poniedziałek, 27 sierpnia 2007

Kolejni odfajkowani

Oj, jak dobrze się człowiek czuje po kolejnym pomalowanym regimencie. Coraz mniej do kolorowania, a armia coraz przyjemniej prezentuje się na półce. Właściwie na półkach, bo półki mam małe, a armia trochę większa.

Strasznie żałuję, że nie miałem takiej weny malarskiej w trakcie zbierania całej armii Imperium. Jak by mi wtedy, tak szło malowanie jak przez ostatnie tygodnie to kończyłbym już wampirycznych. Co prawda miałem lekkie opóźnienie wobec planu jaki sobie założyłem, ale i tak jest bardzo dobrze.

Do rzeczy, kolejny gotowy regiment to Łucznicy. Czternastu Łuczników zostało pomalowanych w barwy Stirlandu. Zastosowane kolory to żółto-brązowy i zielony, według wskazówek podręcznika. Wybrałem dla nich tę prowincję, ponieważ stamtąd pochodzą właśnie najlepsi łowcy Imperium. Jest tak pewnie dlatego, że jest to najbiedniejszy region kraju. Łuk to najprymitywniejsza i najprostsza w konstrukcji broń, więc głównie takową się posługują dochodząc w tym do perfekcji. Szczególnie, że pewnie żyją z tego, co upolują.

Figurki to spora mieszanina. Większość to starzy bretońscy łucznicy z konwertowanymi głowami i rękami. Reszta to modele z Wolnej Kompani, czyli oryginalni łucznicy imperialni. Za to czempion to przerobiony staroedycyjny leśny elf.

sobota, 25 sierpnia 2007

Związek Achajski idzie na wojnę

DBA - II/31g - Achaian - 207BC - 146BC 


„Na równinie pod miastem beockim Aulis stanęły wojska całej Hellady, a na fiołkowym morzu kołysały się czarne okręty, gotowe do drogi. Król Agamemnon, w złotej zbroi, z płaszczem purpurowym na szerokich ramionach, czynił przegląd rycerstwa. Stał na wzgórzu, a pod jego okiem przechodziły szeregi wojowników. Olbrzymi Ajaks, syn Telamona, ze swoim bratem Teukrem, łucznikiem niechybnym, prowadził Megarejczyków i salamińskich wyspiarzy; drugi Ajaks, syn Oileusa, czterdzieści okrętów napełnił swoimi Lokrami: mniejszy o wiele od Telamończyka, chodzi i w pancerzu płóciennym, pyszny swą sztuką rzucania dzidą, w której przewyższał wszystkich Achajów; Diomedes, o głosie donośnym, dowodził młodzieżą argejską; z dalekiego Pylos i pięknych dolin Areny szedł stary Nestor, za którym płynęło dziewięćdziesiąt obszernych okrętów: dzielny to jeszcze wojownik, ale zwłaszcza niezastąpiony w radzie, bo wielkie i dawne czasy pamięta; z Itaki, spod Nerytu szumiącego lasami wypłynął przebiegły Odyseusz na dwunastu okrętach o ścianach czerwonych; Kreteńczykami dowodził Idomeneus, kopijnik wyborny; mieszkańcy głębokiego Lakedajmonu, Fary, Sparty i Messy, gdzie stada gołębi latają — słuchali skinienia Menelaosa, który jawił się z sześćdziesięciu łodziami. Szli wojownicy ze wszystkich stron: Bojotowie i Fokejczycy, Abanci o sercu odważnym i ci, którzy dzierżyli Ateny, krainę wielkodusznego Erechteusa, i spod Mantinei uroczej, i ze świętych Wysp Echinadzkich, i z Rodos, i z kwiecistych błoni Pyrassu, i Fery mieszkańcy, leżącej nad Bojbejskimi wodami, i ci, co żyją w mroźnej Dodonie. Za królem Agamemnonem ciągnęło najliczniejsze wojsko: z Myken strojnych w domostwa i z bogatego Koryntu, i z pięknych ulic Kleony — z całego argiwskiego wybrzeża.”
Jan Parandowski
„Mitologia” 

Od dziecka fascynowałem się mitami greckimi. Było w nich coś, co potrafiło mnie przyciągnąć na długie godziny. Lubiłem oglądać w telewizji, ukazane na różne sposoby, przygody Odyseusza, Heraklesa czy innych mitycznych bohaterów. A gdy już nadszedł czas, zagłębiałem się z ciekawością w kolejne zdania z kart „Mitologii”. Nie ukrywam, że owo zamiłowanie do mitów i kultury starożytnej Grecji wywarło duży wpływ na wybór armii, którą miałem przyjemność grać, na zorganizowanej przez Tsar'a kampanii Mars Ultor, opartej na zasadach systemu bitewnego DBA.

Wargaming historyczny był dla mnie zawsze czymś odległym i czymś, w pewnym stopniu, nieosiągalnym. Krąg gier bitewnych zaczynał się dla mnie na WFB a kończył na WH40k. Nigdy bym nie pomyślał, że kiedykolwiek uda mi się skompletować jakąś armię do innego systemu. Co więcej – całkowicie pomalowaną armię. O DBA dowiedziałem się od Tsar'a. Troszkę zainteresowałem się tematem, zobaczyłem jak to wygląda, jednak dopiero organizacja MU zmotywowała mnie do podjęcia jakiś większych kroków w stronę tego systemu. Jak już wspomniałem, wybór padł na Greków, konkretnie Związek Achajski III w. p. n. e.

Gdy dokonywałem wyboru armii, kierowałem się głównie własnym zamiłowaniem, o którym wspomniałem na początku. Skład armii nie miał dla mnie wtedy żadnego znaczenia. Główny trzon wojska Związku Achajskiego w tamtym okresie stanowiła falanga. Sześć elementów, które znajdują się w spisie armii, stanowi wielką siłę. Z drugiej strony jednak przeciętna mobilność i słaba przydatność w trudnym terenie stanowią poważną wadę tego oddziału. Ale jak to mówią,  nie ma róży bez kolców. W spisie armii pojawiły się też po dwa elementy Psiloi i Auxilia, piechoty lżejszej i bardziej mobilnej. Dodatkowo występuje element lekkiej kawalerii i rycerstwo wraz z generałem. Z tego miejsca gorące podziękowania dla ungrima, który użyczył mi swoich „resztek” z pudełek Zvezdy. Również dla Tsar'a,  za przywiezienie pudełka Macedońskiej Falangi firmy HaT, prosto z Warszawy.

Armia Greków do DBA jest pierwszą w pełni pomalowaną przeze mnie armią do jakiegokolwiek systemu bitewnego. Do tej pory nie malowałem za dużo, głównie grałem. Brak doświadczenia malarskiego widać na figurkach, jednak osobiście jestem z efektu końcowego całkiem zadowolony. Miałem niezłą motywację do tego, żeby wszystko pomalować, a przy okazji troszkę też się nauczyłem. Mam nadzieję, że kolejną armię przygotuję lepiej. W każdym razie sposób malowania pozostawia wiele do życzenia. Niektóre figurki traktowałem jako poligon doświadczalny dla różnych technik. Miałem dość ograniczoną paletę malarską, gdyż większość moich farb pozasychała i nie nadawała się do niczego. Pędzle powyginane na różne strony i do tego moje lenistwo, które nie pozwalało iść do sklepu po nowe materiały. Zastanawiam się jakim cudem dokonałem tego przedsięwzięcia w 100%.  Ale udało się i to się liczy najbardziej! Przy malowaniu raczej nie kierowałem się żadnymi historycznymi przekazami. Co jakiś czas tylko odszukałem na internecie rysunki, przedstawiające hoplitów greckich i starałem się tak dobierać kolory, aby w miarę wiernie oddać to, co widziałem na ekranie monitora. Muszę przyznać, że malowanie, które w tym hobby odkładałem zawsze na dalszy plan, sprawiło mi tym razem nie lada frajdę i przyjemność. Efekty można oglądać na zdjęciach.

Ogólnie system DBA oceniam bardzo pozytywnie, a  pomysły tego typu kampanii i motywowania ludzi do pracy nad armią za wręcz genialny. Nie mogę się doczekać kolejnej kampanii i kolejnej armii, która zawita na mojej półce. 

Mateusz Twardowski













Na czym stoję?

Kiedy przeglądam zdjęcia z bitew drażni mnie brak wykończonych podstawek pod regimenty. Wystające szare fragmenty plastiku spod pomalowanych miniatur. Nie tylko brzegi mi przeszkadzały, ale także fragmenty po usuniętych już z pola bitwy modelach. Im więcej zabitych tym mocniej ukazuje nam się paskudna szarość.

Jakoś bardzo długo odkładałem zrobienie podstawek pod swoje oddziały. Problem w tym, że muszą być różne zależnie od armii. W niektórych sprawach mam naturę pedantyczną i przeszkadzałyby mi niezgrane ze sobą elementy. W pierwszej kolejności zamierzam zająć się Imperium, później przyjdzie czas na Wampiry.

Postanowiłem wypełnić całość powierzchni elementami terenu tak, aby wszystko zlało się w jedną całość. Oczywiście podstawka pod cały regiment musi zgrać się z podstawkami figurek. Pokryłem plastik plamami piasku pomalowanego brązowym atramentem i uzupełniłem pozostałe luki zieloną trawką statyczną. Nie byłem pewny czy rezultat tego przedsięwzięcia będzie zadowalający. Teraz już wiem, że całość prezentuje się dosyć ciekawie i daje spójny efekt. Gdyby jeszcze blat do gry był w identycznych odcieniach to byłoby bosko.

Boję się jeszcze jak wypadnie to wszystko w eksploatacji. Czy nie zniszczy się i nie poodpadają fragmenty posypek. Zastanawiam się czy jakoś to wzmocnić, zabezpieczyć. Tylko jak? Myślałem o pokryciu warstwą bezbarwnej matowej farby w sprayu, ewentualnie pędzelkiem podobnej ze słoiczka. Inną opcją jest maźnięcie wszystkiego bardzo rozwodnionym wikolem. Jest to jednak ryzykowne, bo nie wiem czy trawka statyczna się nie zniszczy. Lepszym rozwiązaniem jest na pewno spray, bo nie ingeruje bezpośrednio w posypki, ale może okazać się za słaby. Nad innymi wyjściami jeszcze myślę.

Może macie jakieś pomysły na uodpornienie podstaw moich regimentów? Ja powoli zabieram się za poprawę wyglądu kolejnych „szaraków”.

piątek, 24 sierpnia 2007

Sposobem

Zanim w ogóle dostałem armię w piętnastu milimetrach do ręki, zacząłem się zastanawiać jak ja ją będę malował. Maciupkie figurki i nie ma nawet gdzie chwycić. Próbowałem w Internecie podpatrzeć, jakie ludzie mają sposoby. Od mocowania figurek na korku z butelki, po bardziej profesjonalne sposoby zaopatrując się w specjalistyczny sprzęt do trzymania figurek.

Ja znalazłem swój sposób, a mianowicie użyłem innej figurki jako uchwyt. Wykorzystałem do tego celu model konia od DBA, ponieważ wygodnie się go trzymało. Pokryłem podstawę malowanej figurki nie wielką ilością kleju typu Kropelka i przykleiłem do podstawy konia. Trzymała się wystarczająco mocno, aby można było swobodnie malować. Na początku miałem obawy czy przy odklejaniu czegoś nie uszkodzę, jednak wszystko poszło gładko i figurki odeszły od siebie bez żadnych problemów.

Ponieważ sposób okazał się skuteczny postanowiłem stosować go w dalszej karierze malarskiej modeli piętnastomilimetrowych. Widzę tylko jeden problem, jak pomalować ostatni model armii ;) Będę musiał jakoś poradzić sobie z tą kłopotliwą sytuacją, ale to dopiero za wiele miesięcy.

Na koniec, powiedzcie mi jakie Wy macie sposoby na „trzymadełka” podczas malowania.

środa, 22 sierpnia 2007

Mordheim dobre na przerwy

Pomysł na mój nowy warband do Mordheim (poprzedni odszedł w niebyt, czyli na Allegro) powstał już dawno temu. W międzyczasie jednak przyszedł dołek kolekcjonerski a niedługo później zauroczenie DBA i w ten sposób moje figurki wylądowały na długi zimowy sen w walizce.

Ostatnio wiedziony chęcią odpoczynku od Iberów i nadciągającym nawałem zajęć, wyjąłem jedną z figurek przybocznych do mojego warbandu i postanowiłem ją, w przerwach między innymi zajęciami, pomalować. Nareszcie się to udało, co najdziwniejsze najwięcej czasu zajęła mi podstawka. I to nie jej wykonanie, a zbieranie się aby to w końcu zrobić.

Figurka przedstawia szeregowego łucznika, podwładnego jednego z czempionów, ale może żeby to lepiej wytłumaczyć opowiem o samym pomyśle. Warbandem dowodzi szlachetnie urodzony młodzieniec, którego, nieco lekkomyślnie złożona przysięga, skierował do Mordheim. Wyznawca Ulryka, zajadły tropiciel i tępiciel sług chaosu zapędził się do przeklętego miasta w poszukiwaniu, parającego się plugawą magią, zaklinacza, który uszedł z pod stryczka za pomocą swej zakazanej sztuki.

Szlachcicowi towarzyszy dwóch zaufanych ludzi, którzy od lat wiernie służą rodzinie – zakuty w stal szef gwardii, władający ogromnym młotem i wytrawny tropiciel i myśliwy. Pod ich dowództwem znajduje się jeszcze dwóch gwardzistów i dwóch łuczników. Całości grupy dopełnia giermek szlachcica, marzący o rycerskich ostrogach gołowąs.

Jak widać warband jest wyważony, i zapewne mało turniejowy. Stworzony głównie na potrzeby dobrej zabawy, póki co istnieje w dużej części na papierze, lub w postaci niezagruntowanych szaraków, zalegających wnętrzności walizki. Konkretnego terminu ich zakończenia jeszcze nie wymyśliłem, póki co wiem, że byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby na początek grudnia byli gotowi.

Dziś udało mi się skreślić pierwszy krzyżyk w planach i łucznik zajął miejsce na mojej małej wystawce, gdzie czekał będzie na pozostałych siedmiu kompanów. Ci pewnie znów będą powstawać w przerwach...

ZOC woła o pomstę do nieba

Po skończeniu pierwszego elementu do armii Rusi, zdobyłem się na jeszcze jeden wysiłek, pchany chęcią ujrzenia owocu tego pomysłu. Zafascynowany produktem Robsona na poprzednim naszym turnieju DBA postanowiłem zaopatrzyć się w coś przyciągającego oko. W głowie poukładał mi się zamysł na ZOC do mojej armii.

Modele, w które się zaopatrzyłem z myślę o obozie wykorzystałem do stworzenia ZOC’a. Pomysł zapadł mi w umysł, po którejś z pogawędek z Misiem. Kapłani modlący się do boga, aby nie dopuścił do rozlewu krwi, albo błogosławiący swoją armię przed bitwą, albo przeklinający pogańską hordę po drugiej stronie pola.

W zasadzie pomysł może być chybiony, gdyż nie wiem, w jakim okresie, tak naprawdę będzie toczyła się kampania. Miałem tu 33% szansy na trafienie. Armia Rusi obejmuje lata od 864 do 1054 roku. Także mogło trafić na czas, kiedy Ruś nie miała jeszcze chrztu. Chrzest odbył się 988 roku. Do tego czasu wypadałoby ją traktować jako pogańską. Ja wstrzeliłem się w okres po tym roku. Krzyż, który zastosowałem jest krzyżem prawosławnym, który został ukształtowany właśnie po chrzcie. Trzecią opcją jest krzyż, który powstał za patriarchatu Michała Cerulariusza.

Był on patriarchą Konstantynopola od 1043 do 1058 roku. Ta forma krzyża o trzech poprzeczkach obowiązuje do dzisiaj. Górna porzeczka odpowiada tablicy INRI, środkowa mocuje ramiona, a dolna jest podnóżkiem. Dolna przechylona poprzeczka symbolizuje nawrócenie się jednego ze złoczyńców ukrzyżowanych z Chrystusem.

W sumie zawsze jest ratunek. W przypadku trzeciego okresu dołożę jedną poprzeczkę na samej górze. W przypadku okresu przed chrztem zetnę krzyż i wstawię jakiegoś bożka pogańskiego albo będę odwracał ZOC tak, aby przeklinał w moją stronę :) A jeśli wpasuję się w okres, to będę bardzo szczęśliwy.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Wrogowie Rzymu

Nakładem wydawnictwa Bellona, ukazała się niedawno książka “Wrogowie Rzymu: Od Hannibala do Attyli króla Hunów”. Jej autor, Philip Matyszak, wykładowca historii starożytnej na uniwersytecie w Cambridge, opowiada o wielkich wodzach, którzy od początków potęgi Rzymu, aż po jego upadek, mieli odwagę z nim walczyć. Na 250 stronach, bogato ilustrowanych i wzbogaconych o mapy oraz wyjątki z dzieł klasycznych historyków, rysuje się historia rzymskiego podboju znaczona siedemnastoma punktami oporu, za którymi stali główni bohaterowie książki.

Ten rodzaj optyki patrzenia na historię największego, antycznego mocarstwa, pasuje świetnie do tezy, jaką postawił autor i jaka jest obecna z nami cały czas podczas lektury książki. Rzym rósł w siłę kosztem innych kultur, niszcząc je i wchłaniając. A kiedy nie starczyło mu już sił bronić coraz bardziej zepsutej i skostniałej cywilizacji, upadł i nie było już nikogo, kto mógłby zająć jego miejsce. Gdyby nie zniszczył doszczętnie swoich wrogów, mroczne wieki mogłyby nigdy nie nadejść.

Książka podzielona jest na na cztery części, dzieląc historię Rzymu na cztery okresy: narodziny rzymskiego supermocarstwa, śmierć rzymskiej republiki, pax romana i schyłek cesarstwa. Każda część rozpoczyna się wprowadzeniem, nakreślającym ogólne warunki geopolityczne Rzymu w danym okresie i ogólnie przedstawiającym bohaterów kolejnych rozdziałów. Każdemu z nich poświęcony jest następnie osobny rozdział, w którym zebrane są informacje o jego osobie i historia “jego” wojny z Rzymem.

W części pierwszej poznajemy historię Hannibala i wojen punickich, od których rozpoczął się wielki marsz i podboje rzymskich legionów. Następnymi wodzami są Filip V Macedoński, na którego republika zwróciła swą uwagę, kiedy wszedł w sojusz z Hannibalem, Wiriatus, przywódca rebelii luzytańskiej i Jugurta, przebiegły i ambitny król numidyjski, na wojnie z którym swoje polityczne cele ugrywał Mariusz, reformator rzymskiej armii.

Druga część książki rozpoczyna się od historii wojen z Mitrydatesem, władcą Pontu, aby przejść do historii Spartakusa, niewolnika, który wraz z innymi zbiegami, przez długi czas bezkarnie łupił i terroryzował Italię. Kolejnym bohaterem książki jest Wercyngetoryks, przeciwnik Juliusza Cezara, przywódca ostatniego, wielkiego powstania Gallów. Drugą część zamykają historię Orodesa z Partii, który ukarał chciwość Marka Krassusa i Kleopatry, egipskiej królowej królowych, której historia do dziś rozpala wyobraźnię pisarzy i scenarzystów.

Trzecią część rozpoczyna opowieść o Germańskim wodzu Arminiuszu, głównym architekcie pogromu w lesie teutoborskim i przywódcy germańskiej rewolty. Następnie przez rozdziały o Boudice, kobiecie, która poprowadziła wojowników Brytanii do walk z okupantem i Józefie Flawiuszu wojskowym dowódcy Galilei, dochodzimy do opowieści o człowieku, który wyprzedzał swoje czasy i przypominał w działaniu przyszłych wielkich wrogów Rzymu, Decebalu, władcy Dacji.

Ostatnia część, kończąca książkę, poświęcona jest ludziom, którzy zadawali Rzymowi ciężkie rany, walcząc z cesarstwem również na italskiej ziemi. Szapur odnowiciel Persji i Zenobia, królowa - renegatka Palmyry przegrywali jeszcze swoje wojny, ale już Alaryk, wizygocki wódz i Atylla, Bicz Boży byli niepowstrzymani i dyktowali swoje warunki.

Nie da się na 250 stronach przedstawić pełnej historii wojen z siedemnastoma największymi wrogami Rzymu, ale też nie taki był cel autora. Dzięki zwartej kompozycji książki obserwujemy Rzym od narodzin potęgi do jego upadku, jednocześnie jesteśmy świadkami ostatnich lat istnienia alternatywnych kultur europejskich i śródziemnomorskich nim zostały przez Rzym zniszczone. Oczyma ludzi, którzy walczyli z Rzymem, widzimy ich wrogów i zmieniające się przyczyny prowadzonych przez nich wojen.

Książka jest bardzo przyjemną, lekką lekturą, ale nie pozbawioną tak wartości poznawczych jak i ważnych myśli dotyczących starożytnej historii Europy. Zmieniające się spojrzenie na spuściznę pozostawioną nam przez Rzymian i ich rolę w nadejściu mrocznych wieków, tak dobrze widoczne w książce, tworzą dobry klimat do poszukiwania lektur dotyczących kultur, które zniknęły z powierzchni ziemi w wyniku rozszerzania się italskiego imperium. Szkoda tylko, że tych jest niewiele, a o największych przeciwnikach Rzymu, dowiadujemy się zazwyczaj z ust tych, którzy ich pokonali.

Philip Matyszak, Wrogowie Rzymu, Bellona, Warszawa 2007


Sławomir Okrzesik

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Piąty... eee... Pierwszy Element

Udało mi się dzisiaj zakończyć pracę nad pierwszym elementem do armii Rusów. Jest to podstawka włóczni (Sp). Spotkałem się w opisach armii Ruskich z nazwą Druzhina, spodobało mi się. Także to mój pierwszy element drużyny włóczni.

Pomalowałem figurki nakładając suchym pędzlem białej farby na czarny podkład, a następnie lekko wodnistą farbą pokrywałem poszczególnymi kolorami kolejne elementy. Sposób jest prosty, szybki i skuteczny. Co do kolorystyki to postanowiłem tym razem stworzyć bardziej urozmaiconą armię, stosując na ubrania kilka barw. Wszystko będą scalać takie same kolorystycznie tarcze. Za symbol mojej armii wziąłem sobie barwy żółci i niebieskiego.

Nie bez powodu zdjęcie obok jest takie jakie jest. Za podstawkę posłużył mi magnes taki jaki widzicie w tle. Wyciąłem odpowiedni wymiar i nakleiłem na niego kilka kamyczków. Klej usztywnił podstawkę, tak samo jak doklejenie figurek i kolejne warstwy kleju w postaci śniegu.

Właśnie, śnieg. W końcu zdecydowałem się na sam wikol. Nałożyłem jedną warstwę, odczekałem 24 h i nałożyłem kolejną, dzień później pomalowałem ją białą farbą cieniując wodnistą błękitną.

Jak widać element całkiem nieźle trzyma się lodówki. Klej troszkę zniekształcił podstawkę, ale mimo wszystko magnes działa. Tak zakończył się pierwszy zapał do nowej armii. Następny element pewnie za jakiś miesiąc.

niedziela, 19 sierpnia 2007

Mroczni jeźdźcy i zagadka

Tak jak obiecałem w ostatnim poście, dzisiaj (czyli pod koniec tygodnia) możecie oglądać kolejny wpis w moim blogu. A co mam w nim dla Was? Otóż, dziś na pierwszy plan wyjeżdżają z głębokiego lasu słynni Mroczni Jeźdźcy (Dark Riders). Szczerze mówiąc męczyłem się z nimi strasznie – pomalowanie ich to jakieś 3 miesiące czasu… oczywiście nie malowałem ich tak długo. Raczej czekałem na wenę i odpowiedni moment. Powiem jeszcze, że są to figurki mojego znajomego, który pewnie się już nieźle denerwował tym, że ciągle siedzą u mnie na warsztacie. Jak na tak długi okres to malowanie nie jest powalające. Koniki to standardowa technika, której używałem przy moich figurkach Dark Ridersów – sierść konika to 2-krotny drybrush coraz jaśniejszym kolorem, po czym 3 warstwa bardzo jasnego szarego na ogonie, pęcinach i grzywie. Reszta konika to już proste malowanie, zazwyczaj podstawowym kolorem. Sposób malowania oczu – Elf Flesz na podkład (aby wydobyć późniejszy kolor), Red Gore jako kolor białek (podoba mi się efekt „demonicznych” wierzchowców, wierzchowców szaleństwem wypisanym w ślepiach), po czym standardowa czarna pionowa źrenica. Po pomalowaniu koników wykonałem podstawki – gruby piasek, kamyczki, malowanie czarny, szary 30%, szary 60%, szary 90% (procent to ilość koloru białego), static grass w paru miejscach(niewiele, wedle życzenia kolegi). Aby podstawki nie były tak monotonne (są dość duże) dodałem w paru miejscach kawałki czerwonego kamienia, który kiedyś znalazłem na plaży. Malowanie jeźdźców także w miarę standardowe. Na płaszczu i rękawicach spróbowałem zastosować metodę mieszania na mokro (nie pamiętam angielskiej nazwy) – chodzi o mieszanie farb na samej figurce. Nie wyszło to zbyt interesująco (raczej wygląda jak ink-wash ), ale wydaje mi się, że warto tą technikę przećwiczyć, bo rokuje na dość ciekawe efekty, oczywiście odpowiednio zastosowana. Żeby już nie przedłużać zamieszczam zdjęcie – można pooceniać.

Cóż wypadałoby coś jeszcze powiedzieć o samej jednostce Dark Riders, w końcu obiecałem że będę powolutku oceniał wszystkie jednostki Mrocznych Elfów. Cóż jednak mogę powiedzieć, kiedy okazuje się że o jednostce nie można złego słowa powiedzieć? Chwalić też się za bardzo nie da, no bo co? W końcu lekka kawaleria jak każda inna. Dobra i przydatna. Wielki plus za to, że znalazła się w sekcji Core, z drugiej strony jednak sprawia to, że nie ma w armii DE taniej i ogólnie dostępnej ciężkiej konnicy, co przy braku dobrze opancerzonej piechoty może czasami boleć. Jednak sam klimat Mrocznych Jeźdźców i ich ogólna przydatność na polu walki do wszelkich zadań taktyczno-zaczepnych pozwala mi mieć o nich bardzo dobre zdanie. A no i nie wspomniałem też, że figurki są moim zdaniem kapitalne (cena jednak to już inna sprawa – moją nadzieją dla nich w nowej edycji jest posiadanie całkowicie plastikowych odpowiedników, bo przy obecnym stanie posiadanie więcej niż 10-15 w armii jak na polskie warunki jest skrajnym przejawem burżujstwa ;-) ).

Na zakończenie dam jeszcze zagadkę. Co widzisz na zamieszczonym poniżej rysunku:
Odpowiedź poznacie za tydzień (mam nadzieję). Do usłyszenia!

sobota, 18 sierpnia 2007

The rock


Po przyjemnych bitwach, które stoczyłem oblegając i broniąc twierdzy na nowo zapałałem chęcią posiadania takowej. Kombinowałem, z czego by tu to zrobić, ile to zajmie czasu i co się najbardziej opłaca. Najchętniej kupiłbym gotową, myślałem sobie. Fort GW kosztuje 50 funtów, czyli około 275 złotych, sporo, ale przesyłka na terenie Grejt Britejn gratis. Byłem skłonny dać taką kwotę jednak ciągle wahałem się.

W końcu wpadłem na pomysł poszukania czegoś używanego. Na naszych polskich aukcjach internetowych nie miałem nawet co szukać. Wkroczyłem, więc na angielski eBay. I oto proszę jest do sprzedania twierdza, a nawet dwie. Jedna gotowa już, złożona i pomalowana, bardzo fajnie jeszcze mniej roboty, pomyślałem. Druga prawie całkowicie w rozsypce, też nieźle, nie ma jak samemu pogrzebać, stwierdziłem. Wolałem jednak kupić już gotową do grania. Niestety została wylicytowana za blisko 40 funtów, za dużo jak dla mnie, bo plus przesyłka wychodziła praktycznie tyle ile nowa na stronie GW.

Przyczaiłem się więc na drugi zamek. Byłem pewny, że osiągnie podobną cenę. Zdziwiłem się, że mojej pierwszej licytacji w wysokości 22 funtów nikt nie przebił i stałem się posiadaczem twierdzy firmy GW. Teoretycznym posiadaczem, bo jeszcze nie mam jej w rękach. Całość wyszła mnie około 160 złotych. Fort powinien się u mnie pojawić jakoś we wrześniu. Wtedy to zapraszam na „parapetówę” w twierdzy, czyli ochrzczenie jej pierwszymi potyczkami.

Zdjęcie pochodzi ze strony wystawianego przedmiotu czyli to dokładnie to co kupiłem.

Na pewno nie mroczny

Ostatnio miewam spore napady ‘marudy’. Malkontent się ze mnie zrobił, nie powiem. Drażliwi o byle co, podminowany i najnormalniej w świecie zły. Przypadłość ta zaatakowała również moje poczucie własnych umiejętności malarskich. Ostatnia wykończeniowa rąbanka regimentowa oraz nieudany element DBA pogłębiły tylko ten stan.
Żeby tego wszystkiego było mało, do końca sierpnia muszę skończyć dwa poważne projekty. Stosując sprawdzoną metodę z okresu przygotowań do matury (huh, kiedy to było?!), opartą na robieniu wszystkiego, tylko nie rzeczy priorytetowych, postanowiłem w końcu sprawdzić się i potwierdzić, jak to z tymi umiejętnościami jest.
Dzisiaj nadarzyła się fantastyczna okazja – wczesne popołudnie, w domu tylko ja. Zamiast iść po ludzku spać, co sobie solennie obiecywałem, stwierdziłem, że pomaluje chociaż jeden drobny fragment jakiejś figurki.
No i porwało mnie! Niczym dziecko, nie potrafiłem oderwać się od farb. Zachłannie malowałem kolejne detale, skacząc od butów do włosów, z płaszczy do rąk. Pośpiech przy sprawdzaniu się nie jest wskazany, ale cóż – emocje wzięły górę.
Figurka, którą nabyłem jeszcze podczas ostatniej warszawskiej puszki (za którą, jak zauważył wówczas gobos, niejedna głodująca rodzina wywiozłaby mnie na… oborniku), zachwyciła mnie po raz kolejny swoim kapitalnym kształtem. Wielkie brawa dla autora! Od czasu wydania armii, z której pochodzi, GW zaczęło skręcać w dziwnym kierunku. W gorszym kierunku. A przecież apetyty po ostatnich Leśnych Elfach były ogromne. Tymczasem dostaliśmy pszenno-buraczane Imperium. Nie lepsze zapowiadają się High Elves.
Ale dość dygresji. Malowana miniatura przestawia pieszego bohatera leśnych elfów. Postanowiłem spróbować własnej koncepcji kolorystycznej, odchodząc znacznie od dominującej w armii WE zieleni. Zachowałem co prawda nieco z tego koloru, ale zielony zwykle płaszcz dostał kolor szary. W zasadzie nie użyłem nigdzie suchego pędzla, za to nieco tuszy poszło w ruch. Oba płaszcze dostały co najmniej kilka warstw różnych odcieni tej samej farby. Przyznam się to tego, że w tym wypadku stosowałem metodę, którą Misio pokazał przy malowaniu koni. Ma jednak dziwne wrażenie, że po nałożeniu werniksu, uzyskanyw ten sposób efekt gładkiego przechodzenia kolorów, wyparował. Hmmm. Buty nieco zlewają się z gałęzią, na której nasz kolega stoi. Podobnie włosy mają pasować do płaszcza na ramionach. To taki pomysł, aczkolwiek martwię się nieco, że przez to nie ma wyraźnych przejść w kolorach.
Może gdybym poświęcił więcej czasu, efekt byłby lepszy. W sumie trochę mi lepiej – coś tam jednak człowiek potrafi. Miniaturę zamierzam wykorzystywać w swojej armii HE. Wg mnie świetnie nadaje się na lorda z królestwa Avelorn, które w znakomitej większości porośnięte jest lasem. Można nawet pójść dalej i przyjąć, że to jeden ze znamienitszych wojowników cienia z Nagarythe. Zresztą leśność tej figurki nie jest nachalna – patrząc na nią można stwierdzić z pewnością, że jest to elf. Na pewno nie mroczny elf.

środa, 15 sierpnia 2007

Pierwsze kroki zimy

Ciągle się zastanawiałem jak ulepszyć śnieg na moich podstawkach. Nie byłem specjalnie zadowolony z efektu, jaki uzyskałem wcześniej. Na początku kładłem zimową posypkę firmy GW na rozrzedzonym wikolu bezpośrednio na podstawkę, bez żadnego podkładu. Śnieg ten nie ma najlepszych właściwości kryjących i w wielu miejscach odpadł, może to kwestia zastosowania odpowiedniego kleju lub sposobu klejenia. W każdym razie mocno prześwitywało podłoże.

Spróbowałem z drugą warstwą i tu już było lepiej, jednak kładzenie dwóch warstw to kłopotliwa rzecz jak trzeba tak oblepić dziesiątki modeli, jak nie setki.

Ostatnią rzeczą, jaką spróbowałem było pomalowanie białym podkładem miejsc gdzie będzie leżał śnieg. Też polepszyło efekt jednak trzeba potem trafić ze śniegiem dokładnie tam gdzie leży podkład, trochę kłopotliwe.

Ostatnio zebrałem się w sobie i postanowiłem przeprowadzić testy. Efekty tych testów widzicie na zdjęciu. Mam nadzieję, że wystarczająco jest duże, aby było widać efekt moich trudów.

Zacznę od góry od lewej:
1. Jest to śnieg firmy GW położony na wikolu i pomalowany po wyschnięciu białą farbą.
2. Piasek drobnoziarnisty na wikolu również pomalowany białą farbą. Właściwie powinienem zaznaczyć, że wszystkie następne podstawki również zostały pokryte warstwą białej farby, więc nie będę się już powtarzać.
3. Sam wikol, może dawać efekt takiego ubitego śniegu w małej skali
4. Mąka na wikolu, ciekawy był efekt bez farby, gdyby nie to, że po każdym dmuchnięciu efekt powoli zanikał. Gdyby jednak była możliwość utrzymania mąki na kleju byłby to idealny śnieg. Teraz stworzyła się papka, która lekko popękała.
5. Tu mamy zakupioną posypkę piaskową od F.B. Farbpol. Ciekawe jest, że bardzo popękała. Nie wiem czy to przez samą posypkę, przez klej czy może późniejsze jej pomalowanie rzadką farbą. Efekt ciekawy na pustynną podstawkę.
6. Tutaj poszła w ruch sól kuchenna. Niestety sól jakiejś kiepskiej jakości i miała spore kryształki, więc wyszła trochę jak zwały lodu i śniegu.
7. Ostania to powtórka mąki jednak na kleju Polimerowym. Troszkę inaczej wyszła niż poprzedniczka, więc postanowiłem rozważyć jej kandydaturę.

Chętnie posłucham Waszych opinii na ten temat. Którą/które uważacie za najlepsze, co byście zmienili/ dodali, itp. Ewentualnie faworytów umieszczę na troszkę większym zdjęciu. Dzięki z góry za komentarze.

wtorek, 14 sierpnia 2007

Kolejny blogowicz odkurza...

Witam, właściwie to chyba powinienem napisać nowy wstęp do bloga, tak długo tutaj nie gościłem. A pamiętam, że obiecywałem cotygodniowe aktualizacje. Cóż, widać nie ciągnie mnie do polonistyczno-piśmienniczo-kronikarskiej roboty. Dla usprawiedliwienia dodam, że w tym czasie powstało sporo planów modelarsko-hobbystycznych, część z nich doczekała się realizacji, część z nich jest w trakcie wykonania, część, tą którą dzisiaj opiszę, pozostaje nadal w sferze marzeń.

Przeglądając swego czasu Fanaticusa znalazłem zdjęcia armi w nieco innych skalach niż dwie najbardziej popularne: 15mm i 25mm. Moim oczom ukazały się wielkie zastępy wojowników, przypominające zapierające dech w piersiach oddziały znane z gier typu Rome: TotalWar. Postanowiłem dowiedzieć się nieco więcej. Tak znalazłem parę stron w wielkiej sieci, które pozwoliły wykluć się w mojej głowie pomysłowi zebrania armii w skali 6mm bądź 10mm. Poniżej zamieszczam linki do materiałów. Ostrzegam, niektóre zdjęcia naprawdę zapierają dech, zalecany aparat tlenowy.
Co do moich planów, to jak do tej pory mam sam pomysł – zbieranie armii w tej skali. Wiem jeszcze, że aby kiedykolwiek zagrać taką armią w DBA, będą potrzebował armii-przeciwnika, bo jak na razie nikt nie podzielił mojego entuzjazmu… Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, pomyślałem że dobrze by było przygotować dwie armie do rozegrania jakiegoś dobrze znanego z historii konfliktu. Przyszedł wiec czas na wybór armii. I tu na razie się zatrzymałem, nie wiem co wybrać, nie wiem gdzie szukać (albo wiem, ale nie mam czasu…)
Na tę chwilę rozważam następujące opcje:
  1. Achajowie vs Trojanie (Troja)
  2. Spartanie vs Persowie (Termopile)
  3. Aleksander Wielki i Macedończycy vs Persowie (wiadomo)
  4. William Wallace i Szkoci vs Anglia (wiadomo)
Od razu mówię, że szukając armii interesowały mnie pozycje zawierające sporo piechoty – po prostu lepiej wygląda w takiej skali. W tym miejscu miałbym prośbę do wszystkich czytających o podsuwanie własnych propozycji.

Na koniec umieszczam spis miejsc wartych odwiedzenia.
  1. http://folk.uio.no/arnsteio/DBXin6mm/
  2. http://www.io.com/~beckerdo/minis/miniother/Carthage6mm/
  3. http://www.wargames.co.uk/RandomS/Library/size.htm
Dodam jeszcze, że w planach być może zagości też stworzenie dwóch armii do Quadruple DBA opisanego w jednym z artykułów… jednak to przedsięwzięcie może okazać się niespełnialne… zobaczymy co czas pokaże.

I tym akcentem ogłaszam porządki na blogu za otwarte. Za tydzień postaram się napisać co nieco o projektach zakończonych/trwających.

De Bellis Antiquitatis

Od wielu dni nie mogłem się doczekać na moją pierwszą armię do DBA(czy może DBM?) w 15 mm. Ruś Kijowska zawitała u mnie dzisiaj. Byłem bardzo zadowolony, kiedy Misio zadzwonił dziś do mnie i powiedział, że ma paczkę w rękach. Pojechałem, ujrzałem i odebrałem. Powiem Wam, że figureczki są świetne. Jestem miło zaskoczony, bo myślałem, że będą o wiele mniej starannie wykonane. Figurki są bardzo dokładne i bardzo proporcjonalne, jak na tą skalę oczywiście. Pierwsze, co mnie zadziwiło to ich rozmiar. Są naprawdę maciupeńkie. W sumie wiedziałem, że będą małe, ale jakoś nie byłem przygotowany, że aż tak małe. Teraz zaczynam myśleć jak ja to pomaluję?

Essex, stąd są figurki, jest bardzo solidny, bo nie brak ani jednego modelu. Kupiłem sobie gotowy zestaw armii Russ. W zestawie są dokładnie wyliczone figurki także nie liczcie, że zostanie Wam coś na obóz. Na szczęście zaopatrzyłem się w dodatkowe modele przeznaczone właśnie do obozu, na razie nie zdradzam, to będzie niespodzianka.

W moim zestawie znajduje się dokładnie 44 Sp - włócznie, 4 LH - lekka kawaleria, 3 Cv - kawaleria, 4 Ps - „harcownicy”, 12 Bd - czyli tzw. miecze, a w tym elementy grupy dowodzenia. Niestety nic do rozdania, ewentualnie na wymianę, jeśli coś będzie pasowało do siebie. Są różne pozycje poszczególnych rodzajów modeli, nie za dużo, ale „taśma” to nie jest. Figurki wyśmienite. Dzięki Misio za zamówienie.

I po raz kolejny zadaję sobie pytanie: Jak ja to pomaluję?

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Podwójne oblężenie

W sobotę odwiedził mnie kolega Robson. Specjalnie na zestaw „batlowy” musiał zabrać wielką torbę. Przywiózł armię oraz... FORT. Powiem wam, że twierdza to kawał dobrej roboty. Prezentuje się świetnie. Architektura, że to tak nazwę, po drobnych modyfikacjach może pasować do kilku armii – Mrocznych Elfów, Orków i Goblinów, Imperium czy Chaosu. Trochę się zagalopowałem, mam nadzieję, że wkrótce Robson przedstawi na Zgiełku obszerny artykuł o budowie owej fortecy, bo warto. Rozegraliśmy dwa oblężenia, najpierw moje Imperium było oblegane przez „niedobre” Elfy, a później moje żywe trupy nabrały ochoty na zdobycie jakiejś twierdzy Mrocznych Elfów. Wyników nie zdradzam. Postaramy się przedstawić raport, a może i dwa z naszych potyczek. Grało się wyśmienicie, pierwszy raz miałem okazję brać udział w „Siege,’u” więc bawiłem się podwójnie świetnie. Mieliśmy sporo braków w zasadach gdyż niestety nie zaopatrzyliśmy się w oficjalne zasady i trochę musieliśmy improwizować. W każdym razie polecam tą zabawę wszystkim fanom Warhammer’a. Jeśli ktoś ma ochotę to zapraszam, Robson zostawił mi twierdzę na przechowanie ;)

Dzięki Robson jeszcze raz i zapraszam na rewanżowe oblężenia.

niedziela, 12 sierpnia 2007

Hobbystyczne powroty

Ostatni miesiąc, może troszkę dłużej, to czas intensywnych, hobbystycznych powrotów w moim wykonaniu. Pierwsze półrocze tego roku obfitowało w przeróżne wydarzenia, które, chciałem czy nie, odrywały mnie od mojej pasji. Co prawda cały czas robiłem coś na Bitewny Zgiełk, domalowałem armię i zagrałem nią w kampanii, ale wszystko to znajdowało się w cieniu ważniejszych, życiowych sytuacji. Jeszcze jedną rzeczą, którą umknęła mi zupełnie, to cotygodniowe spotkania wargamingowe w pracowni STRATEG, w których naprawdę lubiłem uczestniczyć.

Wczoraj w końcu udało mi się to zmienić. Pobłogosławiony przez żonę i oficjalnie nagrodzony całym dniem wychodnego, pobiegłem z samego rana na Mokotowską. Tam oczywiście było grane... Przy dużym stole nakrytym suknem rozgrywała się batalia z okresu II Wojny Światowej, w której niemieckie siły szturmowały okupowaną przez Sowietów wioskę. Gra rozgrywała się w systemie G.I.Commander, który charakteryzuje się dość skomplikowanymi, w dużym stopniu wiernie symulującymi rzeczywistość zasadami. Wielogodzinną rozgrywkę zakończył, jak to powiedział jeden z grających, brak inicjatywy do dalszego szturmowania umocnień ze strony Niemców. Początkowe, kosztowne błędy, spowodowały, że Sowieci pozbawili ich wsparcia ze strony ciężkiego sprzętu i pozostawiły piechotę w bardzo ciężkiej sytuacji.

Przy mniejszych stołach rozstawiono dwa pola bitwy do systemu DBA. Na jednym Ateńczycy ścierali się w braterskiej wojnie ze Spartanami, na drugiej zaś Partowie karali Armeńczyków za ich służalczość względem rzymskiego najeźdźcy. Skorzystałem z okazji i zająłem pozycję dowodzącego Partami. Zadanie nie było łatwe, bowiem moja armia składała się wyłącznie z jazdy, w większości słynnej, lekkiej kawalerii partyjskiej, przeciwnik zaś posiadał dodatkowo niemało lekkiej piechoty, a teren był wyjątkowo niesprzyjający. Armeńska jazda zajęła bezpieczne pozycje w centrum pola pomiędzy stromymi wzgórzami a lasem, zaś ich flanek broniła ukryta w tym ciężkim terenie piechota. Już w pierwszych chwilach bitwy zauważyłem, że nie mają się też zamiaru w ogóle stamtąd ruszać, zmuszając mnie do wejścia wprost w paszczę lwa i ryzykowania otoczeniem. Pozorując ruchy na flankach, udało mi się wywabić część piechoty z dala od głównej linii wroga. Nieco niezdecydowania w działaniach piechoty dało mi czas do zaatakowania centrum wroga. Uderzenie udało się lepiej niż mogłem się spodziewać. W jego wyniku Armeńczycy stracili dwa elementy jazdy, linia została podzielona i odrzucona w tył w pobliże swojego obozu. Ten cios jakby ocucił mojego przeciwnika i w odważnych posunięciach jego piechota pozbawiła mnie jednej z harcujących jazd i, o zgrozo(!), generała. Przy stanie 2:2 udało mi się jednak zapędzić Armeńskiego wodza w pułapkę bez wyjścia i pozbawić go życia. Krwawa bitwa, bitwa podczas której zginęli obaj generałowie, skończyła się wynikiem 3:2 dla Partów, czyli dla mnie. To była naprawdę ciężka i emocjonująca potyczka, która sprawiła mi naprawdę dużo przyjemności. Dziękuje Pawle!

Dzień w pracowni zakończył się bardzo przyjemną, blisko dwugodzinną, dyskusją na temat naszego wspólnego hobby. Przyznam się, że bardzo mi tych spotkań brakowało i daję słowo, że będę częściej wybierał się na Mokotowską. Człowiek musi mieć coś z życia.

Czasem trzeba...

„Czasem trzeba trochę popiłować”. To cytat z Tsara, z dnia wczorajszego. Czasem? Trochę? Oj, nie tak sobie wyobrażałem batlową emeryturę malarską. Sądziłem, że od czasu do czasu jakaś figurka sama do mnie przyjdzie i złoży podanie o nałożenie kolorów. Mając wczoraj niesamowitą chęć na malowanie, wyczekiwałem tego momentu. I co? I nic, żadna się nie zjawiła. Wszystkie bowiem leżą w częściach, nie przygotowane do malowania, nie mówiąc o oczyszczeniu ich z fabrycznych wad. Ależ byłem niezadowolony! Nienawidzę pracy z pilnikiem, wiertarką i poxipolem. Czarna, niewdzięczna i brudna robota, a na końcu i tak cały świat internetowych krytyków wytknie człowiekowi, że „o tu! nieoszlifowane!!! badziew jakiś pokazujesz! Ihaaa”.
Zamiast więc ukierunkować przypływy weny na malowanie, oddałem się opisywanemu wyżej zajęciu. Udało mi się częściowo przygotować jedną figurkę, nad drugą muszę jeszcze popracować z greenstuffem, trzecia wreszcie to zaledwie 75% zaawansowania w składaniu. Na zdjęciu można zobaczyć, o kim mowa. Przy okazji więc, prezentuję dzisiaj swego rodzaju ‘sneek peak’.
Wymiękłem wczoraj tuż przed północą, ale koniecznie chciałem jeszcze coś pomalować. Znalazła się jedna ofiara z gotowym podkładem (nie licząc Eldarów, których posiadanie zaczyna mnie świerzbić). O nieszczęsny! Dostał dwa kolory i trzeba go będzie malować od nowa. Mówię o slayerze ungrima…
Perspektywy są niestety równie kiepskie. W pudełku czeka na mnie jeszcze sporo niezłożonych miniatur. Zaczynam tęsknić do czasów, kiedy do woli wyciągałem z półki przygotowane figurki – zwykle według nastroju, impulsu czy pod wpływem chwili. Ech, pojęczałem dzisiaj znowu...

sobota, 11 sierpnia 2007

Synowie Marsa

Przygotowując kampanię Mars Ultor wpadłem na pomysł urozmaicenia i wzmocnienia występujących w grze armii za pomocą oddziałów najemników. Idea była taka, aby przygotować kilka dodatkowych elementów, przedstawiających różne rodzaje wojsk i ludów starożytnego świata, epoki wojen punickich. Tę pracą uszczęśliwieni zostali oczywiście gracze, w miarę ich możliwości.

Pomysł okazał się całkiem dobry i mam wrażenie, że spodobał się pozostałym uczestnikom. Najemnicy stali się dość istotną częścią strategii graczy (tak było w przypadku moich Kartagińczyków) choć nie było ich tak wielu jak sobie założyłem. Mimo niewielkiej liczebności, należy im się miejsce w tym dziale. Dopełnili bowiem  w ten sposób listy obecności naszej pierwszej, historycznej kampanii DBA.

W dalszej części artykułu, oddaję głos osobom, które w jakiś sposób przyczyniły się do powstania poszczególnych oddziałów najemniczych. Niech opowiedzą o nich kilka słów:

Sławomir Okrzesik

Balearscy procarze
Sławomir Okrzesik

Baleary to archipelag wysp u wschodnich wybrzeży Hiszpanii. To stamtąd pochodzili starożytni procarze, których sława dorównywała procarzom z Rodos czy kretańskim łucznikom, a nawet ją przewyższała. Proca była ulubioną bronią wyspiarzy, szkolił się w niej każdy młody chłopak, osiągając umiejętności rzadkie u innych ludów.

Do stworzenia tego elementu użyłem figurek z zestawu firmy HaT (8019 Carthaginian Spanish Infantry), które idealnie odpowiadają przekazom historycznym dotyczącym wyglądu i uzbrojenia. Balearscy procarze nie używali zbroi, a za odzienie służyły im lniane tuniki i lekkie buty ze skóry lub płótna. Ekwipunku dopełniała torba na pociski, sztylet i same proce (mogły być dwie lub trzy). Warto podkreślić, że mieszkańcy Balearów nie używali kamieni jako pocisków do proc, a specjalnie w tym celu wypalanych, glinianych kulek, dzięki którym zasięg celnego strzału sięgał nawet powyżej 100m. 

Greccy hoplici
Marcin Okrzesik

Wśród wojsk najemnych w kampanii, zabraknąć nie mogło Greków. W mnogich konfliktach ówczesnego świata, praktycznie nigdy ich nie brakowało. Często zdarzało się nawet (oczywiście prócz nie tak rzadkich konfliktów między samymi Grekami), że poszczególne grupy najemników stawały przeciwko sobie, czy też przeciw greckiej armii. Rekrutowali się tak z ludów zamieszkujących Grecję kontynentalną, jak i Azję Mniejszą. Okres w którym rozgrywany był Mars Ultor przypada na końcowe już lata świetności i popularności tych oddziałów. Od czasów bowiem panowania Rzymskiego, znaczenie wojsk najemnych bardzo się zmniejszyło, a sami grecy służyli jeszcze, ale już jako oddziały auxilii w armiach rzymskich więc i najemnikami nazwać ich nie można.

Zatem, mimo mocnej reprezentacji pod postacią Związku Achajskiego czy też uznającej się za Greków (nie bez przyczyny) Macedończyków, znalazło się jeszcze miejsce na oddział hoplitów, złożony z moich zapasów. Figurki pochodzą z greckiego zestawu Zvezdy (8005 Greek Infantry), przedstawiają dość typowy obraz hoplity Greckiego, z nieodzownym hoplonem, uzbrojonego we włócznie i krótki miecz. Wyposażeni dodatkowo w lekkie skórzane napierśniki i miedziane nagolenniki. Oddział został przygotowany i pomalowany przez Robsona. 

Italicka jazda i piechota, numidyjscy jeźdźcy
Adrian Stolarczyk

Moje zadania w ramach przygotowań do kampanii Mars Ultor objęły również malowanie trzech elementów najemnych. Zdążyłem z dwoma, o których można przeczytać na moim blogu. Wspomnę jedynie, że chodzi o italską piechotę, malowaniu której towarzyszyły rozterki co do ostatecznej koncepcji kolorystycznej. Drugi element, to słynna lekka jazda numidyjska, którą upodobałem sobie ze względu na estetykę wzoru i wrodzone zamiłowanie do konnicy.

Trzeci element, którego nie udało mi się ukończyć w założonym terminie, to jazda italska (lub kampańska). Mam do niego pewien sentyment, głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, reprezentuje on oddział konny plemion zamieszkujących półwysep apeniński, które na długo przed dominacją Rzymu stworzyły prężne ośrodki cywilizacyjne. Ponieważ uwielbiam dzieje ‘sprzed’ popularnie dostępnej historii (dla przykładu historia przodków Mieszka I), lubię sobie wyobrażać, że owi konni to italski (etruski?) wódz i jego obstawa, uchwyceni w momencie, w którym patrzą ze szczytu skał na maszerującego wąwozem wroga. Po drugie, lubię niedopowiedziane lub niedokończone historie. Dla przykładu, uwielbiam oglądać plany francuskich czy niemieckich pancerników, pod które nigdy nie położono stępki, i lubię zastanawiać się, ‘co by było gdyby”. Podobnie jest w przypadku elementu jazdy italskiej. Kto wie, jaki wpływ mieliby na przebieg kampanii, jaką odegraliby rolę, na którym froncie walczyli, itd.

Co do wykonania modelu napomknę tylko, że postanowiłem włożyć nieco pracy w podstawkę oraz po raz pierwszy użyłem kasztanowego tuszu. No i strzeliłem sobie w kolana, wybierając biały na kolor tunik. Trudno się nim maluje… Mówię tak, jakbym przez dziesięć lat nie malował elfach tunik!!! Trzy elementy najemników, które wykonałem, były ciekawą odmianą od legionowej monotonii. Z pewnością urozmaicą moją półkę z tym okresem historycznym i ucieszą moje oko, ilekroć je tam zawieszę. 

Kretańscy łucznicy
Marcin Okrzesik

Czyli kolejny symbol najemnika antycznego. Kreteńczycy słynęli ze swego zamiłowania do sztuki łuczniczej, co też wielokrotnie zostało wykorzystane przez różne nacje. Oddziałami strzelców z Krety posługiwali się najwięksi  wodzowie tamtych czasów, Aleksander i Hannibal. Już sam ten fakt stanowi mocny list polecający dla każdego generała mającego możliwość wynajęcia ich usług. Kreteńczycy używali długich drewnianych łuków (choć według niektórych źródeł, mogli używać również łuków kompozytowych) o zasięgu nawet do 200 metrów. Dodatkowo posiadali przeważnie krótki miecz, rzadziej tarczę. Tak uzbrojeni, w charakterystycznych dla siebie, czerwonych tunikach (kolor ten utarł się już w mnogich przekazach, do dzisiaj jednak nie jest do końca pewne, czy Kreteńczycy tego koloru właśnie najczęściej używali), ruszali do boju dowodzeni przez każdego, kto mógł odpowiednio zapłacić.

Oddział na potrzeby kampanii, złożony został z łuczników znajdujących się w zestawie piechurów greckich Zvezdy (8005 Greek Infantry), pomalowany (oczywiście na czerwono) i ukryty zręcznie wśród skał przez MiSiA. 

Syrakuzańska artyleria
Sławomir Okrzesik

Właściwie nazwałem ten element syrakuzańskim tylko dlatego, by było bardziej klimatycznie. Przygotowana przeze mnie artyleria jest bowiem tak naprawdę rzymskim skorpionem, nieco mniejszym rodzajem greckiej balisty. Ten nie nadawał się do burzenia murów, ale za to budził uzasadniony strach wśród piechoty, która stała gdzieś po niewłaściwej stronie maszyny.

Element zawdzięczam, po raz kolejny, firmie HaT (#8035 Roman Catapults), z której figur został złożony. Obsługa również jest wyjątkowo nie grecka i przedstawia raczej późno republikańskich legionistów rzymskich. Cóż, nikt nie jest idealny.

I to już wszystko. Mam nadzieję, że ten krótki przegląd był równie interesujący, jak artykuły dotyczące innych naszych armii, które wzięły udział w kampanii Mars Ultor.

wtorek, 7 sierpnia 2007

Złoto dla zuchwałych

Skończyłem kolejny oddział do mojej armii imperialnej Oj, jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej szło mi to tak szybko jak ostatnie tygodnie. Tfu, tfu, żeby nie zapeszyć. Oby natchnienie malarskie trwało jak najdłużej.

Outriders to moje kolejne dzieło spod pędzla. Zostali pomalowani w kolorach Ostermarku. Zbroje zrobiłem im złociutkie żeby byli troszkę inni niż wszyscy, chociaż włócznicy ostatnio też „jak złoto” wyszli. Modele tego oddziału to nawet nie szósta edycja, a piąta. W szóstej zostali zlikwidowani i przywrócono ich dopiero w obecnej. Nowe plastikowe figurki z siódmej edycji nie podobały mi się więc skorzystałem ze starych. Jedynie co pojawiło się lepsze to konie i te mam nowe. Jeśli o koniach mowa, to przy ich malowaniu skorzystałem ze wskazówek w artykule Misia. Nie do końca malowałem według jego wytycznych, ale zaczerpnąłem sporo inspiracji. Myślę, że wyszły całkiem w porządku. Wracając do jeźdźców, niestety są to tylko dwa rodzaje figurek więc aby urozmaicić regiment trochę poprzekręcałem im tułowia. Skierowałem w tył, w górę itp. Muzyk został skonwertowany. Wyciąłem trąbkę z nowych wyprasek Outriders, wyciąłem miecz z metalowej figurki i wkleiłem instrument. Tego jednak tu nie zobaczycie, musicie zaglądnąć do Naszych Armii dokładnie tutaj.

Zabieram się teraz za kolejny oddział. Jeszcze nie wiem, co to będzie. Mam na oku łuczników lub kuszników. Jeszcze trochę mi tego zostało, więc sprężam się jak mogę. Byle do przodu.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

Jak pomalować tarczę?

Zgryz mam ciężki nie powiem, próbuję na różne sposoby, staram się podglądać u innych, ale nie wiem jak pomalować wojownikowi tarczę. Zazwyczaj na zdjęciach nie można dojrzeć jak inni to zrobili, bo po prostu ten fragment na zdjęciach rzadko występuje. Na różnego rodzaju turniejach czy spotkaniach są inne sprawy i mnóstwo emocji to i człowiek zapomni. Jak na złość również rzeźbiarze rzadko się starają nam ułatwiać i tarcza jest zazwyczaj płaska, bez żadnej faktury.

Że co? Głupoty opowiadam? Aaaa! Nie wspomniałem, że chodzi mi o tylną część tarczy co? Ano właśnie o tę jej część chodzi, bo przód – wiadomo, pole do popisu. Tył zazwyczaj, przynajmniej w moim wykonaniu, to po prostu zapychacz. Chlast! Trochę brązowej farby i zapominamy. A zapominać być może nie powinniśmy, wszak to kolejne pole do popisu, i czasami jedna z niewielu możliwości na ożywienie tylnej części figury.

Przy ostatnich figurkach zacząłem coś zmieniać, symulować jakieś deski, wszak to przecież drewno obciągnięte skórą czy obite blachą. Zarzuciłem kolor piaskowy, trzasnąłem jaśniejsze, pionowe paski i już. Cóż powiedzieć, zadowolony nie jestem, dlatego nie będę pokazywał jak mi wyszło. Może wy coś podpowiecie? Jakiś szybki i efektowny sposób na ożywienie tylnego elementu tarczy? Czekam na przepisy.

Tymczasem kolejnych pięciu Iberów do mojej armii hiszpańskiej stoi gotowych. Tymczasowo zarzucone zostały celtibryjskie warbandy, z powodu braku figurek (będę na dniach zamawiał!), i ruszyłem z auxiliami. Różnica właściwie tylko w hełmach, braku płaszczy i nieco we wzorach tarcz. 15 za mną, przede mną przynajmniej dwa razy tyle. Do dzieła!

Pomocnik

Chciałbym przedstawić Wam dzisiaj mojego pomocnika, a właściwie pomocniczkę. Koleżanka ze zdjęcia to Kropka. Niektórzy ją już mieli (nie)szczęście poznać :) Kropka ma dwa i pół miesiąca, mieszka sobie ze mną i wbrew pozorom wcale nie pomaga mi w malowaniu, a wręcz przeciwnie. Ostatnio wskoczyła mi na stół gdzie miałem kącik malarski i zdemolowała wszystko. Za to daje dużo uciechy. Kot jest szaleńcem, goni, gryzie, drapie, wspina się gdzie popadnie i co rano łazi mi po głowie. Miło patrzeć jak ten huncwot je i rośnie, jak bawi się czym popadnie, ostatnio ulubioną zabawką jest gąbka, wcześniej był zmięty papier i skarpetka. To by było na tyle, chciałem tylko przedstawić nowego członka rodziny. Uwaga! Atakuje stopy ;)

środa, 1 sierpnia 2007

Wyrzutnik sumienia

Idea

Człek ze mnie leniwy, do tego jakoś brak mi ostatnio motywacji do malowania. Chcę, knuję ale niewiele z tego wychodzi. Jednak jak wiadomo z myślenia wychodzą czasem różne dziwne rzeczy, więc myślałem. A co myślałem? Ano mniej więcej:

- Kopa ci trza, coś cię do pracy musi napędzać, coś motywować, pomagać.”

I nic, nie mogłem znaleźć nic takiego, turniej żaden nie zbliżał się wielkimi krokami, w wfb nie ma z kim grać, do tego ciągle coś odwraca uwagę w inną stronę. Po jakimś jednak czasie, oko me padło na mały zmizerowany przedmiocik, leżący na parapecie mojego byłego już pokoju. Ha! To było to! Eureka! Kleopatra! Curie Skłodowska też! Nie czekając ni chwilę dłużej chwyciłem to w garść i pobiegłem z kurzu obmyć, i tak narodził się Wyrzutnik Sumienia.

Plan
Do wykonania wyrzutnika nie trzeba wiele ani pracy, ani chęci, ani zdolności. Już samo to zdaje się gwarantować sukces osobom mojego pokroju. Najważniejsze żeby to coś, coś czego potrzebujemy nosiło oznaki pudełkowatości, przezroczystości i braku kurzenia się wewnętrznego. Dodatkowo może przydać się jakiś kawałek gąbki, czy też, jak w moim przypadku, kawałek papieru toaletowego. Jak mamy już takie pudełko to:
  • wykładamy je czymś miękkim,
  • wkładamy tam figurki które mamy pomalować albo są zaczęte acz nie skończone,
  • zamykamy co by się nie kurzyło,
  • umieszczamy w miejscu gdzie wzrok nasz pada często (nie na telewizorze).
Zasada działania
Jakże prosta, a jakże genialna! Wyrzutnik działa poprzez bodziec wzrokowy który połączony systemem nerwowym z sumieniem powoduje wyrzuta. Wyrzutnik z zasady nie działa w przypadku osób bez sumienia zatem. Stawiając go na widocznym miejscu, np. na biurku przy którym zwykliśmy zasiadać, czy obok łóżka jeśli ktoś niezbyt siedzieć lubi, narażamy się na ciągłe bombardowanie wspomnianymi wzrokowymi bodźcami, które ruszają nasze sumienie, wywołują myśli o malowaniu, tęsknotę do pędzla, pomysły jak zaczęte figurki dokończyć i za co zabrać się później aż ostatecznie powodują zabranie się za malowanie. Nie pozostało nic innego, niż pomysł w życie wprowadzić, robiąc przy okazji za beta-testera.

Podsumowanie testów
Testami zająłem się zatem bez zwłoki, do wyrzutnika trafił kuszniczy kwartet któremu barw zabrakło od pasa w górę (biorąc pod uwagę, że krasnolud od pasa w dół nie stanowi dużego wyzwania artystycznego, nazwać ten etap malowania można stanem surowym) sam zaś wyrzutnik stanął na specjalnym stoliku przeznaczonym do malowania, po mej prawicy.
Było to miesiąc temu, pierwsze dwa tygodnie dumnie nazywałem testami, kolejne dwa – pogodną rezygnacją. Jakie wnioski zatem? A takie, że wyrzutnik sprawuje się doskonale... jako powstrzymywacz kurzenia się figurek. Co do jego działania głównego, to po kilku godzinach przesiadywania obok niego, stał się częścią krajobrazu, jak plamka na ścianie co denerwuje przez pierwsze 2 godziny a potem przestaje zwracać uwagę, czy włącznik światła widniejący na horyzoncie. Wyrzutów nie uświadczyłem, sam wyrzutnik ma sie dobrze, jednak nazwę wymyślić trzeba będzie chyba inną, bo ta nijak nie pasuje.

Wnioski
Wnioski w sumie przedstawiam na zasadzie alternatywy, bo doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jak stwierdzę u siebie tylko jedną z tych przypadłości, dwóch na raz bym nie zniósł.
Albo nie mam sumienia, albo kiepski ze mnie wynalazca. 

RSS FeedRSS