponad 1000 lat dziejów. Oczywiście matka-historia jest daleka od wkładania czegoś w sztuczne ramy czasowe, więc na Bizancjum trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy, objąć większy kontekst. Osobiście nie jestem żadnym znawcą w tym temacie, niemniej jest on dla mnie absolutnie intrygujący. Choćby poprzez taki pryzmat: Konstantynopol, jako żywy spadkobierca Rzymu (a także Grecji), państwowość będąca kapitalną mieszanką kultur, nacji i religii, dzieje wzlotów, upadków, wreszcie smutnego końca.

Choć Bizancjum może jawić się jako nieco egzotyczne, orientalne czy dalekie, to przecież położyło spore podwaliny pod tzw. cywilizację europejską a te wpływy są widoczne zapewne i dzisiaj. Co ciekawsze, na jego gruzach stoi dzisiaj silne państwo muzułmańskie. Odwiedzając Stambuł, czułem kapitalną atmosferę styku kontynentów, zmienności historii, wręcz magię. Wystarczy choćby spojrzeć na Hagia Sophia, chrześcijański kościół, budowany setki lat przed Wielką Schizmą, na którego ołtarzu właśnie doszło symbolicznie do rozłamu w religii chrześcijańskiej (1054 rok n.e.) , który następnie stał się meczetem (by wreszcie otworzyć podwoje, jako muzeum w ubiegłym stuleciu). Człowiek nie pozostaje w takim miejscu bez refleksji, po prostu nie może.

Jak uzasadnić przedział historyczny 1042-1071 n.e., któremu odpowiada prezentowana tutaj armia, czyli III/75, Bizancjum Konstantynów? Przeglądając pobieżnie temat, pokusiłem się o postawienie następującej tezy (innej, niż po prostu skojarzenie rzeczonego okresu z panowaniem dynastii Dukasów oraz objęciem tronu w roku 1042 przez Konstantyna IX Monomacha): przedział ten został przyjęty, jako swoisty łącznik pomiędzy okresem triumfów Cesarstwa, takich jak całkowite rozbicie bułgarskiego zagrożenia, triumfów, w wyniku których obszar rozciągał się od południowych części Półwyspu Apenińskiego, poprzez Bałkany aż po Armenię a cesarski skarbiec był niezwykle obszerny, a okresem klęski, jaką była utrata znakomitej większości Azji Mniejszej na rzecz Turków Seldżuckich, klęski, której symbolem jest zapewne przegrana bitwa pod Manzikertem w 1071 n.e.  Czy owej katastrofy można było uniknąć już się nie dowiemy. Niemniej polityka cesarska wspomnianego okresu, a w zasadzie jej błędy i brak realnej oceny zagrożenia ze Wschodu, doprowadziły w efekcie to daleko idących w skutkach konsekwencji.  Historycy wystawiają surowe opinie Konstantynowi IX, winiąc go za osłabienie militarnej siły Cesarstwa i błędy w polityce ekspansji, która naraziła wschodnie rubieże na agresję ze strony napotkanych wówczas po raz pierwszy Seldżuków (choć pierwsze starcie zakończyło się rozejmem w 1049 roku n.e.)  Również kolejny tego imienia w rzeczonym okresie,  Konstantyn X Dukas, panujący w latach 1059-1067 n.e. fatalnie osłabił bizantyjską obronność, obcinając  znacznie wydatki na szkolenie i wsparcie dla sił militarnych Cesarstwa (ponoć kazał rozwiązać armeńską piechotę w liczbie 50 tysięcy ludzi). Generalnie nie miał on łatwego życia jako Cesarz, będąc niepopularnym wśród znaczniej części populacji jak i zmagając się z silną opozycją wśród arystokracji. Nadto za jego panowania Bizancjum utraciło większość terytorium Italii na rzecz Normanów. U schyłku jego rządów na horyzoncie znów pojawiło się wspomniane już tureckie zagrożenie, tym razem pod wodzą sułtana Arp Arslana, mające następnie tragiczną kulminację w roku 1071 n.e, kiedy cesarz Roman IV Diogenes i jego plan wyparcia Seldżuków z Azji Mniejszej  poniósł kolosalną porażkę w bitwie pod Manzikertem.  Oczywiście wiemy z historii, że to nie koniec Cesarstwa, niemniej natknąłem się na uwagę, że to właśnie za czasów wspomnianych Konstantynów położono podwaliny pod całkowitą utratę Azji Mniejszej a w efekcie ostateczny upadek Konstantynopola w 1453 roku n.e.

Co do samej kolekcji to, doborem figurek zajął się nieoceniony MiSiO, który wziął na serio moje życzenie, co do posiadania różnorodnej w składzie armii, sprawdził źródła a następnie zadał sobie trudu, żeby dobrać odpowiednie figury. Tym samym cena 15 milimetrowych modeli Essex’a (na których opiera się prezentowana armia), nieco mnie zaskoczyła, ale jest to oczywisty skutek składania zestawu samemu i wychodzenia poza propozycję producenta. Oczywiście nie żałuję żadnej wydanej złotówki. Zostało mi co prawda sporo luźnych figurek, ale te nigdy się nie zmarnują, często gęsto można nimi wspomóc własne czy innych potrzeby. Kolejnym wsparciem w malowaniu armii i jako takim poszerzeniu wiedzy na temat poszczególnych formacji (tu reprezentowanych przez elementy i różnie dobrane nacje), okazały się materiały od Tsara, a mianowicie książki A.Michałka i numer Ospreya, poświecony Bizancjum okresu 886-1118. Bez tego nie zbliżyłbym się nawet o cal do historycznie prawidłowych odpowiedników. Z tego miejsca obu Kolegom ogromnie dziękuję.

Czas na zdjęcia i nieco więcej o poszczególnych oddziałach (pisałem o tym zwięźle również na swoim blogu). Kawaleria w III/75 to 6 elementów, z czego drugi 2xLH jest opcją zamienną. Mamy tu więc przewagę oddziałów Cv, które wyobraziłem za pomocą jednostek zwanych Clibanari (ciężka, doborowa jazda bizantyjska) – mamy tu dwie opcje, a mianowicie jeźdźców wyposażonych w łuki oraz oddział z włóczniami. Tak naprawdę figurki jeźdźców nie do końca spełniły moje oczekiwania  - wolałbym właśnie mix obu tu prezentowanych, a mianowicie dobrze opancerzonych włóczników. Za to kawaleryjski element generalski, to złożenie figury bizantyjskiego stratega w obstawie przybocznej gwardii. Tu nie byle jakiej, bo Gwardii Wareskiej (spory napływ wojowników z Rusi to efekt kontaktów obu państw, przyjęcia chrześcijaństwa przez Kijów w obrządku wschodnim a także pewnych ruchów w kwestii koligacji dynastycznych), dumnej i do śmierci lojalnej swoim bizantyjskim panom (zapewne za sprawą sutego żołdu). Podobny w stylizacji jest jedyny element Kn, do pokazania którego użyto figurek Normanów, zwących Konstantynopol Miklagard. Wreszcie lekka jazda, to z kolei tureccy Uzowie – plemię, które Bizancjum wynajęło do walki z turecką (!) nawała w Azji Mniejszej , stąd starałem się w pewnym stopniu oddać charakterystyczną kolorystykę czy zdobienia.







Również w przypadku pieszych elementów lista gwarantuje sporą różnorodność. Począwszy od nieśmiertelnych Ps, tutaj procarzy (peltastów), których to malowania figurek jestem najmniej zadowolony, przez najemny oddział strzelców z Republiki Weneckiej (związanej z Bizancjum w okresie krucjat, przede wszystkim handlowo), dalej przez włóczników z chrześcijańskiej Armenii, do typowej dla wojskowości Cesarstwa piechoty temowej, czyli mieszanej formacji włóczni i łuków (w liście występujących jako monstrualne 8Bw).





Na koniec artyleria – tu wykorzystana zarówno do elementu strzelającego jak i odwzorowania obozu. Sztuka wojenna w tym obszarze stała w Cesarstwie na wysokim poziomie, stąd taki dobór modeli jest jak najbardziej na miejscu.



Jak zwykle muszę napisać, że jak zwykle miałem ambitne plany co do poziomu malowania. Jednak, bez tłumaczenia się z czegokolwiek, skończyłem po raz kolejny na prostym, stołowym standardzie. Niemniej żywię nadzieję, że tenże poziom, jak i różnorodność elementów, wreszcie zaś nieco urozmaicenia na podstawkach (inwestycja w barwioną, kruszoną gąbkę, idealnie imitującą krzaki do skali 15mm) zbliżają tę kolekcję do inspiracji, której zawdzięczam jej powstanie i której próbowałem dorównać, a mianowicie Kartaginy tsara z 2007 roku.
Co teraz w DBA? Sam do końca nie wiem. Przed nami kampania 2009, w której zamierzam wyprowadzić do boju prezentowaną dzisiaj armię. W półce czekają Szkoci okresu tożsamego bitwie pod Stirling. Dalej nie sięgam w tej chwili wyobraźnią.

Adrian Stolarczyk

wtorek, 11 sierpnia 2009

Fifty-fifty

Pół na pół, albo prawie pół – oto prezentuję, za namową naszego znamienitego opiekuna Bitewnego Zgiełku, jego waszmości Szeperda, tę oto połówkę armii Egiptu Fatamidów. Sześć prezentowanych elementów to połowa składu wyjściowego. Tak naprawdę do pełnej połówki brakuje tu jeszcze dwóch elementów, ale lepiej liczyć optymistycznie, bo wtedy dusza się raduje i chęć do pracy wzrasta! Zaprezentuję zatem graczy, od lewej zaczynając: z numerem jeden nieokreślonego pochodzenia „Zanj” harcownicy (Zanj – określenie starożytnych kartografów na wschodnią część (wybrzeże) Afryki). Z numerem drugim również nieokreślonego pochodzenia miecznicy (według źródeł powinni być także typu „Zanj”, niestety coś pchnęło mnie, aby ich skórę rozjaśnić...). Z numerem trzecim i czwartym 'Abid archers, dwa spośród trzech dostępnych w tej armii nieśmiertelnych i ukochanych przeze mnie w DBA elementów 8Bw – najprawdopodobniej rdzenni Egipcjanie. Z numerem pięć do szarży szykuje się element 3Cv – rodowici Berberowie. Tuż za nimi z numerem sześć, mobilna jednostka szybkiego reagowania – 2LH, tutaj bez niespodzianek – to także Berberowie z okolic dzisiejszego Maroka.

Na swoja kolej na wejście na boisko czekają: generał (3Cv), Berberska jazda (4x3Cv), czarnoskórzy łucznicy (2x3Bw), ostatni łucznicy egipscy (8Bw), niewiadomego jeszcze pochodzenia warband (5Wb), „Zanj” lekka piechota (4Ax) oraz... obóz. Brakuje oczywiście jeszcze samego pola do gry, ale ono także jest już na celowniku – materiały czekają na pierwsze cięcia modelarskiego nożyka.

Na dziś to tyle, jestem wyczerpany, oddech staje się płytki i szarpany. Brak systematyczności w prowadzeniu bloga, otępienie tych moich, jakże niewielu, umiejętności humanistycznych przez ostatnie miesiące pracy dzień w dzień przy informatycznym projekcie, nieoptymistycznie nastrajająca dzisiaj pogoda – wszystko to składa się na zadyszkę pisarską. Mam nadzieję, że w kolejnych tygodniach uda mi się pokazać więcej z tego, co udało mi się wykonać w ciągu tego długiego okresu nieobecności na blogu. A pracy tej jest, patrząc z góry na biurko, całkiem sporo. Tyle, że żaden projekt nie został sumiennie zakończony... Stąd brak informacji na blogu.

czwartek, 6 sierpnia 2009

I cześć pieśni...

Bizancjum o numerze III/75 to już historia - dzisiaj skończyłem malowanie, a wkrótce armia pojawi się w odpowiedniej rubryce BZ, więc będzie można zobaczyć wszystko na raz i każdy element z osobna. Blogowanie z tą kolekcją zakończę wrzuceniem obozu, który skomentuję tak: pomysł MiSiO, figurki Essex, malowanie szeperd. Pisałem już wcześniej, że w zasadzie za złożeniem tej kolekcji na bazie prezentowanych tu miniatur stoi właśnie MiSiO. Co do obozu, to z historycznych prawidłowości mamy fakt, że Cesarstwo z powodzeniem stosowało artyleryjskie machiny do swoich militarnych celów. A skoro trebusze na tapecie, to mam tylko jedno skojarzenie, a mianowicie komentarz Rybaka na temat jego ogólnych wrażeń z działania tych potężnych konstrukcji miotających, pokazanego w Królestwie Niebieskim. W porządku, grypsuje, ale nie będę tego komentarza przytaczał. Wystarczy, że się po raz kolejny po cichu uśmieję do rozpuku.
No to co? Zgrabny ‘camping’ mi wyszedł? Jedna noc na tym biwaku kosztuje 20 hiperperów; gwarantuje za to czyste sanitariaty i ciepłą wodę. Kto chętny? Może kamykiem ogłuszyć? To już gratis!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Paradny fiolet

Dzisiaj skończyłem malowanie generalskiego elementu 3Cv. Armia bizantyjska jest już na finiszu - zostały mi, na dobrą sprawę, dwa piesze elementy oraz obóz. No i, ma się rozumieć, wykończenie podstawek. Krótko mówiąc, trzy-cztery dobrze ‘przysiedziane’ wieczory. Parę słów o prezentowanych na zdjęciu modelach. Na drugim tle opcjonalny (i drugi na tej liście) element 2LH, który udało mi się wczoraj pomalować. Jak pisałem wcześniej, to tureccy Uzowie, najęci przez Cesarstwo w okresie, jakiemu odpowiada moja kolekcja. Malowanie różni się od poprzednika tylko tym, że dałem nieco więcej ozdób na tarcze, siodła, derki czy bluzy. Nieco. Na pierwszym planie to już sam strateg w obstawie najemnych Normanów / Waregów. O ile tych ostatnich pomalowałem w dość stonowanych odcieniach, o tyle strateg dostał kolory wzorowane na cesarskiej zbroi paradnej. Stąd czerwone buty, fiolet i błękit szat, obowiązkowo złota zbroja (podobnie dla charakterystycznego wierzchowca). Lekki miszmasz na tej podstawce, ale, mam nadzieję, udało mi uzyskać dość nietypowy element (złożenie figur i kolory). Jeden z Normanów / Waregów dzierży w dłoni sztandar cesarstwa. Miałem cokolwiek trudność, żeby umieścić na nim właściwe wzory, a to ze względu na fakt, że płachta jest niezwykle pofalowana. No ale nic nie poradzę. Pora kończyć III/75 i… dzisiejszy wpis.

sobota, 1 sierpnia 2009

Wróciłem


Ano wróciłem. Z urlopu, ma się rozumieć. Niemal dwa tygodnie, zmiana klimatu, miejsca (i diety), a nade wszystko czas spędzony z Rodziną to właśnie moje, tegoroczne, popularnie ochrzczone, ładowanie baterii. Udało mi się uzyskać całkiem przyzwoity poziom zasobów generatora! Gdzie? Dość patriotycznie, bo w Polsce, przede wszystkim nad ukochanym Bałtykiem. Pogoda dopisała, różnorodność serwowanych sobie rozrywek także. Ku mojemu zadowoleniu otarliśmy się i o historię Pomorza Zachodniego, która, jest mi do dzisiaj mało znana. Spotkanie to było możliwe głównie za sprawą dziejów odwiedzanej miejscowości, czyli Darłowa. Już po dwóch dniach zorientowałem się, że dość wyraźny jest tu (niemal) kult króla Eryka, do tego, tu i ówdzie, pojawiała się niezwykle intrygująca nazwa dynastii Gryffitów, zajrzałem oczywiście do gotyckiego (ponoć jedynego nad morzem) zamku i miałem okazję podziwiać urokliwy ryneczek. Będzie o czym czytać w najbliższym czasie - muszę bowiem koniecznie poszerzyć wiedzę w odwiedzanych kwestiach. A wieczorem stara marynistyczna dusza mogła nacieszyć się do woli - port, długa keja, stylizowane statki wycieczkowe. Mogłem puścić wodze fantazji, oglądając te ostatnie, podczas wyjścia na otwarte morze i wyobrażając sobie, ze oto rusza wielka wyprawa ku Nowemu Światu. Nie szkodzi, że armaty były tylko atrapą, a spod bocianiego gniazda na stermaszcie wystawała końcówka rury wydechowej. W zupełności mi to nie przeszkadza. Czy myślałem podczas urlopu o moim hobby? Tak, ale zupełnie na luzie, w postaci robienia leniwych planów na nieodległą przyszłość i cieszenia się, że takowe (hobby i plany) posiadam. Fajnie…

RSS FeedRSS