piątek, 31 października 2008

Codex Space Marines - 5ed.


Na dniach miała miejsce premiera nowego kodeksu, do sztandarowej (czytaj najlepiej sprzedającej się) armii, do systemu Warhammer 40 000, czyli do armii  Space Marines. Jako że system ten pociąga mnie od swojej trzeciej edycji,  z czystej ciekawości nabyłem premierowy podręcznik do piątoedycyjnej armii. Wygrzebałem również ze straty materiałów do W40K poprzedni kodeks do Space Marines (4 edycja), żeby mieć czyste sumienie i materiał porównawczy. Pozwoli mi to również na zachowanie pewnej dozy obiektywizmu. Chociaż, jak mawiają, recenzent obiektywny bywa, a i tak napisze czy mu się recenzowana rzecz podobała czy nie, albo  obetnie kilka głów na śniadanie, starym, mrocznym, elfim zwyczajem.

Z obowiązku wspomnę, że nowa edycja 40tki zmieniła dość radykalnie znany z 3 i 4 edycji mechanizm gry, więc teoretycznie, nowe kodeksy armii powinny te mechanizmy uwzględnić. Również z obowiązku wspomnę, że GW w ciągu krótkiego czasu przed wprowadzeniem na rynek nowej edycji, wydało kilka podręczników, do wielu popularnych armii min. Eldarów. Doczekaliśmy się również osobnych zasad do dwóch zakonów Space Marines, czy wreszcie nowego podrecznika do armii Orków, Chaosu i Demonów. Ploteczki wypuszczane skrzętnie do sieci twierdziły, że nowe kodeksy opracowywane są z uwzględnieniem nadchodzącej nowej edycji Warhammera 40 000. No cóż, wyszło to różnie, jak zwykle zresztą. Wrodzona obowiązkowość każe mi spieszyć z poinformowaniem Drogich Czytelników, że zgodnie z nową świecką tradycją, są armie które posiadają zasady nawet jeszcze z 3-ciej edycji gry, na przykład Dark Eldars, czy armia Space Wolves z zakonów Space Marines. Nic to, jak powiedział Wołodyjowski do Basieńki w filmie Hofmanna, zabieramy się za recenzję!

Podobieństwa podręczników z 4 i 5 edycji zaczynają się i kończą na stylistyce okładki, oraz przyjemnych szkicach, w mrocznym gotyckim klimacie, wewnątrz obu książek. Winnym popełnienia nowego kodeksu jest  Matthew Ward, nie pojawiający się na liście autorów w poprzedniej edycji. W oczy rzuca się od razu objętość ksiązki, aż 144 strony. Dla porównania, poprzednia ekipa autorów zdołała zamknąć sprawę w 80. Miło by było gdyby za ilością szła jakość, ale o tym za chwilę. Nowy podręcznik zmienia całkiem podejście do budowania kolekcji armii Space Marines.

Bazowo, również zgodnie z przyjętym przez Games Workshop wzorcem, oba zbiory zasad traktują o „kodeksowym” zakonie Space Marines, czyli o Ultramarines. Dodatkowo oba podręczniki dają możliwość przygotowania przez gracza armii innego zakonu. Jednego z tych znanych, jak White Scars czy Salamanders, lub stworzenia własnego, niepowtarzalnego zakonu. I tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt. W starym podręczniku pojawił się rozdział Chapter Traits. W zgrabnej tabeli i na kilku stronach rozwinięcia, gracze mogli wybrać sobie, jaki format zakonu chcą przygotować, np Fierce. Następnie z tabelki odczytywało się, jakie specjalne zasady, „na plus” i „na minus”, posiada taki zakon. Zasady modyfikowały listę armii, albo wpływały na sposób gry taką armią. Wystarczyło opracować sobie własny schemat kolorów, historię zakonu i można było zebrać kolekcję niepowatarzalnych obrońców ludzkości. Zakony znane graczom z tła fabularnego gry zostały zebrane w tabeli Chapters of the Legend, wraz z odpowiednim zestawem zasad specjalnych. Takie rozwiązanie bardzo przypadło do gustu graczom na całym świecie. Powstały przepięknie pomalowane i ciekawie sformatowane armie.

Nowe zasady wyrzuciły na śmietnik jedną z najmocniejszych stron poprzedniej edycji.  W sekcji HQ listy armii, pojawiła się rzesza nowych bohaterów specjalnych z róznych znanych zakonów SM - do starych znajomych, jak kapitan Lysander z zakonu Imperial Fists, doszło stadko nowych. I to bohaterowie specjalni wprowadzeni do armii, decydują jakim zakonem gra gracz. Każdy z nich posiada zdolność chapter tactics, która zastępuje nową zasadę SM combat tactics, na specyficzną (teoretycznie), zdaniem autora, dla danego zakonu zasadę. Oczywiście nie ma już możliwośći modyfikacji listy armii, co pozwoliło by dodać smaczku naszym wrażym siłom. Pomijając mały plusik za nowe wzory figurek bohaterów, jest to absurdalne dla starszych graczy spłycenie systemu. Jednym słowem dno. Dno pogłebia się bo autor dopuścił możliwość wyboru dwóch różnych herosów z rónych zakonów i gracz sobie wybiera, który z nich modyfikuje zasadę combat tactics na taktykę zakonu. Mówiąc w skrócie - Staszek odwiedza Jasia, idą na kielicha i decydują, który z nich się będzie bił pod knajpą, bo dym z ochroną jest... Dużym szacunkiem darzę pracę koncepcyjną ludzi, którzy stworzyli w swojej wyobraźni, lata temu, świat 40tki, a takie podejście, obraża moją inteligencję i poczucie dobrego smaku.

Nowy podręcznik został podzielony na kilka części. W pierwszej mamy opisaną historię powstania legionów Space Marines, czasy wojny domowej, oraz przekształcenie legionów w zakony, po jej zakończeniu. Autor uraczył nas również opisem powstawania superhuman hero, czyli brata zakonnego, oraz historią bitew z udziałem Ultramarines. Mamy też sporo informacji na temat struktury zakonu, oraz schematów kolorystycznych i heraldyki róznych armii SM. Całość utrzymana jest na tradycyjnym poziomie literatury s-f klasy B, w miękkich okładkach. Następną, tą która tak zwiększyła objętość kodeksu, częścią jest opis prawie wszystkich, dostępnych potem w liście armii bohaterów i jednostek. Kompletny idiotyzm, bo pisanie całej  strony  o transporterze Rhino, czy Drop Podach, zakrawa na marnowanie papieru, a drzew na świecie coraz mniej... Litościwi autorzy starego dex`u, opisali tylko bohaterów, oraz niektóre jednostki.

Na koniec, tej ciekawej lektury, docieramy do rdzenia podręcznika, czyli do listy armii. A tutaj spore zmiany.

Po pierwsze, przy zmianie mechaniki gry, zmieniono zasady zdobywania punktów za zajęcie kluczowych pozycji. Obecnie punkty te mogą zdobywać tylko jednostki z sekcji Troops. Zgodzę się, że taka duża zmiana, spowoduje w końcu, że gracze przestaną brać tylko dwie obowiązkowe jednostki z tej sekcji, jak miało to miejsce do tej pory. Jakoś te punkty trzeba będzie w końcu zdobywać. Szkoda tylko, że nikt nie wpadł na to, aby obniżyć koszt jedynych, w armii SM, zwykłych żołnierzy, są oni bowiem obecnie, jednymi z najdrożyszch punktowo w grze. Przez uproszczenie (za to minusik), oraz wprowadzenie zasady combat squad do wszystkich oddziałów piechoty SM, kończy się era minmaxów typu las-plas* (za to plusik).

Kolejną rzeczą jaka rzuca się w oczy to radyklane obniżenie kosztu transportera Razorback - żegnajcie piękne Rhinosy! Kto wybierze źle uzbrojone Rhino, jeśli za 5 punktów więcej, ma Razorbacka z  heavy bolterem na dzień dobry? Pojawia się też kilka całkiem nowych jednostek.

W sekcji Elites mamy to co zwykle (z tym że weterani zmienili nazwę na Sternguard Veterans), plus kilka nowości. Pojawia się Ironclad Dreadnought, czyli lepiej opancerzona wersja Dredzia. Mój kolega Jaro (cierpiący na nieuleczalny syndrom dredzia) się ucieszy. Mamy również nową jednostkę, Legion of The Damned Squad. Jest to pojawiający się czasem z nikąd oddział  eterycznych wojowników, wyglądających jak Space Marines, bez strachu ruszających na wroga, w najbardziej dramatycznych dla zakonników momentach. Tym samym, trafiają się nam zawodnicy z Ld 10, mogący strzelać po ruchu z broni ciężkiej, oraz rzucający każdego save`a jako Inv 3+. Oj coś czuję, że z rzadko ukazujących się widm, staną się, ci panowie, częstym widokiem na stołach.

W części Fast Attack, również troszkę nowości. Starzy weterani z jump packami dostali nową nazwę - Vanguard Veterans i przenieśli się z działu Elites, do szybkich i wściekłych. Kosmetyczne zmiany w Land Speeder`ach, oraz całkiem nowa zabawka - Land Speeder Storm. Fajna rzecz, może przenosić 5 zwiadowców, ma troszkę elektroniki do przeszkadzania przeciwnikowi i ułatwiania sobie życia. Mamy również drobne zmiany w motorkach.

Za to w sekcji Heavy Support dwie nowości. Nowy model Land Rider`a, oraz zupełna nowość - Thunderfire Cannon. Zasady wyglądają na fajne, maszynki ciekawe, ale nie wiem jak się sprawdzą na stole. Whirlwindy dostały taki sam zestaw rakiet jak zakony Dark Angels i Blood Angels, koniec z minami, teraz minować mogą motorki zwiadu.

Listę armii poprzedza  zbrojownia, czyli podzielony na 3 części (wargear, other equipment, armour) opis gadżetów i zabawek jakie mamy dostępne do wyboru. Kilka nowych różności, większość starych bajerów, sporo specjalnej amunicji do naszych bolterów (może w końcu da się coś z nich zabić:)) i jedna rzecz która mnie wkurzyła. Co za geniusz wymyslił żeby w sekcji o sprzęcie zamiast pisać o sprzęcie, walnąc odsyłacze do części z opisami jednostek. Po jakiego czorta mam kopać po kodeksie, żeby zobaczyć jaką mam amunicję dla zwiadowców. Chyba nasz autor nie odkrył uroków edytorów tekstu, z możliwością kopiowania fragmentów tego, co napisal do innych części podręcznika. Irytujące utrudnienie życia.  Listę armii zamyka tabelka z zestawieniem charakterystyk żołnierzy, oraz wszystkich dostępnych broni.

Znalazłem też kilka wpadek. W pięknej, kolorowej części kodeksu, ze zdjęciami figurek, oraz z pokazanymi tzw idiot armies (czyli armiami bez sensu ustwionymi na stole do zdjęcia promocyjnego) znalazłem armię zakonu Salamanders, prowadzoną przez Librariana w malowaniu i insygniach Ulramarines. Co? Fabry zielonej zabrakło? Kolejna sprawa: jak można pokazać nowym graczom figurki pomalowane przez zawodowców na wielu kolorowych zdjęciach, a zapomnieć dać choćby podstawowy przewodnik, jak pomalować figurkę? Zdaję sobie sprawę, że jest internet, White Dwarf , oraz sklepy, gdzie się można nauczyć malować, ale do jasnej trzasnej, jak ktoś za kupę kasy kupuje sobie pierwszy podręcznik do systemu, to nawet nie ma możliwości podpatrzenia w nim, jak sobie poradzić z pierwszym modelem.

Podsumowjując, nie do końca wiem, co myśleć o tym kodeksie. Jest jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Z jednej strony próba ukrócenia różnych patologii, zrobienie czytelnej listy armii, z jasno podanymi opcjami. Nowe jednostki i nowe modele, sporo fajnych, nowych broni do wyboru. Bardzo lubię grać bohaterami specjalnymi, a umieszczenie ich w lisćie armii, daje możlwość legalnego wystawiania ich na turniejach. Z drugiej strony wykastrowanie podręcznika z mocnych stron poprzedniej edycji, pewna niefrasobliowść i niedbałość, jak np. z tym Ultramarine w armii Salamanders, czy napuszone, grafomońskie wstawki. Miejmy nadzieję że biedny Dr Jekyll zostanie z nami na dłużej przy nowych kodeksach piątej edycji Warhammera 40 000.

* - Minimax las-plas to jedyna formacja, zwykłego oddziału piechoty, widywana do tej pory, czyli 5cio osobowy oddział (minimalny jaki może być) z laserem i plasmą (maksymalna siła ognia).

 Cezary Opaliński

czwartek, 23 października 2008

Życie staje się prostsze

O wilgotnej palecie pisałem już niegdyś w „Przeglądzie sieci…”, a było to tak dawno, że sam ledwo o tym pamiętam. Od tamtego czasu obiecywałem sobie, że sam spróbuję jak działa to narzędzie i czy sprawdzi się w moich, coraz bardziej sporadycznych, zmaganiach z modelarskimi wyzwaniami. W kwietnie tego roku odwiedzając Gobosa nawet zobaczyłem taką paletę w działaniu i z pierwszej ręki dostałem zapewnienie o jej niezwykłej użyteczności. Sporo jednak miało jeszcze wody w Wiśle upłynąć nim sam spróbuję z czym to się je.

Czas ten nastał całkiem niedawno. W planach miałem malowanie figurki, dla której mieszanie dużych ilości farb miało być rzeczą naturalną. Wiadomo jak to jest, nim się uzyska odpowiedni odcień, machnie pędzlem w tę i z powrotem, a już farba schnie i trzeba zaczynać od nowa. Malowanie nie sprawia przyjemności za to frustruje.  Aby zapobiec takiej sytuacji, wyciągnąłem z kuchennej szuflady, woskowany papier śniadaniowy, na talerzyku położyłem wilgotne, papierowe ręczniki i zmontowałem całość w całkiem zgrabnie wyglądającą całość.

Efekty używania palety przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Farba nie schnie nawet przez wiele godzin, nabiera przyjemnej wilgoci (należy uważać na ilość wody jaką nasączamy ręczniki), wygodnie można mieszać, kombinować i poprawiać uzyskiwane kolory. Przy odrobinie wprawy malowanie przejrzystymi warstwami staje się łatwiejsze, nawet pędzle jakoś lepiej reagują nie pęczniejąc od stałego moczenia ich w kubku z wodą.

Bardzo polecam testy z wilgotną paletą, może okazać się nieocenionym pomocnikiem przy malowaniu taśmowym, dużych ilości figur. Dla mnie wchodzi ona do kanonu narzędzi malarskich.

niedziela, 5 października 2008

Od Gorma do Svena

III/40c Leidang

Kampania „Opus Europa” dobiegła końca. Pył bitewny dawno już opadł, zaś duńscy woje wrócili tam skąd przyszli…czyli do szuflady. Do dobrego Zgiełkowego obyczaju należy opisanie swojej armii w przededniu kampanii, jednak przytłoczony obowiązkami wynikającymi z letniej sesji nie miałem czasu, by zabrać się za to jak należy. W rzeczonej kampanii przypadła mi (ku mojej radości zresztą) armia Danii, której dzieje w czasach wikingów przedstawiają się nader interesująco… Po namyśle jednak należy stwierdzić, że dzieje całej Europy, nie tylko Danii w tym okresie tworzą bardzo intrygującą i stale zmieniającą się mozaikę. Opis armii wypadałoby zacząć od krótkiego rysu sytuacji politycznej w wiekach X i XI, bo takie ramy przyjęliśmy dla naszych zmagań.

W tym okresie terytorium duńskie obejmowało nie tylko Półwysep Jutlandzki oraz wyspy takie jak Fionia, Zelandia i Bornholm, lecz także Skanię, Halland i Blekinge, czyli południowe wybrzeże Szwecji, do której te tereny należą dopiero od XVII w. Dania w czasach wikingów była aktywna z jednej strony we Fryzji (tam łupem wikingów padnie w 845 r. Hamburg) i na południowych wybrzeżach Bałtyku, z drugiej zaś na zachodzie: w Anglii, gdzie w 878 r. duńscy wikingowie utworzą kolonię Danelaw, czy w Królestwie Francji, gdzie w r.911  wikiński watażka Rolfr otrzyma z rąk Karola Prostego ziemie, które dadzą początek księstwu Normandii. Aktywna przede wszystkim na zachodzie, Dania była jednak obiektem nacisku z południa, a to za sprawą państwa wschodnio frankijskiego.

Pierwsza połowa X w. w Danii, to czasy króla Gorma Starego. Władca ten po dojściu do władzy pod koniec IX w. zjednoczył Danię, podporządkowując sobie całe państwo i usuwając pozostałych pretendentów, którzy jak niepyszni musieli udać się na viking do Anglii, Irlandii, na Orkady czy wreszcie do zachodniej Frankonii (by tam w latach 885-886 doszczętnie złupić Paryż). Gorm, choć do końca życia ( a zmarł zapewne ok. r. 958 ) pozostał zatwardziałym poganinem, dawał przyzwolenie na działalność misjonarzy chrześcijańskich. Nie jest wykluczone, że Gorm ochrzcił się pod przymusem ok. roku 931. Jak do tego doszło? Otóż według niektórych autorów, mógł to być efekt wyprawy niemieckiego króla Henryka Ptasznika (876-936) przeciwko połączonym siłom Duńczyków i Obodrytów (nawiasem mówiąc nieobecnych na „ Opus Europie” –a wielka szkoda). Henryk zwyciężył, przyłączając tym samym Szlezwik do Niemiec, i zawierając układ, na mocy którego pokonani władcy Danii i Obodrska musieli przyjąć chrzest. Gorm zapewne niewiele się tym faktem przejął i dalej skrycie oddawał cześć Odynowi i Thorowi. Będąc jednak władcą pragmatycznym dopuszczał obecność chrześcijan w kraju. Jednakże to dopiero jego syn Harald Gormson, później zwany Sinozębym, przyjmując chrzest w 965 r. nawróci (przynajmniej oficjalnie) Danię na chrześcijaństwo. Bez specjalnej skromności wspomni o tym w inskrypcji na kamieniu runicznym z Jelling.

Harald w trakcie swego panowania pozostawał w przyjaznych stosunkach z Rzeszą Niemiecką i Obodrzycami, z którym to plemieniem Dania wielokrotnie, jeszcze na długo przed rządami Gorma, zawierała sojusze. Dowodem na nową jakość stosunków z Niemcami niech będzie fakt, że sam Otton I zaszczycił wielce Haralda, zostając ojcem chrzestnym jego syna Swena. Jakkolwiek nie miejsce i nie czas, by wnikać zbytnio w szczegóły, należy zaznaczyć, że owo zbliżenie z Niemcami zupełnie odmieniło układ sił nad Łabą. Cesarstwo zyskało bowiem sojusznika, który w dodatku nie wtrącał się specjalnie w późniejsze powstańcze zrywy coraz słabszego Połabia. Epilog rządów Sinozębego upłynął pod znakiem przewrotu, który rozpętał… jego własny syn Sven, zwany Widłobrodym. Ów chrześniak Ottona I, był ponoć wyjątkowym gwałtownikiem, w dodatku nastawionym antychrześcijańsko, co zresztą ułatwiło mu dojście do władzy, bo była w Danii silna grupa niezadowolonych z nowej religii, krewkich wojowników. Szczegóły całej awantury nie są dobrze znane, wiadomo jedynie, że rzecz działa się w roku 986, oraz, że Harald w efekcie zmuszony był opuścić Danię. Schronił się w Jomsborgu, a więc prawdopodobnie gdzieś na wyspie Wolin. Tymczasem Sven zasiadł na tronie, i choć miłością do chrześcijan nie pałał, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z nowej religii, bowiem jak żadna inna legitymizowała ona władzę królewską. Będąc prawdziwym wikingiem, Sven wziął się natomiast ostro za wybrzeża niemieckie, łupiąc je bez litości. Dostało mu się za to od Thietmara, który na kartach swej słynnej kroniki nawymyślał mu od „psów niewiernych” i „jaszczurczych pomiotów”. Na Niemcach jednak się nie skończyło. Sven, wykorzystując doskonałe zaplecze militarne Danii, atakował również Anglię i Francję. Na Anglii postanowił zbić majątek w prosty sposób: otóż powziął zamiar, że będzie się tam pojawiał jak najczęściej, i pod groźbą najazdu ściągał haracz –tzw. danegeld.

Sven zakończył żywot w roku 1014, realizując właśnie jeden ze swoich planów w względem Anglii. Zgromadzeni wokół niego wikingowie obrali królem jego syna Kanuta, doszło więc do sytuacji, w której Anglia miała dwóch królów: Edmunda Żelaznobokiego i ze strony panoszących się wikingów –Kanuta. Gdy jednak Edmund zmarł, wszyscy zgodnie uznali Kanuta władcą. Panował więc on nad Anglią, Danią, a pod koniec życia także nad Norwegią, gdzie przy jego wsparciu zdetronizowano i zabito króla Olafa Haraldssona. Wraz ze śmiercią Kanuta w 1036 r. całe „imperium Morza Północnego” poszło w rozsypkę, niedługo potem Dania musiała uznać królem młodego władcę Norwegii –Magnusa. Umarł on w roku 1046, kładąc przy tym kres norweskim roszczeniom do tronu duńskiego. W 1047 r. rządy objął Sven syn siostry Kanuta, zwany po matce Estridssonem. Sven w swej polityce koncentrował się głównie na stosunkach z Niemcami i Wenedami. Podejmował też starania, by uniezależnić Danię, także na płaszczyźnie władzy kościelnej, bowiem w tej materii kraj podlegał władzy diecezji hambursko –bremeńskiej. Sven zaś dążył do ustanowienia archidiecezji na obszarze Danii, i jednocześnie chciał, by biskup nią zarządzający był metropolitą całej północy. I byłby dopiął swego, gdyby nie przyszło mu zejść z tego świata w 1074 roku. Trzydzieści lat później pierwszy Duńczyk konsekrowany został na arcybiskupa. I na tym symbolicznym zdarzeniu, kończymy ten krótki rys, by rzucić okiem na rozpiskę  III/40c. Zaznaczam, że porównanie elementów z ich historycznymi odpowiednikami jest subiektywne, a co za tym idzie, nie ma statusu „jedynego słusznego” 

Leidang

Leidang (w Danii znany jako lethang) był czymś na kształt narodowej organizacji wojskowej. Ściślej, był to system poboru statków, ludzi, uzbrojenia i żywności, dokonywanym przez najwyższego dowódcę wojskowego – króla. Ilość pobieranego sprzętu i ludzi była proporcjonalna do wielkości okręgu, w którym dokonywano poboru. System ten, jak się uważa, zaczął regularnie funkcjonować ok. X wieku, choć nie do końca wiadomo, kiedy się narodził. Leidang miał charakter ściśle morski, o czym świadczy fakt, że o ludziach, którzy brali w nim udział mówiono, że szli at róa leidang – wiosłować leidang. Dowodów na morskie konotacje leidangu jest jeszcze kilka, ale wydaje mi się, że opisując tylko armię, nie zaś całą strukturę organizacyjną, można je sobie darować. Ważne jest by odróżnić tą armię od armii wikingów (np. III/40b), która mimo, że ma niemal identyczny skład, reprezentuje coś zupełnie innego. Co wobec tego otrzymujemy, biorąc do ręki armię III/40c LEIDANG 790-1070AD? Otóż moim zdaniem mamy wówczas do czynienia z typowym, występującym w podobnej formie w całej Skandynawii pospolitym ruszeniem. Z tym, że przynajmniej  Norwegii, istniała zasada, że wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni można było powołać tylko w razie najazdu zewnętrznego, zaś w wypadku agresji na inne państwo, tylko połowę. Widać więc, że leidang ma charakter przedsięwzięcia państwowego, w przeciwieństwie do zbójeckiego wypadu na wiking, który często był po prostu inicjatywą prywatną. Oczywiście należy pamiętać, że takie „prywatne” eskapady często odbywały się z inspiracji króla, zachęcającego swoich jarlów do zbójeckich wyczynów. Prawdę powiedziawszy granica między napadem prywatnym a państwowym była często bardzo cienka, a już na pewno różnica nie miała najmniejszego znaczenia dla tych, którzy musieli posmakować wikińskiego topora.

Armia

W skład rozpiski wchodzą takie elementy, jak Bd, Ax, Ps, Bw, Wb oraz Hd.



Ax ,Ps, i Bw –boendr ( l. poj. bondi), czyli wolni rolnicy, tworzący trzon społeczeństw skandynawskich, a co za tym idzie kręgosłup sił zbrojnych. Wszyscy mogli uczestniczyć i wypowiadać się na zgromadzeniu ludowym, czyli thingu, oraz nosić broń. Choć równi wobec prawa, byli jednak wewnętrznie zróżnicowani ze względów majątkowych. Wymienione elementy  to przeciętnie uzbrojeni i (w wypadku Ax i Ps) walczący w luźniejszej formacji boendr, wyposażeni zwykle w tarczę oraz włócznie lub topór. Do tego zapewne hełm i przeszywanica lub jej odpowiednik. W przypadku Bw rzecz jasna, dodać trzeba także łuk.

Bd – bardzo zamożni dobrze uzbrojeni boendr, lub wręcz hird, czyli drużyna. Kolczugi, hełmy, topory (w tym dwuręczne duńskie), miecze i tarcze. Walczą osłaniając siebie i dowódcę ścianą tarcz (skjaldborg). Hird był doborowym kontyngentem wojów, będących na utrzymaniu króla lub jarla. Nazwa wzięła się od anglosaskiego słowa hired, oznaczającego „rodzinę domowników”. Hirdmenn byli więc świadomymi własnej elitarności doskonale uzbrojonymi wyszkolonymi wojownikami. By podkreślić szczególny związek królem, lub jarlem, któremu służyli, mówiło się na nich huskarlar, czyli „domowi karlowie (chłopi)”. Władca musiał o nich dbać i okazywać im względy, byli wszak jego „domownikami”, z którymi łączyła go niespotykana nigdzie indziej więź. O szczególnym statusie hirdu świadczył fakt iż posiadali oni własny, bardzo restrykcyjny zbiór zasad postępowania, w Norwegii zwany Hirdskra. Zbiór taki ściśle regulował niemal wszystkie aspekty życia tych ludzi. Mieli też własnych, wewnętrznych urzędników. Ponadto –rzecz ciekawa –prowadzili oni coś w rodzaju przytułku dla swoich starych, lub chorych towarzyszy broni. Termin huskarlar przeszczepiony został na grunt anglosaski za czasów wspomnianego już Kanuta Wielkiego. I to również wówczas przyjął się w Anglii zwyczaj utrzymywania drużyny housecarls. To właśnie oni, stojąc u boku Harolda Godwina pod Hastings, sprawili Normańskiej jeździe krwawą łaźnię swoimi dwuręcznymi toporami.



Wb –berserkir, czyli berserkerzy. Berserkr, znaczy „niedźwiedzia koszula” podobnie brzmi to zresztą w dzisiejszym angielskim – bear shirt. Być może odziewali się w skóry tych zwierząt, lub traktowali je jako zwierzęta totemiczne. Wpadali oni w szał, który czynił ich odpornymi na ból i dawał ponadprzeciętną siłę. Mówi się, że szli do walki wyjąc jak wilki i gryząc brzegi tarcz. Nie wiadomo, w jaki sposób doprowadzali się do takiego stanu – w grę wchodzi alkohol, lub inne substancje psychoaktywne. Z jednej strony ceniono ich, z drugiej się obawiano. Na Islandii, tamtejsze prawa z czasów chrześcijańskich przewidywały karę częściowego wyjęcia spod prawa za wprowadzenie się w berserkgangr, czyli szał.



Hd –najubożsi boendr, lub wręcz niewolnicy – thrallowie. Zasady leidangu dopuszczały powołanie niewolnych pod broń tylko w razie wyższej konieczności. Uważano ich za przedmioty – jeżeli któregoś z nich zraniono lub pobito, sprawca miał obowiązek zapłacić odszkodowanie właścicielowi. Niewolnicy znajdowali się w stanie całkowitego niebytu prawnego. Pewne wyjątki występowały np. na Islandii niewolnik miał prawo zemścić się na  kochanku swej żony, lub uwodzicielu córki, jeśli oboje przyłapał in flagranti.

Jan Mielczarski

Przypisy:

[1]  Znacznie łatwiej odpowiedzieć na pytanie „czym był Jomsborg?” niż „gdzie był Jomsborg?”. To w każdym razie jest „temat –rzeka” więc nie będę go tutaj rozwijał.
[2]  Wenedowie to określenie, pod które podpadali zarówno Słowianie Połabscy, jak i Łużyczanie.

czwartek, 2 października 2008

Kryzys

Może to kryzys. Chyba tak. To musi być to. Niewątpliwie. Całość wygląda niepokojąco. Patrząc wstecz, odbiło się to kiedyś gromką czkawką na całym świecie. I co dalej? Dokąd to zmierza? Będzie gorzej, tak samo, lepiej? Co tu robić? Wróżyć z fusów? Oglądać najświeższe doniesienia? W tym całym zamęcie pomyślałem przez moment o własnych finansach, po czym stwierdziłem, że nie będę się martwił na zapas i oddałem się jakiemuś, nic nieznaczącemu zajęciu. Chociaż przepraszam – przy okazji tych finansów rzuciłem okiem na kupione kiedyś modele i, zmobilizowany nieco krachem na Wall Street, postanowiłem zrobić z nich inny użytek, niż obciążenie półek. W oczach na moment pojawiły się ‘zainwestowane’ złotówki, sumienie (albo chciwość) lekko puknęło mnie w czoło i proszę – wziąłem się do roboty.
Efektem jest lwi rydwan do HE – jedna z dwóch nowości GW z ubiegłego roku, związana z reedycją zasad (drugą nowość też mam – smoka). Całość, jak widać, z plastiku – sporo usuwania nadlewek, jak zwykle mała gimnastyka przy zachowaniu symetrii, czy po prostu złożeniu całości do kupy. Niemniej model porządnie wykonany i efekciarski. O ile mnie chęci nie opuszczą, będę się wkrótce eksploatował nad tym wózkiem z pędzlem i farbami. Bez szaleństw, do poziomu ‘table top” w zupełności wystarczy. Byle nie straszył na bitewnym stole. Na jakim stole? W WFB grałem ostatni raz rok temu! Ale na szczęście jutro zamierzam temu zaradzić. Ponadto dotarły do mnie słuchy, że jeden z moich największych przeciwników bitewnych wraca na stare śmieci. Ho, ho, kto wie, może wkrótce skrzyżujemy miarki i kości? Tymczasem jeszcze poszperam w modelach - jest tam parę rarytasów, których raczej nie spieniężę. No i naszła mnie ochota na zmianę galerii HE na stronie - zdjęcia, które tam się znajdują, mają chyba ze sto lat, więc planuję mały uplift.
Na marginesie to ciekawe – ostatnio sporo przycinam i piłuję. Przygotowałem całą szkocką armię do DBA tak, że nic, tylko malować. I nawet nie specjalne się denerwowałem na to zajęcie. Czyżby hobbystyczny kryzys mijał?

RSS FeedRSS