środa, 30 lipca 2008

Gorączka sobotniej nocy

...a właściwie to piątkowej... zaczęła się już w poniedziałek 21 lipca Roku Pańskiego 2008. A może nawet wcześniej? Jak przez mgłę pamiętam jakieś rozmowy o nowych Mrocznych Elfach, które prowadziliśmy podczas powrotu z drugiego zjazdu Opus Europa... jakieś przebłyski szaleńczych pomysłów, które zacierały mocne postanowienie pozbycia się posiadanej armii do WHB zaraz po premierze nowej księgi armii... jakieś szepty wśród nocy, jak mroczne inkantacje jeszcze mroczniejszych czarodziejek... Cienie wysokich wież czarnych ark, i krzyki spętanych niewolników... Czy ja nie używam za dużo znaku wielokropka? I czy nie odchodzę za bardzo od tematu? Czasem człowiek za bardzo się wczuwa, ogarnia go gorączka, i żądza dokonania czegoś wielkiego, posiadania czegoś specjalnego i jedynego, tylko ze względu na właściwości tego czegoś i własny sentyment. Nie liczą się wtedy żadne trudności, przeszkody, koszty. I tak właśnie było z moim nowym nabytkiem: na pierwszym planie widać 12 staroedycyjnych (6 ED)  DE Corsairs. Kosztowali około 3-4 razy więcej niż nowe plastikowe modele, wypuszczone z okazji wydania nowego podręcznika. A mimo to kupiłem, musiałem je kupić. Bo są, byli po Executionerach najładniejszymi figurkami 6ED... Od wspomnianego poniedziałku odwiedziłem 3 sklepy, wszedłem na kilkanaście portali, forów, sklepów internetowych. Znalazłem 4 blistery. Ale nadal czuję żądzę posiadania – potrzebuję okrągłą 18... jeszcze 2 blistery... Gorączka sobotniej nocy nadal trwa, i trwa mać... Gorączka odbiła się jeszcze katarem i w promocji udało mi się nabyć widocznych z tyłu Cold One Riders – dokładnie tylu ilu mi było trzeba. MiSiO mnie chyba obije, albo utnie głowę, bo przez to odsuwa się w czasie widok na moja armie do BBDBA... ale cóż, tak to już czasem jest... nałóg to straszna rzecz.

Ale abstrahując od wszelkich chorób i dolegliwości, chciałem napisać, ze miałem okazję zerknąć na nowe zasady Mrocznych Elfów. Podstawowo bardzo mi się podobają. Wszystkie oddziały, które były słabe, drogie i/lub nieużyteczne zostały poprawione. Harpie, o których już kiedyś pisałem z przykrością, ze nie widzę dla nich miejsca, nagle stały się niezłym oddziałem taktycznym - mimo ze nadal są niezbyt silne, przeniesione do sekcji Core i ze zniesionym ograniczeniem 0-1 na armie mogą stanowić niezłą jednostkę niszczącą maszyny, czy służącą do wyciągania wrogich oddziałów na szarże innych naszych jednostek. Inna zmianą, na którą czekałem to Armor Piercing dla kusz. Przydatność wzrosła (np. przeciwko ciężkiej kawalerii – poprzednie kusze były praktycznie do niczego w porównaniu z imperialnym handgunem itp.), ale na szczęście nie „przepakowano” np. zwiększając siłę do 4. Nadal Repeater crossbow ze swoim S3 jest bardzo delikatnym i wysublimowanym urządzeniem, właściwym Elfom, ale teraz znacznie bardziej zabójczym. Ogólnie wszystkie zmiany w oddziałach na lepsze, ale nie przesadzono, czego nie można powiedzieć o sekcji magicznych przedmiotów... Tutaj mamy istną wyprzedaż z serii „cuda na kiju”. Już znalazłem sposób jak stworzyć niezniszczalnego bohatera... 3+ AS, 2+Ward na ataki z siłą 5 i większą, regeneracja... Jak się uprzeć to jeszcze Magic Resistance(2). Posadź takiego na smoka, albo włóż do oddziału stubborn lub unbreakable... I nic go nie ruszy, chyba pech w kosciach. Tutaj niestety twórcy trochę przesadzili z wyobraźnią. Ale cóż, muszę poczekać aż zobaczę to wszystko w podręczniku na żywo. Wtedy pewnie, być może z kolega Szeperdem spiszemy nasze wrażenia.

Delfy

Rzadko wracam do poprawiania malowanych kiedyś figurek. W zasadzie prawie wcale. Niech pomyślę… tak, to książę Tyrion miał ten zaszczyt. No i może kilka tzw. prototypów, które kąpały się w rozpuszczalniku tuz po negatywnych wynikach mojej oceny. Dzisiaj właśnie wróciłem do pewnej figurki ale skończyło się jedynie na wymianie podstawki. I dobrze, bo malowanie, choć dość ascetyczne i sprzed paru lat, nie grzeszy niczym, co raziło by oczy czy wymagało konkretnych poprawek. Chodzi o dość klasyczny wzór z armii Dark Elves - konkretnie ichniej magiczki. Sprawa nie nowa, a przecież towarzyszyła mrocznym koleżkom przez co najmniej dwie edycje. I całkiem zasłużenie, bo nawet dzisiaj nie razi jakimś przestarzałym designem. Postanowiłem więc, że wydobędę figurynkę z mroków walizki i nadam jej właściwego wyglądu poprzez dobranie odpowiedniejszej niż zielona podstawki. Przy okazji miałem szansę odgrzać pewne wspomnienie z 2001 roku a konkretnie urodziny - właśnie to ta figurka była prezentem, któremu towarzyszyła dedykacja, abym wrócił do bitewnego hobby. Wspomnienie ciepłe i tylko moje - kropka. Natomiast jest i być może w tym pewna prawidłowość - w najbliższy weekend premiera nowej edycji armii Dark Elves do WFB. Trochę mnie korci, żeby dodać czarodziejce jakąś ubraną na czarno obstawę. Tymczasem pięć minut dla mojego urodzinowego prezentu sprzed kilku lat…

poniedziałek, 28 lipca 2008

Ostatnie Królestwo Niebieskie...

Ostatnie Królestwo Niebieskie zgotował mi kolega MiSiO na sam koniec potyczkowego dnia na ostatnim zjeździe kampanii Opus Europa. Niczym wojska Królestwa Jerozolimy dowodzone przez Gwidona de Lusignan  powierzone mi pod dowództwo połączone siły królestw zachodnio- i wschodnio-frankońskego żwawo ruszyły na spotkanie, jak się potem okazało, ostatecznego przeznaczenia. W epickiej bitwie, stoczonej w dzikich krainach Narwii przeciwko koalicji państw słowiańskich  poległo bez mała 5 tysięcy najlepszych i najzacniejszych zachodnich rycerzy... gdyby policzyć do tego poległe zastępy oddziałów zaciągniętych z pośledniego ludu, klęska moich wojsk przeważyłaby tą, którą Hannibal zgotował Rzymianom nad jeziorem Trazymeńskim. Zmęczeni po długim marszu, otoczeni i zamknięci w nieprzyjaznych ostępach słowiańskich lasów i bagien po ciężkich bojach w końcu ulegli. Spryt i geniusz taktyczny, którym może pochwalić się książę Miśko I, na zawsze zostaną zapamiętane... tak jak jego wiktorie.

Ale ale, co dlaczego tak przynudzam? W końcu skończyła się druga kampania organizowana przez członków Bitewnego Zgiełku, jeszcze większa niż poprzednia i zrealizowana z rozmachem... Choć drugie spotkanie cierpiało na niedobór graczy. Za to było jak zwykle miło, sympatycznie i przepięknie w sensie modelarskim. Całość okraszały rozmowy, projekcie filmów instruktażowych z profesjonalnym komentarzem i atmosfera miejsca spotkania – ktoś nazwał to Krainą Narwii, ktoś inny lasem Lothlorien... w każdym razie było tam zielono i magicznie... była nawet szafa, ale bez czarownicy. Teraz już tylko pozostaje czekać na pełne sprawozdanie z imprezy z podsumowującymi statystykami. Zdradzę, ze do kampanii przygotowano ponad 650 figur na 200 bazach... Dla mnie istna uczta hobbysty-kolekcjonera!

PS. Dzieki Niebiosom, książę Misko nie poszedł w ślady Saladina i nie obciął mi głowy po bitwie... dzięki temu mogę jeszcze pisać te słowa w przerwie na zbieranie złota na okup... btw. ktoś wspomoże? ;-)

środa, 16 lipca 2008

Po kolana w błocie

A zaczęło się tak: „Od Generała Brygady
Proszę zaatakować i zdobyć las znajdujący się przed naszą prawą flanką. Huzarzy będą ubezpieczać Pana lewą flankę.”

No i ruszyłem. Dwa bataliony pruskiej landwery miały wspomagać batalion muszkieterów. Całość osłaniały dwie kompanie fizylierów ustawione w pół-tyraliery.  Wszystko pod dowodzeniem jednego pułkownika (czyli mnie), a przed nami był długi marsz przez zaorane, błotniste pole uprawne wprost pod ogień ukrytych w lesie Francuzów.

Cóż mogę powiedzieć, nie spisałem się. Najpierw zmieszałem szyki jednego batalionu landwery, później dałem sobie zaszarżować fizylierów przez kawalerię wroga, a na koniec zaszarżowałem muszkieterami na francuską linię. W efekcie cała nasza flanka poszła w rozsypkę i zbieranie jej zajęło zbyt dużo czasu, aby przeprowadzić drugi atak.

O czym ja do diabła mówię? Mówię o swoich pierwszych próbach dowodzenia armiami epoki napoleońskiej na zasadach „Napoleonic Warfare”. Grze tej przyglądałem się już od bardzo dawna, z daleka oczywiście, bo grający w nią budzili mój respekt swoją wiedzą wojskową, umiejętnościami i zacięciem do wielogodzinnych potyczek. W końcu powiedziałem sobie, raz kozie śmierć i poprosiłem, znanego z naszych łam, Huberta Kłaka, żeby wprowadził mnie w tajniki gry. Dwa szkoleniowe spotkania później dostałem pierwsze poważne zadanie. Jak mi poszło? Napisałem powyżej.

Na koniec, kiedy chowaliśmy tereny i figurki, moi współgracze zapytali mnie, czy już ostatecznie zniechęcili mnie do tej gry. Ależ wręcz przeciwnie! Mimo mizernych efektów mojego dowodzenia uważam tę grę za jedną z najlepszych z jaką kiedykolwiek się spotkałem. Jest bardzo złożona, wiernie oddaje rzeczywistość, bardzo przypadło mi do gustu symultaniczne rozgrywanie ruchów i model łańcuchu dowodzenia w armii.

Pozostało mi teraz tylko dużo ćwiczyć, sporo się uczyć i próbować, próbować, próbować. Może, któregoś dnia odniosę jakieś niewielkie zwycięstwo? Póki co z niecierpliwością czekam na kolejną bitwę. O ile ktoś powierzy mi jeszcze kiedykolwiek jakieś wojsko do dowodzenia.

Wojna w średniowieczu

Wojna to zjawisko, które towarzyszyło dziejom ludzkości niemal od zawsze. W jednych okresach historycznych występowało z mniejszym, w innych z większym nasileniem. Epoka średniowiecza to czasy, w których wojna była w centrum życia społecznego. Nie tylko decydowała o tym sama skala czy częstotliwość konfliktów, lecz istnienie warstwy zawodowych wojowników, którzy jednocześnie stanowili wówczas najbardziej uprzywilejowaną grupę społeczną i których zwyczaje i mentalność odciskały się na kształcie całej ówczesnej cywilizacji. Tej swoistej wyjątkowości średniowiecza i średniowiecznej wojny poświęcona jest praca Philippe'a Contamine pt. "Wojna w średniowieczu", wydana w Polsce w roku 1999 przez wydawnictwo Bellona (oryg. La Guerre au Moyen Age).

Książka stanowić miała w zamierzeniu autora syntezę wiedzy na temat historii militarnej epoki, prezentując między innymi najnowsze wyniki badań. Jeśli chodzi o to ostatnie, rzeczywiście jest ona w wielu punktach przełomowa.

Autorowi udało się zweryfikować wiele dotychczasowych poglądów, często stereotypów, poprzez które w sposób nieświadomy, zarówno historycy, jak i osoby interesujące się historią postrzegają średniowiecze. Przykładem może być pogląd, że wodzowie w średniowieczu nie dowodzili podległymi im oddziałami, albo, że czynili to w bardzo ograniczonym stopniu, najczęściej po wydaniu rozkazu do ataku rzucając się bezpośrednio do walki. Mieli kierować się przy tym ideałami rycerskimi i zasadami obowiązującymi na turniejach. Tymczasem, jak wskazuje autor, znane są spisywane wówczas na zachodzie traktaty wojenne, przewidujące zgoła coś zupełnie odmiennego. Nie przesądza to o tym, że faktycznie walczono w sposób zorganizowany, pod kierownictwem nieuczestniczących w walce dowódców, jednak typowe rozróżnienia, ostro przeciwstawiające sobie pod tym względem sztukę wojenną wschodnią i zachodnią, okazują się nietrafne.

Podobnie rzecz się ma ze średniowieczną taktyką. Autor przykładowo wskazuje na istniejący w Burgundii w XV wieku zwyczaj opracowywania przed każdą staczaną bitwą jej planu. Często czynności te wykonywał sam książę, oczywiście z pomocą swoich kartografów i wyższych dowódców. Znane są ponadto ze źródeł przedstawienia szyków wojsk, czego przykładem może być szyk idealny Karola Zuchwałego. Istnienie tego rodzaju zapisów wskazuje, że w średniowieczu, podobnie jak w innych epokach, istniała myśl wojskowa, która przejawiała się niejednokrotnie w bardzo zaawansowanych jak na tamtą epokę formach. Wojska na polu bitwy, w ramach ówczesnego poziomu techniki, potrafiły stosować zorganizowane formy walki.

Te dwie kwestie wydały mi się kluczowe jeśli chodzi o prostowanie ogólnej wizji średniowiecza jako dzikich czasów, w których nie istniała żadna cywilizacja. Nie są to jednak jedyne ciekawostki, które możemy napotkać w tej książce. Contamine dużo miejsca poświęca zasadom powoływania i utrzymywania sił zbrojnych. Bardzo wyraźnie widać jak płynne są w odniesieniu do średniowiecza rozróżnienia walczących na najemników i nienajemników. Dostrzeżemy też w oparciu o zawarte w książce przykłady, jak wiele wysiłku finansowego i organizacyjnego wymagało powoływanie i utrzymywanie pod bronią armii, zwłaszcza na wyprawach zagranicznych. Bardzo ciekawie i dobitnie ukazane zostały zagadnienia ideologiczne dotyczące wojny, jej obecność w życiu codziennym, myślenie kategoriami i z użyciem pojęć ze świata wojny o sprawach cywilnych, w tym przez ludzi Kościoła.

Całkiem sporo miejsca poświęcono również artylerii, zarówno z epoki przedprochowej, jak i prochowej. Bardzo wyraźnie widać, jak wielkim przełomem technologicznym i taktycznym było dla ówczesnych pojawienie się dział. Wysoka pozycja artylerii znajdowała również wyraz w dużym poważaniu, jakim otaczano pierwszych puszkarzy i wytwórców dział.

Oczywiście autor nie skupił się w swoim dziele jedynie na wybranych aspektach średniowiecznej wojny, w oderwaniu od realiów politycznych epoki. Znajdziemy w książce i tradycyjne ujęcie chronologiczne. Całość podzielona bowiem została na wyraźne dwie części: pierwsza zawiera omówienie, niemal chronologiczne, dziejów militarnych średniowiecza, druga poświęcona została wybranym zagadnieniom, takim o jakich przykładowo wyżej pisałem. W pierwszej części poza tym, czego w zasadzie z góry można się spodziewać, znajdziemy między innymi analizy dotyczące rozwoju fortyfikacji i opis metamorfoz, jakie przechodziła w średniowieczu piechota, ewoluująca od formacji drugorzędnej i pogardzanej do decydującego rodzaju broni w zmaganiach końca XV wieku (jak to było np. ze szwajcarskimi pikinierami).

Do zalet książki należy niewątpliwie barwny język, duża ilość przywoływanych faktów i źródeł, znakomite miejscami cytaty z epoki. Do wad, z mojego punktu widzenia, jeśli już miałbym się ich doszukiwać, zaliczyłbym nie tak dużą jak można by oczekiwać ilość informacji dotyczących taktyki i strategii, gros tekstu to jednak tematyka związana bardziej z problemami organizacji sił zbrojnych. Mimo to książka jest w mojej ocenie znakomita. W literaturze przedmiotu, przy różnego rodzaju analizach dot. tematów w niej poruszanych bywa często powoływana jako punkt odniesienia. Choćby z tych względów warto się z nią zapoznać. Myślę, że dzieło Philippe'a Contamine warte jest polecenia wszystkim, nie tylko interesującym się historią średniowiecza. Jedno jest pewne: skutecznie leczy ze stereotypów i pozwala poznać historię tej epoki bez romantycznych naleciałości.

Wojna w średniowieczu, Philippe Contamine, Bellona


Ryszard Kita


Tekst opublikowany dzięki uprzejmości redakcji serwisu "Strategie i Stratedzy"

piątek, 4 lipca 2008

Fura umrzyka

corpse n, rodz. m
1 trup
2 zwłoki
3 padlina
4 truposz
5 umrzyk

cart v,
1 wóz
2 zaprząg
3 fura
4 furmanka
5 bryka
6 wózek
7 przewieźć
8 rozwieźć
9 wozić
10 furmanić

Z tego co wiem Corpse Cart został przetłumaczony jako Ścierwowóz. Podobno tłumaczenie to nie przypadło ludziom do gustu, a mi się tam nawet podoba. Chociaż bardziej mi pasuje propozycja z tytułu ;)


Chciałbym przedstawić jedną z moich prac dotyczącą nowych modeli umarlaków. Nie jest to pierwszy z nich, który pomalowałem, ale na pewno wyróżnia się wśród tłumu. Jedna z bardziej udanych miniatur wydanych ostatnio przez GW. Bardzo podobają mi się zombiki i żałuję, że wraz z nową edycją nie zostały wypuszczone takie właśnie figurki jako regularny oddział zombie. Nadal czekam i mam nadzieję się kiedyś doczekać.


W zasadach pojazd prezentuje się interesującą. Wbrew pozorom nie jest traktowany jako rydwan, a jako „Monster”. Jest jednostką „Core” jednak nie jest wliczany w minimum, dodatkowo można na nim posadzić naszego Nekromantę. Nie jest to jakiś przegięty wymysł z jakimi się ostatnio często spotykamy choć ma kilka ciekawych i przydatnych zasad. Nie miałem jeszcze okazji nim grać, ani też przeciwko niemu. Szczerze mówiąc jeszcze w ogóle nie grałem na nowe zasady VC.


Model można złożyć na różne sposoby wymieniając „woźnicę” i wykończenie tyłu. Montaż i malowanie nie należy do najprostszych ze względu na dużo wystających we wszystkie strony elementów, które są często ciężko dostępne. Stwierdziłem, że lepiej malować go w kawałkach, podczas gdy malowałem osobno jedynie Pana z batem.


Corpse Cart dał mi dużo satysfakcji, jestem zadowolony z uzyskanego efektu. Wóz pojechał do Francji do szczęśliwego zwycięzcy aukcji 
Do następnego spotkania z umrzykami.

środa, 2 lipca 2008

Coś innego

Jak się zastanowiłem stwierdziłem, że niewiele malowałem modeli poza Imperium i Wampirów. Przez ostatni czas miałem okazję intensywnie przysiąść do pędzli, intensywniej niż kiedykolwiek dotąd. Nadal jednak byli to nieumarli, pomalowałem nie małą armijkę.

Ostatnimi czasy miałem okazję usiąść do czegoś całkiem dla mnie nowego do bretońskiego rycerstwa. Knigths of the Realm to pierwszy oddział jaki miałem szansę malować do armii Bretonii. Nie było najłatwiej, dosyć kłopotliwe było malowanie koni ze względu na ciężki dostęp do ich „spodu”. Klient zażyczył sobie głównie biel z elementami niebieskiego. Biały jest bardzo trudny do malowania. Powiedziałbym nawet, że najtrudniejszy, ale cóż, trzeba próbować. Efekt możecie zobaczyć na zdjęciu, myślę, że wyszło całkiem dobrze.

Kolejną rzeczą, która sprawiła mi problem to heraldyka. Miałem namalować po 3 fleur-de-lys na każdej tarczy i miejscu przeznaczonym na symbole. Naliczyłem ponad 40 takich miejsc, czyli 120 kwiatów lilii! Wymyśliłem żeby użyć kalkomanii do nadruku. Tu niestety natrafiłem na problem z samym wydrukiem. Nie miałem dostępu do kolorowej drukarki laserowej, a na atramentowej wszystko się rozmywało. Na razie testy z kalkomanią zakończyły się fiaskiem. Może w przyszłości uda się coś wymyślić. Na razie sprawa jest otwarta i może ktoś wpadnie na jakiś pomysł, albo użyczy laserowej drukarki. Na dziś to tyle.

RSS FeedRSS