piątek, 22 grudnia 2006

Bitwa o Przełęcz Czaszki


Nowa edycja Warhammera Fantasy Battle jest moim zdaniem bardzo uboga w zmiany w stosunku do swojej poprzedniczki, a jej powstanie wydaje się być podyktowane niemal wyłącznie względami marketingowymi. Zestaw „Bitwa o Przełęcz Czaszki” będący swoistym starterem dla nowo edycyjnego Warhammera, wydaje się potwierdzać tę tezę.

Zestaw „Bitwa o Przełęcz Czaszki” zamknięty jest w sporym pudełku, na pokrywie, którego podziwiać możemy scenę batalistyczną przedstawiającą tytułowe starcie pomiędzy krasnoludami i goblinami. Już na pierwszy rzut oka widać, iż pudełko jest nieco mniejsze i wykonane z cieńszej tektury niż miało to miejsce w przypadku podobnych produktów Games Workshop, znanych z poprzednich edycji gry.

Wewnątrz zestawu znajduje się wszystko, co jest niezbędne do niemal natychmiastowego rozpoczęcia zabawy. Podręczniki, modele, miarki, wzorniki i kości czekają tylko na przeczytanie, wycięcie lub wyłamanie z ramek oraz ewentualne umieszczenie na podstawkach i już można stać się wargamerem.

Kości, miarki i wzorniki są markowymi i znanymi chyba wszystkim graczom elementami, dlatego nie będę nad nimi się tu zbytnio rozwodził. Warto natomiast powiedzieć co nieco na temat podręczników i figurek, jakie znajdziemy w pudełku.

Dwie książeczki, znajdujące się w zestawie mają na celu przybliżyć graczom podstawy Wargamingu i przeprowadzić ich przez cały proces zapoznawania się z zasadami, aż do osiągnięcia kompletnej wiedzy teoretycznej dotyczącej gry. Pierwsza z książeczek zatytułowana „Bitwa o Przełęcz Czaszki” skierowana jest do osób rozpoczynających swoją zabawę z grami bitewnymi. Wewnątrz 32 stronnicowej broszurki znajdziemy informacje na temat samego hobby, wyjaśnienie podstawowych pojęć i zasad obchodzenia się z wszelkimi akcesoriami, jakie zostały wraz z zestawem oddane w ręce gracza. Krok po kroku, zapoznamy się z najbardziej podstawowymi zasadami gry i spróbujemy swoich sił w niewielkiej potyczce. Dowiemy się jak pomalować swoje modele, znaleźć odpowiednie miejsce do zabawy i w jaki sposób je urozmaicić.

Kiedy cała wiedza zawarta w podręczniku dla początkującym zostanie już w sposób praktyczny przećwiczona czas zapoznać się z drugą książeczką zatytułowaną po prostu „Podręcznik”. Ten maleńki podręcznik (formatu zeszytowego) to niemal 130 wyjątek z dużej księgi do Warhammera 7 edycji, zawierający tylko zasady gry. Nie jest to jednak żaden skrót, czy opracowanie zasad, to żywcem wyjęte strony z podręcznika, wraz z ich oryginalnym układem i ilustracjami, zmniejszone do rozmiaru zbliżonego do A5. Tym samym nie ma obawy, iż prócz zakupionego już pudełka z grą, będziemy potrzebowali wydawać jeszcze pieniądze na osobny podręcznik.

Oczywiście najważniejszym elementem zestawu są figurki. Te wzbudziły w naszym gronie sporo kontrowersji i bardzo gorące dysputy. Ale po kolei.

W pudełku znajdziemy łącznie niemal 110 figurek, reprezentujących dwie wrogie sobie strony tytułowego konfliktu, wystarczające do rozegrania niewielkiej bitwy i będące dobrym zaczynam do powstania armii krasnoludów lub goblinów. W skład goblińskiej armii wchodzą dwa regimenty włóczników liczące po 20 wojowników, również złożony z 20 wojowników regiment łuczników, 8 wielkich pająków ujeżdżanych przez leśne gobliny i dziki troll. Całości dopełniają postacie bohatera i szamana nocnych goblinów.
Krasnoludy dowodzone przez bohatera i wzmocnione przez szalonego zabójcę smoków są nieco mniej liczebne, ale bardziej bitne i lepiej wyposażone. W skład armii wchodzą ponadto regimenty 12 wojowników, 8 górników i 10 gromowładnych ze strzelbami, a całości dopełnia krasnoludzie działo z obsługą.

Dodatkowo w zestawie znajdziemy trochę bardzo sympatycznych dodatków, w stylu figurki pojmanego krasnoluda, krasnoludzkiego wózka z ekwipunkiem ciągnionego przez kucyka, czy goblińskiego namiotu, które uatrakcyjnią zarówno stół do gry jak i naszą witrynkę z modelami.

Niemal wszystkie figurki są w jednej całości odlane w plastiku i po wycięciu z ramek są od razu gotowe do wstawienia w podstawki i grania. Kilka wyjątków takich jak jeźdźcy na pająkach czy krasnoludzkie działo, które należy skleić z dwóch elementów, przygotowuje się szybko i bezproblemowo. Taka polityka ma swoje dwa oblicza. Z jednej strony dostajemy tanie modele, które szybko możemy niemal natychmiast wykorzystać w grze. Z drugiej strony, modele te odbiegają jakością od innych, znanych produktów Games Workshop.

Oceniając wartość zestawu „Bitwa o Przełęcz Czaszki” powinniśmy sobie zadać pytanie, w jakim celu i dla kogo został on przygotowany. Słabsza jakość pudełka, w stosunku do wcześniejszych, podobnych produktów Games Workshop, brak pełnego, pięknego i dużego podręcznika do gry w zestawie, gorsza jakość modeli w stosunku do innych dostępnych w ofercie producenta, to wszystko dla mnie przykłady oczywistego cięcia kosztów, mającego na celu zaproponowanie atrakcyjnego cenowo produktu. Dodatkowo łatwe w montażu modele, przewodnik dla początkujących i fakt, że zawarte w zestawie armie składają się z podstawowych regimentów, wprost rewelacyjnie nadających się do dalszego ich wzbogacania i rozwijania poważnej armii, powodują, że wnioski, nasuwają się same.

„Bitwa o Przełęcz” czaszki to produkt dla rozpoczynających zabawę z Warhammerem, z grami bitewnymi. Ma na celu w sposób łatwy, tani i przyjemny umożliwić graczom rozpoczęcie zabawy i zachęcić do dalszego czynnego w niej uczestnictwa. Z wszystkich tych założeń wywiązuje się, moim zdaniem, znakomicie. Obrażanie się na niego przez zaawansowanych graczy, wysmakowanych w pięknych modelach i ekskluzywnych wydaniach ksiąg zasad, jest zupełnie bezcelowe.

Sławomir Okrzesik

Armie świata antycznego - Republika Rzymska i Kartagińczycy

Kiedy w środku lata natrafiłem na stoisko wydawnictwa Bellona w Łazienkach Królewskich w Warszawie, na którym dumnie leżała sobie książka Daniela Gazdy, „Armie świata antycznego – Republika Rzymska i Kartagińczycy”, byłem zachwycony, że taka pozycja pojawiła się w naszych sklepach. Szybki rzut oka w spis treści utrwalił mnie w przekonaniu, że muszę ją mieć, gdyż porusza ona najciekawszy dla mnie okres historii Rzymu – od jego założenia do upadku republiki.

Jak przeczytać możemy we wstępie do książki, ta rozpoczyna pięciotomowy cykl pod wspólnym tytułem „Armie świata antycznego”. Tom pierwszy i drugi stanowią integralną całość i traktować będą o historii Rzymu od jego powstania aż po późne cesarstwo. Tom trzeci poświęcony będzie Grekom, Macedończykom i Persom, czwarty Bliskiemu Wschodowi i dolinie Nilu, zwłaszcza Egiptowi, Nubii, Asyrii, Babilonowi i Izraelowi, zaś tom piąty Indiom i Chinom.

„Armie świata antycznego” to książka formatu A4 z przyciągającą oko, ładnie wykonaną, twardą, błyszczącą oprawą. Po jej pobieżnym przejrzeniu, zauważymy, że prócz tekstu zawiera mnóstwo dużych, kolorowych rysunków, zdjęć i planów. Szkoda tylko, że całość wydrukowana jest na papierze offsetowym, który nieco psuje cały uzyskany w ten sposób efekt. Niestety objętość książki, zaledwie 190 stron, przy dużej czcionce i licznych ilustracjach może budzić pewne, nie bezpodstawne, obawy o dokładność potraktowania tak rozległego tematu.

Książka, jak sugeruje już sam tytuł, skupia się niemal wyłącznie na wojennej części historii Rzymu. Od wojen z Etruskami, przez podbój ludów italskich, wojny z Pyrrusem, wojny punickie, macedońskie, aż po wojny domowe i podbój Galii przez Juliusza Cezara. Autor, niejako przy okazji, charakteryzuje również przeciwników Rzymian, podając jednak tylko te informacje, które niezbędne są do zrozumienia całości tekstu, lub, dzięki którym, wykazuje wpływ prowadzonych wojen na ewolucję rzymskiej wojskowości.

W nieco lepszy sposób potraktowano tylko Kartaginę, skrótowo opisując historię powstania i rozwoju miasta, a także prowadzonych przez nią wojen. Znajdziemy również niewielki rozdział dotyczący organizacji armii kartagińskiej, jej uzbrojenia i zachodzących w niej zmian. Niestety zaledwie 18 stron, które przeznaczono na opis jednego z największych wrogów Rzymu, który niemal zniszczył powstające dopiero Imperium, wydaje się być zbyt małą ilością, zwłaszcza, że „Kartagińczycy” figurują w podtytule książki jako jedni z głównych jej bohaterów.

Ciekawym zabiegiem jest wyróżnianie w specjalnych ramkach najważniejszych bitew prowadzonych kampanii. Kiedy w tekście głównym, zazwyczaj dostajemy zaledwie skrótową informację o miejscu i czasie bitwy, a także jej wyniku i wpływie na dalsze działania wojenne, we wspomnianych tabelkach, mamy możliwość zapoznania się z dokładniejszym opisem przebiegu starcia. Każdy taki opis wzbogacony jest dodatkowo o wyszczególnienie liczebności obu walczących stron (jak dla mnie zbyt uproszczone i przez to mało przydatne) i mapy mające na celu ułatwienie jego wizualizowania.

Książkę „Armie świata antycznego – Republika Rzymska i Kartagińczycy” należy zakwalifikować do kategorii popularnonaukowych i traktować jako wprowadzenie do tematyki historycznej i batalistycznej. Ludzie szukający podstawowych i skrótowych informacji z tych dziedzin nie powinni się czuć zawiedzeni. Duża ilość rysunków ilustrujących różne rodzaje uzbrojenia i formacje wojskowe jak również liczne mapy pozwalają wyrobić sobie pojęcie o zagadnieniach poruszanych w tekście, choć co do ich wartości artystycznej można by się spierać. Denerwująca może być niekonsekwencja w nazewnictwie, bowiem w wielu przypadkach, nazwy (n.p. miast czy plemion) użyte w tekście różnią się od tych, które znajdziemy na mapach.

Niestety dużym minusem pozycji jest jej cena (około 70 złotych), nieco zbyt wysoka do tego, co w zamian otrzymujemy. Nie jest również tajemnicą, iż w planach wydawniczych Bellony, książka Daniela Gazdy zastąpiła wznowienie, cieszącej się ogromną popularnością, książki „Armie świata antycznego” Johna Warry’ego. Nasz rodzimy produkt, nie jest niestety tak dobry jak ten, w miejsce, którego się pojawił. Tym bardziej, dużym zdziwieniem było dla mnie odkrycie, że niektóre z ilustracji w książce Gazdy, są żywcem przeniesione z książki Warry’ego, bez żadnej informacji na ten temat. Te ilustracje, jak twierdzą osoby bardziej ode mnie zaznajomione z tematem, nie są wyjątkiem. Podobno niewielkie fragmenty książki jak i niektóre mapa są skopiowane z innych podobnych pozycji.

Podsumowując wydaje mi się, że o ile cena nie odstraszy od zakupu, to warto z tą pozycją się zapoznać. Może ona zainteresować zwłaszcza te osoby, których wiedza w temacie historii wojen republikańskiego Rzymu nie jest zbyt duża, lub, którzy chcieliby ją nieco sobie odświeżyć. Osobiście przeczytałem książkę ze sporym zainteresowaniem, jednak ciężko ocenić mi jednoznacznie jej prawdziwą wartość. Oczekuję z zaciekawieniem drugiego tomu, poświęconego cesarstwu rzymskiemu, mając nadzieję, że zostaną wyciągnięte wnioski z zauważonych, w pierwszej części cyklu, niedociągnięć. Niestety póki co, zapowiedziany na czwarty kwartał roku 2006, drugi tom, nie ujrzał jeszcze światła dziennego, a z rozmowy z miłą panią z wydawnictwa Bellona, dowiedziałem się, że nie ma go również w planach na styczeń. Co to znaczy dla czytelników? Ciężko dziś jeszcze jednoznacznie odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Sławomir Okrzesik

poniedziałek, 18 grudnia 2006

Postanowienia przednoworoczne?

Zbliża się koniec roku, czas na podsumowania i nowe postanowienia. Ciężko jednak tak z biegu postawić przed sobą nowe wyzwania i ocenić osiągnięcia, dlatego potrzebna jest rozgrzewka. Obiecuję więc sobie, że w końcu zabiorę się za malowanie!

Za każdym razem, kiedy przechodzę obok półki z moimi modelami, zerka na mnie z wyrzutem, wiele par plastikowych oczu. To kartagińscy wojownicy przygotowywani do kampanii wiosennej, o której już niedługo napiszemy zapewne coś więcej. Myślą sobie pewnie „obiecanki, cacanki, mówiłeś, że nas pomalujesz i jak my wyglądamy?”. No wyglądają kiepsko, albo jak piekarze (ci z już nałożonym podkładem), albo jak plastikowe kawałki nieszczęścia. Ci już pomalowani puszę się przed nimi swoimi barwami, ale i oni nie dają mi spać, domagając się o wykończenie podstawek.. Żeby nie było, że jestem kompletnie nieczuły, w końcu zabrałem się za swoje obowiązki, czego wynikiem jest zakończony nareszcie drugi element włóczników i napoczęty warband galijski.

O samych włócznikach ciężko powiedzieć coś więcej niż o poprzednim elemencie. Powstał w wyniku wybrania z zestawu HaT (#8020 Carthaginian African Infantry) czterech figurek. Tym razem jeden z wojowników nie jest uzbrojony we włócznię, lecz w miecz. Symuluje to normalną na polu bitwy sytuację, kiedy włócznia pękała w wyniku prowadzonej potyczki. Wtedy wojownicy sięgali swoją broń boczną i kontynuowali walkę. Niezadowolony z tarcz w poprzednim elemencie, tym razem pozostawiłem je prawie nieozdobione. Jedynym wyróżniającym się elementem jest symbol konia na jednej z tarcz. Jest to kolejny częsty symbol, który można było znaleźć w ikonografii ludów afrykańskich. Ech oby na Gallów nie trzeba było czekać tak długo…

niedziela, 3 grudnia 2006

Jesienne uniesienia

Listopad dobiegł końca a u mnie brak jakichkolwiek postępów ,malarskich,. Bo i czym się chwalić - jedna miniatura do DBA wiosny nie czyni. Rozgrzebany Bolt Thrower też nie. A propos wiosny, to ta ponoć sprzyja afektom i uniesieniom (choć kiedyś zwiastowała zrywy narodowe – ech, dobrze, że żyjemy w spokojniejszych czasach). Niestety do tej pięknej pory roku jeszcze daleko. Tym bardziej dziwi mnie osobliwe uczucie, jakim zapałałem do systemu WH40K. A tak się kiedyś zapierałem, że nigdy, wcale, nie ten klimat, za żadne skarby. A tu proszę – czekam właśnie na pierwszy w życiu kodeks i pudełko Nekronów. Systemu nie znam absolutnie, więc przy wyborze armii kierowałem się subiektywnymi odczuciami. Po pierwsze chęć kompletnej odmiany od elfów, po drugie coś jest w tych zielonych i zimnych oczach metalicznych śmierciożerców – ciężko wyartykułować co, poza oczywistym skojarzeniem z moim ulubionym kolorem: zielonym butelkowym. A właśnie! Czemu w palecie GW nie ma koloru Bottle Green? Wracając do Nekronów, to miałem na dodatek nieco skojarzeń z filmem Matrix i pewnie stąd ta decyzja. Od stycznia więc czeka mnie ciężka praca – przyswojenie zasad, zorganizowanie pierwszych potyczek, nowe doświadczenia malarskie. Ot, wyszło mi noworoczne postanowienie.

czwartek, 23 listopada 2006

Siódemka wchodzi do gry


Zmierzyć się z recenzją nowej edycji WHB to nie lada wyzwanie – wyczekiwana, szeroko komentowana jeszcze przed pojawieniem się w sklepach, jest kolejnym kamieniem milowym w światowych systemach wargamingowych. Ale czy na pewno?

Autorem podręcznika jest Alessio Cavatore – jedna z czołowych postaci GW a zarazem uznany gracz turniejowy, pomysłodawca wielu zasad, scenariuszy i, co warto podkreślić, gość jednej z galerii na Bitewnym Zgiełku. Twórca siódmej edycji, w poprzedzającym premierę księgi numerze WD, pisze o motywach, jakie nadały jej ostateczny kształt oraz komentuje najważniejsze zmian w stosunku do odchodzącej, szóstej wersji zasad WHFB.

Wydany w twardej oprawie podręcznik, to 288 stron podróży przez szeroko pojmowany świat WHFB. W ramach powitania przed tą eskapadą dostajemy przedruk okładki z pierwszej edycji, na pożegnanie zaś wzory templetów. A co znajduje się pomiędzy?

Zasady

Pierwsza z głównych sekcji nowej księgi poświęcona jest zasadom. Zanim jednak dotrzemy do strony pt „Playing the game”, autor wprowadza nas, a raczej graczy całkowicie początkujących, w tematykę WHFB, pisząc po kolei o tym, czym jest wargamng, o stopniach zaawansowania w tematykę tegoż, o wyborze armii, polu bitwy i scenerii oraz o podstawowych a zarazem niezbędnych do grania akcesoriach.

Teraz meritum sprawy – przynajmniej dla niektórych – zasady. Te podzielono (podobnie jak w poprzedniej edycji) na podstawowe i zaawansowane – razem zajmują 122 strony, i jak łatwo zauważyć, nie jest to nawet 50% objętości podręcznika. Co do samych zasad, to oczywiście uległy w wielu miejscach zmianie ale moim zamiarem nie jest opisywanie tychże zmian w szczegółach. Dość, że ocenię ich stopień na kosmetyczny, niejednokrotnie eliminujący kontrowersyjne czy wręcz nielogiczne regulacje poprzedniej edycji. Sam autor na łamach WD ocenił poziom zmian w podobny sposób. Warto nadmienić o innym sposobie rozstrzygania ucieczek, tuningu w sekcji  ‘Magia’ i ,Broń’, wprowadzeniu zasady „Insane Courage” (czyli oczy czarnego ratują nam skórę w największych opałach), ujednoliceniach w sekcji ‘Psychologia’ czy ograniczeniu scenariuszy rozgrywania bitew do jednego. Tą ostatnią zmianę mają ponoć osłodzić publikacje w WD, co mogę potwierdzić już dzisiaj, po przeczytaniu numeru z grudnia 2006. Wracając do tematu: sposobem na przetestowanie nowych zasad jest po prostu rozegranie wg nich bitwy, do czego wszystkich zachęcam. Ligowe rozgrywki przeszły już na nowy system, siłą rzeczy więc pora opanować podręcznik i zmieścić go w przysłowiowym palcu.

Świat Warhammera

Kiedy już stajemy się omnibusem w temacie zasad pora przyswoić sobie tzw. klimatyczne tło Warhammera. Nowa edycja wywiązuje się świetnie z tego zadania, dostajemy bowiem na talerzu chronologicznie ułożoną historię poszczególnych ras – ich narodzin, dni potęgi a wreszcie upadku, historię niezliczonych konfliktów, wielkich kataklizmów, bohaterskich czynów i przerażających zbrodni. Od pojawienia się Starszych do współczesnych nam, czy raczej podwładnym cesarza Karla Franza, czasów, podręcznik opowiada koherentną historię świata Warhammera. Zagłębiając się w ten traktat, znalazłem odstępstwa w stosunku do historii opowiedzianej w poprzednich edycjach. Nie wiem, czy jest to zamierzona zmiana, czy niedopatrzenie, czytając jednak zapowiedzi nowej armii Imperium, skłaniam się raczej ku pierwszej wersji. O czym mówię? O pomocy, jakiej Elfowie udzielili cesarzowi Magnusowi podczas wielkiej wojny z Chaosem. Przyzwyczaiłem się bowiem do wersji, że na pomoc zagrożonej ludzkości Ulthuan wysłał trzech magów  - tu znajdujemy zapis o lądującej w Imperium armii.

Oprócz historii warhammerowego świata, nowa edycja opowiada oczywiście o każdej z ras. Zaczynamy tu od znanych wszystkim słów ,The Empire is the largest and most powerful of…” a kończymy na wzmiance o tajemniczym Wielkim Bastionie i Niebiańskim Cesarzu z Cathayu. Pod opisem każdej z ras (z wyjątkiem tych, których wojsk nie można znaleźć wśród produktów GW – i  pewnie nie szybko to nastąpi), zobaczyć można imponujące kolekcje reprezentujących je armii. Najbardziej archaicznie, prozaicznie i nieciekawie prezentuje się oczywiście armia Elfów w Ultuanu (choć to temat na inną opowieść).

Hobby

Kiedy już wiemy czym różni się Slann od Gnoblara, Skink od Smoka, Plague Monk od Giganta a Yoeman od Driady pozostaje nam poczytać o hobby, jakim jest Warhammer. Ostatnia sekcja podręcznika jest niezwykle wszechstronna. Znajdujemy tu zarówno teksty o kolekcjonowaniu poszczególnych armii i ich komponowaniu pod kątem grania jak i o wycinaniu modeli w plastikowych wyprasek czy używaniu ręcznej wiertaki do łączenia metalowych części. Wykonywanie podstawek, konwersje miniatur, dbanie o pędzle i farby, dostępne kolory tych ostatnich, efektowne stoły i makiety, pomysły na kampanie, wreszcie opis większych imprez o uznanej randze światowej – to wszystko zawiera sekcja poświęcona hobby. Pojawia się tu również mój absolutny faworyt – armia Leśnych Elfów autorstwa Joe Sturge’a, utrzymana w zimowej tonacji, jest przykładem wszechstronności i kreatywności  w podejściu do armii Warhammera.

Ogólna ocena

Z trudem przychodzi mi obiektywna ocena ostatniej edycji WHFB ale w zasadzie należy jej się ‘bardzo dobry’. Pomijając zawartość czy kształt samych zasad, siódemka jest lepsza od poprzedniczek – już choćby dzięki rozbudowanej sekcji poświęconej hobby. Na tak wysoką oceną zarobiła oprawa graficzna – dobór i ilość grafik oraz zdjęć, żelazna konsekwencja przy pokazywaniu poszczególnych armii (poziom malowania, dobór figurek, tło), humor (np. w sekcji dotyczącej używania noży modelarskich znajdujemy ostrzeżenie ‘Uwaga na ręce’ a nad tekstem model bretońskiego kata wrzeszczy w niebogłosy bo odciął sobie rękę toporem) czy sama jakość kolorów i papieru. Spotkałem się z opiniami, że podręcznik przypomina nieco ten do role-playing: nie ma w tym przecież nic złego. Można śmiało uznać, że GW stanęło na wysokości zadania i o żadnym blamażu nie ma mowy. Szczypta krytyki? Cóż – kto czekał na spory zwrot flagowego okrętu GW, szczególnie w temacie zasad, może czuć się rozczarowany i podpisać pod zarzutem, że ostatnia edycja to tylko marketingowa tapeta na niemłodym już przecież systemie. Po prawdzie, można się i z takim argumentem zgodzić.

Co dalej?

Firma GW przechodzi, w mojej ocenie, do wydawniczej ofensywy, czego najlepszym dowodem jest pojawianie się nowych edycji znanych wszystkim armii (podręczniki, miniatury). Osobiście czekam na całkiem nowy produkt na półce WHFB – coś, czego jeszcze nie znamy, coś mniej pretensjonalnego, niż ostatnia z wydanych armii, coś w sam raz dla mnie.

Adrian Stolarczyk

poniedziałek, 13 listopada 2006

Green Power - Słów kilka o nowej księdze Orków i Goblinów


Siódma edycja Warhammera jest już faktem, a na rynku pojawiła się kolejna księga armii, przystosowana do nowej odsłony zasad, księga „Orków i Goblinów”. Zgodnie z polityką wydawniczą firmy Faber i Faber, powstało więc i polskie jej tłumaczenie.

Obglundnijmy ksiunszke

Księga Armii „Orków i Goblinów” nie odbiega standardem od innych pozycji tego typu. Miękka, kolorowa okładka przyciąga oko wspaniałą ilustracją Alexa Boyda, na której Boss Orków dosiadający dzika prowadzi do walki hordę zielonoskórych. Wnętrze podręcznika to osiemdziesiąt stron wysokiej jakości druku i papieru, które przyjemnie czytać i przeglądać. Kiedy dodamy do tego informację, że księga jest solidnie klejona, nie musimy już obawiać się o jej podatność na łatwe zniszczenie podczas wielokrotnego wertowania. Dobry nastrój zepsuła mi jednak świadomość, że tylko 58 stron podręcznika zawiera główną jego treść. Na pozostałych, obejrzeć możemy dziesiątki, w pełni kolorowych zdjęć modeli, armii, sztandarów i czego tam jeszcze chcemy.

Co tam stui napisane?

Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, księgi armii Games Workshop podzielone są na kilka stałych rozdziałów. Najpierw więc możemy poczytać, dlaczego warto grać akurat tą armią, później dowiedzieć się nieco o historii orków i goblinów i prześledzić ją w wygodnym, chronologicznym zestawieniu. Ta część podręcznika mnie osobiście zazwyczaj najbardziej interesuje, tworzy bowiem zdecydowaną większość klimatu armii. Z powodu nietypowości orków i goblinów, braku własnej państwowości i historiografii, rozdział ten jest opowiadany z punktu widzenia ofiar ich wypraw wojennych i mówi praktycznie tylko o wojnach. Nie jest to co prawda szczyt moich oczekiwań, moim zdaniem ta sekcja powinna zajmować znacznie większą część podręcznika i obejmować szersze spektrum zagadnień, ale plusik mogę jej postawić z zupełnie czystym sumieniem.

Następny rozdział – Bestiariusz, zawiera opisy wszystkich stworzeń, jakie znaleźć można w kompletowanej armii, jak również największych zielonoskórych bohaterów. Oprócz statystyk i zasad specjalnych dotyczących omawianych istot, znajdziemy tu sporo informacji na temat trybu życia poszczególnych stworzeń, ich funkcji w społeczeństwie, wyglądu i innych tego typu, smakowitych kąsków.

Dwa kolejne rozdziały traktują o magii orków i goblinów i magicznych przedmiotach przez nich używanych. Są już nieco bardziej mechaniczne i skupiają się głównie na wyjaśnieniu zastosowania tych dwóch istotnych zagadnień w czasie gry. Tu i ówdzie jednak znajdziemy skrawki klimatycznych komentarzy wzbogacających dotychczasowe wiadomości o stworzeniach, którymi przyjdzie nam dowodzić na polu bitewnym.
Ostatni rozdział to listy armii, służące nam do komponowania własnych dzikich hord. Są one równie niezbędne, co ciężkie do jakiegokolwiek podsumowania, dlatego zakończę ich opis informacją, że oczywiście są!

Później w księdze znajdują się już tylko kolorowe strony ze zdjęciami, o których pisałem wcześniej. Ich liczbę, jeśli mógłbym o tym decydować, zmniejszyłbym do 1/3, a powstałe w ten sposób miejsce zagospodarowałbym historiami o orkach i goblinach.

Co siem zmieniło?

Już przyzwyczaiłem się do myśli, że w nowych księgach armii, nowego będzie niewiele. Nie bez przyczyny mówi się o kolejnych wydaniach ksiąg jako o odświeżaniu armii. „Orki i Gobliny” nie odbiegają od tego standardu. Na pierwszy rzut oka widać, że wróciła jazda na pająkach, która nie wiadomo dlaczego, w szóstej edycji została usunięta z goblińskich szeregów. Niestety, nie poprawia to wiele w temacie wystawiania armii złożonych tylko z goblinów, ponieważ w tym samym czasie zniknęła przyjemna zasada, pozwalająca wystawić dodatkowego bohatera na każdy 1000 pkt. czysto goblińskiej armii.
Orkowska broń – rembak (choppa) w końcu została nieco poprawiona i obecnie daje modyfikator do siły niezależnie czy walczy się jednym czy dwoma sztukami tej broni. Dodatkowo traktowana jest jak broń ręczna, więc daje dodatkowy punkt zbroi w połączeniu z tarczą, czego domagało się wielu graczy.

Ciekawie zmienione zostały zasady animozji. Teraz zielonoskórzy, którzy zaczynają się ze sobą kłócić, nie zabijają się nawzajem, a tylko tracą turę na sprzeczkę. Natomiast kiedy do oddziału dołączony jest Czarny Ork i zajdzie potrzeba uspokojenia podwładnych, wtedy łby zaczynają spadać.

Prócz tego jest jeszcze trochę zmian dotyczących n.p. wielorakiego uzbrojenia Czarnych Orków, śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakim są niekontrolowane Paszczaki (Squig), śmierci fanatyków, czy zwiększenia kontroli nad lotem goblińskiego samobójcy ze skrzydełkami wystrzelonego z Gleba-Łaaa!-Gleba (Doom Diver).

A jak tam ksiunga po polskiemu?

Polska edycja księgi, w warstwie edytorskiej, nie ustępuje oryginałowi. Świetny papier, doskonałe kolory i nasycenie farby drukarskiej. Ale do takiego stanu rzeczy nasz rodzimy wydawca już nas zdążył przyzwyczaić.

Treść przetłumaczona została ładnym, żywym językiem, oddającym zarówno surowy kronikarski ton jak i niedoskonały, slangowy, sposób mówienia zielonoskórych. Całość jest spójna i trzyma się jednego klimatu, który, nie ma innej możliwości w przypadku tej księgi, jest połączeniem nieobliczalnego szaleństwa i radosnego okrucieństwa. Oczywiście wszystko w zakresie produktu, przeznaczonego dla młodzieży.

Jak zwykle przy okazji wydania polskich edycji podręczników do Warhammera powstaje potężna dyskusja dotycząca nazewnictwa. Również w przypadku opisywanej księgi armii, nie obyło się bez niej. Tłumacze jednak nie podejmują już dyskusji, wychodząc z założenia, że nie przyniosą one żadnych wymiernych rezultatów. Zajmują się tym, co do nich należy, tłumaczeniem następnych ksiąg. W księdze „Orków i Goblinów” jest sporo nazw, o które można by się pospierać. Czy Spear Chukka to Dzidomioty, a Rock Lobbers to Głazociski, a może Squig to Paszczak, a jazda na Squigach to Hop-Gobliny? Zdecydowana większość tych nazw bardzo mi się podoba i jestem ich wielkim zwolennikiem.

Na kuniec

Nowa księga Orków i Goblinów nie zmienia wiele w grze, nie zaskoczy nas również, ani zawartością, ani jakością wydania. Każdy gracz będzie mógł zapoznać się dzięki niej ze wszystkimi informacjami potrzebnymi do gry i w odpowiedniej chwili z łatwością się do nich odwołać. Księga jest czytelna i przejrzysta, do czego Games Workshop przyzwyczaił nas już w innych swoich podręcznikach. Dla nas, z całą pewnością, jej zaletą jest to, iż posiadamy edycję Warhammera w naszym ojczystym języku.

Redakcja Bitewnego Zgiełku dziękuje firmie Faber i Faber za udostępnienie podręcznika „Orki i Gobliny”.

Sławomir Okrzesik

wtorek, 7 listopada 2006

Poczuć presję

Okres tuż przed puszką kojarzy mi się nieodzownie z presją i napiętymi terminami malowania. Ba, już przed turniejem węgielnym pobiłem rekord malując niemal cały oddział gwardii morskiej w ciągu trzech tygodni. Kolejno w podobnej gonitwie z czasem udział wzięły srebrne hełmy (listopad 2005) i ogry (czerwiec 2006). Za tydzień piąta edycja naszych zmagań a ja nie ślęczę po nocach, nie wykorzystuje każdej wolnej chwili na pędzel i farby – jakby człowiek ręki nie miał! Powodów jest kilka, choćby taki, że gramy za niewiele punktów więc z pewnością nie wystawię gwardii feniksa (jedyny niegotowy oddział w mojej armii). Wczoraj jednak mój spokój zmącił jeden delikwent – zajrzałem głębiej w zakamarki gabloty i poczułem dreszcz, kiedy ponure i groźne oczy brodatego brutala, opartego na dwuręcznym toporze, rzuciły mi nieme wyzwanie. No tak, pomyślałem: stoi tam od czerwca, nie jest mój, puszka za tydzień, zafunduję sobie mini presję.
Malowanie krasnoludzkiego lorda sprawiło mi wiele przyjemności – jak każda odmiana zresztą. Zastosowałem sporo suchego pędzla w przypadku metalowych części oraz włosów (z tych ostatnich nie jestem do końca zadowolony; ciekawe, co powie brutal). Ręce i twarz (po prostu miód do malowania) to już warstwy. Trochę tuszów, jakiś klejnocik i lord gotowy. Gdy odstawiłem ostatni kolor, zdałem sobie sprawę, że paleta, jakiej użyłem jest identyczna ze stosowaną w przypadku legionu. Z jednym wyjątkiem, który ma solidne uzasadnienie. Gdybym bowiem zrobił inaczej, malowana figurka z pewnością przedzierzgnęłaby się szybko w zabójcę trolli albo gigantów – do rozjaśnienie odkrytych partii ciała użyłem mocno rozcieńczonego koloru kościanego, podczas, gdy zwykle jest to kolor elfi. I to była właśnie przedpuszkowa szufelka presji…

sobota, 4 listopada 2006

Ewidencja

Jednym z dziwactw wokół malowania miniatur, jakim mogę się pochwalić, jest prowadzenie szczegółowej ewidencji postępu prac nad armią. Wprowadziłem ją w lipcu 2004 roku i prowadzę do dzisiaj. W oryginale wygląda nieco osobliwie i pewnie któregoś dnia – najlepiej po zakończeniu malowanie elfów – pochwalę się nią na forum lub stronie. Wpisuję do niej nie tylko własne miniatury ale również modele znajomych czy malowane na zlecenie (choć tych jest po prawdzie niewiele)
Ostatnio postanowiłem za pomocą tychże zapisków zbadać sezonowość w malowaniu. Wprowadziłem dane do arkusza kalkulacyjnego a ten wypluł zgrabny i prosty wykres.


Pewnym wnioskiem jest to, że w okolicach listopadowych puszek aktywność rośnie (rok 2004, 2006). Całkiem przyzwoite wyniki widać również w okolicach czerwca (znowu puszka) a wzrost na początku roku 2005 można uzasadnić postanowieniami noworocznymi. Najsłabsze miesiące – i nie ma w tym nic dziwnego – to miesiące letnie. Trudno się maluje, jeśli upał sięga 30 stopni i pot zalewa oczy. I jeszcze jedna liczba na koniec – suma pomalowanych miniatur od dnia prowadzenia ewidencji wynosi 71 sztuk.
W przypadku legionu nie prowadzę ewidencji. Tutaj zanotuję, że właśnie ukończyłem pierwszy z dwóch element włóczników. Kolorystycznie zbliżony jest on to elementów bladów – wyróżnikiem, poza metalowymi kolczugami, jest kolor pióropuszy. Zdjęcie kiepskie ale prawdziwe (zdjęcie rzeczywiście bardzo kiepski, zamieścimy lepsze przy pierwszej okazji - przyp red.). Na dzisiaj więc ukończyłem 5 elementów, co cieszy, gdyż czasu jeszcze sporo a pracy coraz mniej.

czwartek, 2 listopada 2006

Po polsku

Spotykam się czasem z powiedzeniem, że coś jest zrobione „po polsku” i niestety stwierdzenie to ma najczęściej pejoratywny charakter. Sądzę, że jego pochodzenie bierze się z czasów PRL, które, było nie było, kojarzą się z bylejakością, tandetą, szmirą czy nieudaną próbą podrobienia zachodu. Z drugiej strony może śmiało odnosić się do dzisiejszych zwyczajów, wad i zaniedbań naszych rodaków, które z czasami Polski ludowej nie mają wiele wspólnego.
Mając na uwadze wspomniany peerelowski rodowód powiedzenia oraz przyglądając się zdjęciom, które ostatnio dotarły do mnie mailem, mogę pokusić się o stwierdzenie zasadności ‘po polsku’. Z drugiej strony ten spam zginałby zapewne w ‘usuniętych elementach’ a to, moim zdaniem, mogłoby okazać się stratą dla potomności. Dlatego dzisiaj chciałem cofnąć się w przeszłość…
DBA by PRL można uznać za całkiem przyzwoite. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że miejscami malowanie niczego sobie. Sam design też może się podobać.
Natomiast modele do indiańskiej wersji gry Mordheim to już inna bajka. Szaman (po prawej) broni się być może pióropuszem, jednak nie potrafię znaleźć historycznego uzasadnienia wełnianych rajstop, za rasizm i tendencyjność zaś uznaję ich kolor. Kopyt nie komentuję. Wielki wódź (po lewej) to zagadka w każdym calu. Czerwień ust, wzrost, gest głaskania kogoś prawą dłonią, spodnie w stylu gorączki sobotniej nocy - wielki znak zapytania. Delikwenta w środku jeszcze trudniej ogarnąć – czy jest to stylizacja na ‘wyczekującego na skale’? Być może. Czy to dydaktyczna pomoc wizualizująca zgubny wpływ kolonizacji i ognistej wody na trzeźwość mieszkańców prerii? Kto wie. Temat należy jeszcze przemyśleć.

poniedziałek, 30 października 2006

Pójść po bandzie

Pójść po bandzie, to jedno z wielu osobliwych powiedzonek mojej żony, będących formą komentarza do różnych wydarzeń, akcji czy ekscesów. Tym razem ma świetne zastosowanie do moich weekendowych osiągów – nie chodzi tu bynajmniej o ilość wypitego alkoholu na weselu, na które w końcu nie poszliśmy. Rzecz dotyczy – niespodzianka! - malowania miniatur. Na pierwszy ogień poszedł Aenur Miecz Zmierzchu – mój ostatni zakup via aukcja. To limitowana figurka rangera (sic!) do gry Mordheim, którą można z powodzeniem stosować w rozgrywkach WHFB – zamieszczam poniżej zdjęcie w nieco egzotycznej scenerii: Aenur w chińskiej restauracji lub Aenur flisak lub Aenur spławiacz drewna.
Kolorystyka odbiega znacznie od innych modeli mojej elfiej armii – mam na myśli brązowy płaszcz. Inspiracją był dla mnie model rangera eldarów z WD 274 (znów ten numer! Jak go kupowałem kilka lat temu, to nie przypuszczałem jakim bogatym źródłem się okaże: m.in. legenda o Galrauchu czy scenariusz z obroną zamku). Odstępstwem jest wzór na płaszczu – oryginalnie miałem tu umieścić roślinny motyw w zielonym kolorze, jednakże eldar z WD ma nieco inny układ i podobny wzór na Aenurze wyglądał nieciekawie. Stanęło więc na motywie znanym z księgi armii. Największą przyjemność sprawiło mi malowanie twarzy. Ewidentnie również uzależniłem się od nowego sposobu wykończenia podstawek. Trudno – nie musi być zielona.
Do Aenura dołączyło pięciu mnichów z Gwardii Feniksa, czyli razem mam już gotowych dwunastu wojowników. Oznacza to dodatkowo, że do końca malowania armii elfów zostało jeszcze dziesięć miniatur. Wprowadzam ten zapis tutaj, gdyż temat ‘benchmarkingu’ na forum zamarł. Całą piątkę pomalowałem metodą taśmową. Największą porażką tych modeli (poza montażem halabard) są twarze. Tak ulubiony przeze mnie element jest tu niemal awykonalny. Skończyłem więc na muśnięciu twarzy elfim kolorem, przez co pięciu milczących koleżków nie prezentuje się zbyt okazale. Malowanie n-tej figurki z tego samego oddziału to częstokroć męka – pod tym kątem podoba mi się zapis w nowej edycji WHFB, uznający oficjalnie brak przywiązywania uwagi do modeli z drugich i trzecich rzędów a poświęcanie wysiłków modelom bohaterów czy tym podobnych unikatów.
Byłbym zapomniał – legionowi przybył drugi element blade’ów. Tym razem należy oddać statystyce, co statystyki i wyprowadzić matematyczną operację: 12 / 42 = 28,57% zaawansowania przed kampanią Mars Ultor.
Tylko pewnej zaległej recenzji nie ruszyłem ale i tak mogę stwierdzić, że poszedłem po bandzie.

piątek, 27 października 2006

Sto na godzinę i jedziemy dalej

Ależ się porobiło, człowiek ledwie łapie dech. Wrzesień i październik były niezwykle bogate w wydarzenia bitewniackie, a wygląda na to że i listopad całkiem nas nie zawiedzie. To oczywiście dobrze, że tak się sprawy mają, ale przyznaję, że ja osobiście biegam już resztką sił starając się zobaczyć i opisać wszystko co się da.

W tym całym zabieganiu nie zauważyłem nawet, że przekroczyliśmy liczbę 100 artykułów i Bitewny Zgiełk wszedł w etap, który jest ostateczną próbą jego istnienia w sieci. Weszliśmy w ten etap z dużym entuzjazmem, z nowym działem traktującym o grach planszowych, z ożywieniem działu Fantastycznie i z uzupełnieniem ostatnich już materiałów jeszcze ze starej strony. Patrzyłbym w przyszłość z dużym optymizmem, ale póki co przyszłość oznacza najbliższy weekend, na którym Bitewny Zgiełk pojawi się z prezentacją gry DBA na Mistrzostwach Mordheim, kończąc w ten sposób swój pierwszy patronat medialny nad imprezą i na tym musimy się skupić.

A co w przyszłym tygodniu? Będziemy pisać o wrażeniach z mistrzostw, malować nowe modele do DBA (mam taką szczerą nadzieję) a przede wszystkim pisać o nowym, polskim podręczniku dla armii Orków i Gobelinów do Warhammera. Czekamy też na sprawozdanie z imprezy strategów z Lublina i na nowy cykl Brutala o modelach Games Workshop.

Dziwna zrobiła mi się ta notka, niczym folder reklamowy Bitewnego Zgiełku, ale żyję nim ostatnio niezwykle mocno, mam w związku z nim setki planów i pomysłów. Przede wszystkim jednak piszę tak, żeby usprawiedliwić swoje lenistwo malarskie, mam nadzieję, że nikt go nie zauważył.

czwartek, 26 października 2006

Oszukać statystykę

Koniec roku coraz bliżej więc pora ulokować legion w zimowych kwaterach – musi uzupełnić straty, zreperować ekwipunek a nade wszystko nabrać więcej kolorów. Tym bardziej, że lutowa kampania już zaplanowana. Gdzieś tam w zakamarkach sieci figurują statystyki zaawansowania moich kolegów w malowaniu armii do kampanii Mars Ultor. Jak na skróty dojść do 25%? Pomalować najmniej wymagające elementy w krótkim czasie! Dlatego do gotowego elementu mieczy szybko dodałem dwa elementy velitesów. Po prawdzie konwencja podstawek pasuje bardziej do armii chaosu, ale nie będę miał okazji użyć jej gdzie indziej, więc niech zostanie. Samo malowanie miniatur jest nieco niedbałe a technik użyłem co najmniej ze trzy – były i warstwy i tusze i suchy pędzel. Jak zwykle drżę o łamliwość włóczni a w efekcie łuszczenie się farby – pora zorganizować bezpieczny środek transportu.
Dokumentację fotograficzną przeprowadziłem w firmie, dzięki uprzejmości koleżanek z biura – pytały mnie na przykład, czemu ci żołnierze mają takie dziwnie fryzury. A kiedy wyjawiłem, że miniatury są produkcji rosyjskiej, dostałem ich zdjęcie pod nazwą ‘kniazie”. Urocze to wszystko.
Najzwyklej w świecie zżera mnie ciekawość, jakie efekty w malowaniu uzyskali ungrim, Gobos, Robson i Draco. Do Tsara ciągle daleka droga – spotkam na niej elementy konnicy, miecze i włócznie. No i jakiś zgrabny obóz trzeba by wznieść.

wtorek, 24 października 2006

Jak napisać scenariusz historyczny do DBA?

„De Bellis Antiquitatis” jest grą bitewną, umożliwiającą nam prowadzenie do boju armii starożytności i średniowiecza. Na polu bitwy DBA spotykają się zazwyczaj dwie dwunasto elementowe armie, aby stoczyć śmiertelny bój o… właściwie nie wiadomo, o co; chodzi po prostu o zwycięstwo. Mimo iż na stole przed nami stoją miniaturowe figury przedstawiające prawdziwych żołnierzy, uzbrojonych w broń, jaką według naszej najlepszej wiedzy posługiwali się nasi przodkowie, zaś sam skład armii odpowiada w pewnym sensie historycznemu, czegoś jeszcze brakuje do zbudowania pełniejszego klimatu rozgrywki. Brakuje powodu i celowości prowadzenia wojny.

Chyba każdy z grających w historyczne gry bitewne, chciałby zmierzyć się, na stole bitewnym, z sytuacją, jaka miała miejsce naprawdę. Czy udałoby się powtórzyć sukces Cezara spod Farsalos, poprowadzić Francuzów do zwycięstwa pod Crecy, a może obronić Królestwo Jerozolimskie przed Saladynem? Takie pytania prowadzą już bezpośrednio do historycznych scenariuszy dla gier bitewnych takich jak DBA.

Czym są historyczne scenariusze? Są próbą przełożenia na mechaniczny język gry, warunków, jakie w polu bitwy zastały walczące strony. Ukształtowanie terenu, liczebność wojsk, pogoda i umiejętności dowodzenia, to wszystko może zostać wykorzystane w czasie tworzenia takiego scenariusza. Często potrzebne są całkiem nowe zasady, które oddadzą specyfikę bitwy, a których próżno by szukać w podręczniku.

Scenariusze historyczne można znaleźć w specjalnych podręcznikach, pismach branżowych, czy też na stronach internetowych i forach poświęconych grom bitewnym. Często traficie nawet na więcej niż jeden scenariusz próbujący opisać tę samą potyczkę, ale jak mówi mądre przysłowie „od przybytku głowa nie boli”. Czasem może się jednak zdarzyć, że nie znajdziecie nigdzie gotowego opracowania bitwy, która szczególnie was interesuje, a może te, które są dostępne nie spełniają waszych oczekiwań? Wtedy należy przygotować scenariusz własnymi siłami. Jak to zrobić? Cóż, sam nie mam wielkiego doświadczenia w tym temacie, ale spróbuję przekazać wam własne spostrzeżenia, wyniesione z moich dotychczasowych prób i prześledzić proces powstawania takich zasad. Zaczynajmy więc! 

KROK 1. – WYBIERAMY KONFLIKT
Dość oczywistym pierwszym krokiem jest zadecydowanie o tym, do jakiej bitwy scenariusz chcielibyśmy stworzyć. Warto przy tym pomyśleć czy potrafimy znaleźć bibliografię traktującą o bitwie i czy bardzo skomplikowaną czynnością będzie skompletowanie odpowiedniej armii, za pomocą której rozegramy potyczkę. 

KROK 2. – GROMADZIMY WIEDZĘ 
Na początek warto jak najwięcej dowiedzieć się o historycznym przebiegu bitwy. Jakimi siłami dysponowały obie strony, jak wyglądało ukształtowanie terenu i w jakim miejscu pola rozpoczynały bitwę konkretne jednostki. Kto dowodził armiami i czy cechowała ich jakaś niezwykła zdolność, a może właśnie tego dnia bogowie uśmiechnęli się do jednego z nich i dali mu niezwykłą przewagę nad przeciwnikiem? W końcu, musimy dokładnie poznać przebieg potyczki, wyszukać przykłady bohaterstwa czy też zdrady i tchórzostwa, umiejętnego wykorzystania warunków pogodowych bądź sprytnego zastawienia pułapki. Słowem wszystkiego, co pozwoliło wygrać czy przegrać w prawdziwym starciu. 

KROK 3. – TWORZYMY POLE BITWY
Czas skorzystać z wiedzy i nasz stół do gier zamienić w pole historycznej bitwy. W tym celu studiujemy jeszcze raz dokładnie opis bitwy, starając się znaleźć informacje o ważnych punktach terenowych, oglądamy mapki, jeśli takowe znaleźliśmy i staramy się narysować nasze pole bitwy z zaznaczeniem, jakie i gdzie makiety powinniśmy umieścić. Później jeszcze tylko pozostaje nam dokładnie opisać, jaki wpływ na ruch, walkę, widoczność mają te kawałki terenu i właściwie już gotowe. Oczywiście upewnijmy się również, że posiadamy odpowiednie makiety, jeśli taki scenariusz chcemy rozegrać. 

KROK 4. – ZACIĄGAMY WOJSKO
W wielu opracowaniach znajdziecie ogólne, przybliżone lub bardzo dokładne informacje na temat liczebności i rodzaju wojsk, jakie brały udział w bitwie. Większość zasad gier bitewnych zawiera natomiast informacje, w jaki sposób przeliczać modele na realną liczbę żołnierzy. Wydawałoby się, że przy takim układzie to nic prostszego, wystarczy przy pomocy podstawowych działań matematycznych obliczyć, jak wielu oddziałów będziemy potrzebowali. Trochę tak, ale nie jest to takie do końca proste. Warto zawsze, znając zasady gry, postarać się nieco naciągnąć przepisy i za pomocą manipulowania liczebnością armii spowodować, aby obie strony miały szanse na zwycięstwo. Oczywiście zdarzały się bitwy, w których różnica liczebna armii była przytłaczająca (najsłynniejszą jest bodaj bitwa pod Termopilami w 480 r. p.n.e.) i wtedy nie zyskamy nic za pomocą małego oszustwa przy liczebności armii. Jest to jednak tylko jeden sposób na wyrównywanie szans graczy, o czym napiszę jeszcze w jednym z późniejszych punktów.
Również w tym momencie powinniśmy określić ilu generałów dowodzi każdą ze stron. Nie ma jasnej reguły, w jaki sposób określić, ilu dodatkowych generałów będzie potrzebnych. Często jednak w scenariuszach znajdziemy prostą zależność – 1 generał na każde kolejne 12 elementów armii. Manipulowanie liczbą generałów jest również potężną metodą na wyrównywanie szans obu stron na zwycięstwo w grze.
W sieci bardzo często można spotkać scenariusze historyczne, w których nie są tworzone specjalne listy armii na potrzeby tej jednej rozgrywki, a zamiast tego używa się po prostu odpowiedniej listy z podręcznika głównego do gry. Ja osobiście uważam, że poważnie spłyca to ideę scenariusza historycznego, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ułatwiać sobie w ten sposób życie. 

KROK 5. – USTALAMY POCZĄTKOWE ROZSTAWIENIE
Kiedy wiemy już jak wygląda pole bitwy i jakie armie będą brały udział w walce, ustalamy, w jakich pozycjach początkowych rozstawione będą oddziały przeciwników. Oczywiście, tutaj również powinniśmy się odwołać do źródeł, aby nasze pole bitwy jak najbardziej przypominało historyczne. Następnie na naszą mapę nanosimy pozycje wojsk. Czasami mogą to być dokładnie wyznaczone pozycje dla konkretnego rodzaju jednostki, ale równie dobrze może być zaznaczona linia, lub obszar, w którym rozstawić się mają gracze, już według własnego uznania i zamysłu taktycznego. Czasami ciekawe i przydatne może być wykorzystanie pewnych prawdziwych zdarzeń sprzed samej bitwy do urozmaicenia rozgrywki bądź jej wyrównania. Przykładowo bitwa pod Pydną, rozstrzygająca w 168 r. p.n.e. trzecią wojnę macedońską rozpoczęła się w sposób niezaplanowany. Dwie armie rozbiły się obozami po przeciwległych brzegach rzeki, nie kwapiąc się zbytnio do walki. Kiedy jednak doszło do utarczek pomiędzy oddziałami pojącymi konie, obaj wodzowie wydali rozkaz wyjścia w pole i naprędce formowali szyki. Ciekawym może być rozpoczęcie bitwy z zaledwie kilkoma oddziałami na planszy, a następnymi wchodzącymi zza krawędzi i szybko ustawiającymi się w szyki, aby wyprzedzić w tym działaniu przeciwnika. 

KROK 6. – KOMPONUJEMY ZASADY SPECJALNE
Zasady specjalne rozgrywki mają reprezentować niezwykłe warunki lub wydarzenia, jakie miały miejsce w czasie historycznej bitwy. Ekstremalna pogoda, zdrada, zasadzka, niezwykła odwaga bądź geniusz strategiczny wodzów i wojowników, zastosowanie nieznanej broni. To wszystko mogą być przykłady świetnych motywów do skonstruowania specjalnych zasad dla scenariusza. Nie sposób podać jednej recepty na tworzenie takich zasad specjalnych, możliwości są właściwie nieograniczone. Takie dodatkowe reguły to kolejny, zazwyczaj ostateczny sposób, na zbalansowanie scenariusza. Aby nieco lepiej zilustrować sposób konstruowania takich zasad podam dwa proste przykłady.
- Kiedy przygotowujemy scenariusz do gry na podstawie bitwy pod Gaugamelą, okazuje się, że przewaga liczebna armii Persów nad Macedończykami jest ogromna. Geniusz dowódczy Aleksandra Wielkiego potrafił jednak doprowadzić jego żołnierzy do wielkiego zwycięstwa. Podczas każdej tury, kiedy gracz dowodzący Macedończykami rzuca kością na PIP (Player Initiative Points), otrzymuje modyfikator +1 do wyniku.
- Podczas bitwy pod Zamą Rzymianie zastosowali niezwykle skuteczną taktykę przeciwko kartagińskim słoniom, ograniczając ich wartość bojową i praktycznie wykluczając je z walki. Rzymianie podnieśli ogromną wrzawę wzbudzając panikę u części zwierząt, powodując, że te wróciły w kierunku pozycji kartagińskich. Pozostałe słonie velici skierowali w korytarze sformowane pomiędzy liniami rzymskiej piechoty tak, że te nie zrobiły większych szkód. W grze, oddziały piechoty rzymskiej, wspierane z tyłu przez oddziały psiloi, walczące przeciw słoniom, zmniejszają dodatkowo siłę słoni o 1 punkt. 

KROK 7. – OKREŚLAMY WARUNKI ZWYCIĘSTWA
W klasycznych grach DBA wygrywa generalnie ta osoba, która jako pierwsza zniszczy swojemu przeciwnikowi cztery elementy. Dochodzą jeszcze zasady specjalne dotyczące straty generała, obozu, bądź BUA (Built-Up Area). W scenariuszach historycznych zazwyczaj stosuje się te właśnie warunki zwycięstwa, z niewielkimi zaledwie modyfikacjami. Zmiany wynikają przede wszystkim z, często, większej liczby elementów, jakie biorą udział w grze po każdej ze stron. Najłatwiej przyjąć zasadę, iż na każde 3 dodatkowe elementy ponad 12 dodajemy 1 element konieczny do zniszczenia, aby wygrać bitwę.
Armie, rozdzielone pomiędzy dwóch lub więcej generałów, korzystają z zasad Big Battle DBA demoralizując każde dowództwo z osobna.
Oczywiście wszelkie odstępstwa od powyższych zasad są dozwolone, a piszący scenariusz mogą wymyślać dowolne warunki zwycięstwa. 

KROK 8. – BALANSUJEMY SCENARIUSZ
Przy próbie stworzenia scenariusza bitewnego, jak najbardziej wiernego prawdziwemu przebiegowi potyczki, pamiętajmy, że DBA to gra, a nie narzędzie służące do prowadzenia wykładów na tematy historyczne. Każdy z graczy ma ochotę pobawić się, ale ma również nadzieję na zwycięstwo. Dlatego ważne jest, aby przygotowany przez nas scenariusz dawał szansę na wygraną dla obu stron, nawet, jeśli nie będzie to równa szansa.
Do zbalansowania scenariusza służyć może wiele narzędzi, o których wspominałem powyżej. Musimy przyjrzeć się dokładnie liczebności wojsk, ukształtowaniu terenu i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czy któryś z graczy ma wyraźnie lepszą pozycję od drugiego? Jeśli tak, możemy spróbować nieznacznie zmienić liczebność wojsk obu stron i ponownie przemyśleć sytuację. Liczba generałów, rozstawienie na lepszych pozycjach obronnych, zasady specjalne a nawet warunki zwycięstwa mogą służyć zbalansowaniu rozgrywki. Należy jednak używać wszystkich tych narzędzi bardzo ostrożnie, żeby zbytnio nie skomplikować rozgrywki i, co równie ważne, nie odejść daleko od historycznego pierwowzoru. Nikt nie obiecywał, że to będzie proste, prawda? 

KROK 9. – TESTUJEMY!
Zanim podzielimy się naszym scenariuszem z innymi graczami warto zaprosić swojego najlepszego przyjaciela na rozgrywki testujące nasze dziełko. Nic tak dobrze nie potrafi skonfrontować naszego pomysłu z realiami reguł, jak testowe gry. Warto rozegrać kilka partii, wprowadzić poprawki, jakie wydają się być sensowne i zagrać po raz kolejny. Ideałem byłoby powtarzanie tych czynności póki scenariusz nie będzie zadowalający, zarówno pod względem zbalansowania, miodności rozgrywki jak i prostoty samego scenariusza. Jeśli nie ma możliwości na tak długie testowanie scenariusza, nie należy się przejmować. Po opublikowaniu wypróbują go inni gracze i z pewnością prześlą własne uwagi, które będziecie mogli wykorzystać w celu ulepszenia pomysłu. 

KROK 10. – PUBLIKUJEMY
Teraz pozostało już tylko spisać scenariusz, opatrzyć go wstępem krótko charakteryzującym wykorzystaną bitwę i przesłać na adres bitewny.zgielk@gmail.comTen adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć . A później tylko zbierać gratulacje od czytelników i graczy.
Specjalnie na potrzeby tego artykułu stworzyłem scenariusz historyczny pozwalający nam przenieść się do roku 390 p.n.e. i bronić Rzymu przed Gallami. Zapraszam do zapoznania się z tym tekstem "Bitwa nad rzeką Alią - scenariusz historyczny do DBA" i porównania teori z praktyką.
Nie traktujcie proszę powyższego tekstu jako jedynej prawdziwej drogi do tworzenia scenariuszy historycznych dla gry DBA. Jest on zapisem moich własnych przemyśleń i doświadczeń i ma służyć tylko jako pomoc w tworzeniu waszej własnej drogi do pisania materiałów do gry. Jeśli komukolwiek przyda się on do czegoś, będę bardzo szczęśliwy i uznam, że tekst spełnił swoje przeznaczenie.

Sławomir Okrzesik

czwartek, 12 października 2006

Z werwą w nowy dzień

Pola Chwały już za nami, wróciliśmy do domów ze świadomością, że do następnej tego typu imprezy znów sporo czasu. Jak było? O tym z pewnością napiszę już niedługo w innym miejscu tej strony. Powiem tylko, że zapałałem chęcią „służenia” w artylerii, takiej z powstania listopadowego. Obok możecie obejrzeć zdjęcie pokazu artyleryjskiego przeprowadzonego przez kolegów z warszawskiej grupy rekonstruktorskiej działającej przy Arsenale.

A po powrocie czekało dużo pracy. Udało się w końcu przenieść stronę na nowy hosting, co zaowocuje, mam nadzieję, zwiększoną stabilnością i szybszym dostępem do zasobów. W kolejce czeka już mnóstwo materiałów, które w bliskiej przyszłości pojawią się na naszej stronie. Po cichu liczę na naprawdę sporą aktualizację już w najbliższy weekend.

Tymczasem na moim warsztacie czekają wciąż nie pomalowane figurki, dziś pod pędzel trafili włócznicy sławnej piechoty afrykańskiej, a w kolejce niecierpliwie stoją celtyckie warbandy. Te elementy, jeśli czas pozwoli również zagoszczą na stronie do końca tygodnia.

Dodatkowo na poprawę dobrego nastroju i ku lepszemu mobilizowaniu sił nasi piłkarze dali świetny przykład pokonując w przepięknym stylu reprezentację Portugalii 2-1. Tym samym spoglądam w przyszłość z optymizmem i już prawie nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia.
A już w sobotę Bazyliszek, impreza, na której warto być.

czwartek, 5 października 2006

Smok krakowski

W najbliższą sobotę o 10 rano, w sklepie Gnom, moja znajomość z Galrauchem znajdzie swój finał. Jeszcze ostatnie elementy do pomalowania, kilka zdjęć i rozstajemy się. Chciałem napisać, że nie jestem pewien, czy przyjdzie mi to łatwo, szczególnie, że efekt malowania jest coraz lepszy. W sumie włożyłem nieco pracy w ten model i nawet moje typowe malkontenctwo przegrywa z osobistą satysfakcją. Zamieszczam dzisiaj zdjęcie z etapu przed malowaniem górnej głowy. Wiem, że obiecywałem przygotowanie solidnego artykułu na temat poszczególnych faz ale niestety braknie mi do tego zapału. Zamiast tego planuję coś w stylu efektownego finału całego garlauchowania.
Przy okazji robienia zdjęć stwierdziłem, że model nie jest do końca dopracowany. Owszem, szczegóły, poziom wykonania czy rozmiar mogą się podobać, brakuje mu jednak dynamizmu w postawie. Długo szukałem ujęcia, które odpowiadałoby moim gustom i dochodzę do wniosku, że najbardziej drapieżne jest to, na którym model prezentuje najmniej ze swej okazałości – mianowicie ujęcie od przodu, od strony głów.
Mniejsza z tym. Ważniejsze jest to, że coś zmienia się w naszej wzajemnej relacji – przyszedł mi do głowy taki pomysł, że powiem jego właścicielowi, że kupię mu nowego Garlaucha, bo nie chcę rozstawać się z własną pracą. Przemilczę komentarz, jakim skwitowała ten pomysł moja żona. W każdym bądź razie zabrzmiało w nim tyle niedowierzania, co rozbawienia i szczerego niepokoju (nie wiem tylko, czy o moje zdrowie psychiczne, czy o stan budżetu rodzinnego).
Ostatnio na stronie przewija się często motyw Krakowa. Malując dwie głowy pomyślałem, że jst w tym też coś krakowskiego. Jeden z kościołów ma dwie wieże, mniejszą skończono budować jako pierwszą. Taki skrót myślowy, żeby nie powiedzieć: nadużycie semantyczne. Ów skrót zwalnia mnie od odpowiedzialności przed mieszkańcami Krakowa za porównanie smoczych głów do kościoła na rynku a cała te refleksja daje mojej żonie kolejny powód do szukanie psychiatry, który zechce się ze mną spotkać.

poniedziałek, 2 października 2006

Chore słońce

Choroba nie jest fajną rzeczą, oj nie. Mimo, że człowiek nie może się ruszać z domu, to i tak nie ma szans na spożytkowanie czasu na malowanie figurek. Z nosa cieknie, głowa ma tendencje do bólu przy każdej okazji, a ręce trzęsą się z osłabienia. Mimo takich atrakcji, które zafundowała mi natura, udało mi się wykończyć kolejny element, co bardzo cieszy bo do końca dzięki temu coraz bliżej (choć wcale jeszcze nie blisko).

Udało się „pokonać” pierwszy oddział włóczników ze słynnej, kartagińskiej piechoty afrykańskiej. Oddział ten formowany był z obywateli Kartaginy i ludów libijsko-fenickich, które przyjęły kulturę miasta. Oddziały te formowane były na modłę greckich falang hoplickich. Uzbrojeni we włócznie i miecze, zasłonięci zbrojami z brązu lub lnianymi, dużymi, okrągłymi tarczami (hoplonami) i nagolennikami, walczyli w zwartej formacji o najeżonym włóczniami froncie i czułych na ataki flankach.

Szukając modeli oddających oddziały piechoty afrykańskiej wybrałem po raz kolejny zestaw firmy HaT (#8020 Carthaginian African Infantry). Niestety nie do końca odpowiadają one moim potrzebom, ale może po kolei. Piechota afrykańska zmieniała swoją formę podczas drugiej wojny punickiej, kiedy to Hannibal walcząc z rzymskimi legionami, podglądał mimowolnie taktykę swoich wrogów i wprowadzał ją sukcesywnie w swojej armii. Początkowo zmieniano głównie zbroje, z metalowych i lnianych napierśników na kolczugi. Nie było z tym żadnego problemu kiedy w pierwszym okresie wojny armia Kartaginy trzykrotnie rozbiła legiony rzymskie (bitwa pod Trebią, nad jeziorem Trazymeńskim i pod Kannami). Fragmenty uzbrojenia zdzierano po prostu z zabitych. Powoli zamieniano również okrągłe tarcze na podłużne, a w końcowej fazie wojny, armia Hannibala już niemal we wszystkich aspektach naśladowała taktykę Rzymian. Tymczasem figurki, które udało mi się nabyć nie oddają zmian jakie następowały w wojskowości kartagińskiej, nie oddają tego również zasady DBA.

Trzy modele, które użyłem w pomalowanym elemencie trzymają włócznie i hoplony. Różnorodność widoczna jest tylko w zbrojach. Niestety efekt końcowy malowania pozostawia moim zdaniem sporo do życzenia. Głównie jestem niezadowolony z tarcz, które daleko odbiegają wyglądem od tego jak mogłyby. Próba wyobrażenia stylizowanego słońca, obecnego w wierzeniach wielu kultur starożytności, wypadła dość mizernie. Nie zamierzam jednak niczego poprawiać, przynajmniej zapadła decyzja, aby następnym razem wybierać nieco prostsze motywy do ozdabiania tarcz.

niedziela, 1 października 2006

Dwa tygodnie

I ani dnia dłużej – na skutek splotu różnych wydarzeń mam dodatkowe dwa tygodnie na wykończenie milusia. No i tak się wzajemnie wykańczamy. Poniżej stadium zawansowania, które określiłbym na 50% (obecnie jestem dużo dalej, ale chciałem udokumentować półmetek). Skrzydła okazały się jak zwykle pracochłonne – chciałem im nadać charakter błoniastych i dlatego użyłem kolorów cielistych + tuszu. Nie jestem pewien, czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt, w każdym bądź razie nie wyglądają źle. Co ważniejsze: inaczej, niż oficjalny wzór GW. Trzymam się go w wielu miejscach tu i ówdzie malując wg własnego uznania – na przykład wszystkie niebieskie kolory wymieniłem na zielone, przy głowach znaleźć można złote łuski, miejsca, w których widać wnętrzności malowane są białym kolorem a następnie czerwonym atramentem.



Niestety nie udało mi się zagrać na pożegnalnym turnieju. Następny już wg zasad 7 edycji – muszę czym prędzej przyswoicie sobie wszystkie zmiany. Oczywiście nie wykonałem też wrześniowego założenia co do miniatur – czterech feniksów jak było czarnych, czarnymi pozostało. Jest i sukces – przy pomocy brata zamontowałem do komputera multiczytnik kart. Nie obyło się co prawda bez panicznego telefonu do Warszawy, ale koniec końców, sprzęt działa. Jednostka centralna wygląda teraz bardziej drapieżnie, hakersko – czytnik ma gabaryty stacji dysków ale nie miałem miejsca, więc jest tuż pod nagrywarką. Sukces, że aż dech zapiera… Jutro gram z Gobosem na 3000 pkt – przy okazji mamy zamiar przetestować pewien tajny projekt. Bardzo jestem ciekaw wyników tych badań.

czwartek, 28 września 2006

Dług Honorowy

Nie wiem, czy kiedykolwiek w jakimś teleturnieju padnie pytanie: co łączy wojnę polsko-bolszewicką z roku 1920 z King Kongiem, ale jakkolwiek absurdalnie by ono nie brzmiało, istnieje na nie odpowiedź.
Jako ostatnią z serii wydanych przez A.M.F. Plus Group książek przeczytałem ‘Dług honorowy” Roberta F. Karolevitza i Rossa S. Fenn’a. Chronologicznie rzecz ujmując, to powinienem był od niej zacząć, gdyż akcja książki umiejscowiona jest w latach 1919 – 1921 (kolejna z serii „Gorzka chwała” opowiada o okresie międzywojennym a „Sprawa honoru” o czasach II wojny światowej). „Dług” to dzieje grupy niespełna trzydziestoletnich amerykańskich pilotów – weteranów I wojny światowej, którzy postanawiają zorganizować eskadrę lotniczą do wsparcia polskiej armii walczącej z Rosją bolszewicką. Eskadra przyjmuję imię bohatera insurekcji – generała T. Kościuszki – jemu to jak i jego ojczyźnie lotnicy chcą spłacić dług zaciągnięty podczas amerykańskiej wojny o niepodległość.

Książka jest szalona: jej bohaterowie są szaleni, ich przygody są szalone – szalenie dobrze się ją czyta. Rodzina siedziała na tarasie popijając piwo a ja przy małej lampce pilnowałem Jeremiego, traciłem resztki wzroku, które mi zostały i wędrowałem z Paryża do Warszawy, z Warszawy do Lwowa, ze Lwowa do Białej Cerkwi za Kijowem wraz z polską ofensywą. Brałem udział w dramatycznej ucieczce przed kontrofensywą bolszewicką. Wykonywałem kilka lotów dziennie na aeroplanach z lat dwudziestych, z przestrzelonym bakiem, zamarzającym smarem, nadłamanymi skrzydłami, zaciętymi kulomiotami. Nurkowałem na bolszewickie pociągi pancerne i prułem z karabinów w maszerujące kolumny Konarmii. Uciekałem z niewoli i cieszyłem się urokami ciepłych ukraińskich wieczorów, podziwiając bezdyskusyjną  urodę ukraińskich dziewcząt.

Cytaty z autentycznych rozkazów pochwalnych jednoznacznie dowodzą wielkości lotników i ich ogromnego wkładu w polskie zwycięstwo. Książka, oparta na autentycznych zapiskach, opowiada szczegółowo dzieje eskadry. Osobiście zachwyca mnie to, w jaki sposób ludzie ci potrafili przezwyciężać ogrom trudności i przeszkód, wykazując się talentami przywódczymi, organizacyjnymi, odwagą i poświęceniem. Polecam absolutnie, szalenie i dozgonnie. Tutaj można znaleźć ilustrację z książki oraz zdjęcia opisanych w niej bohaterów amerykańskich i polskich (www.dlughonorowy.com).

Gratką jest umieszczenie w tej samej książce wspomnień Coopera, spisanych w 1923 roku – tłumaczenie oddaje autentyczność języka sprzed blisko stu lat.

A co z King Kongiem? Merian C. Cooper został w latach trzydziestych znanym producentem filmowym, ba – jednym z największych w owych czasach. Film o wielkiej małpie to jego zasługa – w scenie ataku na wyrosłego naczelnego pilotuje osobiście samolot. Ot, ciekawostka. Jakże niesamowita!

Robert F. Karolevitz I Ross S. Fenn
A.M.F. Plus Group


Adrian Stolarczyk

wtorek, 26 września 2006

Jak zostać dobrze prosperującym sprinterem.

Wiecie co? Dumny byłem z narzuconego sobie reżimu i tempa w jakim przygotowuje swoją armię do DBA. Jak na moje możliwości idzie mi naprawdę całkiem sprawnie i potrafię nawet przysiąść na kilka godzin w jednym miejscu, co jak wiedzą ci, którzy znają mój temperament, nie jest wcale taką oczywistą rzeczą. Byłem, bo dzisiaj zadowolenie z siebie pękło niczym bańka mydlana. A było to tak.

W sobotę otwarty został, zgodnie z planem zresztą, sklep firmowy Wargamera w Warszawie. Pojawiłem się tam oczywiście na moment o czym już pisałem, ale szybciutko musiałem biec do innych zajęć. Dziś korzystając z odrobiny wolnego czasu i tego, że pracowałem w terenie, blisko tegoż sklepu, zaraz po skończonej pracy pognałem na Wilczą „pobywać” w nowym sklepie. Jakoś tak zeszło mi się ze trzy godziny, ale nie żałuję bo spotkałem kilku znajomych, pomogłem sędziować grę w Warhammerze Ancient Battles i pogawędziłem sobie słodko.

Co pewien czas przez okna sklepowe do środka zaglądali przechodnie, czy to jednak kręcąc głową, czy też się w nią wymownie pukając przechodzili dalej. Stan ten zmieniło dopiero dwóch młodych kominiarzy, którzy zaciekawieni weszli do środka i przyłączyli się do obserwowania jednej z dwóch toczących się bitew. Już po chwili byli w świetnej komitywie ze wszystkimi obecnymi i głośno dopingowali i komentowali sytuacje na polu bitwy. Widać było wyraźnie, że zabawa im się bardzo spodobała, nie dziwiło więc nas, że w chwilę później zaczęli wypytywać o to skąd wziąć takie fajne i czy trzeba to samemu malować? Odpowiedź, że i owszem, modele kupuje się w postaci nie pomalowanej wyraźnie ich jednak zasmuciła. Tu jednak z pomocą przyszli gracze, którzy poinformowali o możliwości znalezienia osób chętnych do pomalowania armii za jakieś niewielkie pieniążki. Dyskusja rozwijała się, aż do tego fatalnego momentu, w którym jeden z graczy opowiedział, że sam bodaj w Anglii trudnił się zawodem malującego figurki i że za jeden model w skali 15mm dostać tam można było około 1 funta (o ile dobrze pamiętam). Chwilę później jednak dowiedziałem się, iż człowiek ten potrafi pomalować taką figurkę w 3 minuty!!

Kiedy wyszedłem już z szoku i pozbierałem swoją dolną szczękę z okolicy kolan zapytałem jak to możliwe? – Są odpowiednie techniki – usłyszałem w odpowiedzi, a później pokrótce takowa została mi opisana.
- Masz czarny podkład na modelach, bierzesz je, drajbraszujesz białą farbą, później w te miejsca nakładasz kolor. Później co najwyżej rozjaśniasz tu i ówdzie nakładając jaśniejsze plamy.
I już? Przez chwilę byłem lekko skołowany. – Ale jak w ten sposób pomalowany model wygląda? – zastanawiałem się na głos. Szybko zostałem uspokojony, że sprawny malarz potrafi zrobić w ten sposób naprawdę dobrą robotę, a figurka wygląda na tyle dobrze, że ktoś chce za nią zapłacić.

No i jak tu teraz się cieszyć z mojego tempa malowania? Mnie pomalowanie jednej figurki zajmuje minimalnie godzinę, a i to tylko wtedy kiedy nie ma wielu elementów i szczegółów. Jasne, mogę powiedzieć, że w moją pracę włożone jest znacznie więcej serca i znacznie bardziej przykładam się do uwydatniania szczegółów i różnic pomiędzy różnymi modelami, ale efekt niejednokrotnie jest słabszy niż tych modelarskich sprinterów.
Cóż, pozostaje nam tylko uspokoić swoje sumienie najbardziej klasycznym z tłumaczeń. Ja to robię dla przyjemności…

A żeby nie było tak całkiem, że nic mi nie idzie prezentuję dzisiaj kolejny warband galijski, który właśnie wykończyłem. Po przemyśleniu za i przeciw, postanowiłem użyć ponownie figurek, które malowałem poprzednio (HaT #8058 Carthaginian Allies) tylko nadać im inny charakter za pomocą barw. Prezentuję więc celtycki oddziałek, lekko uzbrojony i nie opancerzony. Starałem się nadać strojom półnagich wojowników wrażenia, iż są zrobione z charakterystycznego kraciastego materiału, jak mi się udało oceńcie sami. Jeden z wojowników pokryty jest malunkami wojennymi, jakie często można oglądać u galijskich wojowników w podręcznikach dla militarystów i historyków. Na Na trzeci warband trzeba będzie jednak poczekać dłużej.

niedziela, 24 września 2006

Im więcej figur tym mniej

I stało się. Dziś większość dnia spędziłem przy stole z pędzlem w dłoni. Efektem tego weekendowego szaleństwa jest dokończony oddział libijskich harcowników (już drugi) i pierwszy galijski warband.

O Libijczykach nie ma wiele do powiedzenia, podobnie jak wcześniej złożony oddział tak i ten składa się z dwóch modeli firmy HaT (#8058 Carthaginian Allies), w skali 1/72. Kolorystyka pozostała ta sama, jedyną różnicą są nieco bardziej zróżnicowane tarcze. Jeden z wojowników na swojej tarczy wymalowany ma symbol palmy, bardzo popularny wśród afrykańskich żołnierzy Kartaginy. Drugi posiada gładką tarczę ze skóry w łaty.

Więcej ciekawego powiedzieć można o drugim przygotowanym oddziale. W armii Kartaginy często spotkać można było najemników galijskich, a w czasie drugiej wojny punickiej stanowili oni nawet istotną jej siłę. Dlatego też postanowiłem, że trzy warbandy, jakimi dysponuje Kartagina będą właśnie reprezentowały ludy galijskie. Pierwszy z nich złożony jest z trzech modeli firmy HaT (#8058 Carthaginian Allies) i reprezentuje dość niezwykły i elitarny oddział wojowników Galackich z plemienia Gaisatai. Jeszcze do czasów wojen punickich zachował się w tym plemieniu, jako jednym z nielicznych, zwyczaj bielenia i usztywniania włosów wapnem, formowania ich w „kolce”, oraz walki nago. Poprzez odmowę używania zbroi a nawet ubrania wojownicy chcieli udowodnić swą odwagę. Walczyli z dziką bezwzględnością nie obawiając się śmierci, gdyż zgodnie z ich wierzeniami, po śmierci w walce trafiali w chwale do raju dla wojowników.

Ciekawe jest to, że im dalej brnę w budowanie swojej armii kartagińskiej tym więcej braków w figurkach widzę. Na początku nie zwracałem zbytniej uwagi na nieścisłości w narodowościach moich kartagińskich najemników, ale im więcej czytam na ten temat tym bardziej rośnie apetyt na stworzenie nietypowych i różnorodnych oddziałów. Początkowo za lekką jazdę służyła w mojej armii kawaleria hiszpańska, ale później zdałem sobie sprawę, że bez Numidyjczyków będzie czegoś brakowało. Podobnie Gallowie pierwotnie składali się wyłącznie z nagich wojowników, a teraz widzę, że potrzebny będzie jeszcze zakup innych modeli mogących reprezentować Gallów Przedalpejskich. Również oddziały harcowników wymagają dodatkowego „zaciągu”, od kiedy zdałem sobie sprawę, że w armii Barkasów służyli sławni na cały antyczny świat procarze Balearscy. W ten sposób zarówno zapas niewykorzystanych modeli jak i cena mojej armii solidnie wzrosły, ale cóż się nie robi dla własnego hobby?

sobota, 23 września 2006

Początki...

No i piękny przykład dałem ze swoim blogiem, który po kilku zaledwie wpisach zniknął niczym sen ten złoty. W międzyczasie nasza strona również zniknęła z sieci za sprawą uroczych adminów od hostingu i nie wracała przez tydzień czasu, zostałem zawalony robotą, i na koniec rozchorowałem się. A nie ma nic gorszego niż przeziębienie w lecie.

Jeszcze dziś rano, kiedy wychodziłem z domu, starałem się za bardzo nie myśleć o tym ile rzeczy powinienem zrobić, co napisać, pomalować. W ciągu dnia jednak wziąłem udział w ślubie mojego przyjaciela, odwiedziłem w dniu otwarcia sklep Wargamera na ulicy Wilczej i nagle uderzyła mnie myśl, że widocznie to dobry dzień na początki.

Po powrocie do domu rozłożyłem swój warsztat modelarski, przeczytałem instrukcje do montowania drzewek, które kupiłem na Wilczej, i zabrałem się do pisania tej notki. Czas na nowe początki! Mam nadzieję, że energii starczy mi na dłużej niż ostatnio. Czekajcie na następne wpisy i raporty z pola bitwy. Do deadline’u malowania armii do kampanii DBA pozostało już tylko 157 dni.

czwartek, 21 września 2006

Władca Much

Czy ta figurka jest powodem drobnych, acz uciążliwych wypadków, które ‘po mnie chodzą’? Niech pomyślę… W dniu, w którym umówiłem się na odbiór Garlaucha tak paskudzenie zaciąłem się w palec, że droga od samochodu do łazienki tonęła we krwi. O kiedy mam ją w domu, zdążyłem odwiedzić dwa razy pogotowie ratunkowe, moja żona wycofała w jakiś samochód a ostatnio muchy owocówki urządziły sobie wylęgarnie pod dachem. Są ich miliardy a moja wycieczka na dach z puszką muchozolu była mniej rozsądna niż skok na spadochronie bez spadochronu. W sumie do tego ciągu zdarzeń mógłbym dorzucić nagłe oziębienie w sierpniu i konieczność palenia w centralnym, problemy techniczne ze zgiełkiem i forum, lustrację Zyty, suszę w lipcu, kryzys gospodarczy na Węgrzech i zamach stanu w Tajlandii.
W najbliższą niedzielę turniej WFB – bielska liga żegna się z zasadami 6 edycji. Obiecałem sobie, że to tego czasu pomaluję tego-którego-imienia-nie-wolno-wymawiać. Na razie trzymam się planu – godzina dziennie a główny skok planuję na sobotni wieczór. Figurka utonęła obecnie w tuszach a jej zaawansowanie oceniam na 27,36%. Dzisiaj zamierzam wykończyć skrzydła. Muszę też przygotować ostateczną wersję rozpiski. Oby wystarczyło mi wytrwałości w pierwszym zamiarze a rozsądku w drugim.

poniedziałek, 18 września 2006

Cesarz August

Kiedy kilkanaście lat temu pochłonąłem dzieje Juliusza Cezara autorstwa prof. Krawczuka, naturalnie sięgnąłem po biografię Oktawiana Augusta. Pamiętam, że było to w wiejskim domku moich dziadków, mniej więcej w 1992 lub 1993 roku. Leżałem w ogrodzie na turystycznym łóżku i albo popołudniowe, letnie zmęczenie albo wyśmienity obiad mojej babci (zapewne jedno i drugie) uśpiły mnie na tyle, że tego dnia przebrnąłem ledwie przez kilka stron. I tak zostało na długie lata. Oktawian pojawiał się jeszcze tu i ówdzie (na przykład sporo mówi o nim Graves w Ja, Klaudiusz) ale książka leżała nietknięta i zakurzona. Kiedy z kolei obejrzałem ostatni odcinek nagradzanego i wychwalanego (i słusznie) serialu Rzym, w którym to serialu Oktawian jest, krótko mówiąc, niesamowity, od razu chciałem poznać wydarzenia tuż po zasztyletowaniu Cezara. Pognałem do półek i jest!

Biografia rzeczywiście zaczyna się kilka godzin po zamachu a opis dramatycznych wydarzeń, jakie wówczas następują jest preludium do poznania kompletnych losów Oktawiana i współczesnego mu Rzymu. Autor, wg zdania zawartego w posłowie, oparł się w 100% na autentycznych źródłach i pokazał wyłącznie autentyczne zdarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. Nie jest to jednak nudnawy przedruk dawnych skryptów czy ciąg cytatów a sprawnie i żwawo opowiedziana historia młodego człowieka, który w efekcie został pierwszym cesarzem największego starożytnego imperium w Europie. Wydarzenia pomiędzy Idami Marcowymi a śmiercią Oktawiana w sędziwym wieku blisko osiemdziesięciu lat opowiedziane są przy zachowaniu podziału na charakterystyczne okresy jego życia (którym patronują poszczególni bogowie). Tak więc po zemście dokonanej na zabójcach Cezara, przychodzi czas politycznych rozgrywek w Rzymie, II Triumwirat a w końcu rozprawa z Antoniuszem i Kleopatrą. Następnie widzimy jak Oktawian wprowadza Rzym w złoty wiek – reformy, wojny, dyplomacja, legiony w egzotycznych krańcach świata. Poznajemy wreszcie schyłek życia i gorzki smak zapłaty, której domaga się Nemezis – cesarz przeżywa większość swych wrogów czy potomstwa a przed śmiercią oddaje władzę w ręce adoptowanego syna, którego naturalnym ojcem był przeciwnik młodego Oktawiana.

 Nadmienię jeszcze, że częstym zarzutem stawianym biografiom Oktawiana jest nadmierne skupianie się autorów nad aspektami wojen czy polityki, którą prowadził, przy jednoczesnym pominięciu rozkwitu kultury, nowoczesności reform, itp. W przypadku „Cesarza” jest podobnie – ale tylko na pierwszy rzut oka. Zamiast pisać, kim był Horacy, Mecenas czy Wergiliusz, autor umieszcza te postaci w fabule, co znajduję jako ciekawy zabieg.

 Śmiało polecam wszystkim miłośnikom Starożytnego Rzymu, czytelnikom, których fascynują genialne umysły bez względu na umiejscowienie w czasie, również tym, u których emocje wzbudzają gry i intrygi z pogranicza dyplomacji, polityki i ocierania się o prawo.

 Pozostaje mi czekać na drugą serię Rzymu.

Cesarz August, Aleksander Krawczuk
Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Wydawnictwo 1973


Adrian Stolarczyk

piątek, 8 września 2006

Myślałem, że potrafię.

Myślałem, że potrafię. Źle myślałem – nie potrafię. Nie potrafię pisać tyko dla siebie. Nigdy tego przecież nie robiłem. Chyba czułbym się źle bez komentarzy typu: rewelacyjnie piszesz, itd. A pamiętnik? Sam sobie przecież nie powiem, że jestem niezły w składaniu zdań. Ile to już lat się zabieram do pisania o codziennych spostrzeżeniach czy utrwalania co lepszych myśli własnego autorstwa? Ponad dekadę? Mniej więcej tyle. Dokonanych spostrzeżeń czy wydumanych przemyśleń w większości nie pamiętam. Tymczasem mam zaległy tekst o bitwie pod Kłuszynem, czekam na nowego WD, żeby napisać recenzję, wisi nade mną supertajny projekt, nad którym pracuję z Gobosem, trzeba ruszyć kolejną puszkę, zagrać w końcu w Gnomie, itd. Jutro światowa premiera siódmej edycji WFB – namówiłem Prezesa, żeby się ze mną wybrał. Kupię zasady, będę je czytał w każdej wolnej chwili i … nigdy nie skończę już książek, które ostatnio napocząłem. Fakt, że nieco zachłannie, w przypływie wakacyjnego entuzjazmu. Co tam teraz na wokandzie? W imię Rzymu (70%), Boże Igrzysko (1%), Dług honorowy (70%) – trzy pozycje na raz. Sporo – bo zwykle nie zaczynam jednego tematu przed zakończeniem poprzedniego. Tak czy inaczej przeżywam drugi renesans jeśli chodzi o czytanie. Właśnie skończyłem biografię Oktawiana Augusta. Chyba popełnię małą recenzję.

Najbardziej męczy mnie ostatnio Garlauch – niech go diabli porwą! A najlepiej, posługując się warhammerowskim kontekstem – wszyscy bogowie chaosu. Malowanie na zamówienie przyniosło w rezultacie cztery miesiące gadania i ledwie kilka godzin efektywnej pracy. Na dodatek cholerne rogi odpadają po każdym sklejeniu. Dziwnym trafem nie chcą się ‘trzymać na poxipolu’. Muszę się uwinąć do końca września i oddać milusia wreszcie, bo zaczynam się obawiać o własne zdrowie psychiczne.
Jakże ja nie lubię rozgrzebanej roboty! Żeby męki było mało, zobowiązałem się, że przygotuję na Bitewny Zgiełk reportaż z postępów malowania. Tyle tylko, że nie mam chwilowo aparatu a i postępów brak. Dla utrwalenia i zmotywowania samego siebie do pracy umieszczam tu ostatnie zdjęcie (kapitan Dunbar też malował Indian w swoim pamiętniku). Tylne łapy i ogon przed wykończeniem, podstawka wymodelowana i po pierwszym drajbraszu. Postęp prac oceniłbym na 3% więc to zaledwie początek. A we wrześniu chciałem pomalować jeszcze 4 gwardzistów feniksa i przynajmniej jeden element legionu.

Dzisiaj przyjeżdża Sławek – czekam na spotkanie! Pochwalę się nowym pendrivem i tyłkiem Garlaucha.

RSS FeedRSS