wtorek, 20 listopada 2007

Nauczycielska emerytura

Wszystkich tych, którzy spodziewali się, iż zajmę się w moim tekście dogłębną analizą plusów i minusów nauczycielskiego fachu w perspektywie ewentualnych dochodów emerytalnych, muszę niestety zmartwić. Nie wiem czy warto być nauczycielem i czy możliwa jest w tym zawodzie satysfakcja, zarówno finansowa jak i ta wynikająca ze spełniania się w swojej pracy. Ja chciałem mówić o czymś daleko mi bliższym, to znaczy znów o sobie, taki to już jestem wredny egocentryk.

Wyszukując co i rusz nowe sposoby spędzania wolnego czasu, spotykałem się zawsze z jednym i tym samym problemem. Jako, że większość z tych rozrywek wymagała wesołej kompanii, zazwyczaj na mnie spadała rola wprowadzającego ludzi w reguły zabawy. Nie powiem, żebym tego nie lubił. To zawsze miłe uczucie, kiedy udaje się przekonać innych do czegoś co działa na naszą wyobraźnię no i przy okazji pobyć choć trochę w centrum zainteresowania.

Jakoś tak to się zdarzyło, że właśnie ja w moim towarzystwie zachwalałem niezwykłe możliwości gier fabularnych, pierwsze, fantastyczne gry bitewne. Byłem jednym z heroldów odrodzenia się gier planszowych, czy w końcu upierdliwym lobbystą historycznych gier wojennych. Zawsze wiązało się to z pewną cierpliwością, szukaniem argumentacji, rozpościerania przed przyjaciółmi niezwykłych wizji no i koniec końców z przyjemnością zabawy w odpowiadającym mi gronie bliskich, i nieco tylko dalszych, ludzi.

W tym całym zamieszaniu wielu moich „uczniów” przerosło mnie o głowę, wielu z nich poświęciło się z większym zapałem jednej z reklamowanych przeze mnie form rozrywki, przygotowali piękne i liczne armie, swoje techniki modelarskie wywindowali na niedostępne dla mnie wyżyny. Tylko ja pozostałem w pościgu za kolejną zabawką, za ideałem i przyznam szczerze, zmęczyło mnie to strasznie.

Dziś coraz częściej zastanawiam się czy to nadal ma sens, coraz rzadziej mam ochotę tłumaczyć komuś podstawy tej czy innej gry. Za to patrzę ze smutkiem na pełną półkę nieużywanych podręczników, niepomalowanych figur, napoczętych makiet i zastanawiam się czy czegoś w tym swoim maratonie nie straciłem. „Czas już chyba najwyższy oddać pałeczkę komuś innemu” pomyślałem niedawno i zacząłem powoli, napotykając spory opór ze strony własnych przyzwyczajeń, odchodzić na swoją własną emeryturę. Jeszcze przede mną tylko konwent fantastyki na którym poprowadzę kilka spotkań, później koniec roku, czas na podsumowanie i noworoczne postanowienia. Oby tylko sprawdziło się to, że na emeryturze będę miał więcej czasu dla siebie i swojego hobby.

środa, 14 listopada 2007

Polska drużyna z okresu X-XI wieku

III/62a – Early Polish – 960 AD - 1201 AD 

Przygotowana na potrzeby kampanii Opus Europa, moja pierwsza armia 15mm, jest już od jakiegoś czasu gotowa. Ba! Udało mi się nawet zrobić w miarę porządne zdjęcia. Jednak tym, co zwykle pełni rolę hamulcowego, był opis armii. Wyskrobanie czegoś na glinianej tabliczce zawsze przychodzi mi z trudem. Nadszedł jednak ten wyjątkowy moment chwilowego przezwyciężenia niemocy…

Polska armia z okresu X-XI wieku zwana Drużyną, była tworem doskonale przystosowanym do defensywnej walki w leśnym terenie. Słowianie, w przeciwieństwie do innych nacji tego okresu, nie gloryfikowali wojny i śmierci w walce. Śmierć na polu bitwy była jak każdy inny rodzaj śmierci. Stąd ofensywne działania drużyn książęcych były sporadyczne i zwykle jedynie odwetowe. Mimo to, Drużyna, zawodowe wojsko ekwipowane i utrzymywane przez księcia, była armią bardzo sprawną. 

W jej skład wchodziły dwa główne rodzaje wojsk. Byli to pancerni oraz tarczownicy. Obecnie ciężko powiedzieć czy (pisze o tym np. Andrzej Nadolski w swojej pracy doktoranckiej) pancerni byli tylko jednym rodzajem jazdy, czy też podlegali jakimś podziałom. Wiemy tylko, że przeciwieństwie np. do ciężkiej jazdy Franków, która na otwartej przestrzeni i w zwartej formacji stanowiła znaczną siłę uderzeniową, pancerni na polu walki spełniali jedynie rolę pomocniczą. Ich działania zwykle ograniczały się do okrążania wroga na flankach czy ścinania uciekinierów. Ja jednak postanowiłem zrobić moich pancernych z modeli dość ciężko opancerzonych. Wykorzystując lukę w wiedzy na temat uzbrojenia jazdy wybrałem modele, które najbardziej mi się podobają. Mimo że wizualnie nie sprawiają już wrażenia wojska jedynie pomocniczego, to postarałem się o modele, które będą na tyle dynamiczne, żeby sugerowały szybkość. Pewnym nawiązaniem do pełnionej na polu walki roli, jest również model rzucający włócznią.  

Trzon armii stanowiła piechota, czyli tarczownicy. Tak jak w przypadku pancernych, tak i o nich nie wiemy wszystkiego. Przyjmuje się, że tarczownicy dzielili się na 2 główne rodzaje: wojów uzbrojonych we włócznie i tarcze (stąd nazwa) jak i drugich, dzierżących łuki i prawdopodobnie topory, których wygląd i uniwersalność zastosowań, nie tylko wojskowych najlepiej oddaje dzisiejsza góralska ciupaga. Problematyczne pozostaje też uzbrojenie ochronne używane przez tarczowników. Prawie pewne jest, że używali oni hełmów typu żebrowego. Użycie zbroi budzi większe wątpliwości. Możliwe, że noszono kolczugi, ale ja postawiłem na zbroje skórzane. Tarcze, to kolejna trudna do określenia część uzbrojenia obronnego. Czytałem, że używano podłużnych, okrągłych i migdałowych. Postawiłem więc na mieszankę tych wszystkich rodzajów, wychodząc z założenia, że nie było wtedy większej unifikacji uzbrojenia. Jeśli bacznie się przyjrzycie, zauważycie w tłumie włóczników jednego kapłana. Cóż… próby chrystianizacji terenów Polski podejmowano już w XI wieku, a nawet wcześniej.

Obóz wykonałem na podobieństwo grodu refugialnego, choć były one najpopularniejsze jakiś wiek wcześniej, a grody schronieniowe służyły głównie obronie przed resztkami np. Ordy Avarów. Jednak idea wału ziemnego jeszcze długo dominowała na terenach Polski więc uznałem, że i regufialne grody występowały i w późniejszym okresie. Jeszcze jednym powodem, dla którego postawiłem akurat na ten rodzaj wału jest jego prostota. Inne wały były po prostu bardziej złożone, co na pewno utrudniłoby wykonanie ich na tak niewielkiej podstawce, jaką jest baza pod obóz 8x8cm.

Na koniec coś o estetycznym dodatku do armii, jakim jest uchwyt do ZOC’a. Na figurkę Mieszka trafiłem na jednej z internetowych aukcji i wydała mi się idealnym rozwiązaniem i uzupełnieniem armii. Do tego kształt uchwytu bardzo ułatwia operowanie nim na polu walki. 

Michał Ciemniewski









sobota, 10 listopada 2007

Na NIESPECJALNE SPECJAŁY


Od wielu miesięcy, na przeróżnych forach, toczyły się gorące dyskusje pomiędzy miłośnikami, znawcami, graczami i kolekcjonerami armii High Elves, którą rozegrać można  bitwy w ramach systemu Warhemmer Fantasy Battle. Żywiołowe dysputy dotyczyły  prawdopodobnego kształtu zapowiadanej edycji kodeksu, jaka trafić miała na rynek jesienią roku 2007. Co jakiś czas temperaturę spekulacji podsycały przecieki ze studia projektowego firmy Games Workshop. Czy wydana właśnie, najnowsza edycja, której autorem jest Adam Troke, spełni oczekiwania globalnej rzeszy elfofilów?

Jeśli chodzi o mnie, to już czwarta z kolei księga HE, jaką posiadam. Poprzednie kodeksy towarzyszą mi od ponad dziesięciu lat. Tym samym czuję się upoważniony – przynajmniej częściowo – do poddania ocenie świeżo wydanej pozycji firmy Games Workshop.

Tło fabularne i graficzne

W poprzedniej edycji tło fabularne drastycznie zubożono - w stosunku do starszych wydań, podręcznik prezentował się w tej kwestii jak cienkich rozmiarów broszurka.  Zniknęła, dla przykładu, sporych rozmiarów nota chronologiczna, w której szczegółowo opisano dzieje kolejnych Królów Feniksów. Na szczęście nowy kodeks nadrabia skutecznie zaległości poprzednika w tej materii. Znów możemy czytać o starożytnych wojnach z Chaosem i dokonaniach tragicznego bohatera, którym był Aenarion. Z kart kodeksu dowiemy się o wielkiej schizmie wśród elfów, odkryjemy, kto wprowadził system powszechnego zaciągu, znajdziemy odpowiedź na pytanie dlaczego wykuto drugą Koronę Feniksa, itd. Również opis poszczególnych królestw Ulthuanu wrócił na swoje miejsce. Materiał nie jest nowy, w większości odgrzany – sięgnięto do archiwalnych zasobów, w kilku miejscach zmieniono jedynie kompozycję. Przykład? Proszę bardzo: historię Ulthuanu uzupełniono o losy Alith Anara – wcześniej (podręcznik z 1997 roku) historia tajemniczego wodza z Nagarythe znalazła się przy opisie bohaterów specjalnych. Historia to jednak nie wszystko. Tu i ówdzie wkomponowano miniaturowe teksty, z których dowiemy się więcej o panteonie elfach bóstw, przeczytamy sentencje wielkich wodzów czy podejrzymy trening adeptów sztuki wojennej. Wzbogacono mapy znanego i nieznanego świata. Również fabularne opisy poszczególnych jednostek prezentują się zacnie. Choć poziom literacki nie pretenduje rzecz jasna do Nagrody Nobla, niemniej miłośnicy fabularnemu fluffu powinni być zadowoleni. Ja jestem. Chociaż jednak coś zgrzyta – wiem, to lwie kły. Niestety uzasadnienie fabularne dla wprowadzenia nowego oddziału do tejże edycji jest liche. Rydwany z Chrace? Toż to górzysty i lesisty kraj, którego wojownicy – zacięci i prostolinijni, jak na lefie standardy, górale,  szczycą się posiadaniem lwich skór, zdobytych w rytualnej walce, po pokonaniu tychże dzikich bestii. Trochę ten pomysł z rydwanem dziurawy i za  dużo w tym wszystkim sierści.

Grafiki, włączając w to okładkę najnowszego kodeksu, która stanie się zapewne inspirację do licznych konwersji, uzyskujących następnie zawrotne ceny na światowych aukcjach, trzymają poziom. Kodeks zawiera zarówno znane z poprzednich wydań, znakomite prace, jak i sporą dawkę nowych, cieszących oko grafik. Sekcja ze zdjęciami miniatur – nic nowego, po prostu format i poziom znany z kodeksów innych armii WFB. Dodam jeszcze, że podręcznik jest wydany na wysokiej jakości papierze, przy zachowaniu rewelacyjnego koloru druku, zdjęć i grafik – estetyka wręcz celująca.

Oceniając tę stronę nowego kodeksu postawiłbym więc stopień bardzo dobry.

Nowe wzory miniatur

Tu akurat totalny blamaż – to jedyny, w miarę przyzwoity komentarz, na jaki sobie pozwolę. Jeśli ktoś liczył na kompletny redesign to srodze się zawiedzie. Nowości jak na lekarstwo a i te nie grzeszą pomysłowością czy eleganckim kształtem. Budzą raczej mieszane uczucia. Przywodzą na myśl to, co stało się z armią Imperium, której reedycja trafiła na rynek początkiem tego roku – wówczas skutecznie nadano fizjonomii cesarskich żołnierzy rustykalnego, że tak się wyrażę, sznytu  a miniatury nabrały obłych, topornych wzorów. Posunięcie to mocno dziwi – szczególnie po apetytach jakich nabrać można było przy okazji wydania armii elfów z Athel Loren.

Wracając do tematu: w przypadku HE odświeżono Wojowników Cienia z Nagarythe (Shadow Warriors) – wg mnie poprzedni wzór wypada tu lepiej. Drugim (i ostatnim!) z nowych oddziałów jest rydwan zaprzęgnięty w białe lwy. Oczywiście tu trudno o porównania, gdyż jednostka jest nowa – niemniej akurat ten wzór może się podobać. Tak czy inaczej to o wiele za mało – jeden nowy oddział (rydwan) i jeden oddział znany z poprzednich edycji a teraz odświeżony (na dodatek słabo grywalny) nie kwalifikują ostatnich poczynań GW do terminu ‘nowa edycja’.

Być może zamysłem GW było położenie nacisku na przemeblowanie sekcji bohaterów. Czy znajdziemy tu w takim razie jakiś szczególny popis projektantów rzeźbiarzy? Będzie ciężko. Dla przykładu Korhil (to już drugi wzór tego bohatera), nie wiedzieć czemu, prezentowany jest w napierśniku, przywodzącym czasy starożytnego Rzymu. Po obróceniu model prezentuje się jeszcze gorzej, żeby nie powiedzieć - tragicznie. Skóra z wielkiego lwa Charandisa, zarzucona na plecy tegoż wojownika, wygląda jak dzieło początkującego modelarza i jego niezdarnych prób z Green Staffem. Futro lwa giganta wygląda jak nadgryziona przez mole wycieraczka do butów. Caradryan – dyskusyjny, mag pieszy – przaśny, złowieszczy i tajemniczy Alith Anar – zgred w szlafroku, nie mogący się zdecydować na wybór pomiędzy użyciem łuku a miecza, w dodatku podnoszący ręce w geście kapitulacji. Nieco lepsze zdanie mam o konnym bohaterze oraz nowym wzorze smoka. Choć ten ostatni, po pierwszym zachłyśnięciu się, nie jest moim zdaniem żadną, nową jakością.

Oczywiście kwestia oceny miniatur obarczona jest błędem subiektywizmu. Niemniej podtrzymam opinię, że w przypadku nowych wzorów ostatnia edycja HE nie zasługuje absolutnie na miano reedycji. To ledwie niezdarny face lifting. Ciekawe, czy GW uznało, że dotychczasowy wygląd oddziałów jest ciągle aktualnym nie wyszedł z mody i nie trąci muzeum  - być może. Jedyny (dla wielu pewnie wątpliwy) plus tej sytuacji jest taki, że gracze posiadający spore kolekcje ‘starszych’ wzorów nie będą mieli okazji do wydania dużych sum pieniężnych na odświeżenie szeregów ulthuańskich zastępów.

Zasady

Teraz to, co tygrysy, owi giganci stołowych potyczek, weterani kostkowych zmagań, zuchwali dowódcy spod znaku calowej miarki czy kalkulujący analitycy faz magii lubią najbardziej – nowe zasady! Skupię się tu jednak na ogólnym omówieniu nowości – w poszukiwaniu szczegółów trzeba sięgnąć do oryginalnego kodeksu.

Kompozycja armii. I tu pierwsza, spora niespodzianka (choć ma uzasadnienie, jeśli popatrzymy na zmiany w poszczególnych sekcjach armii) – zmieniono limity oddziałów dla poszczególnych wartości punktowych armii. Należałoby powiedzieć, że zwiększono te limity. Dla przykładu, armia do 1999 pkt to 1+ oddział Core (wcześniej odpowiednio 2+), 0-5 oddziałów Special (0-3) oraz 0-2 Rare (0-1). Im wyżej, tym limity większe. Wrócimy jeszcze do tego.

Zasady specjalne. Nowa edycja przywita nas uproszczeniami w tej kwestii. Wycięto bowiem kompletnie  tzw. Honory (w tym wielce irytująca zasadę konieczności wyboru generała drogą losową). Zniknął gdzieś również Ithilmar Barding (za to smocze zbroje i lwie płaszcze opisane są przy okazji charakterystyki posiadających je oddziałów). Zasadę odporności na panikę podczas walki z Mrocznymi Elfami zastąpiono przerzutem nieudanych testów psychologii, co uznać można niejako za ulepszenie. No i przynajmniej jedna z plotek potwierdziła się – każdy elf, bez względu na broń, jaką walczy, zawsze atakuje pierwszy (zasada „always strikes first”)… Cóż, mocne posunięcie, wręcz kontrowersyjne. Myślę, że wpłynie znacznie na sposób prowadzenia bitew. Pomyślmy o Białych Lwach z dwuręcznymi toporami i łączną siłą 6, którzy wyprowadzają atak przed szarżującym ich klinem bretońskiego rycerstwa.

Magia. Dostęp do szkół magii pozostał niezmieniony. Lista czarów Magii Wyższej została zmodyfikowana w dwóch miejscach – najtańszy czar dodaje jednemu z oddziałów ward save na 5+, natomiast czar nr 3 daje oddziałom w zasięgi 12 cali zasadę ‘stubborn’. Brawo. Czar spoza listy, a więc Drain Magic, również zmieniono: w miejsce trzech poziomów trudności rzucania mamy jeden, efekt zaś powoduje wzrost progu udanego rzutu czaru o trzy punkty (możliwa kumulacja z kilka magów). Znany już bonus do próby dispell pozostał na swoim miejscu.

Bohaterowie. Zmiany, zmiany, zmiany. Wpisując się w ostatnie trendy towarzyszące  kolejnym reedycjom kodeksów, poszerzono listę tzw. bohaterów specjalnych. Stracił się gdzieś co prawda Książę Imrik (jego atrybuty trafiły do sekcji dostępnych przedmiotów magicznych), pojawił się natomiast Korhil, Caradryan czy Alith Anar (znani z edycji roku 1997; tu w nieco innej wersji). Zasady dotyczące słynnych bliźniaków TT, a więc Teclisa i Tyriona, nieco uproszczono, zmniejszono również koszt punktowy tego duetu. No i na łamy kodeksu wraca Eltharion, w wersji strażnika Tor Yvresse, a więc na swym wiernym gryfonie. Szkoda, bo akurat ostatni pomysł dotyczący tej postaci, czyli oślepiony mistrz miecza, uważam za bardzo trafiony. Jeśli chodzi natomiast o standardowych bohaterów, to w stosunku do poprzedniej edycji podniesiono nieznacznie ich koszt. Nowością natomiast jest pojawienie się na liście nieobliczalnych i ognistych Smoczych Magów (Dragon Mage). Są to 1-2 poziomowi czarodzieje, dosiadający Smoków Słońca (Sun Dragon), czyli najsłabszej i najtańszej wersji tych wielkich gadów bojowych. Te ostatnie bowiem dostajemy w trzech wariantach (czyli kolejna nowość) – w zależności od wydatku punktowego charakterystyki smocze rosną, odpowiednio od Smoki Słońca, poprzez Smoki Księżyca aż do latających fortec, czyli Smoków Gwiazd.

Oddziały. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zdjęcie ograniczeń w wystawianiu poszczególnych oddziałów – można więc wyprowadzić do walki dwie jednostki Gwardii Feniksa czy sześć Mistrzów Miecza z Hoeth. Nie ma tym razem także rozwiązania w postaci: 1-2 rydwany czy 1-2 wielkie orły liczone jako jeden tzw. slot. A jak wyglądają poszczególne podsekcje? Najpierw kategoria Core – tym razem obejmuje trzy jednostki, czyli łuczników, włóczników i gwardię morską. Utrzymano zasadę ataku z dodatkowego rzędu, obniżono koszt oddziałów (co wpłynie być może na częstsze pojawianie się na stołach bitewnych wojowników z Lothern). Plotką okazał się strzał z dwóch rzędów – a szkoda. Przeskoczę na moment to ostatniej kategorii, a wiec Rare – tym razem znajdziemy tu, i to w niezmienionej formie(poza usuniętą regułą 1-2 = 1 slot) dwie jednostki: niezawodne Bolt Throwery oraz Wielkie Orły. Komentarz jest więc zbędny. Teraz kategoria Special, w której, jak nietrudno się już domyśleć, zmian jest najwięcej. Zwiększona dostępność slotów specjalnych to pierwsza nowinka. Absolutna i jedyna nowość w stosunku do poprzednich edycji to wspomniany już rydwan z Chrace, zaprzężony w dwa lwy – niemal dwukrotnie droższy od wersji konnej, wyposażony jednak w znacznie większą siłę uderzeniową oraz zasadę fear. Wzór, w mojej ocenie, zasługuje na uznanie. Wędrujące z innych sekcji nowości, to oczywiście awansujące konne Srebrne Hełmy – punktowo niemal identyczne do poprzedniej edycji. Spadek do ‘ligii special’ zanotowały natomiast Białe Lwy z Chrace oraz Gwardia Feniksa. Spadek jest pozorny, ponieważ dzięki specjalnej zasadzie dotyczącej całej armii (ASF) oraz dzięki zmienionym zasadom dotyczącym tych konkretnych jednostek, ich wartość bojowa rośnie. Podobnie jak koszt jednostkowy. Nadmienię tylko, że lwy dostają ‘stubborn’ bez względu na obecność generała w jednostce, natomiast piechota spod znaku feniksa pochwali się ward savem na 4+. Wreszcie ‘oryginalnie’ specjalne oddziały: lekka jazda z Ellyrionu tańsza (co pochwalam), konne rydwany bez zmian (z wyjątkiem 1-2 = 1 slot), skauci z Nagarythe drożsi (czego nie pochwalam i żałuję, że nie pokuszono się to o większe zmiany  w zasadach oprócz podniesienia charakterystyki WS do 5). Na koniec zostawiłem dwa oddziały: Smoczą Jazdę z Caledornu – ta ciężka konnica zyskała sporo, bo dodatkowy atak kosztem 4 punktów per jezdny. Podobny zabieg przeprowadzono w przypadku Mistrzów Miecza z Hoeth, w tym przypadku koszt jednostki wzrósł o 2 pkt. O ile pochwalam to w przypadku jazdy to nie jestem do końca przekonany co do mieczników.

Przedmioty magiczne. No i co tam w Kuźni Vaula? Objętość zwiększyły sekcje Enchanted Items (z takimi nowościami jak utrudnienia dla krasnoludzkiego kowadła), Arcane Items (trafił to choćby przedmiot pozwalający na wybór czarów w miejsce losowania, a więc temat, który w poprzedniej edycji rozwiązany był tabelą z tzw. Honorami). Są również nowości w kategorii broń i zbroja – białe miecze, maski poprawiające rzut na pancerz, itp. Bez zmian sztandary i talizmany.

Po więcej szczegółów odsyłam do kodeksu. Gdybym miał pokusić się o syntetyczny komentarz, to powiem, że zwiększono siłę uderzeniową armii. Podniesiono wartość bojową elitarnych oddziałów piechoty czy jazdy z Caledorn, w armiach poniżej 2000 punktów pojawiać może się najmniejszy ze smoków, z pewnością mocnym uderzeniem jest lwi rydwan. Kompozycja armii, pozwalająca na spore czerpanie z kategorii Special, przyczyni się zapewne do obecności na stołach dotychczas rzadko widywanych jednostek. Pozornie niewielkie zmiany w liście czarów dają do ręki mocno przydatne na polu bitwy narzędzia (stubborn, ward save dla oddziałów). Pozostaje przetestować nowe zasad w praktyce, poczekać na pierwsze komentarze graczy i niewątpliwie na pierwsze kontrowersje.

Na koniec

Nie mogę oprzeć się niestety wrażeniu, że firma GW potraktowała ostatnią wersję kodeksu High Elves jak smutną powinność. Termin ‘nowa edycja’ jest tu sporym nadużyciem. Oczywiście nie zgodzą się ze mną ci, którzy oczekiwali głównie na zmiany w zasadach – te są spore, przyznaję. Jednakże armia to nie tylko zasady – tło fabularne i miniatury są równorzędnym elementem całego warhammerowego hobby. O ile rozumiem brak rewolucji we fluffie, o tyle kompletnie nie pojmuję rachitycznych ruchów w kwestii design’u oddziałów. Przyznaję, że jest to surowa ocena, w dodatku mocno subiektywna. Przecież nie wszyscy klienci docelowi brytyjskiego producenta posiadają tę armię – przyznaję, że wydawana właśnie księga może z powodzeniem skłonić do kolekcjonowania wojowników z Ulthuanu, jest ciekawsza i lepiej złożona od poprzedniczki. Dostępne od lat wzory poszczególnych jednostek trzymają ciągle spory fason, nowe zasady zaś dają do dyspozycji gracza armię o sporym potencjale bojowym. I choć zatytułowałem powyższą recenzję ‘Niespecjalne Specjały – niespecjalne, bo miałem apetyt na znacznie więcej nowości, specjały – bo jednostek w kategorii Special właśnie jest obecnie najwięcej, to w ogólnym rozrachunku kodeks z roku 2007 ocenić należy pozytywnie. Kolekcjonerów i graczy będących na początku swej bitewnej kariery może uwieść, niezdecydowanych przekonać, starym wyjadaczom zaś dostarczyć nieco nowej optyki oraz dać możliwości innego manewru na stole bitewnym.

Adrian Stolarczyk

Lech jest skończony!

Jeśli czytaliście mój poprzedni blog to na pewno wiecie, że posłużyłem się obrzydliwą sztuczką, aby przyciągnąć waszą uwagę. Nie, żaden ze znanych wam Lechów nie jest skończony, znaczy nie idzie z torbami i nie jest skończonym bałwanem, choć tu może by się jeden znalazł. Lech jest Wam znany i jest tu symbolem, zielonym symbolem ukończenia mojej obecnej ekipy Nekronów. Mam nadzieję, że nikt nie uzna tego za wredną kryptoreklamę, po prostu miałem ochotę na piwko, a takie ostatnio pijam. Posłużyłem się tu przykrywką gdyż nie chcę jeszcze ujawniać tego, co kryje się za szkłem tej butelki. Wrótce światło dzienne ujrzy miniaturowy artykuł o tychże osobnikach, jacy są, jacy mogliby być, jak ich zmutowałem i jak ja to wszystko zmalowałem. Zdradzam tylko tyle że zostało ukończonych 12 Wojowników Nekronów oraz 3 bazy Skarabeuszy. Jest to zestaw, który posiadam dzięki Szeperdowi i dziękuję mu ponownie za odstąpienie mi tej armii. Tak naprawdę gdyby nie Twoja rezygnacja pewnie nigdy nie zebrałbym tej armii, no chyba, że w dalekiej przyszłości, w odległej galaktyce…
PS. Co do tytułu miałem jeszcze jedną opcję: Nabici w butelkę :)

poniedziałek, 5 listopada 2007

Harry Potter nie żyje...

...czyli ile sukcesu tkwi w tytule. Od dawna zastanawiało mnie, na czym polega poczytność pewnych tekstów, a innych nie. Każdy pisząc tekst oprócz chęci podzielenia się spostrzeżeniami i wiedzą chciałby uzyskać jak najliczniejszą grupę czytelników.

Odkąd na Bitewnym Zgiełku pojawiła się zakładka tekstów popularnych głęboko wszystko analizuję i próbuję odkryć źródło sukcesu pewnych artykułów. Moje przemyślenia skierowały mnie w stronę tytułu. Czy tytuł rzeczywiście to połowa sukcesu? A może więcej 60%,…70, 90%? Zastanówmy się jak działa internauta, bo głównie chodzi tu o teksty internetowe (choć nie tylko). Poszukiwanie materiału. Osobnik wstukuje w komputer słowa kluczowe, które pomogą mu znaleźć to, czego szuka. Później z milionów ton szmiry wybiera coś, co mogłoby być dla niego wartościowe. Przy tej okazji odwiedza miejsca, w które wcale nie chciał wejść. Czy tak tworzą się popularne teksty? Ta teoria miała sporo racji, gdy w czołówce często czytanych artykułów był tekst „Sex and violance”(nie umniejszając tutaj wartości merytorycznej samego tekstu). Dwa ważne wyrazy. Podejrzewam, że znajdują się w czołówce najczęściej wpisywanych słów w Internecie. Oczywiście sprowadzanie sukcesu tylko do tytułu byłoby spłyceniem całego zagadnienia, ale mimo wszystko jestem pewien, że to klucz do sukcesu. Ilu z nas dało się złapać na kontrowersyjny, enigmatyczny tytuł jakiegoś artykułu, po czym gdy weszliśmy głębiej okazało się to obrzydliwym chwytem? Mój wniosek jest taki, jeśli chodzi o samo „klikanie” w artykuł to w jego tytule tkwi na pewno więcej niż 50% sukcesu, powiedziałbym nawet, że często blisko 100. Oczywiście jest wiele tekstów, które swoją popularność zdobyły samą treścią i nie piszę tego wszystkiego z zazdrości ;) więc proszę się nie obrażać.

Czy ten tekst znajdzie się na pierwszym miejscu poczytnych na stronie? Jeśli moja teoria jest choć w części prawdziwa to chyba mam jakąś szansę:). Użyłem magicznych słów w tytule, większą popularność mają chyba tylko słowa odnoszące się do wspomnianych wyżej spraw mniej przyzwoitych, ale nie posunę się tak daleko. Czy kilka milionów fanów Harrego Pottera odwiedzi to miejsce? No, w sumie muszę bardziej liczyć na polskich fanów. Chyba, że napisałbym Harry Potter is dead!

PS. Ten tytuł nie ma na celu zdradzenie końca sagi o harym porterze, gdyż ja nie znam jej finału, więc proszę się nie sugerować i nie wierzyć moim słowom. To tylko chwyt, który ma na celu wielokrotne klikanie na ten blog :)

sobota, 3 listopada 2007

Gigant od fryzjera

Tsar pisał na swoim blogu, dlaczego tak ceni sobie pomysł, jakim w świecie warhammera jest kasta zabójców trolli. Mogę się z nim jedynie zgodzić. Zakrzywiając na moment czasoprzestrzeń znalazłem czas na pomalowanie miniatury, przedstawiającej jednego z tych szalonych wojowników. Po pierwsze przeżyłem szok, jakim jest powrót do większej niż 15mm skali. Momentami, szczególnie przed północą, wyglądał jak gigant! Po drugie przyszło mi uśmiechnąć się do rpg-owskich wspomnień. W naszej wspaniałej drużynie pracował ciężko taki jeden koleżka – bodaj Kayah Krwawy Topór. Mówił mało, szybko się denerwował i był niezastąpiony w roli frontmena, głównie w tzw. sytuacjach kontaktowych. Pewien złośliwy mistrz gry wywinął mu raz paskudny numer. Kiedy mocno pokiereszowani trafiliśmy pod leczące skrzydła jakiejś świątyni, zabójca ów był nieprzytomny. Na szczęście kapłani naprawili go błyskawicznie – rano obudził się pełen sił witalnych, po solidnej dawce higieny, z umytym, naoliwionym i … rozczesanym na ramiona czubem. Uspokajanie niskiego wzrostem druha zajęło nam trochę czasu - całej naszej drużynie.
To właśnie przypomniało mi się, kiedy malowałem czub miniaturowego zabójcy. Prezentuję go prosto od fryzjera. Zrezygnowałem z pokazania szczegółów malowania na rzecz prostej konwencji fotograficznej. Myślę jednak, że właściciel figurki będzie zadowolony – dokończy wg. uznania podstawkę i wio do regimentu. Byłbym zapomniał: torebki wokół pasa są zielone. Jest to ostatni i lansowany krzyk mody – materiał bije na głowę krokodylą czy wężową skórę i pochodzi z goblińskich … zapasów.

piątek, 2 listopada 2007

Znowu te zmiany

Inspiracje zawsze przychodzą znienacka. Kiedy już myślałem, że więcej kombinacji z Nekronami nie będzie, ot zaświeciła mi w głowie żarówka. Pamiętacie pomysłowego Dobromira z coraz szybciej uderzającą go piłeczką w głowę? Tak też było ze mną. Po ostatnich testach i ciężkich eksperymentach z wodą zauważyłem prawie że nieograniczone możliwości pewnej substancji. No dobra przesadzam, ale pola do popisu (uwaga: nie jest to ukryte nawiązanie do sytuacji politycznej) mamy sporo.

O czym ja mówię? A mówię o kleju polimerowym. Niektórzy pewnie go znają. Drażniący, wysoce łatwopalny, może powodować wysuszenie lub pękanie skóry, opary mogą wywoływać uczucie senności i zawroty głowy…, ale to nieważne. Ważne, że jest wodoodporny, szybkoschnący, łatwy w użyciu, a co najważniejsze tworzy bezbarwną spoinę o wytrzymałości 3MPa (butelkę widać w tle na zdjęciu).


Stworzone przeze mnie gluty ektoplazmy powstały właśnie z tego kleju. Minusem jest właśnie to, że jest wodoodporny. Nie da się dodać barwnika, aby uzyskać inny kolor, można go jedynie pomalować jak już wyschnie. Użyłem mojego ulubionego koloru w Nekronach, a mianowicie Scorpion Green. Wiem, że to raczej nie zgadza się z „tłem” tej armii, że to zielone to jakieś kryształy itd. Ja jednak stworzyłem swój mały faszystowski świat ;)

W moim wyobrażeniu broń Nekronów opiera się na jakiejś energii. Energia ta przybiera różne postacie i ma różną siłę. Używanie jej z wysoką intensywnością może powodować jej materializację i wyciek w postaci plazmy. Co Wy na to? Chodzi mi i o model, i o jakieś tam pseudo „tło”. Czekam na komentarze.

RSS FeedRSS