niedziela, 29 kwietnia 2007

30 lat minęło, jak jeden dzień

Biały Krasnolud obchodzi właśnie swoje trzydzieste urodziny. Z tej okazji dedykuję mu figurkę… krasnoluda. Jak wyjaśnił mi Brutal, jest limitowana edycja chorążego armii, dostępne wyłączenie przy zakupie army deal’a. Wszystkiego najlepszego dla WD – wyobraźmy sobie przez moment, że na totemie rozłożony jest jubileuszowy numer tej gazety, na stronie lewej widnieje 3, na prawej 0… nie? To nie.
Nie, wcale nie czuję przesytu po dwudziestu jeden, pomalowanych ostatnio, figurkach tej armii. Zawsze miałem do niej sentyment a wzory, które wyszły spod mojej ręki ozdabiają gabloty kilku moich znamienitych kolegów. Dzisiaj, kończąc krótkonogi epizod, kilka słów na temat malowania. W przeciwieństwie do ukończonego niedawno regimentu, gama zastosowanych technik i spektrum użytych kolorów jest dużo większe. Takie stawienie sprawy wpisuje się w podejście do malowaniu armii WFB, którego to wyznawcą powoli się staję. Gdybym myślał podobnie 10 lat temu, moja elfia armia byłaby zapewne dawno gotowa, natomiast pojedynczy bohaterowie wyglądaliby tak, jak wyglądają. Tak czy inaczej – zabierzcie już ode mnie krasnoludy! Wracam na elfią niwę i do usłyszenia.

Po długiej przerwie pojawiam się ponownie. Niestety natłok zajęć w pracy i poza nią spowodował, że zaniedbałem swój blog, za to przepraszam i postaram się tego zbyt często nie powtarzać.

Dziś prezentuję mój prawie pełny regiment do WH40k w postaci Nekronów. Prawie pełny, ponieważ jeden osobnik ostał się na Szeperd’s Farmie i na razie mogę cieszyć się tylko 11 modelami.

Miałem dziś przedstawić w całości pomalowaną drużynę jednak sobotnia praca i zamiłowanie do drobnych konwersji opóźniła moje poczynania. Stwierdziłem, że każdy Nekron będzie całkowicie inaczej wyglądał i taki, mam nadzieję, uzyskałem efekt. Pobawiłem się trochę w zmianę pozycji i parę dodatków, również z niewielkim użyciem green stuffu. Na osobnym zdjęciu załączam jedynego pomalowanego członka drużyny. Przedstawiony schemat będę stosował z drobnymi modyfikacjami w całej mojej armii. „Postarzony” brązowym podkładem i brown Inkiem boltgun metal jest podstawowym kolorem moich Nekronów. Maluje się prosto i przyjemnie. Starałem się uzyskać efekt odblasku od zielonego elementu broni. Użyłem rozcieńczonej farby scorpion green zagęszczanej w miarę zbliżania się do źródła światła. Będę ćwiczył i udoskonalał tą technikę. Jestem zadowolony ze zmiany armii i tutaj podziękowania dla Szepa za rezygnację z niej. Mam nadzieję, że nie żałuje za bardzo tej decyzji.

czwartek, 26 kwietnia 2007

Wojownicy Macedonii

DBA - II/35 - Later Macedonian - 260BC - 148BC 

Zmierzch Macedonii

DBA zagościło w historii mojego battlowania dość niedawno, jednak jest to miłość od pierwszego wejrzenia (jeszcze nie wiem czy z wzajemnością). Już po pierwszym krótkim rzucie okiem na fotografie z potyczek w tym systemie, wiedziałem że chcę przyłączyć się do tej części szeroko rozumianego wargamingu. A jako, że wybory systemów w które gram, armii, sposobów grania to przeważnie impuls, postanowiłem i tym razem mu zaufać. Po kilku dniach przeglądania informacji w sieci, nastał czas wyboru moich reprezentantów na bitewnych polach.

Jako, że na początku pewien byłem tylko jednego gracza, Tsara - do wyboru miałem armie pasujące okresowo do zbieranych przez niego Rzymian i Kartagińczyków. Z listy podanych przykładów, od razu wpadła mi w oko armia macedońska, obudziły się, drzemiące od paru lat w zakamarkach pamięci fascynacje tym rejonem i okresem historycznym. Jak już sie obudziła, tak nie gaśnie i nie ma zamiaru. Niestety, okres w jakim przyszło mi grać, to już ostatnie lata świetności Macedonii. Postanowiłem jednak, że armia późnej Macedonii, będzie tylko bazą, pod przygotowanie armii Aleksandra Wielkiego. Tym samym, w bardzo krótkim okresie czasu w moje ręce wpadły trzy pudełka Zvezdy: macedońska falanga i kawaleria plus greccy wojownicy, oraz kilka pozycji książkowych dotyczących Aleksandra i rodu Argeadów.

Moja pierwsza armia do DBA, to okresowo zgodna z rozgrywaną właśnie kampanią Mars Ultor – Later Macedonian 260-148 p.n.e. A dokładniej, stworzyłem armię, która pasować może do okresu I wojny macedońskiej (215-205 p.n.e.). Jej trzon to oczywiście falanga macedońska i oddział generalski jazdy macedońskiej, którą przez wzgląd na tradycję, można nazwać Hetajrami. Reszta kontyngentu, to sojusznicy macedońscy. Głównym dla nich wsparciem zostali Grecy, ze wspierającego Filipa V podczas pierwszej wojny macedońskiej, Związku Achajskiego. Dodatkowo „zatrudniłem” lekką jazdę złożoną z sojuszników trackich i iliryjskich, kreteńskich łuczników i oszczepników, oraz peltastów Trackich, których w armii Macedonii nie może zabraknąć.

Malowanie miniatur, pozostawia w moich oczach wiele do życzenia, głównie z powodu pośpiechu, sama falanga nie jest taka jakbym chciał, ale myślę, że będzie jeszcze czas, aby ją poprawić. W ogólnej gamie kolorów której użyłem, brak jeszcze wszędobylskiego u Macedończyków fioletu, jednak ten rezerwuje dla kompanionów, części piechoty i elity nosicieli Sariss. Podstawki, z użyciem trawki statycznej, to też mój debiut w temacie, jednak mimo ich prostoty, wydaje mi się, że pasują i poprawiają ogólny wizualny efekt.
Moja armia późnej Macedonii, może jest mniej różnorodna od planowanej, ale w związku z nadchodzącą kampanią, najwygodniejsza do złożenia (wystarczyły tylko wyżej wspomniane pudełka, traków na szczęście znalazłem w zestawie greckim). Zatem to co tutaj prezentuję, potraktować należy jako zalążek sił macedońskich na mojej półce. Do pełnego szczęścia brakuje jeszcze obozu, który jednak czeka już tylko na pomalowanie. W przyszłości planuje rozbudować armię o wcześniejsze okresy: Aleksandra i Imperium Macedońskie (czyli więcej Traków, Macedończyków, słonie, balisty no i oczywiście kompanioni z Aleksandrem na czele).

A moje dotychczasowe wyniki? No cóż, jak na razie moi Macedończycy bardzo usilnie pracują na upadek swojej ojczyzny, co w sumie znaczy tylko, że są wierni historii, i jak tak dalej pójdzie, zostanie mi krzyknąć w stronę Rzymian: „Cofnijmy się jeszcze o trochę lat, a przekonacie się co znaczy macedońska siła!” I zacząć podpisywać traktat pokojowy na ich warunkach.

Do zobaczenia zatem na ubitej ziemi, lub jak ktoś woli, w tym miejscu – bowiem moje dalsze postępy w kompletowaniu armii postaram się na bieżąco aktualizować.

Marcin Okrzesik











Mroki upadłego miasta


Ostatniego roku drugiego
Milenium, pięćset lat przed
rządami najłaskawszego Władcy
Karla Franz’a, nastał czas niepodobny do żadnego
wcześniej. Tak jak tuż przed narodzinami
Niebiańskiego Sigmar’a, ogniste skrzydła na niebie
powtórnie oznajmiły nadejście
potęgi – nadejście Plagi,
nadejście Wojny, nadejście
Okrucieństwa i Głodu.
I mimo, że jego imię zostało wymazane
Z zapisków w Wielkiej Bibliotece
Altdorfu, a ruiny zrównane z ziemią przez Magnusa
„Wybawcę Imperium”, opowiem
Ci o Przeklętym Mieście, nisko upokorzonym
Przez gniew Bogów.
Opowiem Ci o


Mordheim!


- Czym więc jest Mordheim jeśli nie przeklętym miastem?- w starczych oczodołach, gdzie podczas inkantacji szkliły się nieobecne oczy, pojawiła się iskierka - Opowiem Ci o nim  podróżniku. Nie z chęci dzielenia się tą wiedzą lecz jako przestrogę – Na samą myśl jego schorowane ciało dostało drgawek.


- Głupiś na tyle, by samemu pojawić się w mrokach mojego domu, więzienia, gdzie ja, ślepy skryba dokonuję swego marnego żywota, to i w mroki Mordheim gotów się jesteś  zapuścić… Głupcze!

- Mordheim. Słyszałeś zapewne tę nazwę. Jednak niewielu wie czym Ono jest. Jest jak pragnienie kuszące naiwnych i głupich, karmi się cierpieniem, drwi z mizernego żywota, prowadzi do ostatecznego upadku wodząc za nos wizją siły i bogactwa. Parę lat temu GW zorientowało się, że kilka wypuszczonych przez nich sezonowych gier, zaczęło żyć własnym życiem. Wtedy powstał Specialist-Games - niewielka grupa zajmująca się „obsługą” tych małych, w porównaniu z WFB i W40k, systemów. Tak oto kilka, moim zdaniem najlepszych,  gier GW zostało oddzielonych od 2 głównych systemów brytyjskiej firmy. Wspólną cechą większości z nich jest możliwość łączenia pojedynczych gier ze sobą. O tym może jednak później. Zacznijmy od charakterystyk samego Mordheim.

Miasto Potępionych to bitewna gra typu „skirmish”, osadzona w świecie Warhammera. Oparta jest na zasadach V edycji WFB, a sam pomysł zaczerpnięto z Necromunda’y, starszego brata Mordheim, będącego przeniesieniem W40k do skirmish’a. Tytuł gry pochodzi od nazwy miejsca akcji, stolicy prowincji Ostenmark, która została ukarana przez Sigmara za swoje rozpustne i grzeszna życie, upadkiem komety o dwóch ogonach. Komety, która z dumnej stolicy pozostawiła jedynie rumowisko, zgliszcza… i Spaczeń!

Wraz z pojawieniem się WFB VI ed., na końcu podręcznika głównego, zaczęto zamieszczać zasady SKIRMISH będące kopią podstawowych zasad Mordheim. Wielu zapyta więc dlaczego grać w Mordheim, skoro ma się WFB i WFB Skirmish?! Co takiego Miasto Potępionych oferuje? Odpowiedź jest dość obszerna.

Po pierwsze Mordheim to inna skala rozgrywki. Nie operujemy armiami, a jedynie niewielkimi grupami, co odróżnia tę grę nawet od WFB Skirmish. Zwykle maksymalna wielkość grupy waha się między 12 (krasnoludy czy Łowcy Czarownic) a 20 (orki czy skaveni) postaci. Po drugie, a wynika to bezpośrednio z punktu pierwszego, skala gry pozwala na większe zróżnicowanie w uzbrojeniu, tu każda broń ma swoje specjalne zasady (np. parowanie czy ogłuszanie). Są także nowe rodzaje broni jak rapier, garłacz czy pistolet strzałkowy. Jednak nie tylko broń ulega dopracowaniu, pojawia się mnóstwo dziwnych przedmiotów narkotyków, ziół, pozwalających optymalnie wykorzystać możliwości członków naszych band. Mamy liny z hakami pomagające się wspinać, mamy super proch zwiększający siłę naszej broni, są bomby ogniste, strzały łowieckie, królicze łapki, amulety szczęścia, trucizny itd.. To wszystko dla naszych wojaków, za przystępną cenę oczywiście. Do tego dochodzą nowe zasady dotyczące wspinaczki, szarż z wysokości, ukrywania się, przejmowania szarż, umiejętności itp.

Kim jednak są ci, którzy są dość odważni (lub głupi) by zapuścić się w Mrok Miasta Potępionych? Kiedy na rynku pojawiła się „podstawka” do Mordheim do dyspozycji było 8 band. Reikland, Middenheim, Marienberg, Siostry Sigmara, Łowcy Czarownic, Nieumarli, Skaveni z Klanu Eshin, oraz Kult Opętanych. Obecnie jest 15(!) Oficjalnych band i każda ma swój niepowtarzalny klimat, historię i cel wizyty w Potępionym Mieście (zasady tych band dostępne są w podręcznikach Empire In Flames; Beastmen Riders i Carnival of Chaos oraz w Mordheim Annual; Averland, Ostland, Kislev, Krasnoludzcy Poszukiwacze Skarbów i Orki i Gobliny). Od czasu powstania Mordheim pojawiło się kilka innych lokacji dla gier skirmishowych w tym Lustria i Khemrii, z własnymi, ciekawymi zasadami i bandami. Jednak nie radzę przenosić band z innych lokacji [Amazonki, Lizardmen’i, Tileańczycy, Mroczne Elfy, Arabowie itp.] do Mordheim, nie są one stworzone do gry w Mieście Potępionych. Te dodatkowe lokacje autorstwa SG nie są obecnie uznawane za oficjalne.

Skąd wziąć modele do naszych wymarzonych band do Mordheim? Dla niektórych zaskoczeniem może być, iż Mordheim był systemem gdzie po raz pierwszy pojawiły się plastikowe zestawy modeli, które można było skleić dowolnie z dostępnych elementów. Wcześniej wprawdzie do WFB pojawiały się zestawy, szczególnie do imperium i chaosu, gdzie można było dobierać odpowiednie ręce do gotowych korpusów ale to Mordheim pierwszy stworzył modele w pełni „rozczłonkowane”. Były tak dobre, że autorzy VI ed, WFB użyli ich do stworzenia dwóch box’ów - Imperialnej milicji i Skaveńskich Nocnych Biegaczy. To jednak wierzchołek góry lodowej. Prawdziwą siłą Mordheim są dedykowane metalowe modele! Wystarczy spojrzeć na Łowców Czarownic, Siostry Sigmara, czy modele najemników, którzy za odpowiednią stawkę będą walczyć po twojej stronie, uzupełniając braki naszych band. Niedawno pojawiły się cudne modele metalowych Nieumarłych ze ślicznymi zombie zrobionymi z przegniłych zwłok elfów, ludzkich szlachciców, Sióstr Sigmara itp. Wymieniać można bez końca. Są bardzo ciekawe modele Kislev’u z tresowanym niedźwiedziem, averlandczycy, ostlandczycy, przezabawne i mroczne modele do Karnawału Chaosu, nowe modele ludzkich kapitanów, złowieszczo wyglądające modele Czarnoksiężników, zabójców, konnych strzelców… Co ciekawsze, do zrobienia bandy równie dobrze nadają się stare, V edycyjne modele z WFB jak i najnowsze plastiki do 7 ed. Wybór jest ogromny i tylko od gracza zależy jak jego banda będzie się prezentować na polu walki.

Dotarliśmy do momentu gdzie zapytasz o koszty tych modeli jak i wszystkiego, co do gry w Mordheim potrzeba. Czy dużo trzeba wydać aby grać? Odpowiem - relatywnie niewiele. Oryginalne zestawy kosztują po 20 funtów i oferują wystarczającą ilość modeli na początek przygody w Potępionym Mieście. Jeśli zdecydujemy się na bandę z modeli plastikowych to zwykle naszym kosztem będzie jedynie zakup jednego box’a. Niewielka liczba modeli daje jeszcze jedną możliwość, której duża armia dać nie może. Czas. Wiedząc, że do gry potrzebować będziesz kilkunastu modeli możesz więcej czasu poświęcić na ich wymodelowanie, konwertowanie i malowanie. W końcu nie grasz bezimienną masą, a bandą, której każdy członek ma swoje imię i historię. Same podręczniki do Mordheim dostępne są na oficjalnej stronie SG [www.specialist-games.com] zupełnie za darmo. Do tego potrzeba kilku kości sześciościennych i miarki z calami.

Doszedłem w końcu w mojej opowieści do momentu w którym należałoby powiedzieć coś o samej grze. Tutaj warte odnotowania się 2 kwestie. Różnorodność i ciągłość. Różnorodność odnosi się do granych scenariuszy, te nie są typowymi batllowymi „dorwij go i zniszcz”. W Mordheim odbija się porwanych z rąk przeciwnika, próbuje się przerwać mroczne rytuały… bądź odprawić je na czas, szuka się skarbów, zbiera spaczeń – magnes przyciągający setki istot do Mordheim, walczy się o kontrolę nad terytorium. Możliwości ograniczone są jedynie Twoją wyobraźnią. Wiesz już czym jest różnorodność. Czym jest jednak w/w ciągłość? Wyobraź sobie ciąg scenariuszy opowiadający jakąś historię. Wyobraź sobie, że Twoi bohaterowie i zwykli stronnicy z bitwy na bitwę zdobywają doświadczenie, nowe umiejętności, odnoszą rany, giną czy bogacą się. Pomyśl jak zwykły kuchcik, pogardzany w swojej wiosce trafia do Mordheim, ma szczęście przyłączając się do jakiejś bandy, przeżywa kilka pierwszych dni i zostaje wielkim wojownikiem. Jeśli potrafisz  sobie to wyobrazić nie muszę Ci już pisać na czym polega ciągłość w Mordheim. Już wiesz jak elementy RPG wplatają się w zasady tej gry.

Czy jest zatem coś co może zniechęcać do wizyty w Mordheim. Owszem. W Mordheim nie da się grać bez odpowiedniego stołu do gry. Bez makiet zniszczonego miasta gra będzie nudna, płaska i nieciekawa. Mordheim jest dla osób, które lubią modelować, mają pomysł i ochotę na stworzenie swojej dzielnicy Miasta Potępionych. Czy to jednak naprawdę wada? Znam wielu, którzy nie mają ręki do nożyka modelarskiego, a stworzyli naprawdę ciekawe i „grywalne” miasto. Znam i grupy w których każdy przygotował 1-2 domki do wspólnego grania. Jeśli więc chcesz wejść do Mordheim – droga wolna.

- Widzę głupcze, że moje ostrzeżenia na nic się zdały. Czuć od Ciebie podekscytowanie. Śmierć Ci miła? Przed czym uciekasz, żeby zapędzać się w miejsce takie jak to? Nie ma takiej potworności przed którą warto by uciekać do Mordheim, Miasta Potępionych. Domu Be’ Lakor’a, miejsca wiecznego mroku …- gdy wybrzmiewały ostatnie słowa ślepca, słychać było już tylko stukot butów o schody prowadzące na powierzchnię. W serce Mroku.


Przekroczyć wrota strzeżone przez kamienne gargulce, prowadzące to Tego miejsca,
To jak przekroczyć bramy samego piekła!


Ostatnie słowa anonimowego wędrowca

Michał Ciemniewski

Imperator

Choć do Cezara należał rok ubiegły, to załapał się jeszcze na popularność w pierwszym kwartale obecnego. Wszystko za sprawą czterotomowej powieści Conna Igguldena, która nosi tytuł Imperator, a którą to dostałem w urodzinowym prezencie od starego przyjaciela.

Opierając się w na istniejących źródłach historycznych oraz posługując się bogatą wyobraźnią Iggulden stworzył kapitalną opowieść o Gajuszu Juliuszu Cezarze – od lat wczesnego dzieciństwa aż po znany wszystkim finał w teatrze Pompejusza. Choć Cezar jest bohaterem tytułowym, to tak naprawdę drugim filarem opowieści jest Marek Brutus. Przyjaźń i złożona relacja między oboma dzieje się na tle historycznych wydarzeń, które bezpowrotnie zmieniają oblicze ówczesnego im świata.

Imperator, posługując się gastronomicznym porównaniem, jest soczysty jak najdojrzalszy owoc – masa przeróżnych szczegółów, zawartych w powieści, buduje obraz starożytnej republiki i jej mieszkańców. Życie legionowe i miejskie, wodociągi i podróże morskie, uczty i zamtuzy, białe skały Brytanii i spalony słońcem Egipt – to tylko niektóre ze smaków, jakie serwuje Imperator. Można ulec urokowi Sewilli, dać się ograć Markowi Krassusowi w jednej z jego polityczno-handlowych gier, można zejść z drogi zagniewanemu Pompejuszowi albo podziwiać Kleopatrę i jej dwór. Wszyscy pasjonaci starożytnych bitew znajdą wiele dla siebie – mordercze marsze, pojedynki na arenach, nocne manewry, chytre fortele, lub, nazywając rzeczy po imieniu, wojnę z Mitrydatesem, powstanie Spartakusa, wojny galijską i domową czy rok spędzony w Aleksandrii.

Sam Cezar pokazany jest jako śmiały, zuchwały i uwielbiany wódź, zawołany fechmistrz, szalony kochanek, bezkompromisowy polityk czy zdolny do przebaczenia przyjaciel. Można pomyśleć, że po tylu biografiach czy filmach życia tego człowieka nie da się już opowiedzieć w porywający sposób – Iggulden zaprzecza temu w wielkim stylu.

Dla wytrawnych  znawców, którzy szybko odkryją odstępstwa w stosunku do prawdziwej historii, na końcu każdego z czterech tomów znajduje się nota historyczna, w której autor uzasadnia modyfikacje znanych faktów dla potrzeb powieści oraz pokazuję, co jest absolutną fikcją.

Pozostaje mi polecić – kawał dobrej, rzymskiej roboty.

Conn Iggulden, Imperator, Rebis


Adrian Stolarczyk

środa, 25 kwietnia 2007

Na osłodę

Pierwsza odsłona kampanii do DBA ledwie za nami, a ja już zacząłem się zastanawiać, co powinno trafić na stół do malowania. Pomyślałem jednak przez moment, że zostałbym posądzony o bycie maniakiem i odłożyłem niecny proceder na inny dzień. Znam i takich, co po maratonie malarskim do Marsa nie popatrzą na swoje warsztaciki przez kolejne pół roku. Wracając do maniakalnych myśli – już we wtorek uspokoił mnie Gobos. Depeszował bowiem o tym, że zdążył już złożyć trzech Nekronów – w tym dwóch skonwertować a jednego pomalować. Maniak! Nekroni są ode mnie - to mój urodzinowy prezent, który postanowiłem wymienić jednak na inne modele do WH40. Trochę mi smutno, bo ta armia jest kapitalna. Będę tęsknił. W zasadzie już tęsknię - kiedy wczoraj na deser zamówiłem sobie ciastko z ponczem, od razu o nich pomyślałem. Oto, co zostało mi na osłodę - nekroński wypiek.
Co do maniakalnych napadów malarskich – jeszcze w tym tygodniu powinienem pochwalić się świeżo malowanym, krasnoludzkim bohaterem!

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Drogi Neptunie

Prędzej czy później powstanie sprawozdanie z kampanii MU. Wychodząc jednak nieco przed dziób galery i koniec pilum, chciałem przemycić garść informacji z przebiegu jej pierwszej rundy. W zasadzie, to chciałem napisać o własnych perypetiach na Morzu Śródziemnym. Neptun najwyraźniej się na mnie obraził. Obowiązkowo muszę złożyć mu ofiarę przed kolejnym rokiem wojowania. Dlaczego? W pierwszym sezonie zmagań, mając we władaniu południowe prowincje rzymskie, wyprawiłem morzem armię przeciw Grekom. Katastrofa! Od razu sztorm i strata dwóch elementów – w tym generalskiego. O potyczkach lądowych pisał nie będę – dość, że przeprawiałem się przy użyciu floty tego roku jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem Neptun topił moje galery. Oberwał za to materac w sypialni, koledzy musieli mnie uspokajać. Ile razy można rzucać zakichaną jedynkę?! Udało mi się nawet utopić Scypiona Afrykańskiego – to akurat podczas odwrotu z Sycylii. Drogi Neptunie – top innych następnym razem, bo inaczej nie będzie komu zamiatać twoich przybytków w Italii.

czwartek, 19 kwietnia 2007

Vincere scis, Hannibal...

DBA - II/32 - Later Carthaginian - 275BC - 146BC

Straszliwie miło czytać teksty kolegów, którzy mówią, że to mnie zawdzięczają to czy owo, w temacie zbierania armii do DBA. Oczywiście nie wyprowadzam ich z błędu, ani tym bardziej nie mówię, że to właśnie ja dzięki nim i ich zapałowi, sam łapię siły aby ruszyć coś do przodu. A taka jest właśnie prawda. To dzięki chłopakom, którzy podchwytują moje pomysły, sam mam siłę żeby cokolwiek robić. Jeden z takich pomysłów, kampania bitewna w DBA, spowodował, że doczekałem się i ja, w pełni pomalowanej armii, którą teraz chciałbym przedstawić.

Moja armia późnej Kartaginy (II/32 Later Carthaginian) to wielokulturowy koktajl, w którym oprócz Fenicjan znaleźć można Libijczyków, Numidyjczyków, Iberów i Gallów. Armia ta miała jak najlepiej przedstawiać siły Hannibala, z jakimi rozpoczął on drugą wojnę punicką, a jednocześnie być na tyle uniwersalną, aby pasowała do każdej z bitew tej wojny. Zebranie dużej liczby tak różnorodnych figurek kosztowało jednak dużo czasu i niejednokrotnie wymagało sporo kombinowania. Najwięcej problemów było z doborem kolorów do malowania figur, w końcu taka zbieranina może łatwo przekształcić się w tęczowy jarmark. Drugim problemem był sposób wykonania podstawek. Z jednej strony ciągnęło mnie do ujednolicenia baz elementów, ale z drugiej chciałem oddać charakter regionów, z których poszczególne oddziały pochodzą. Poniżej możecie ocenić jak mi to wyszło... 

Fenicjanie

W mojej armii przygotowałem zaledwie dwa, czysto fenickie elementy. Pierwszy to lekka piechota złożona z mieszkańców miasta, uzbrojonych w miecze, włócznie i podłużne tarcze. W takiej piechocie (jak i podobnych, ale nieco cięższych formacjach zarówno pieszych jak i konnych) musieli służyć obywatele Kartaginy, wcześniej zaś zobowiązani byli do przejścia odpowiedniego przeszkolenia w tym kierunku.

Drugim oddziałem jest generalski element kawalerii, przerobiony przeze mnie na odtworzony przez Hannibala Święty Zastęp, zakon świątyni Astarte. Charakterystyczne białe zbroje i czerwone tarcze wyróżniają tych szlachetnych młodzieńców (członków najlepszych kartagińskich rodów) spośród innych wojowników.


Libijczycy

Libijczyków w mojej armii reprezentują lekkie oddziały wojowników, uzbrojonych w oszczepy. Skórzane okrągłe tarcze czasami pokryte były popularnymi symbolami, jak na przykład symbol palmy, słonia, czy bogini Tanit.


Piechota afrykańska

Trzonem sił kartagińskich była słynna fenicko-libijska piechota afrykańska. Formowana na wzór hoplickiej falangi przechodziła w czasie drugiej wojny punickiej spore zmiany pod względem organizacji i uzbrojenia. Mieszane zbroje, lniane, brązowe i kolcze, mają oddać te przemiany. Również pośród włóczników znaleźć można było święty zastęp, tym razem pieszy, będący zakonem świątynnym Baala. Ponownie wyróżniają ich białe zbroje i czerwone tarcze.


Numidyjczycy

Ostatnią nacją afrykańską w mojej armii są Numidyjczycy. Ci nomadzi słynęli ze swojej lekkiej kawalerii, która w czasie bitwy pod Kannami przysłużyła się Hannibalowi tak wspaniale, jak Scypionowi Afrykańskiemu pod Zamą, kiedy Numidyjczycy przeszli na stronę Rzymu. Prócz kawalerii dostarczają oni również Kartagińczykom afrykańskich słoni leśnych, z których Hannibal uczynił symbol swojego uporu kiedy z tymi wielkimi zwierzętami przebył niemal niemożliwą do przejścia drogę przez Alpy. I choć słonie niewiele zdziałały w czasie całej wojny to do dziś są łączone z wojnami punickimi i postacią wielkiego kartagińskiego wodza.



Gallowie

W mojej armii znaleźć można trzy galijskie warbandy, reprezentujące Gallów, którzy przyłączyli się do Hannibala kiedy ten wkroczył do Italii. Jeden z pośród tych oddziałów reprezentować ma najemników Galackich z plemienia Gaisatai, którzy do bitwy przystępowali nadzy, z włosami usztywnionymi i bielonymi wapnem.


Iberowie

Hannibal pochodził z rodu Barkidów, którzy po klęsce w czasie pierwszej wojny punickiej, podbili i podporządkowali sobie Hiszpanię. To stamtąd właśnie ruszył na swoją wieloletnią wojnę z Rzymem, niemal bez wsparcia ojczystego miasta, za to z tysiącami iberyjskich wojowników. W mojej armii zobaczyć możecie kawalerię, która swoim uzbrojeniem i szybkością przypominała nieco jazdę numidyjską, ale w armii Kartaginy wystawiana była jako jazda ciężka. Mamy też słynnych scutari, oddziały piechoty uzbrojone we włócznie i miecze typu falcata, oraz podłużne tarcze scutum, od których formacja ta wzięła swoją nazwę. Lekki oddział procarzy balearskich, słynnych w całym basenie morza śródziemnego, kończy nasz mały przegląd armii.


Sławomir Okrzesik

środa, 18 kwietnia 2007

Pustynny zwiad

O numidyjskiej lekkiej jeździe pisano już na Bitewnym Zgiełku. Od kiedy zobaczyłem ją w blogu Tsara, od razu stwierdziłem, że wzory tych konkretnych koni z firmy HaT są wprost piękne. Jeszcze większych uniesień doznałem, kiedy dostałem je do pomalowania. Jest to drugi najemny element do kampanii Mars Ultor, jaki przypadł mi w udziale. Potwierdzam – konie są absolutnie proporcjonalne i urzekające.
Co do samego malowania, wszystko widać na zdjęciu. Nadmienię, że ubawiłem się przy okazji tarcz – nałożyłem na ‘small drybrush’ białą farbę a następnie, niemal od niechcenia, naszkicowałem jakieś dziwne wzory. Jeden przypomina koguta, drugi – nietrzeźwego psa-człowieka na dyskotece w remizie.
W zasadzie to z podstawki nie jestem do końca zadowolony. Z braku roślin pustynnych, do piasku przykleiłem zwykłego zielonego statyka, który potraktowałem następnie brązowym tuszem – efekt to koszmar, ‘końska kupa’, cytując wieszcza parasita. Tsar obiecał, że dostarczy mi dwie sztuki czerwonych porostów, które bardzo przypadły mi do gustu – wówczas umieszczę ja w ‘tych miejscach’ na podstawce.
Zdjęcie jak zdjęcie – stół w dużym pokoju robi za pustynię, słońce za oknem – za słońce, cienie na stole – za cienie.
Teraz ten lekki podjazd robi ostatni rekonesans przed wielkim skokiem – wojną o dominację w basenie śródziemnomorskim.

niedziela, 15 kwietnia 2007

Przeliczmy to jeszcze raz

Nareszcie udało się całkowicie wykończyć moją armię Kartaginy do DBA, a czas był po temu najwyższy, bo nasza kampania “Mars Ultor” zaczyna się już dosłownie za kilka dni. Jako, że wkrótce dołącze dokładny opis tej niezwykłej zbieraniny wojowników do sekcji “Nasze armie”, tutaj podsumuję całą tę pracę w nieco inny sposób.

Na początek trochę liczb. Moja armia późnej Kartaginy składa się z 49 figurek (+ 12 wierzchowców), osadzonych na 17 podstawkach, zebranych z 9 zestawów*, trzech różnych firm i została pomalowana w czasie 224 dni od rozpoczęcia pracy. Tylko dwie figurki zostały częściowo skonwertowane za pomocą green stuffu i elementów różnych zestawów. Na temat swojej drogi przez mękę ku rozkoszy, napisałem na tym blogu właśnie 16 notkę.

W armii swoich przedstawicieli mają Fenicjanie, Libijczycy, Numidyjczycy, Iberowie, Gallowie i Galatowie. Ludy te ujeżdżają konie, które wzorowane były na rasach berberyjskiej oraz andaluzyjskiej, oraz afrykańskie słonie leśne.

No i na koniec najważniejsze. Jesto to moja pierwsza w pełni pomalowana armia! Z czego jestem bardzo dumny i szczęśliwy. Mam nadzieję, że dalej będzie lepiej!



*8019 Carthaginian Spanish Infantry - HaT
8020 Carthaginian African Infantry - HaT
8023 War Elephants - HaT
8024 Numidian Cavalry - HaT
8055 Spanish Cavalry - HaT
8056 Carthaginian Command and Cavalry - HaT
8058 Carthaginian Allies - HaT
6022 Gauls Warriors – Italeri
8011 War elephants III-I B.C. - Zvezda

sobota, 14 kwietnia 2007

Nocna zmiana

Wczoraj pewien fakt wyprowadził mnie tak skutecznie z równowagi, że zamiast iść spać, malowałem niemal do północy. Adrenalina robi swoje. Na stół trafił pieszy element Italskich piechurów, który, w zamierzeniach, ma wziąć udział w kampanii Mars Ultor (jako oddział najemny). Pierwotny pomysł kolorystyczny oparty jest na mojej własnej inwencji. Gdzieś w makówce ubzdurałem sobie, że żółte tarcze będę git, podobnie jak zielone pióropusze. Jednak końcowy efekt, przy majaczącej na zegarku godzinie duchów, rozsierdził mnie jeszcze bardziej. Tyle z relaksu – pomyślałem. Nie dość, że idę spać wściekły, to jeszcze rano będę nieżywy.
Nowy dzień przynosi nowe pomysły. Tsar podesłał mi grafikę z rzeczonymi wojownikami, szybko przemyślałem zmiany, wieczorem zaś wprowadziłem je w życie. Pretensjonalna zieleń została wyparta przez czerwono-czarne upierzenie, z tarcz zniknęła jajecznica, zastąpiona bielą i czerwonymi wzorami słońca, tuniki wzbogaciły się o drobny detal, oczywiście właściwego kształtu nabrała podstawka.
Jeszcze tylko Numidyjczycy, kilka makiet i będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że swoje na rzecz MU zrobiłem.

piątek, 13 kwietnia 2007

Wieści z Głębokiego Lasu

Wygląda na to, że ja też wpadłem. Nie wiem za bardzo jak napisać pierwszy wpis we własnym blogu… Cóż, każdy kiedyś musi przez to przejść. Skoro dzieci neostrady potrafią, to ja również! Może założenie tego bloga, w końcu wymusi na mnie systematyczne dokładanie swojej cegiełki do budowy tego jakże szczytnego przedsięwzięcia – Bitewnego Zgiełku. Bardzo możliwe ze będzie to tygodnik moich dokonań – tak się składa ze akurat w takich zazwyczaj odstępach ląduję w domu – gdzie z prawdziwą przyjemnością zapominam o codziennych problemach, uczelni i w ogóle o całym bożym świecie. W ostępach głębokiego Lasu (dlaczego z wielkiej litery, to niektórzy wiedzą…) powstają kolejne moje miniaturowe dzieła… Dzieła to może zbyt duże słowo, ale czasami naprawdę pękam z dumy oglądając własne pomalowane figurki. Warto by więc może poddać własne odczucia surowej ocenie bezstronnego widza – wszystkich czytających ten kącik. Liczę na bardzo krytyczne uwagi!
Co do nazwy… To jest chyba adekwatna do tego co napisałem wcześniej. Mam szczerą chęć co tydzień umieszczać kolejną porcję newsów Z Głębokiego Lasu…
Korzystając z tego pierwszego wpisu przedstawię może efekty pracy z ostatnich trzech tygodni – trochę się tego zebrało… a moje wrodzone lenistwo sprawiło, że dopiero teraz mogę je tu umieścić.
1.WHFB – moja pierwsza tzw. Commision Work – DE Warriors kumpla i wspominana przez Szeperda praca przy taśmie. Efekty oceńcie sami. Muszę powiedzieć, że widok w pełni pomalowanego oddziału zawsze wzbudza we mnie jakiś sentyment - kiedyż w końcu dokończę własną armię?...

2.Przygotowania do kampanii Mars Ultor w pełni. Tym razem udało mi się nakłonić do współpracy pewnego gnoma. Dzięki niemu moja armia zyskała zdolności godne Spidermena. Musze przyznać, że pomysł, aby wykorzystać magnesy lodówkowe w podstawkach elementów, sprawdza się znakomicie. Jeżeli tylko nie rzuca się pudełkiem (specjalnie zrobione pudełko z blachą przyklejoną do dna) to uszkodzenia podczas transportu są zerowe. Troszkę gorzej z wyjmowaniem figurek, ale tu pewnie musze jeszcze poćwiczyć technikę...

3.Wznoszenie obozu. Jak każdy rzymianin wie, żaden legion nie obejdzie się bez porządnego obozu. Ten zamieszczony poniżej to chyba trzeci z kolei projekt. Pozostało niewiele ze wcześniejszych przemyśleń i rozwiązań – postawiłem na prostotę i odpowiednie miejsce. Niektórzy (Ci, co widzieli pierwszy zarys) pewnie będą zawiedzeni jego obecna postacią i jakością wykonania. Cóż, tym osobom będę musiał obiecać poprawę przy następnym obozie. Mam nadzieję, że stół i waterway, który szykuje na Mars Ultor wynagrodzi im gorycz rozczarowania...

4.Na siedmiu wzgórzach Rzym zbudowano… ja na ten czas mam ich dopiero pięć, dwa kolejne czekają na wykończenie. Poniżej zamieszczam zdjęcia.

5.Malowani tych najemników sprawiło mi sporo radości, przede wszystkim, dlatego że dość poważnie różnią się od rzymskich legionistów, a poza tym pozwolili mi użyć różnych kolorów na tarczach i przekonać się, który z nich najładniej się prezentuje. Doszedłem do wniosku ze najładniejsza jest mieszanka – każdy z innym kolorem tarczy...

Na razie to tyle. Jest piątek, 13 dzień miesiąca kwietnia roku pańskiego 2007. Dziś jeszcze wracam w czeluście mojej domowej siedziby. Może już niedługo nastąpi kolejna porcja wieści? W końcu zbliża się Mars Ultor i trzeba nareszcie wykonać obiecany stół do gry... Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już za tydzień uchylę rąbka tajemnicy, jak będzie on wyglądał...

środa, 11 kwietnia 2007

Telewizja kłamie!

W jednej z polskich, komercyjnych stacji, obejrzałem całkiem niedawno program z cyklu: jak założyć własną firmę i sprawić aby ona dobrze prosperowała. Temat był mi bliższy niż może wam się, drodzy czytelnicy, w tym momencie wydawać, ponieważ pomysłem na biznes był... sklep modelarski.

Według autorów programu lokalizacja, zakres działalności, ani nawet poziom zaopatrzenia sklepu nie są tak ważne jak umiejętne dobranie sobie sprzedawców, pracowników, którzy zachęcą modelarzy do odwiedzania właśnie tego a nie innego punktu na modelarskiej mapie miasta. Hobbyści tacy jak my, według słów prowadzącego jak i występujących w programie właścicieli sklepów, są klientami wymagającymi, ale jednocześnie takimi, dla których warto się postarać. Ważne więc aby sprzedawca był miły, uczynny, posiadał szeroką wiedzę, znał towar dostępny zarówno w sklepie jak i na rynku, oraz wykazywał się chęcią niesienia pomocy. Taki człowiek może liczyć niejednokrotnie na zarobki więcej niż satysfakcjonujące w naszych realiach gospodarczych.

Tutaj jednak po raz kolejny możemy się dowiedzieć jak bardzo teoria odbiega od praktyki. W sklepach modelarskich, które odwiedzam szukając materiałów, modeli, natchnienia w końcu, spotykam się bowiem bardzo często z odpychającym wręcz przyjęciem ze strony pracowników. Poczynając od kompletnego olania czekającego klienta i rozmawiania w najlepsze z przyjacielem, który odwiedził nas w godzinach pracy, przez wzdychanie i przewracanie oczyma w odpowiedzi na pytania, na które “odpowiedź jest przecież oczywista”, burczenie na klienta i zbywanie go półsłówkami, po kompletną nieznajomość własnego asortymentu. Przykłady można mnożyć.

I w ten sposób zazwyczaj z radosnej wyprawy na “modelarskie polowanie”, wracam do domu zły, rozczarowany i zniechęcony do zagłębiania się w środowisko podobnych mnie hobbystów. Rozwiązaniem wydawałoby się, odwiedzanie wyłącznie tych miejsc, gdzie obsługa jest miła i fachowa, ale czasami nie znajdziemy tam po prostu czegoś, czego akurat potrzebujemy, czy też z braku czasu wybierzemy punkt bliższy naszemu miejscu zamieszkania. I tylko kiedy po raz kolejny zostaję potraktowany przez sprzedawcę ze sklepu modelarskiego jak natręt zastanawiam się dlaczego ci wszyscy ludzie nie obejrzeli, podobnie jak ja, programu telewizyjnego, o tym jak prowadzić sklep dla hobbystów. A może obejrzeli, tylko stwierdzili, że przecież telewizja i tak zawsze kłamie?

poniedziałek, 9 kwietnia 2007

Taśmy prawdy

Uwaga, będzie oświadczenie: przy wymaganym minimum nakładu pracy, zarówno w kwestii zasobów czasowych jak i farbiarsko-modelaraskich, można zaprzeczyć wszystkim leniom świata, którzy nie traktują bitewnego hobby z należytym szacunkiem i nie próbują nawet zbliżyć się to dolnej granicy hobbystycznej przyzwoitości, szczując na mnie – biednego, starego – swoje nieoszlifowane, niesklejone i niepomalowane regimenty… To oczywiście żart, a powodów takiego stwierdzenia szukać należy w dziesięciu godzinach systematycznej pracy przy krasnoludzkiej taśmie prawdy. Efektem końcowym jest pomalowany regiment łoriorów, który prezentuję na załączonym zdjęciu. Całe przedsięwzięcie utwierdza mnie w przekonaniu, że :
  • ‘chcieć to móc’;
  • seryjne malowanie w przypadku regimentów to całkiem dobry pomysł, szczególnie jeśli przedkłada się ogólny ‘look’ i chęć grania wykończonymi miniaturami nad nagrodą nobla-gobla w dziedzinie szczegółów, malowania warstwami czy bez użycia farb metalicznych;
  • obok elfów, w życiu pomalowałem najwięcej miniatur krasnoludów do WFB;
  • stary wzór wojownika klanowego ma swój niepowtarzalny klimat;
  • rozjaśnianie Dark Angles Green kolorem Goblin Green to całkiem fajny pomysł;
  • pędzle marki GW do ‘drajbraszu’ są dużo lepsze, niż własne próby przycinania zużytych pędzli rodzimej produkcji;
  • nadal lubię szare podstawki;
  • rogi, malowane na odwrót niż GW, są bliższe regułom natury;
  • robię coraz lepsze zdjęcia figurkom;
  • powinienem zakończyć ten wpis;

czwartek, 5 kwietnia 2007

Dziedzictwo Diadochów: Synowie Aleksandrii

DBA - II/20a-d - Ptolemaic - 320BC - 30BC

Śmierć Aleksandra Wielkiego przyniosła sporo zmian w ówczesnym, i tak dynamicznie zmieniającym się świecie. Imperium Macedończyka podzielone zostało na strefy wpływów między jego generałami. I tak  Antygon Jednooki otrzymał Frygię, Pamfilię i Licję, Eumeneos z Kardii otrzymał Kapadocję i Paflagonię, Perdikkas został mianowany regentem i otrzymał pod dowodzenie armię w Azji, Filip Antyparta mianowany został namiestnikiem Macedonii i Grecji, Lizynach otrzymał Trację, a Ptolemeusz - Egipt. Krateros został nominowany na opiekuna niedorozwiniętego Filipa Arridajosa, spadkobiercy całości Imperium i krewnego Aleksandra Wielkiego. Zaistniała sytuacja szybko doprowadziła do walki o władzę. Konflikt Diadochów (dowódców Aleksandra – przyp. Szeperd) dotyczył wszystkich wyżej wymienionych. Kilkanaście lat ‘docierała’ się pewna hierarcha, w której to Ptolemeusze utrzymali się przy władzy nad Egiptem. Jednak walki między Diadochami trwały do końca istnienia Państwa Ptolemeuszy. To z ich rodu pochodzi dobrze znana Kleopatra VII, kochanka Cezara i ostatnia władczyni Egiptu.
  
Dlaczego o tym piszę? Kiedy pierwszy raz przyglądałem się bitwie rozegranej w systemie DBA (a było to w październiku 2006 roku na niedzielnych pokazach, podczas trwania trzeciej edycji Otwartych Mistrzostw Mordheim w Krakowie), zaciekawiło mnie kilka kwestii. Po pierwsze prostota gry, pozwalająca dowodzić całymi armiami bez potrzeby studiowania kolejnych tomów errat czy FAQ’ów. Po drugie skala gry i niewielki koszt modeli. Od kiedy, z powodu szeroko pojętego polhammeringu, zrezygnowałem z gry 6,5k armią orków do WFB, zacząłem nabierać coraz większej ochoty na dowodzenie sporych rozmiarów wojskiem, a nie tylko niewielkimi bandami [Necromunda, Mordheim]. Nie tracąc czasu, szybko nawiązałem kontakt ze Sławkiem w sprawie wyboru armii. Moja wiedza historyczna nie pozwalała mi na dokonanie samodzielnego wyboru, więc postanowiłem wybrać armię antyczną, kierując się kilkoma kryteriami. Chciałem mieć armię, której nikt jeszcze nie ma, o ciekawym składzie i historii. Pierwotnie interesował mnie Egipt. Jednak w listach armii figurowały tylko okresy sprzed podboju Egiptu przez Aleksandra i był to dla mnie okres zbyt wczesnym. Sławek zasugerował, abym przyjrzał się armii Ptolemeuszy. Szybko wyjaśnił, że to oni przejęli władzę w Egipcie na blisko trzy wieki. Sprawdziłem skład armii i od razu się zdecydowałem. Zbieram Egipt Ptolemejski!

Armia oznaczona w podręczniku DBA numerem II/20 ma 4 podlisty. Oczywistym wydawało mi się złożenie tylu elementów, abym mógł grać każdą z tych list, szczególnie, że od 167-166 p.n.e. doszło do reformy w egipskiej armii i jej skład sporo się różni od wcześniejszych wersji. Indyjskie słonie zastąpione zostaję przez leśne słonie afrykańskie, gdyż Seleucydzi blokują źródło zaopatrzenia w te pierwsze [już od 274 r. p.n.e.]. Zmniejsza się liczba grecko-macedońskiej i egipskiej falangi. Warto zauważyć, że już przed 217 r. p.n.e. Ptolemeusze uzbrajali Egipcjan na modę macedońską,  co zaowocowało zwycięstwem np. w bitwie pod Rafią (starcie rozstrzygające IV wojnę syryjską z Imperium Seleucydów, również spadkobierców Aleksandra). Na skutek kolejnej reformy część wojsk zostaje uzbrojona na wzór rzymski, wypierając falangę. Armię zasilają najemni Galatowie, zarówno jeźdźcy jak i piesi. Przenosząc te zmiany do realiów DBA, Ptolemeusze zyskują dostęp do galackiej lub greckiej kawalerii [Cv], galackich warband’ów [Wb] czy ‘rzymskich’ piechurów [Bd]. Te elementy pojawią się w mojej armii już niedługo.

Skupmy się jednak na pierwszych dwóch listach, do których mam już komplet elementów [może poza mniejszym afrykańskim słoniem – tu jednak pozostaje pomocny śliczny model Zvezdy – słoń ten ma na grzbiecie wieżę, jak większe słonie indyjskie, choć ze znalezionych jednoznacznie nie wynika, że afrykańskie takowych nie nosiły]. Okres 320-275 r. p.n.e to Generał [Kn], 2-gi element kawalerii [Kn], lekka jazda [LH – choć modele mogą  przedstawiać również beduińskich jeźdźców wielbłądów], 6 elementów pik [Pk – grecko-macedońska falanga], alternatywnie indyjski słoń bojowy lub lekka piechota [El or Ps] oraz element najemników [Ax]. W tym okresie lekką piechotę [Ps] mogą stanowić egipscy lub syryjscy procarze lub kreteńscy łucznicy. Dla obu tych elementów znalazło się miejsce w mojej armii. Traccy oszczepnicy czy żydowscy, beduińscy lub egipscy strażnicy terenów granicznych tworzą oddziały najemne [Ax]. W tej roli u Ptolemeuszy występują oczywiście egipskie i beduińskie oddziały, na co dzień broniące granic państwa. Jednak jeśli uda mi się złożyć element trackich [paltestańskich – chciałbym aby element był tworzony nie tylko przez traków] oszczepników, to na pewno zasili on również moje szeregi, szczególnie, że w późniejszym okresie ilość elementów najemnych wojsk wzrasta [w liście C) może ich być aż 3]. Nie dotarłem jeszcze do obszernych  informacji o rodzajach lekkiej kawalerii używanej przez spadkobierców Aleksandra, więc prewencyjnie wykonałem element lekkich koni [LH] z macedońskiej jazda uzbrojonej w łuki i włócznie. Dla pewności pomalowałem i wcześniej wspomniane wielbłądy. Dmucham na zimne. Okres od 274-167 r. p.n.e. to ugruntowanie pozycji słoni w armii i zlikwidowanie możliwości zastąpienia ich 2-gim elementem lekkiej piechoty oraz uzbrojenie rdzennych Egipcjan tak, aby miała wszelkie cechy formacji falangi. Nie wpływa to jednak na układ samej armii [6xPk]. 

W tym miejscu warto wspomnieć, że większość armii wykonana jest z modeli rosyjskiej Gwiazdy. Jedynie egipscy procarze są firmy Hat, a egipska/beduińska piechota i wielbłądy są produkcji Caesar'a. Jednak niedługo nie tylko procarze będą jedynymi modelami wyprodukowanymi przez Hat'a. Gdy będę malował elementy armii właściwe dla okresu po 167 r. p.n.e., dla poprawności historycznej kupię afrykańskiego słonia leśnego właśnie tej firmy.

Armia Egiptu, którą Wam prezentuję, poprzez całą swoją historię stanowiła pewien konglomerat kulturowy, nie tak różnorodny jak wyżej wymieniona armia Seleucydów, ale równie interesujący. Nie chciałem jednak aby to się zbytnio odbiło w malowaniu modeli. Przyjąłem 2 główne kolory trzonu armii. Kremowy i czerwony, którym pomalowałem grecko-macedońskie elementy. Wojska stanowiące o różnorodności armii i te, które jednoznacznie identyfikują armię z Egiptem, a więc najemnicy i lekka piechota, również malowane są w kremowe lub czerwone kolory. Tak pomalowana armia stanowi optycznie jedność choć pewne różnice w sposobie malowania stanowią o jej różnorodności [kolor skóry czy przewaga jednego z 2-ch wiodących kolorów]. Kiedy armia powiększy się o elementy pojawiające się po 167 r. p.n.e. będę się starał również zachować w/w proporcje w malowaniu. ‘Ostrza’, będące elementami uzbrojonymi na modę rzymską, będą czerwono-kremowe, jak pozostały trzon armii. Galatów malować będę już tak, jak lekką piechotę czy najemników. Będą się wyróżniać, choć pewne detale będą nawiązywać kolorem do trzonu armii. Po tych zabiegach cała moja armia, obecnie licząca 14 elementów, będzie niedługo liczyć 23 elementy (sic!).  Mam na myśli wymagane elementy [dodatkowe 3Ax – w tym 2 elementy egipsko-beduińskie i jeden element paltestańskich oszczepników, 4xBd – elementy stylizowane na piechotę rzymską, 1xCv – elementy galackiej kawalerii i 3xWb – elementy galackiej piechoty].

Słowem podsumowania napiszę jeszcze parę zdań o doborze dowódcy mojej armii. Nie mogę zrobić tak, jak uczestnicy kampanii organizowanej przez Tsara i wybrać jednego generała dowodzącego moją armią. Armia obejmuje zbyt rozległy okres aby nad całością miał pieczę jeden Ptolemeusz. Jednak to nie powód to zmartwień. Duży przedział czasowy pozwoli mi na rozgrywanie wielu bitew pod dowództwem różnych generałów. Cieszy mnie bardzo powstająca armia Seby ‘Wercyngetoryksa’, obejmująca imperium Seleucydów. Zapowiada się spora dawka potyczek i wojen. Od walk Diadochów o władzę, do czterech wojen syryjskich, ciągnących się na przełomie wielu lat …

Michał Ciemniewski

























RSS FeedRSS