środa, 31 grudnia 2008

Rydwan czasu

Dzisiaj koniec roku - symboliczna data, określająca umownie przyjęty odstęp czasu. Skoro tak, to jest to i może okazja do podsumowania mijających dwunastu miesięcy. Prywatne i zawodowe spostrzeżenia zachowam, ma się rozumieć, dla siebie. Poprzestanę na stwierdzeniu, że był to rok nieco szalony, miejscami trudny, na szczęście kończący się bardzo pozytywnym bilansem.
A jak z tym bilansem u mnie, jeśli chodzi o bitewne pasje? Pomimo poczucia permanentnego braku czasu i sił (w dużej mierze uzasadnionego), kończę rok z całkiem dobrą lokatą - dwie 15mm armie do DBA, blogowa zabawa z drużyną pierścienia, wreszcie nieco warhammerowy finisz. W dodatku udało się nieco pograć - trzy wyjazdy z DBA, dwa razy batl. Wiem, wszystko to mało, sam chciałbym więcej. Muszę się w końcu pogłowić, jak to zrobić najmniejszym kosztem innych, o niebo ważniejszych czy donioślejszych spraw.
Wreszcie strona internetowa - nasze kochane dziecko, Bitewny Zgiełk. W wyniku splotu różnych wydarzeń wiosną przejąłem odpowiedzialność za jej kształt, tempo czy, śmielej mówiąc, istnienie. Gdy strona powstawała, co jakiś czas zastanawialiśmy się wspólnie, jakie stawiać jej cele i w jakim kierunku kształtować. Mówiliśmy dla przykładu o ilości tekstów, czy częstotliwości aktualizacji. W tym roku, chcąc nie chcąc, cel został zrewidowany do tego, by dotrzeć właśnie do momentu, w którym dzisiaj jesteśmy - dotrzeć w miarę w dobrym stylu, przede wszystkim cało i zdrowo. Czy się udało? A jakże. Uważam, że z całkiem dobrym bilansem. Ludzie, którzy poświęcają zgiełkowi swój cenny czas dowiedli, że miarą doskonałej ekipy jest to, jak radzi sobie w trudnych momentach. Choć tzw. pierwotna redakcja została mocno osłabiona, nadjechały dwie lokomotywy, w osobach Czarka i MiSiA, i bez zbędnego gadania pociągnęły zgiełkowy skład do przodu. Również dotychczasowi autorzy pozostali na całkiem przyzwoitym poziomie aktywności, dodając stronie nieco własnego materiału. Najważniejsze jednak, że pojawiły się nowe twarze - dowodzi to, że wokół jest potencjał i ‘moc’. Dowodzi również, że można pisać o innych zagadnieniach, niż to, z którego strona się oryginalnie wywodzi. Trzymam kciuki, by udało nam się utrzymać podobny kierunek.
Mówiąc o konkretach, nie sposób nie zauważyć, że znakomitą większość roku poświeciliśmy systemowi DBA - od obserwacji blogowych poczynań pierwszego półrocza, poprzez relacje z kampanii, pojawiające się galerie kolejnych armii, poprzez organizację pierwszego krakowskiego turnieju, do pięknego finału, jakim była publikacja polskiej wersji przewodnika. Choć DBA wybiło się zdecydowanie na pierwszy plan, było też sporo innych tematów - kilka mocnych recenzji podręczników GW, poszerzenie ‘naszych armii’ w sekcji fantastycznej, tak lubiane i komentowane grupowe zabawy modelarskie, mordheimowy powiew blogowy, wreszcie solidne wprowadzenie do co najmniej trzech systemów bitewnych. Wszystkim zaangażowanym w powyższy wkład serdecznie w tym miejscu dziękuję! Naturalnie liczę, że dacie z siebie więcej, ho, ho.
Mówiąc o celach na przyszły rok wspomnę tylko jeden - po prawdzie moje własne, ciche i skromne życzenie: by na stronę pisało jeszcze więcej osób, które mają niejedno w ogólnie pojętym hobby bitewnym do powiedzenia i pokazania, i których w tym kraju (o czym jestem święcie przekonany) jest sporo. Pierwsze jaskółki na horyzoncie można już dostrzec. Trzymajmy kciuki.
Ponieważ, jak pisałem na początku, daty tylko umownie oddzielają czas od czasu a jutro jest po prostu kolejny dzień, prezentowany poniżej rydwan, czy raczej stan zaawansowania prac nad nim, pasuje do dzisiejszego wpisu. Lwy i pojazd gotowe w tym roku, załoga to już historia o tytule 2009. Również symbolicznie odnosi się to moich powyższych wynurzeń - rydwan zgiełku, solidna podstawa, jaką jest strona, toczy się do przodu. Czeka natomiast wciąż na chętną załogę, która do niego wsiądzie i wniesie swój indywidualny wkład w mówienie, pisanie i pokazywanie bitewnego hobby. Nie dajcie na siebie czekać! Zapraszam.
szeperd
P.S.
O samym malowaniu napiszę więcej, kiedy całość będzie już gotowa. Do usłyszenia już wkrótce.

niedziela, 28 grudnia 2008

Tera k.. my!

Nu i co jezd yntelygienty !? Że niby zdziwione som, he? No to tera słuchajta uwarznie: Dżony jósz tó nie blogóje, tera MY tu rzondzimy, jasne!? Aha, jakby ktury miau jakieś wonty, to nas tó bendzie wiencej, a jak przyjdzie Szefu i tfarde chopaki to dopiero zobaczyće! Eee…yyy… uee… bghuurpp…
Taa, wiedziałem, że długo to nie potrwa. Żeby pisać bloga, trzeba umieć wypowiedzieć więcej niż pięć słów na krzyż i liczyć do więcej niż trzech. Chopaki i we dwudziestu nie podołaliby takiemu zadaniu. Na razie jednak poznajcie pierwszą piątkę. Mój wybór padł na bogaty i szpanerski klan Bad Moonz – dało mi to asumpt, by pobawić się żółtym kolorem, z którym do tej pory w ogóle nie miałem do czynienia – żółta farba Foundation znacznie przyspieszyła pracę. Z ogólnego wyglądu ekipy jestem zadowolony – szczególnie z zadrapań na blachach. Chopaki wyrwali jednak do przodu tak ostro, że nie zdążyłem poprawić kilku niedoróbek (boki podstawek, ząb wiszący pod ciężkim karabinem, starta farba na plecaku z amunicją itd.). Nieźle prezentuje się też zielona skóra, zardzewiała stal (choć wymaga jeszcze dopracowania) oraz pustynne podstawki. Zrobiłem je z podartej na drobne kawałki korkowej podkładki, fakturę korka maskowałem warstwą zwykłej budowlanej szpachlówki, a następnie dziobałem prostopadle pędzlem o sztywnym, twardym włosiu – dało to bardzo fajną chropowatą powierzchnię idealną do cieniowania. Zastanawiałem się też, czy nie pobrudzić podstawek suchym pigmentem… sprawa na razie pozostaje otwarta.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Powróćmy jak za dawnych...

Wszystko było jak należy. Inauguracja dwutygodniowego urlopu w wyśmienitym stylu. Pierwsza, od dłuższego czasu, rozgrywka w warhammerka (wypadałoby ją faktycznie nazwać reaktywacją) w pełni usatysfakcjonowała moją bitewniacką duszę. Starcie z prezesowską Bretonnią na 2500 punktów pobudziło pozytywnie krążenie i dało sporego, hobbystycznego kopa.
Swoją armię oparłem na dwóch solidnych klockach piechoty i niezawodnych bolcach. Do flankujących uderzeń przewidziałem lwi rydwan, dragonów oraz księciunia na gryfie. Naprzeciw mnie stanęło sześć, zakutych po żeby w stal klinów oraz trzy (!!!) oddziały morderczych pegazów. Cudowanie odnalazły się stare, poczciwe makiety. Stan pomalowania obu armii na stole - 95%. Czegóż można chcieć więcej? Oczywiście ciekawej rozgrywki. Taką sobie wspólnie urządziliśmy. Pomimo sporej przerwy, grało się jak z nut, bez żadnych wątpliwości co do zasad czy niepotrzebnych spięć. Kości obdarowywały wszystkich po równo (no, sprawa nieco dyskusyjna…), fruwały blachy, kolejne jednostki sprowadzano do parteru. Jeden z moich gwoździ programu zawiódł już w drugiej rundzie, pozbawiając mnie szans na utrzymanie lewego skrzydła. Nie popisał się i Książe (break test z re-rollem na 8 - failed!). Za to dumą mogą napawać topornicy, którzy odparli łączoną szarżę dwóch klinów. W centrum, którego broniła cieniutka linia łuczników, do ostatniej rundy miałem nadzieję na wyeliminowanie bretońskiego generała (uprzednio pozbawionego swojego latającego rumaka). Było kilka taktycznych błędów, co najmniej dwa komiczne. Dużo by opowiadać! Nie jestem dzisiaj obiektywny, więc poprzestanę na stwierdzeniu: niech żyje warhammer! I to pomimo wyniku 2159:1353 na moją niekorzyść. Ja chcę wiecej!

niedziela, 21 grudnia 2008

Niedokończone opowieści

Jutro od dawna oczekiwana partyjka w WFB. Taka grudniowa reaktywacja (z dobre pięć lat temu zrobiliśmy taką jedną…). Cieszę się jak dzika świnia, lista armii już gotowa, za moment będę pakować figurki. Oczywiście gram ze swoim długoletnim adwersarzem, czyli Bretonnią Prezesa. Jako, że moje elfy są w zasadzie w całości gotowe, na taką okazję chciałem zdążyć z pielgrzymami i relikwiarzem. Nie udało się. Stanęło na sześciu mnichach plus czterech z truposzem. Nie tylko cały regiment pozostanie niedokończony (przynajmniej przeze mnie, bo mam szczerą nadzieję, ze Prezes domaluje pozostałą szóstkę). Również w sferze niezrealizowanych zamierzeń pozostanie pomysł napisania jakiejś ciekawej i zabawnej historii, wokół tych, lekko zwariowanych, mnichów. Na wszystko nie starczyło po ludzku czasu, czy, mówiąc górnolotnie, inwencji twórczej.
Tak czy inaczej, choć praca nie została dokończona, mam z niej dzisiaj sporo satysfakcji. Regiment był świetną odmianą po piętnastomilimetrowej skali, która zdominowała znakomitą większość tego roku w moim warsztaciku. Miałem okazję przekonać się, że warhammerowa skala i figurki to jednak ‘majfejwret’. Dodatkowo eksperymentowałem z nowymi narzędziami: mokrą paletę, ostatnią edycją washów GW, pędzlami firmy “Kozłowski”. Jestem zadowolony.
Jutro starcie na 2500 pkt. Ciekawe, czy po drugiej stronie stołu zobaczę prezentowany tu regiment (jakże rzadki widok). No i ciekawe ma się rozumieć, czy praca znajdzie uznanie w oczach mojego starego batllowego kompana. Dam Wam znać.

wtorek, 16 grudnia 2008

Znów ten czerwony

Ano znów. I zaraz wytłumaczę, czemu tak się stało. Najpierw dla sprostowania czemu ‘znów‘: bo kiedyś malowałem bohatera do Bretonii i pomysł oparłem właśnie na czerwonym kolorze (Czerwony Baron). A dzisiaj prezentuje kolejnego bohatera do tejże armii (w zasadzie powinienem powiedzieć, pozostałości bohatera) i znów w czerwonej tonacji. W końcu bowiem udało mi się przysiąść nad relikwiarzem i oto na zdjęciu efekt. Skąd ten czerwony? Pewnie dlatego, że skończyłem wreszcie czytać tzw. Śląską Trylogię Andrzeja Sapkowskiego, gdzie rycerstwa ze znakiem czerwonego kielicha jest co niemiara. Malowany delikwent, było nie było, z kielichem też ma coś wspólnego i pewnie dlatego uderzyłem w tytułowy deseń. I pewnie to błąd, bo truposz raczej jawi się wiekowy, tym samym szmaty powinny mocna zblaknąć, tu i ówdzie zaimponować dziurą. Tymczasem marną imitacja starości jest niewielki banderek na końcu lancy. Oryginalnie żółty, kłuł mnie mocno w oczy, więc przejechałem się po nim suchym pędzlem, w dodatku białym. Kolczudze zaaplikowałem nieco rdzy (błotny tusz), samą lancę też można jeszcze dopieścić. Wreszcie, pamiętając o sposobie przygotowania innych podstawek w bretońskiej armii, zaaplikowałem na sporych rozmiarów ’podest’ nieco oryginalnej posypki GW. Innymi słowy, pracy trochę figura wymaga - czterech braciszków, sporych rozmiarów żerdź, na której wisi dzwon, nad którym, z kolei, siedzą doczesne szczątki jakiegoś tam rycerzyka. Bracia zadni otrzymali w prezencie pomarańczowe włosy, na modłę krasnoludzkich zabójców. Pomysł szalony, nie bardziej jednak niż łażenie z truchłem na desce od wsi do wsi. Przy okazji miałem pierwszy raz możliwość pomalowania świec (hmmm, kolejne będą lepsze?).
Z poważniejszych skojarzeń, nie mogłem się opędzić w pewnym momencie od Cyda. Ponieważ malowanie całego regimentu rozwlekło się w czasie, opuścił mnie też wesoły nastrój, jaki towarzyszył pierwszym sześciu pielgrzymom. Ale srutu-tutu, baju-baju - liczy się w końcu to, co powie klient. Jeszcze drugie tyle pielgrzymów i niech ta cała szalona i pokręcona załoga w habitach startuje z mojego biurka w inny wymiar. Pora bowiem przymierzać się do realizacji noworocznych planów modelarskich.
P.S.
To także moja pierwsza próba złożenia dwóch zdjęć w jedno… wielkie nieba!
P.P.S.
To nie jest mój najmocniejszy tydzień...

niedziela, 14 grudnia 2008

To kłucie w dołku...

Odezwała się do mnie, nie dalej jak początkiem tygodnia, ekipa z bielskiego Gnoma - chodziło o zaproszenie na Mistrzostwa Podbeskidzia w WFB. Impreza, można powiedzieć, ze sporą już tradycją a na dodatek brałem w niej swego czasu udział (z miernym efektem, przyznać należy). Gdzieżbym jednak miał czas się wybrać w tym roku! Powodów kilka, te co zwykle od dłuższego czasu. Nie specjalnie jednak ubolewałam, że nie wezmę udziału, tym bardziej, że był to efekt świadomej decyzji. Dla przykładu: cała niedziela poza domem to luksus, który obecnie absolutnie nie wchodzi w grę Przy okazji utwierdzałem się (zupełnie sam, bo dialogu na ten temat ze mną nikt nie prowadził) kilkoma ‘na nie’, które wyrobiłem sobie grywając kilka lat temu w bielskiej lidzie. Ale nie byłbym też do końca sobą, gdybym nie wykroił godzinki z dzisiejszego dnia w celu udania się do zakamarków gnomowskiego klubu (po prawdzie wiedziony zamiarem kupienia washa z nowej palety GW. Czy pisałem już o ogromnych zaletach tego produktu?). Cóż, poszedłem. Sklep otwarty, więc transakcja się odbyła. Przy okazji kuknąłem na katalog GW 2009, obejrzałem ostatnią premierę, a więc wart 700 zł stół do grania - piękna rzecz, absolutnie zachwycająca. Na potrzeby polskiego rynku powinna jednak kosztować najwyżej 70 złotych. W końcu, nieco leniwie, polazłem na salę, w której toczono bitwy o mistrzowski tytuł, spodziewając się tego co zwykle, ciesząc się w zasadzie jedynie z tego, że będę miał okazję spotkać starych znajomych. Znajomych spotkałem - faktycznie było to miłe. Przede wszystkim jednak pozytywnie mnie zatkało. Doliczyłem się 28 graczy, w tym sporo przyjezdnych. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak poziom walczących na stołach armii - coś, czego w Bielsku wcześniej na taką skalę nie widziałem. Nie pomylę się, kiedy powiem, że ponad 80% kolekcji było w pełnie pomalowane! W dodatku pomalowane na bardzo dobrym poziomie, z kilkoma perłami włącznie. Przemykałem więc od stołu do stołu, podziwiając pomysłowość i wykonanie prac biorących udział w turnieju i żałując, że nie zabrałem aparatu. Damn!!! Odetchnąłem również batlowym powietrzem - niezdrowymi emocjami, kupą (o rzesz, niefortunne słowo w tym kontekście) żartów i śmiechu. Potem było to co zwykle - godzinka trzasnęła jak z bicza, wsiadłem, jak zwykle po obcowaniu z batlem, lekko oszołomiony do auta. Kłucie w dołku, trochę pochlipywania, że nie mam już na to czasu, kilka rozmarzonych zamiarów. Ech. Jak swego czasu zwykł mawiać brutal, za rok się na pewno wybiorę!

niedziela, 7 grudnia 2008

Igrając z ogniem

Ostatni model do zaprezentowania i zarazem największy z nich. Ogr najemnik. Na zdjęciu widzicie, dlaczego jest on powiązany z poprzednio przedstawionym postem. To jemu zerwały się psy, ale myślicie, że przypadkowo? ;) Praca nad tym modelem była czystą przyjemnością. Ułożenie ciała, jakie ma ta postać nasunęła mi pomysł z psami na łańcuchach. Aż się prosił o taka konwersję. Do prawej ręki wstawiłem mu siekierkę, a do lewej przywiązałem mocno łańcuchy z rotwailerami. Modele są tak obmyślone, aby na półce wyglądały na całość, a w grze mogły się rozdzielić do walki. Także w razie czego, ogr po prostu wywija łańcuchami jako bronią obuchową, a zerwane psy szarżują wściekle na wroga.
Nie powiem, żeby ta konwersja nie sprawiła mi trudności. Nie było łatwo to wszystko złożyć do kupy. Najpierw unieruchomiłem całą ekipę na kartce papieru przyklejając ich do niej lekko. Następnie po kolei przyklejałem łańcuszki i obficie oblewałem je Kropelką, aby były sztywne po rozłączeniu. Starałem się jednak, aby ogniwa nie zostały z zaschniętym w środku klejem, nie wszędzie się to udało. To jednak było pół biedy, najgorsze było odcinanie już gotowych modeli. Musiałem delikatnie przeciąć łańcuch tak żeby nie naruszyć zbytnio ogniw i nie powykrzywiać całych łańcuchów. Efekt jest właśnie taki jak widzicie, wydaje mi się, że całość wygląda w miarę naturalnie.
Malowanie ogra to znowu kolory z mojego ustalonego schematu – czerń, brąz i biel. Tu jednak odrobinę pozamieniałem role robiąc mu brązowe skórzane spodnie i czarną kamizelkę, całość ładnie podkreśla świeżutka, bielutka, wyciągnięta właśnie z pralki koszula. Aha, byłbym zapomniał, że zamiast plecaka zamontowałem ogrowi wielki (nie dla niego), dwuręczny (też nie dla niego) miecz. To by było na tyle to już wszystkich piętnastu członków drużyny Łowców Czarownic.

sobota, 6 grudnia 2008

Płoń maleńka, płoń

Dzisiaj dosyć krótko. Przedstawiam Wam wyszkolone psy bojowe, które wywąchują (nie chciałem używać brzydkich wyrazów, ale czasem trzeba) wiedźmy na 100 kroków. Te niebezpieczne i agresywne bestie, zwane przez niektórych Warhound’ami, często zrywają się z łańcuchów, a wtedy strzeżcie się wyznawcy chaosu!
Psy zostały pomalowane w kolorystyce rotwailerów czy, jak ktoś woli, dobermanów, posturą jednak bardziej przypominają te pierwsze. Pies z samej lewej jest oryginalnym modelem GW. Trzy pozostałe, szczerze mówiąc, nie wiem skąd pochodzą, a może po prostu nie pamiętam, co nie zmienia tego, że nadal nie wiem. Przy pracy nad tymi zwierzakami najwięcej trudności sprawiło mi mocowanie ich do podstawek. Nie wspominałem, że wszystkie modele były wiercone i montowane do podstawek na druciku. Zauważcie, że psy mają cieniutkie nóżki i dwóm z nim przewierciłem nogi na wylot przy tej okazji robiąc jeszcze sobie dziurę w palcu. Dodatkowo każdy kundel ma przy obroży zerwany łańcuch. Bardzo fajnie malowało się te psiaki, znalazłem sobie kilka zdjęć z widocznymi wszystkimi fragmentami ciała i starałem się jak najdokładniej odwzorować ich maść. Każdy ma nawet rudą plamkę pod ogonem i takie też brewki :D
Na tym zakończę tę aktualizację, a już niedługo finałowa odsłona, która łączy się nieodzownie z dzisiejszym postem, ale to wkrótce.

Nieoficjalny przewodnik po DBA

pobierz Nieoficjalny
przewodnik po DBA
(.pdf 2,6MB)
Moja przygoda z DBA rozpoczęła się w drugiej połowie 2005 roku. Choć zasad gry było ledwo „kilka stron” , to od samego początku budziły one sporo niejasności, niedomówień, te zaś prowadziły prostą drogą do sprzeczek i konfliktów. Dlatego ogromną radością napełniło mnie odkrycie, jakiego dokonałem początkiem roku 2006. Tym odkryciem był Unofficial Guide to DBA, napisany przez waszyngtońskich graczy, skupiony w WADBAG (Washington Area De Bellis Antiquitatis Gamers), nieautoryzowany podręcznik do DBA.

U podstaw jego powstania stała chęć zunifikowania różnych interpretacji zasad gry, głównie na potrzeby turniejów, podczas których, okazywało się niejednokrotnie, jak różnie grać można w tę samą grę.

Z braku wieloletnich tradycji grania w DBA, oraz małej ilości ludzi blisko związanych z systemem, zdarzało się, że sięgaliśmy po porady u naszych amerykańskich kolegów. Wraz z pojawieniem się UG2DBA, ta tradycja niemal zanikła, gdyż w przewodniku mogliśmy znaleźć odpowiedzi na większość frapujących nas pytań.

Pomysł przetłumaczenia podręcznika na język polski padł, w naszym zgiełkowym towarzystwie, w okolicach wakacji roku 2007. Promowanie systemu na naszej stronie, sprawozdania z kampanii, cykl artykułów o DBA, spowodowało, iż otrzymywaliśmy coraz większą liczbę pytań o grę i jej zasady. Odsyłanie do anglojęzycznych przepisów często jednak powodowało spadek zapału u potencjalnych graczy. Bez zbytniego ociągania wzięliśmy się więc ostro do pracy. I to był nasz błąd…

W tempie ekspresowym zabraliśmy się do tłumaczenia i składu przewodnika i już wkrótce po wakacjach mieliśmy jego pierwszą wersję. Niestety szybko okazało się, że brak solidnych przygotowań i pośpieszne tłumaczenie, spowodowały powstanie wielu nieścisłości, niekonsekwencji, a nawet błędów. Zrażeni nieco potrzebą skontrolowania całości tekstu, zamknęliśmy całość w szufladzie.

Do podręcznika nie zaglądaliśmy przez wiele miesięcy, na co, prócz wspomnianego powyżej zniechęcenia, wpłynęły nasze osobiste projekty, problemy i plany. W końcu, w lecie 2008 roku wrócił on na tapetę i ponownie podjęte prace związane z jego publikacją.

Wkrótce główny tekst przewodnika był gotowy, złożony i przygotowany do intensywnego czytania. Poprawki, wzbogacanie go o ilustracje, zdjęcia, indeks, spis treści i stronę tytułową i oto po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z zamkniętym dziełem. Tak przygotowany podręcznik trafił jeszcze do naszych przyjaciół, wcześniej niezwiązanych z pracami nad przekładem, zaś po wprowadzeniu ich uwag, do korekty stylistycznej.

Od przeszło miesiąca, podręcznik oddychał na półce, dając nam możliwość odpoczęcia od niego, zaś dziś prezentujemy go Wam wszystkim!

Bardzo dziękujemy naszym kolegom z WADBAG za pozwolenie na tłumaczenie i publikację ich przewodnika. Mamy szczerą nadzieję, że również w naszym kraju stanie się on wykładnią jednolitego rozumienia zasad gry De Bellis Antiquitatis.

Ho! Ho! Ho! Wesołych Mikołajek! Wierzymy, że byliście grzeczni.

Redakcja Bitewnego Zgiełku

P.S. Prace nad naszym podręcznikiem trwały, aż do ostatnich chwil przed jego publikacją. Jeszcze dziś poprawiałem w nim to i owo. Dlatego prosimy o wybaczenie, jeśli znajdą się w nim jakieś błędy i o poinformowanie nas o nich, najlepiej e-mailem na adres: bitewny.zgielk@gmail.comTen adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć .

Sławomir Okrzesik

Armia Kapadocji rusza w pole

II/14 Ariarathid Kappadokian 330BC-320BC & 300BC - 17AD

Kilka miesięcy temu przedstawiłem Czytelnikom krótką historię armii Kapadocji za panowania dynastii Ariartydów, w końcu przyszła pora na wyprowadzenie armii w pole! To moja pierwsza armia do DBA w używanej na całym świecie skali 15 mm. Zestaw którego użyłem to Ariarthid Kappadokian firmy Xyston.

Jeżeli chodzi o same modele, to w zgrabnym pudełeczku znalazłem wszystko potrzebne do mojej armii, prócz włóczni, które są sprzedawane osobno. Modele odlane są z dużą dbałością o szczegóły, przy czym co charakterystyczne dla modeli Xystona są odrobinę większe, niż modele w tej skali innych firm. Mnie to nie przeszkadzało, gdyż wyjątkowej urody i wyrzeźbione w dynamicznych pozach modele koni oraz świetne figurki jeźdźców rekompensują ten drobny mankament, piechota też prezentuje się ładnie.

Szczerze mówiąc byłem zaskoczony ilością detali na tak małych miniaturach oraz samą jakością odlewu. Obróbka tych figurek przed malowaniem to czysta przyjemność, nadlewów jest niewiele, linie podziału formy schodziły przy użyciu zwykłego pilnika iglaka, bez konieczności użycia elektrycznej obrabiarki, której zresztą nie posiadam w sowim warsztacie. Malowanie zacząłem pod koniec kwietnia, tradycyjnie chyba od dwóch elementów Ps.

Lekkozbrojni są reprezentowani przez zgrabne figurki kapadockich łuczników. Jako że nie udało mi się znaleźć w sieci informacji na temat wyglądu kapadockich wojów, a w dodatku moje umiejętności malarskie są dość nikłe, i przy każdym użytym kolorze czy technice uczę się poprawnie malować kolory czy używać techniki malarskiej złożyłem, że każda formacja będzie różnią  się kolorem płaszczy. I tak Ps mają nakrycia białe, Ax niebieskie, lekka jazda zielone a kawaleria czerwone. Zdaję sobie sprawę z tego że taki sposób pomalowania armii nie jest zbyt rzeczywisty ale ku mojemu zdziwieniu całość prezentuje się przyzwoicie na stole, no i rzutem oka przeciwnik, i ja możemy zidentyfikować moje oddziały. Jak już wspomniałem, przy pracy nad armią testowałem różne techniki, więc figurki wyglądają różnorodnie, czasem w ramach tego samego elementu, ale jak to się mówi nauka nie poszła w las i te wojsko wygląda zdecydowanie lepiej niż moja pierwsza armia dotknięta pędzlem czyli armia Antypatra z modeli plastikowych w skali 1/72.. Do kompletu wykonałem również prosty zestaw terenów odpowiadających wymogom typu topografii tej armii. W związku z tym, że przeciwnicy Kapadocji to takie tuzy jak armia macedońska, armie Diadochów, Rzym, Armeńczycy i inni równie groźni rywale z wysoką agresją, a moja armia ma w składzie tylko lekkie i średnie rodzaje jazdy i piechoty, tereny wykonałem w maksymalnych powierzchniach dopuszczonych przez zasady gry. Dla wojska które ma w składzie 5 elementów Ax wsparte przez 2 elementy Ps jak najwięcej ciężkiego terenu pozwoli zniwelować trochę  przewagę tak groźnych Bd czy Pk atakujących w zwartym szyku...

Na zdjęciach zaprezentowałem armię w szyku, którego będę często używał, linia Ax wsparta lekkozbrojnymi, które ma za zadanie opanować środek pola walki ze wzgórzami, oraz silne skrzydło kawalerii w sumie 5 elementów szybkich (2 LH i 3 Cv) dających przewagę mobilności nad przeciwnikiem ( najczęściej wróg będzie miał 2-3 elementy jazdy) która pozwoli na przeskrzydlanie i zamykanie elementów wroga w pułapce. Jak widać umiejętnie dowodzona ta armia może być trudnym przeciwnikiem. Na koniec tego krótkiego uzupełnienia poprzedniego artykułu o ariartydzkiej Kapadocji chciałbym gorąco zachęcić naszych Czytelników do włożenia odrobiny wysiłku w przygotowanie własnych armii do DBA. Moja druga w życiu kompletnie pomalowana armia zajęła mi naprawdę niewiele czasu, malowałem ją  etapami w nielicznych wolnych chwilach które miałem, a i tak po niecałych 4 miesiącach wojsko prezentuje się dużo lepiej niż poprzednie i jest gotowe do gry a w planach są kolejne projekty związane z DBA. Siłą tego systemu jest szybkość przygotowania armii oraz terenów, krótki czas rozgrywki oraz możliwość poprowadzenia do walki setek armii z różnych okresów. Do usłyszenia niedługo w kolejnej odsłonie Opowieści z Kapliczki, nieco opóźnionych w związku z kończeniem armii Kapadocji!

Cezary Opaliński




środa, 3 grudnia 2008

Ogniem i mieczem

Dziś czas na elitę drużyny. Trzech Łowców Czarownic staje naprzeciw Was w pełnej krasie. Od lewej widzimy Łowcę, który uległ dosyć poważnej konwersji. Wyrwałem mu wielki dwuręczny miecz, na którym się opierał, i na to miejsce wmontowałem malutką maczetę przy tym odginając odrobinę rękę do góry. Kolejną rzeczą było zamocowanie kuszy. Aby nie doklejać jej jak reszcie gdzieś wzdłuż ciała zdecydowałem się wykorzystać jego zgięte lewe ramię. Wywierciłem pod pachą dziurę i zamontowałem tam ową śmiercionośną broń, tak jakby zwisała opierając się między jego pachą, a przedramieniem. Kolejny Łowca bez szaleństw. Jedynie lekko przekrzywiłem ramię trzymające miecz, aby wskazywał dokładnie kierunek, w który patrzy i krzyczy – Spalić tą wiedźmę! Plus doklejenie mu kuszy przy pasie. Z ostatniego Łowcy jestem szczególnie zadowolony. Poznajecie go może? Nie? Tak? No to się zdecydujcie! Kiedyś był inżynierem imperialnym, teraz wbija kołki w serca niewiernych. Oryginalnie ten Pan trzymał w rękach lunetę, a na głowie miał futrzaną czapkę. Proszę tu link dla ciekawskich:
http://www.bard.pl/!zdjecia/1322/Empire_Master_Engineer.jpg
Obecnie Łowca trzyma w rękach osikowy kołek a na głowie wymodelowałem mu z greenstuff’u klasyczny ”łiczhanterowski” kapelusz. Model ten sprawił mi sporo radości przy realizacji.
Malowanie według wspomnianego w poprzednim poście schematu: czarny, brązowy oraz białe akcenty. Tutaj Łowca w kapeluszu delikatnie się wybił ubierając dzisiaj białe pończochy.
Zapraszam na kolejną odsłonę.

wtorek, 2 grudnia 2008

Niech się pali!

Dzisiaj dwóch kolejnych przedstawicieli drużyny Łowców Czarownic. Sam Witch Hunter (dla sprostowania słowo „sam” nie jest tu użyte jako imię) oraz Warrior Priest, czyli Łowca Czarownic i Kapłan. Dwójka, która w zasadzie nie miała fizycznej ingerencji w model, oprócz doklejonych kusz. Swojego czasu ten model Łowcy pełnił w mojej drużynie funkcję Kapitana, czyli dowódcy bandy. Obecnie sam nie wiem komu przydzieliłbym to ciężkie zadanie.
Parę słów o malowaniu: ponieważ te modele zostały pomalowane niedawno, więc ich kolorystyka odpowiada pewnemu zamysłowi jaki urodził mi się w głowie i miał być zastosowany do prawie wszystkich członków bandy. Ogólnie modele miały być stonowane, mroczne (ale nie zbyt mocno) jak na Mordheim przystało, z bardzo delikatnym akcentem. Zastosowałem kolory brąz oraz czerń ,jako główny temat oraz dodatkowo kommando khaki i bleached bone. Jako akcencik stosowałem biel. Trzymałem się zasady - brąz na okrycie wierzchnie, płaszcze, czarny na spodnie, buty, a biel wystająca gdzieś ze spodu. Na tych dwóch modelach możemy to zobaczyć, u Łowcy biała koszula, u Kapłana fragment szaty na dole. Podstawki jak u poprzedników zakupione w sklepie, a przeze mnie tylko pomalowane.
Ciąg dalszy nastąpi.

niedziela, 30 listopada 2008

Najlepiej nie planować

Planowanie idzie mi wyjątkowo kiepsko i jest tak właściwie, od kiedy pamiętam. Jak coś zaplanuję, to realizacja idzie jak po grudzie, nie raz i nie dwa efekt jest odległy od zamierzonego. Najlepiej rzucić  się mi w wir wydarzeń i patrzeć jak wszystko pięknie się układa.

No więc nie planowałem nic specjalnego w ten weekend, ot siedzenie w domu, korzystanie z wolnego, sprzątanie może jakieś. Tymczasem nawet kota była zdziwiona, kiedy w końcu się pojawiałem „na chacie” i zastanawiała się tylko czy zdążę ją nakarmić nim znów wyjdę.

W tym czasie zaczepiłem kilka galerii, wystawę sierściuchów, giełdę i kino, ale nie o tym chciałem tutaj napisać. Pisać chciałem bowiem o XVII Targach Książki Historycznej, którą również nawiedziłem, co jest osiągnięciem, gdyż w zeszłym roku, mimo starań i przygotowań, nie udało mi się dotrzeć do Klubu Dowództwa Garnizonu Warszawa, na to ważne święto.

Jak to zwykle na targach książki bywa, obfitowały one w spotkania z wydawcami, autorami, promocje nowych pozycji książkowych, ba, nawet w projekcje filmowe. Najważniejszym jednak aspektem tego wydarzenia, przynajmniej dla mnie, była możliwość zapoznania się z bogatą ofertą książki historycznej w naszym kraju no i oczywiście możliwość zrobienia zakupów.

Troszkę żałuję, że targi odbyły się na chwilę przed Mikołajkami, świętami Bożego Narodzenia, urodzinami bliskich mi osób, no i oczywiście czasem wielkiego świętowania i balangowania. Wszystkie te aspekty powodują, że w portfeliku robi się cieniutko już na samą myśl o nich.  Tak czy inaczej jednak, jakieś zakupy zrobić należało. W ten sposób do mojej kolejki książek do przeczytania, trafiły dzisiaj dwie pozycje: „Sztuka wojenna starożytnej Grecji” autorstwa Grzegorza Lacha i „Mitologia germańska” Artura Szrejtera.

Obie książki miałem już na oku od jakiegoś czasu, zwłaszcza tę drugą, która w międzyczasie zniknęła z półek księgarni i została dodrukowana. Drugi raz nie zamierzałem stracić okazji. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że na targi przyszedłem po jakąś dobrą książkę o wojnach Polski z Zakonem Krzyżackim. Nawet taką znalazłem, tylko, że było to już na IV piętrze klubu garnizonu, na stoiskach antykwarycznych, a ja w plecaku miałem już swoje zakupy. Gdyby choć książka była nieco tańsza, pewnie bym ją wziął, ale nie była. I tu mam mały apel do was, drodzy czytelnicy. Czy ktoś z was, nie ma gdzieś na półce książki Mariana Biskupa – „Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim : 1308-1521”, której chciałby się pozbyć, czy chociaż pożyczyć mi na jakiś czas? I tą prywatą zakończę ten niekrótki wpis. Dobranoc!

piątek, 28 listopada 2008

Burn the witch

Chciałbym w cyklu kilku postów przedstawić Wam drużynę do systemu Mordheim, którą niedawno stworzyłem. Zacznę od modeli - według mnie – najsłabszych w tej bandzie, w sensie wizualnym oczywiście. Są to z resztą modele, które już mieliście szansę zobaczyć i to na Bitewnym Zgiełku. Przed Wami staje czwórka Flagellantów oraz Halfing Scout. Hm, dziwne połączenie, co? No, wypadałoby jeszcze przedstawić co to za drużyna. A są to Łowcy Czarownic tłumaczenie przełożone przez Gobosa z oryginału, który brzmi Witch Hunters. Co w tej ekipie robi Halfing? Ano, najął się za ciężkie pieniądze żeby walczyć ze złem na tym paskudnym świecie, a właściwie wszystko jedno z czym ważne, że za to płacą.

Modele Flagellantów wyjąłem z mojej armii Imperium, były już gotowe więc sprawę miałem ułatwioną. Jedyne co zmieniłem to podstawki. Zakupiłem specjalne podstawki, które wydaje mi się pasują do miasta Mordheim. Halfing pochodzi z regimentu Dog of War Lumpin Croop's Fighting Cocks, ale dziś nie chciał nam pokazać swojej twarzy, po prostu się na nas wypiął. W tych modelach nie ma nic nadzwyczajnego więc nie będę się rozpisywał.
Wkrótce kolejne modele z tej bandy.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Niczym rzep

Niczym rzep do psiego ogona etykietka kiepskich podstawek przylgnęła do mojej armii HE. Nieco mnie ta świadomość uwierała, była swoistym ‘da pejn in da es’, nie na tyle jednakże, bym posłuchaj tej czy owej rady i postanowił taki stan rzeczy zmienić. Przynajmniej nie własnym sumptem. I jak to zwykle bywa, z najmniej oczekiwanej strony, bo z dla żartu rzuconego tekstu, urodził się pomysł wymiany podstawek. Z żartu zrobiła się chwila zastanowienia, z chwili zastanowienia konkretna propozycja, z propozycji konkretne działanie zaś. Modny i konieczny w ciągu ostatniej dekady outsourcing przeniósł się więc na poletko skromnego i minimalistycznego, w moim wykonaniu, przygotowywania podstawek.
Wiem, rzeźbie w przysłowiowej kupie… anielskiego włosia, ale chciałem się koniecznie pozbyć owego tytułowego rzepa. Na razie zleciłem wyskubanie pierwszych kolców. Reszta w rękach Mistrza “Odrzepiacza”. W przyszłym roku, mam nadzieję, pochwale się całością. Do tegoż czasu zatem.

czwartek, 20 listopada 2008

Stepowe diabły

Nad Kislevem  zapadały ciemności. Niewielkie, położone w bezkresnym stepie sioło z wolna szykowało się do snu. Kryte blachą kopuły maleńkiej drewnianej cerkwi odbijały ostatnie promienie zachodzącego jesiennego słońca.
Ciszę nocną gwałtownie rozerwał krótki świst –zapalona strzała trafiła w jedną ze strzech, która natychmiast zajęła się ogniem. Chwilę później drewniane domostwa stały w płomieniach. Przerażone kobiety lamentowały, zaś mężczyźni klnąc biegali po wsi w poszukiwaniu oręża, wiedzieli bowiem, kto złożył im wieczorną wizytę... Wtedy zza pobliskiego wzgórza wyłonili się krępi skośnoocy wojownicy. Spadli na wieś niczym szarańcza, wśród świstu szabel i dzikich wrzasków. Jadąc na szybkich jak stepowy wiatr, kudłatych bestiach, wycinali wieśniaków, nie szczędząc kobiet, dzieci ni starców.
Rzeź skończyła się równie niespodziewanie, co zaczęła. Dogasające słońce świeciło słabym, krwawoczerwonym blaskiem. Na stepie szumiała trawa. Mieszkańcy nieszczęsnej wsi spali snem wiecznym.

No dobra, a ja wyszumiałem się literacko, he, he. Ten oddział to Oglah Khan’s Hobgoblin Wolfboyz i jest jednym z najemnych regimentów Psów Wojny. Skusił mnie niepowtarzalny wschodni styl, więc kupiłem ich bez zastanowienia (w dodatku w zafoliowanym, dziewiczym boksie!). Warto dodać, że GW już tego zestawu nie produkuje, tak więc rozumiecie, skąd ta ekscytacja. Jak zabrałem się za nich w wrześniu, tak skończyłem dopiero kilka dni temu. Bez przerwy coś odrywało mnie od malowania, i za cholerę nie mogłem ich skończyć… Efekt oceńcie sami. Szkoda tylko, że zdjęcia wyszły tak, jak wyszły –bo w rzeczywistości figury wyglądają nieco lepiej. Całość oceniam jako przyzwoity tabletop. Na zdjęciach nie widać, jak napracowałem się nad trawą żeby sterczała zamiast leżeć (jak to zwykle bywa ze statikiem). Sypałem ją z góry, a potem stroszyłem naelektryzowanym długopisem. Wyszło nieźle. Na figurkach gdzieniegdzie pojawia się kolor żółty. To przymiarka. Do czego? Niedługo zobaczycie.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Pierwszy raz

Hmmm... jakby tu zacząć po tak długim czasie nieobecności? Może prosto z mostu? Tak będzie chyba najłatwiej? Sam już nie wiem. W każdym razie chciałem się pochwalić. Nie wiem czy jest czym, bo w rzeczywistości już tak metalowo nie wygląda, ale zdjęcie wyszło super. Oto przed Wami dwie pierwsze miniatury skaveńskiego warbandu teoretycznie przygotowywanego na potrzeby takiej jednej kampanii. Właściwie nie wiem czy powinienem się chwalić na blogu, bo gdzieś na boku powstają jakieś inne, skryte plany prezentacji występujących band, ale na razie to chyba tajemnica, wiec ciiicho sza! Jeśli więc nie mogę, to proszę bardzo na niepatrzenie w nieodpowiednie miejsca i zwrócenie uwagi tylko na pewne szczegóły i ocenę. A jakie szczegóły? Tytuł wpisu powinien podpowiedzieć, tym którzy nie zauważyli w figurkach czegoś dziwnego. Bardzo proszę zacne grono zgiełkowiczów ( w tym miejscu office proponuje działkowiczów... ) o komentarze i konstruktywna krytykę.

PS. Tak, wiem łańcuch cepa nie jest skończony ( czyli innymi słowy jest nieskończony, jakby to matematyk określił ). Będzie. Cierpliwości. Dziękuje.

PSS. Za jakość, skład słów, wartość merytoryczną czy też stylistyczną tego wpisu nie odpowiadam z pełną świadomością. Za okoliczności łagodzące proszę przyjąć czas, miejsce i okoliczności pisania tych słów, oraz stan psychofizyczny autora. Po dwakroć dziękuje.

A takie tam gobosowskie gadanie

Games Workshop – największa i najpopularniejsza firma zajmująca się wargame’ingiem fantasy na świecie, przynajmniej tak mi się wydaje. Jak to możliwe, że mają kłopoty finansowe, jak twierdzą? Kryzys gospodarczy na świecie? Chyba nie, GW miało problemy już wcześniej. Poza tym wszyscy wiedzą przecież, że dzieciaków i nastolatków dekoniunktura nie tyka. A może to oni rozpoczęli całą tą recesję, która nas powoli otacza i przygniata do ziemi? Hm, chyba też nie. Czyżby zła gospodarność i wybór produktów spowodował obecne zaciskanie pasa? Chłopaki trochę za bardzo się rozochocili i poszli w produkty, których nikt nigdy nie kupi. Czy zmiana formy strony internetowej jest kolejnym posunięciem próby stawania na nogi? Obok wycofywania starszych, mniej popularnych modeli, co mnie osobiście dosyć zabolało.
Ja w zasadzie chciałem o tej ich stronie. Poprzednia była całkiem ładna, przejrzysta i wygodna. Obecna to tragedia, pomyślałem wchodząc na nią niedawno. Ciężko się połapać w ilości katalogów, zakładek, podzakładek i innych szajsów. Strona chodzi wolniej niż ślimak wygrzewający się od tygodnia na słońcu (nie pytajcie o co mi chodziło – sam nie wiem). Ogólnie szlag mnie trafiał, kiedy usiłowałem popatrzyć sobie na jakąś jedną konkretną figurkę, która mnie interesowała. Po trzykroć set szlag! Tak mnie wkurzają kolejne kroki i działania tej firmy. W końcu wybrałem inną drogę, szukając gdzieś po necie zdjęć. Dzisiaj wchodzę, patrzę:


We are currently moving our web site to its new home on newer, faster servers.
We hope to complete this operation by noon GMT / 7am EST Monday.
We apologize for any inconvenience this may cause.

He, chociaż tyle, że ta beznadziejna strona będzie może chodzić trochę szybciej, ale dzisiaj uczyniła mi pewne „inconveniance„. Szkoda tylko, że nie pomyśleli o tym wcześniej albo po prostu nie zostawili STAREJ STRONY!!! Dla mnie nowa strona to porażka. Dosyć marudzenia i żalów. A Wy co powiecie o nowej stronie GW?

piątek, 14 listopada 2008

Shaggy

O nie, znowu Ty?!

O tak, bardzo mi przykro koledzy, ale jestem zmuszony jeszcze raz pomęczyć moim ogrosmokiem. Jestem prawie pewny, po dzisiejszych wydarzeniach, że jest to po raz ostatni. Shaggoth (w wąskim gronie znany jako Shaggy) został przemalowany. W zasadzie został pomalowany dopiero po raz drugi, bo ostatnie zabiegi skupiły się tylko na konwersji. Poprzednie wersje Shaggy’iego można zobaczyć w starszych postach mojego bloga, zainteresowanych tam właśnie odsyłam. Mam jednak słabość do tej figurki, uznałem ten model za jeden z najlepszych modeli GW w historii, nawet zagłosowałem na niego podczas takowego rankingu na stronie Games Workshop.

Do kolejnej modyfikacji skłoniły mnie jego niepowodzenia na eBay’u. Stwierdziłem, że wygląda zbyt zwyczajnie i postanowiłem to zmienić. Obecnie ma zimne barwy, szaro-niebieska skóra w części ogrzej oraz brązy w części smoczej. Całość ukraszona białym włosiem, aby rozjaśnić model. Kolorystykę tarczy i sukna pozostawiłem bez zmian, ponieważ to były elementy, które mi się podobały. Nienaruszone pozostały także elementy „biżuterii”, pancerza i broń. Moją ulubioną częścią zostały łuski na grzbiecie i ogonie stwora. Pomalowałem je w odcieniach piaskowo-kremowych. Mam nadzieję, że całość prezentuje się całkiem przyzwoicie. Jedyne moje wątpliwości tyczyły się elementów czerwonych, jakoś nie do końca pasowały mi do zimnych kolorów samej postaci. Jeśli macie uwagi i chcecie się nimi podzielić zapraszam do komentowania.

Kilka słów weterana


Na początku listopada miała miejsce premiera nowej księgi armii do WFB – Warriors of Chaos. Jako że śmiertelnicy Chaosu od dawna byli moimi ulubieńcami, postanowiłem z tej okazji skreślić parę słów na ich temat. Postaram się w przybliżyć Wam nową księgę, podzielić się moimi opiniami na temat poszczególnych działów i dokonać kilku porównań z poprzednimi księgami. Nie uniknę chyba zdrowej dawki marudzenia zramolałego weterana Chaosu (to już ponad 11 lat!), ale postaram się ją zminimalizować. Tymczasem do rzeczy...

Nowa armia śmiertelnych wyznawców Chaosu była przeze mnie tą najbardziej oczekiwaną. Wojownicy Chaosu to druga z serii nowych ksiąg Chaosu, które to Games Workshop postanowiło rozbić na trzy osobne grupy: demony, wojowników i bestie. Sam zabieg rozdzielenia początkowo wydawał mi się potwornym gwałtem. Jednak po czasie, gdy minęły już pierwsze emocje, okazało się, że nie jest tak źle. Więcej armii wprowadzi większą różnorodność w czasie gier, co nigdy nie jest złą rzeczą. Oczywiście jedna grubaśna księga Chaosu z poprzednich edycji miała swój urok, ale wychodzę z założenia, że w czasie bitew towarzyskich na większe punkty można spokojnie wymyślić sensowny sposób połączenia kilku odłamów Chaosu w jedną armię.

Okładka prezentuje się nienajgorzej, chociaż postać lorda Khorna jest nieco przerysowana – co za dużo to, jak zwykle, niezdrowo. Ogólnie jest zbyt czerwono-żółty, ale być może taki Khorne najbardziej przemawia do napalonych nastolatków?
Podręcznik rozpoczyna tradycyjnie część „fluffowa”, która zajmuje około 35 stron okraszonych świetnymi rysunkami, zarówno starymi jak i nowymi. Część ta, zawierająca opis Królestwa Chaosu i jego nadejście, jest zasadniczo niezmieniono – bo i co tutaj zmieniać?

Dalej opisani są ludzie żyjący w pobliżu i na samych Pustkowiach Chaosu, czyli plemiona wojowniczych barbarzyńców, czczących Mrocznych Bogów. Opisany jest ich stosunek do owych bogów i to, w jaki sposób są z nimi powiązani. Tutaj we fluffie nastąpiła poważna zmiana w porównaniu do poprzednich edycji, bo o ile poprzednio konkretne plemiona oddawały się w służbę jednemu z Bogów, tutaj czczą wszystkich. Ma to oczywiście pewne odzwierciedlenie w zasadach, ale o tym później.

Następnie opisane są zalety i zagrożenia podążania ścieżką Czempiona Chaosu – tu niemal bez zmian w porównaniu do poprzednich edycji. Jest za to, obszerniejszy niż poprzednio, opis inwazji Asavara Kula, podczas której zostało zniszczone miasto Praag. Dodatkowo jest nowa historia o ataku i zniszczeniu przez armie Chaosu krasnoludzkiej twierdzy Kraka Drak. Dalej znajduje się historia Archaona, wybrańca Chaosu, który ma zniszczyć świat ludzi, i jego drogi ku potędze. Jest ona znacznie bardziej rozbudowana niż poprzednio, jednak, co ciekawe kończy się przed inwazją na Imperium – mimo, iż w prowadzonej przez Games Workshop kampanii Storm of Chaos, taka inwazja się odbyła. Tutaj fluff został cofnięty w czasie i tam zatrzymany.

Część stricte fluffową kończy kilkustronicowa oś czasowa, na której oznaczone są ważniejsze wydarzenia w historii śmiertelników Chaosu – począwszy od Wielkiego Kataklizmu aż do nadchodzącej inwazji Archaona.

Cały fluff jest oczywiście nieco poszerzony o dodatkowe historie i opisy – głównie z racji tego, że skupia się na samych tylko Wojownikach Chaosu, więc musiała zostać wypełniona czymś luka powstała po usunięciu historii dotyczących demonów i zwierzoludzi.

Następnym elementem księgi jest część z zasadami armii i poszczególnych jednostek. Idąc rozpoczętym przy okazji Elfów Wysokiego Rodu trendem, każda armia dostaje coś w rodzaju ogólnej zasady, która dotyczy wszystkich lub niemal wszystkich oddziałów w armii. U Wojowników Chaosu zasadą taką stała się Wola Chaosu. Powoduje ona, że wszystkie jednostki w armii mogą przerzucać nieudane testy paniki. Zasadę uważam za bardzo trafioną, gdyż sprawiła, że jednostki normalnie nieużywane z powodów podatności na Panikę właśnie, stały się teraz bardziej atrakcyjnym wyborem (co wpłynie pozytywnie na urozmaicenie armii).

Drugą zasadą, nawiązującą nieco do starszych edycji Chaosu, jest Oko Bogów (Eye of the Gods). Sprawia ona, że bohaterowie Chaosu muszą zawsze dążyć do pojedynków, a za zabicie wrogiego herosa lub modelu z zasadą Duży Cel otrzymują prawo do rzutu 2D6 na specjalnej tabelce – rezultaty, począwszy od przekleństwa Głupoty, poprzez szereg dodatków do statystyk, a na Wardzie 4+ i Uporze kończąc, są na stałe dodawane do statystyk i zasad bohatera. Jest to bezpośrednie nawiązanie do fluffu, w którym czempioni Chaosu muszą bezustannie udowadniać swoją wartość przed Mrocznymi Bogami oraz do tego, że ich nagrody nie zawsze tego czempiona ucieszą. Duży plus.

Dochodzimy wreszcie do opisów jednostek i ich zasad. Na opis większości przypada cała strona, okraszona zdjęciem. Jednostki Core składają się z Maruderów, Konnych Maruderów, Ogarów Chaosu oraz Wojowników Chaosu. Jednostki Special to Rycerze Chaosu, Wybrańcy Chaosu, Zapomniani/Opuszczeni (Forsaken), Rydwany, Smocze Ogry, Ogry Chaosu i Trolle Chaosu. Grupę Rare stanowią Piekielne Działa, Pomioty Chaosu, Shaggothy, Giganty Chasu oraz Wojenne Ołtarze. Jeśli chodzi o postacie, to pozostał Lord Chaosu, Czarnoksiężnik Lord i Demoniczny Książę z grupy Lordów oraz Wyniesiony/Egzaltowany (Exalted) Czempion i Czarnoksiężnik z grupy Herosów. Naszych bohaterów może wozić, poza obecnymi poprzednio demonicznymi rumakami, Mantikora oraz Palankin Nurgla. Dodatkowo dostajemy aż 10 (!) specjalnych bohaterów, z czego aż siedmiu jest świeżo wymyślonych.

Następne 24 strony stanowią kolorowe zdjęcia wspaniale pomalowanych modeli Chaosu, zarówno nowych, jak i klasycznych sprzed kilkunastu lat. Tutaj muszę powiedzieć, że nowe modele wyprodukowane z okazji wyjścia nowej księgi są naprawdę świetne, a w szczególności dotyczy do plastikowych konnych maruderów i rycerzy. Ich jakość i szczegółowość zadziwia. Osobiście najbardziej cieszę się z nowych koni, w końcu doczekaliśmy się osobnych wzorów. Doskonały jest też stosunek cena/jakość – przykładowo poprzednie modele rycerzy kosztowały ok.170zł za 5szt., obecnie jest to ok. 60zł. Oczywiście modele metalowe dalej są drogie, jednak oszczędność przy kupowaniu konnych maruderów, rycerzy i nowych plastikowych psów znacznie obniża koszt skompletowania armii.

http://www.games-workshop.com/gws/catalog/armySubUnitCats.jsp?catId=cat1380004&rootCatGameStyle=

http://www.games-workshop.com/gws/catalog/armySubUnitCats.jsp?catId=cat1380003&rootCatGameStyle=#

Po sekcji prezentacyjnej znajduje się dział magii, tradycyjnie już podzielonej na trzy Domeny po sześć czarów. Dość powiedzieć, że wszystkie zostały znacząco przebudowane, przy czym wydatnie wzrosła siła Domeny Nurgla, a osłabła Domena Slaanesha. Ogólnie rzecz biorąc wszystkie są zrównoważone i mają swoje słabości (np. 2 z 6 czarów Slaanesha nie działają na jednostki Odporne na Psychologię, których ostatnio jest sporo).
Na kolejne zmiany natrafiamy w opisie działania poszczególnych Znamion Bogów. Znamię Tzeentcha ulepsza posiadany Ward Save o 1 (w razie braku daje Ward Save 6+), a czarodziejom dodatkowo daje +1 do rzucania czarów. Znak Nurgla sprawia, że wrogowie mają -1 do trafienia ze strzelania i -1WS w walce przeciwko modelom z tym Znamieniem. Znamię Khorna daje Frenzy, a znamię Slaanesha odporność na Panikę, Strach i Terror. Ogólnie rzecz biorąc znamiona są ciekawe i zrównoważone, a co ważne wszystkie są atrakcyjne, co wcześniej nie miało miejsca.

Tuż po opisie Znamion zaczynają się magiczne przedmioty oraz Dary Bogów. Dary są dodatkiem do Magicznych przedmiotów i mogą być brane oprócz nich – jest na nie osobna pula punktów, inna dla różnych bohaterów. Zarówno Dary jak i przedmioty przynoszą pewne rozczarowanie – poza kilkoma ciekawymi i użytecznymi mamy masę ciekawostek, które przydatne są na tyle rzadko, że lepiej oszczędzić te punkty i wydać je na wojsko... W kwestii magicznych przedmiotów i Znamion Bogów autor popełnił największą - moim zdaniem – zbrodnię w tej książce. Mianowicie nie ma żadnych ograniczeń co do przedmiotów jakie można władować bohaterowi w zależności od tego czyim jest wyznawcą. Możemy więc mieć Lorda Chaosu ze Znamieniem Slaanesha, posiadającego amulet Złote Oko Tzeentcha i walczącego Glewią Zarazy... Wzajemna wrogość wyznawców i poświęcenie się konkretnemu bogu zginęła zadźgana na Ołtarzu Uproszczeń Zasad. Oczywiście można spróbować ograniczyć się we własnym zakresie, ale pewne przedmioty nie mają alternatyw poświęconych innemu bóstwu.

Z całej sekcji magicznych zabawek najlepiej wypadają sztandary – każdy z nich jest ciekawy i użyteczny.

Doszliśmy w końcu do sedna, czyli listy armii. Pozwolę sobie tutaj opisać poszczególne jednostki, ich wady i zalety. Celowo nie zrobiłem tego na etapie opisów jednostek, gdyż tutaj dopiero poznajemy koszty punktowe oddziałów, a dopiero w zestawieniu z nimi da się dokonać prawdziwej oceny.

Sekcja Lordów jest dość zatłoczona – znajduje się tu aż 6 bohaterów specjalnych, o których nie będę się jednak rozwodził, a tylko ich wymienią. Są to: Archaon, Galrauch – pierwszy ze smoków Chaosu, Książę Sigvald Wspaniały – dekadencki i narcystyczny lord Slaanesha, Kholek Suneater – starożytny smoczy ogr, Valkia Krwawa – demoniczna księżniczka Khorna, oraz Vilitch the Curseling – zmutowany czarnoksiężnik Tzeentcha. Potem znajdujemy w końcu „zwykłego” Lorda Chaosu, Lorda Czarnoksiężnika oraz Demonicznego Księcia. Zarówno obaj ludzcy lordowie mogą dosiadać wszelkiej maści demonicznych rumaków, smoka czy mantikory. Oprócz przedmiotów magicznych do 100 punktów, mogą mieć Dary Bogów do 50 punktów. Ich ceny nie zmieniły się w porównaniu do poprzedniej edycji. Demoniczny książę nie może mieć magicznych przedmiotów, za to może wziąć Dary bogów do 100 punktów.

Herosi zaczynają się również od bohaterów specjalnych – Festus the Leechlord – czarnoksiężnika Nurgla, Throgg – Król Trolli oraz Wulfrik the Wanderer – czempion skazany na wieczną tułaczkę. Ze zwykłych bohaterów mamy Czarnoksiężnika oraz Exalted Championa – mogących mieć przedmioty magiczne do 50 punktów i Dary Bogów do 25 punktów. Sam Exalted Champion podrożał 10 punktów, natomiast spadła jego inicjatywa, więc ogólnie rzecz biorąc pogorszył się. Wyleciał natomiast z listy Aspiring Champion, który pełnił poprzednio głównie rolę sztandarowego armii, którą to rolę przejął obecnie Exalted Champion.

Sekcja Core składa się z czterech jednostek. Ogary Chaosu pozostały w zasadzie niezmienione, poza tym, że pojawiły się u nich dodatkowe opcje – Scaly Skin 6+ za 1pkt. oraz Poisoned Attacks za 3pkt. Dla modelu, który kosztuje 6 punktów, te ulepszenia to śmiech na sali, gdyż Save 6+ nie daje absolutnie nic, natomiast Poison za 3pkt zabiera psom ich najważniejszą zaletę – tani koszt punktowy. Ogary nie liczą się do minimalnej wymaganej liczby core, tak jak poprzednio. Są jednostką niezbędną w armii, nieużywanie ich to jak strzelanie sobie w stopę – do nich należy rola przynęty, przeszkadzajki itp.

Maruderzy na piechotę potanieli do 4pkt i otrzymali możliwość wykupienia Znamion Bogów. Zmiana na plus, dająca graczom możliwość wystawienia hord taniej piechoty.
Maruderzy konni to jedna z kluczowych jednostek w armii, bez której niezwykle ciężko się obyć. Armia pozbawiona jest bowiem jakichkolwiek jednostek latających, więc rolę łowców maszyn wojennych muszą przejąć właśnie oni. Posiadają również możliwość wykupienia Znamion Chaosu.

Wojownicy Chaosu – naprawdę twarda piechota, dostali z powrotem pancerze Chaosu, dzięki czemu mają bazowy pancerz 4+. Przywrócono im też 2 ataki. Posiadają oczywiście możliwość wykupienia Znamienia Chaosu oraz magicznego sztandaru. Kosztują 15 punktów za sztukę przed dokupieniem tarcz, broni wielkiej, halabard czy dodatkowej broni ręcznej – to dużo, ale wojownicy chaosu są elitą, więc ich cena nie jest taka straszna... a raczej nie byłaby gdyby nie jeden fakt – mają tylko 4 ruchu, czego należy się spodziewać po człowieku. Piechota tak wolna i tak droga nie dojdzie raczej za daleko – tym bardziej, że brak jakichkolwiek jednostek latających czy też posiadających zasadę Skirmish sprawia, że łatwo będzie zablokować takim wojownikom możliwość marszu. To jest ich główna słabość, zobaczymy w ogniu walki czy nie jest zbyt duża.

W dziale Special mamy zatrzęsienie. Na początek nowość – Forsaken, Zapomnieni, Odrzuceni, wojownicy, którzy otrzymali zbyt wiele negatywnych mutacji, że są tylko o krok od zamienienia się w bezmózgie pomioty Chaosu. Mają Frenzy, ich główną zaleta jest szybkość 6 i dużo ataków (każdy z nich ma D3+1 ataki z Siłą 4), wadą aż 18 punktów. Gdyby ta jednostka miała Skirmish, byłaby ciekawą alternatywą dla innych wyborów Special – a tak są co najwyżej średniakami.

Chosen, to najlepsi Wojownicy Chaosu, posiadający aż 6WS oraz co ważniejsze, rozpoczynają grę z losowym efektem z tabeli Oko Bogów. Posiadają wszystkie pozostałe zalety i wady zwyczajnych Wojowników, a dodatkowo czempion oddziału może mieć magiczne przedmioty do 25 punktów. Kosztują jednak aż 18 punktów sztuka, nie licząc dodatkowego uzbrojenia.

Rycerze Chaosu to potworna siła uderzeniowa. Mają po 2 ataki, pancerz 1+ i wzbudzają strach. Bazowo uzbrojeni w magiczną broń, dającą im stałą Siłę 5. Niezrozumiałe jest tylko tzw. „ulepszenie” magicznej broni do lanc, kosztujące 5pkt za model, przez co mają siłę 6 w szarży i siłę 4 poza nią. Nie wiem, kto woli mieć gorsze ataki za dopłatą... Oczywiście rycerze mogą mieć Znamiona Bogów i magiczne sztandary i są główną jednostką uderzeniową w armii – choć nie będą zbyt liczni kosztując 40pkt za model.

Rydwany Chaosu zasadniczo nie zmieniły się w porównaniu do poprzedniej wersji, ale stały się wyborem Special zamiast Core, co w oczywisty sposób zmniejsza ich grywalność.

Ogry Chaosu mają teraz możliwość wykupienia pancerza Chaosu oraz Znamion Bogów – są znacznie lepsze niż poprzednio, może zacznie się je w końcu widywać.
Smocze Ogry kosztują mniej więcej tyle samo, co poprzednio. Dzięki Woli Chaosu ich poprzednia słabość w postaci częstego panikowania została znacznie zmniejszona. Dodatkowo przenieśli się z sekcji Rare do Special.

Na koniec mamy trolle Chaosu, które różnią się od innych trolli ciekawą zasadą – Mutant Regeneration. Jeśli w jakiejkolwiek fazie zregenerują 2 lub więcej ran, to otrzymują darmowy rzut na tabelce Oko Bogów. Warte popróbowania, choć oczywiście muszą być niańczone przez generała ze względu na niskie Dowodzenie i Głupotę.

Sekcja Rare rozpoczyna się od ostatniego z bohaterów specjalnych – Pomiot Chaosu Scyla Anfingrim, który pomimo swojego stanu może wciąż walczyć w pojedynkach oraz korzystać z dobrodziejstw tabelki Oko Bogów.

Piekielne Działo, choć zajmuje już tylko jeden slot Rare a nie dwa jak poprzednio, zostało potwornie skrojone, jeśli chodzi o statystyki, nie zaś tak potwornie, jeśli chodzi o koszt punktowy. Mimo to jako jedyna broń zasięgowa w armii może okazać się cennym jej elementem.

Shaggothy, wielkie Smocze Ogry, zostały nieco ulepszone, ale dalej są znacznie za drogie jak na swoje możliwości – a szkoda, wielu liczyło na ugrywalnienie tego modelu.
Giganty Chaosu mogą teraz wykupić Znamiona Chaosu, jednak podrażanie i tak już drogiego modelu chyba jednak nie jest zbyt opłacalne.

Pomioty Chaosu jak ostatnio 2 za 1 slot rare, osobiście widzę ich przydatność jako odstraszacz ewentualnych jednostek próbujących spowolnić moją piechotę.

Nowy dodatek Wojenny Ołtarz – kapliczka Chaosu niesiona czy też wieziona do bitwy, rzucająca na wybraną jednostkę w 12” losowy efekt z tabeli Oko Bogów. Przy pewnych konfiguracjach armii jednostka ta ma potencjał, jednak sprawdzi się to w praktyce.
 To już koniec, mam nadzieję, że ktoś tutaj dobrnął i się nie zanudził. Przedstawię jeszcze kilka wniosków w ramach podsumowania i dam Wam spokój.

Jeśli chodzi o część fluffową, to nie mam większych zastrzeżeń, poza oczywiście spłyceniem animozji pomiędzy wyznawcami poszczególnych Niszczycielskich Potęg. Dodano kilka nowych historii mogących stanowić inspiracje do stworzenia armii tematycznych.

Największy plus należy się za modele – armia będzie prezentować się wspaniale. To właśnie zakuci w ciężkie zbroje wojownicy sprawili, że pokochałem tą armię. Teraz, gdy nie będą pętać się pod nogami dzicy zwierzoludzie i dziwaczne demony, będzie jeszcze więcej świetnie wyglądających wojowników.

Mam dwa duże „ale” – możliwość mieszania przedmiotów różnych bogów na herosach z konkretnym Znamieniem Chaosu oraz wykastrowanie armii z elementów wsparcia. Brak zarówno jednostek latających, jak i harcowników sprawi, że dowolna armia defensywna będzie miała z górki, gdyż nic nie zastąpi lataków w niszczeniu maszyn, a dowolna armia posiadająca jednostki latające lub szybką kawalerię skutecznie unieszkodliwi armię Chaosu opartą na piechocie. Oczywiście da się temu zapobiegać, ale będzie to niezwykle trudne zadanie.

Mimo to jestem zadowolony, wojownicy w końcu są tak twardzi jak być powinni, armia wygląda świetnie, nowe figurki są cudowne – czegóż można więcej chcieć?

Do zobaczenia na polach bitew, gdzie postaram się wysłać wrzeszczące dusze Waszych wojowników do Królestwa Chaosu.

Przemysław Wójcik

wtorek, 11 listopada 2008

Lekki ubaw

Mam lekki ubaw, ogólny stan wesołości, kpiarstwo płynie mi w żyłach. Wszystko to wówczas, kiedy siadam do malowania lub przygotowywania figurek relikwiarza i bojowych pielgrzymów. W dodatku odświeżam sobie śląski tryptyk mistrza Sapkowskiego, akurat nasycony sferą kanoniczną ponad najśmielsze oczekiwania. Humor wylewa się z każdej strony powieści, mistrz Szarlej ujmuje rezonem i dowcipem. Jak tu się nie śmiać?
Plan minimum na długi weekend udało mi się zrealizować - sześciu fratrów gotowych, przy czym drugiej trójce tarcze zamierzam pomalować dopiero, kiedy wszystkie modele będą gotowe. Poza tym chyba przejąłem się faktem, że tarcze przypominają kapliczki - w związku z tym nie podjąłem się wyzwania. Na razie. Zdjęcie pokazuje aktualny stan regimentu. Cześć modeli jeszcze nie oczyszczona, część tuż przed nałożeniem podkładu, relikwiarz skonstruowany, reszta gotowa.
Relikwiarz, relikwiarz - co za rewelacyjna figurka! Czyszcząc ją i konstruując znalazłem wiele ukrytych szczegółów. Choćby ten, że lanca nie jest z zestawu (ale to akurat niewielki problem). Kiedy odkryłem, że pod żerdzią, na której braciszkowie dźwigają doczesne szczątki jakiegoś opancerzonego rycerzyka powieszony jest dzwon, padłem z zachwytu. Generalnie konstrukcja całości predestynuje autora figury do niejednej pochwały a i wielu nagród. Szerszy komentarz zostawię na później, kiedy nasza znajomość nabierze większych kolorów (dosłownie!).
Wczoraj odkryłem również, że czerwona farba z serii foundations wielce cuchnie, James Horner odcina kupony od własnej twórczości, przerabiając napisane wcześniej utwory na potrzeby innych filmów, styl Sapkowskiego chyba nie podoba mi się tak bezkrytycznie, jak kilka lat temu, nadto zaś, że kompletnie nie pojmuję, jak można zlizywać farbę podczas malowania. Spróbowałem - musiałem otworzyć butelkę, żeby przepłukać usta. Fuj.

czwartek, 6 listopada 2008

Pielgrzymek

Pisałem ostatnio o zaległościach. Dzisiaj wyjąłem z pudelka kolejną i postanowiłem wyemitować pilotażowy odcinek, czyli ułożyć wzorzec dla całego regimentu. Mowa o upartych i szalonych pielgrzymach bretońskich, jednym z najbardziej klimatycznych oddziałów tejże krainy. Właścicielem tej czeredki jest oczywiście nie kto inny, jak Prezes, któremu obiecałem ten regiment już w zeszłym roku. Niewielki poślizg, prawda? W każdym razie do pomalowania jest w sumie 12 pielgrzymów oraz relikwiarz, czyli kolejny kapitalny model. Już zacieram ręce do dalszej pracy, ponieważ dzisiejsza próba dała mi sporo frajdy. Postanowiłem uzyskać standard stołowy, tak więc bez większych szaleństw. Czarny podkład, następnie konstruowanie szarym, potem lekki drajbrasz i na końcu rozjaśnianie śmiałymi pociągnięciami pędzla, przy odrobinie mieszania w celu uzyskania jaśniejszego tonu. Natomiast co do skóry, to miałem okazję przetestować najnowszy nabytek i ostatni produkt GW zarazem, jeśli chodzi o farby. Mowa o nowych tuszach - użyty tutaj to ogryn flash. Mogę śmiało potwierdzić, że nowe inki są po prosto doskonałe. Po pierwsze świetnie się nakładają, nie trzeba ostrożnie dozować w obawie przed nadmiernym zalaniem modelu. Po drugie są matowe (piszę w liczbie mnogiej, ale zakładam, że ten konkretny kolor ma identyczne własności, jak pozostałe). Myślę, że warto je po prostu mieć w swoim warsztacie i to pomimo sporej ceny. Wracając do modelu - w regimencie są jeszcze dwa podobne. Pozostałe różnią się znacznie, więc nie powinienem się nudzić przy dalszej pracy. Powiem szczerze, że niektóre wzory są po prostu szalone. Można się ubawić od samego patrzenia. Gdyby nie to, że podstawkę poprawiałem kilka razy, figurka zajęłaby mi maks 45 minut. Dalej mam już zamiar malować po 2-3 jednym ciągiem, żeby przyspieszyć pracę. Relikwiarz może na końcu, może po 6 mnichu - jeszcze nie zdecydowałem. Mam teraz tylko nadzieję, że Prezes nie zapomniał o swoim regimencie i że odpowiednio nagrodzi moje wysiłki. Hi hi hi.

niedziela, 2 listopada 2008

Zaległości

Popełniłem niemal rok temu pewną konwersję konnego bohatera do HE. A na dobrą sprawę do zbudowałem go z różnych elementów niemal od zera. Pisałem o tym na blogu a nawet w szerszym artykule. Obiecałem wówczas, że pokażę również krok po kroku, jak maluję ową figurkę. Nic z tego jednak nie będzie, bo raz, że posiałem gdzieś zdjęcia z poszczególnych faz powstawania, dwa, że malarskich przewodników jest w sieci od groma, trzy, że po ludzku mi się nie chcę, cztery - po roku gotowy jest zaledwie wierzchowiec. A skończyłem go dzisiaj, w ramach nadrabiania zaległości. I pomyśleć, że kiedyś nie pozwoliłbym sobie na niedomalowaną figurkę na półce dłużej niż dwa tygodnie. Mierząc w złotego demona skończyłem na tzw. poziomie tabletopu. Chcąc niejako zadośćuczynić przewinieniom młodości, postanowiłem pomalować konia maści jabłkowitej. Myślę tu konkretnie o lekkiej jeździe, która do dzisiaj straszy niebieskimi kropkami na szarej skórze (odsyłam do galerii mojej armii na BZ, którą sobie zresztą nie tak dawno odświeżyłem). Stąd właśnie prezentowana figurka pomalowana została wg wskazówek dotyczących wspomnianej maści. Poza tym chciałem uzyskać nieco surowy efekt kolorystyczny - stąd kamienne podłoże, nietypowo dla HE brak białych elementów ekwipunku, za to szare i czarne barwy. Zdjęcie robocze - lepszy efekt chcę zachować do momentu ukończenia jeźdźca i prezentacji gotowej całości. Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż w listopadzie przyszłego roku.

piątek, 31 października 2008

Codex Space Marines - 5ed.


Na dniach miała miejsce premiera nowego kodeksu, do sztandarowej (czytaj najlepiej sprzedającej się) armii, do systemu Warhammer 40 000, czyli do armii  Space Marines. Jako że system ten pociąga mnie od swojej trzeciej edycji,  z czystej ciekawości nabyłem premierowy podręcznik do piątoedycyjnej armii. Wygrzebałem również ze straty materiałów do W40K poprzedni kodeks do Space Marines (4 edycja), żeby mieć czyste sumienie i materiał porównawczy. Pozwoli mi to również na zachowanie pewnej dozy obiektywizmu. Chociaż, jak mawiają, recenzent obiektywny bywa, a i tak napisze czy mu się recenzowana rzecz podobała czy nie, albo  obetnie kilka głów na śniadanie, starym, mrocznym, elfim zwyczajem.

Z obowiązku wspomnę, że nowa edycja 40tki zmieniła dość radykalnie znany z 3 i 4 edycji mechanizm gry, więc teoretycznie, nowe kodeksy armii powinny te mechanizmy uwzględnić. Również z obowiązku wspomnę, że GW w ciągu krótkiego czasu przed wprowadzeniem na rynek nowej edycji, wydało kilka podręczników, do wielu popularnych armii min. Eldarów. Doczekaliśmy się również osobnych zasad do dwóch zakonów Space Marines, czy wreszcie nowego podrecznika do armii Orków, Chaosu i Demonów. Ploteczki wypuszczane skrzętnie do sieci twierdziły, że nowe kodeksy opracowywane są z uwzględnieniem nadchodzącej nowej edycji Warhammera 40 000. No cóż, wyszło to różnie, jak zwykle zresztą. Wrodzona obowiązkowość każe mi spieszyć z poinformowaniem Drogich Czytelników, że zgodnie z nową świecką tradycją, są armie które posiadają zasady nawet jeszcze z 3-ciej edycji gry, na przykład Dark Eldars, czy armia Space Wolves z zakonów Space Marines. Nic to, jak powiedział Wołodyjowski do Basieńki w filmie Hofmanna, zabieramy się za recenzję!

Podobieństwa podręczników z 4 i 5 edycji zaczynają się i kończą na stylistyce okładki, oraz przyjemnych szkicach, w mrocznym gotyckim klimacie, wewnątrz obu książek. Winnym popełnienia nowego kodeksu jest  Matthew Ward, nie pojawiający się na liście autorów w poprzedniej edycji. W oczy rzuca się od razu objętość ksiązki, aż 144 strony. Dla porównania, poprzednia ekipa autorów zdołała zamknąć sprawę w 80. Miło by było gdyby za ilością szła jakość, ale o tym za chwilę. Nowy podręcznik zmienia całkiem podejście do budowania kolekcji armii Space Marines.

Bazowo, również zgodnie z przyjętym przez Games Workshop wzorcem, oba zbiory zasad traktują o „kodeksowym” zakonie Space Marines, czyli o Ultramarines. Dodatkowo oba podręczniki dają możliwość przygotowania przez gracza armii innego zakonu. Jednego z tych znanych, jak White Scars czy Salamanders, lub stworzenia własnego, niepowtarzalnego zakonu. I tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt. W starym podręczniku pojawił się rozdział Chapter Traits. W zgrabnej tabeli i na kilku stronach rozwinięcia, gracze mogli wybrać sobie, jaki format zakonu chcą przygotować, np Fierce. Następnie z tabelki odczytywało się, jakie specjalne zasady, „na plus” i „na minus”, posiada taki zakon. Zasady modyfikowały listę armii, albo wpływały na sposób gry taką armią. Wystarczyło opracować sobie własny schemat kolorów, historię zakonu i można było zebrać kolekcję niepowatarzalnych obrońców ludzkości. Zakony znane graczom z tła fabularnego gry zostały zebrane w tabeli Chapters of the Legend, wraz z odpowiednim zestawem zasad specjalnych. Takie rozwiązanie bardzo przypadło do gustu graczom na całym świecie. Powstały przepięknie pomalowane i ciekawie sformatowane armie.

Nowe zasady wyrzuciły na śmietnik jedną z najmocniejszych stron poprzedniej edycji.  W sekcji HQ listy armii, pojawiła się rzesza nowych bohaterów specjalnych z róznych znanych zakonów SM - do starych znajomych, jak kapitan Lysander z zakonu Imperial Fists, doszło stadko nowych. I to bohaterowie specjalni wprowadzeni do armii, decydują jakim zakonem gra gracz. Każdy z nich posiada zdolność chapter tactics, która zastępuje nową zasadę SM combat tactics, na specyficzną (teoretycznie), zdaniem autora, dla danego zakonu zasadę. Oczywiście nie ma już możliwośći modyfikacji listy armii, co pozwoliło by dodać smaczku naszym wrażym siłom. Pomijając mały plusik za nowe wzory figurek bohaterów, jest to absurdalne dla starszych graczy spłycenie systemu. Jednym słowem dno. Dno pogłebia się bo autor dopuścił możliwość wyboru dwóch różnych herosów z rónych zakonów i gracz sobie wybiera, który z nich modyfikuje zasadę combat tactics na taktykę zakonu. Mówiąc w skrócie - Staszek odwiedza Jasia, idą na kielicha i decydują, który z nich się będzie bił pod knajpą, bo dym z ochroną jest... Dużym szacunkiem darzę pracę koncepcyjną ludzi, którzy stworzyli w swojej wyobraźni, lata temu, świat 40tki, a takie podejście, obraża moją inteligencję i poczucie dobrego smaku.

Nowy podręcznik został podzielony na kilka części. W pierwszej mamy opisaną historię powstania legionów Space Marines, czasy wojny domowej, oraz przekształcenie legionów w zakony, po jej zakończeniu. Autor uraczył nas również opisem powstawania superhuman hero, czyli brata zakonnego, oraz historią bitew z udziałem Ultramarines. Mamy też sporo informacji na temat struktury zakonu, oraz schematów kolorystycznych i heraldyki róznych armii SM. Całość utrzymana jest na tradycyjnym poziomie literatury s-f klasy B, w miękkich okładkach. Następną, tą która tak zwiększyła objętość kodeksu, częścią jest opis prawie wszystkich, dostępnych potem w liście armii bohaterów i jednostek. Kompletny idiotyzm, bo pisanie całej  strony  o transporterze Rhino, czy Drop Podach, zakrawa na marnowanie papieru, a drzew na świecie coraz mniej... Litościwi autorzy starego dex`u, opisali tylko bohaterów, oraz niektóre jednostki.

Na koniec, tej ciekawej lektury, docieramy do rdzenia podręcznika, czyli do listy armii. A tutaj spore zmiany.

Po pierwsze, przy zmianie mechaniki gry, zmieniono zasady zdobywania punktów za zajęcie kluczowych pozycji. Obecnie punkty te mogą zdobywać tylko jednostki z sekcji Troops. Zgodzę się, że taka duża zmiana, spowoduje w końcu, że gracze przestaną brać tylko dwie obowiązkowe jednostki z tej sekcji, jak miało to miejsce do tej pory. Jakoś te punkty trzeba będzie w końcu zdobywać. Szkoda tylko, że nikt nie wpadł na to, aby obniżyć koszt jedynych, w armii SM, zwykłych żołnierzy, są oni bowiem obecnie, jednymi z najdrożyszch punktowo w grze. Przez uproszczenie (za to minusik), oraz wprowadzenie zasady combat squad do wszystkich oddziałów piechoty SM, kończy się era minmaxów typu las-plas* (za to plusik).

Kolejną rzeczą jaka rzuca się w oczy to radyklane obniżenie kosztu transportera Razorback - żegnajcie piękne Rhinosy! Kto wybierze źle uzbrojone Rhino, jeśli za 5 punktów więcej, ma Razorbacka z  heavy bolterem na dzień dobry? Pojawia się też kilka całkiem nowych jednostek.

W sekcji Elites mamy to co zwykle (z tym że weterani zmienili nazwę na Sternguard Veterans), plus kilka nowości. Pojawia się Ironclad Dreadnought, czyli lepiej opancerzona wersja Dredzia. Mój kolega Jaro (cierpiący na nieuleczalny syndrom dredzia) się ucieszy. Mamy również nową jednostkę, Legion of The Damned Squad. Jest to pojawiający się czasem z nikąd oddział  eterycznych wojowników, wyglądających jak Space Marines, bez strachu ruszających na wroga, w najbardziej dramatycznych dla zakonników momentach. Tym samym, trafiają się nam zawodnicy z Ld 10, mogący strzelać po ruchu z broni ciężkiej, oraz rzucający każdego save`a jako Inv 3+. Oj coś czuję, że z rzadko ukazujących się widm, staną się, ci panowie, częstym widokiem na stołach.

W części Fast Attack, również troszkę nowości. Starzy weterani z jump packami dostali nową nazwę - Vanguard Veterans i przenieśli się z działu Elites, do szybkich i wściekłych. Kosmetyczne zmiany w Land Speeder`ach, oraz całkiem nowa zabawka - Land Speeder Storm. Fajna rzecz, może przenosić 5 zwiadowców, ma troszkę elektroniki do przeszkadzania przeciwnikowi i ułatwiania sobie życia. Mamy również drobne zmiany w motorkach.

Za to w sekcji Heavy Support dwie nowości. Nowy model Land Rider`a, oraz zupełna nowość - Thunderfire Cannon. Zasady wyglądają na fajne, maszynki ciekawe, ale nie wiem jak się sprawdzą na stole. Whirlwindy dostały taki sam zestaw rakiet jak zakony Dark Angels i Blood Angels, koniec z minami, teraz minować mogą motorki zwiadu.

Listę armii poprzedza  zbrojownia, czyli podzielony na 3 części (wargear, other equipment, armour) opis gadżetów i zabawek jakie mamy dostępne do wyboru. Kilka nowych różności, większość starych bajerów, sporo specjalnej amunicji do naszych bolterów (może w końcu da się coś z nich zabić:)) i jedna rzecz która mnie wkurzyła. Co za geniusz wymyslił żeby w sekcji o sprzęcie zamiast pisać o sprzęcie, walnąc odsyłacze do części z opisami jednostek. Po jakiego czorta mam kopać po kodeksie, żeby zobaczyć jaką mam amunicję dla zwiadowców. Chyba nasz autor nie odkrył uroków edytorów tekstu, z możliwością kopiowania fragmentów tego, co napisal do innych części podręcznika. Irytujące utrudnienie życia.  Listę armii zamyka tabelka z zestawieniem charakterystyk żołnierzy, oraz wszystkich dostępnych broni.

Znalazłem też kilka wpadek. W pięknej, kolorowej części kodeksu, ze zdjęciami figurek, oraz z pokazanymi tzw idiot armies (czyli armiami bez sensu ustwionymi na stole do zdjęcia promocyjnego) znalazłem armię zakonu Salamanders, prowadzoną przez Librariana w malowaniu i insygniach Ulramarines. Co? Fabry zielonej zabrakło? Kolejna sprawa: jak można pokazać nowym graczom figurki pomalowane przez zawodowców na wielu kolorowych zdjęciach, a zapomnieć dać choćby podstawowy przewodnik, jak pomalować figurkę? Zdaję sobie sprawę, że jest internet, White Dwarf , oraz sklepy, gdzie się można nauczyć malować, ale do jasnej trzasnej, jak ktoś za kupę kasy kupuje sobie pierwszy podręcznik do systemu, to nawet nie ma możliwości podpatrzenia w nim, jak sobie poradzić z pierwszym modelem.

Podsumowjując, nie do końca wiem, co myśleć o tym kodeksie. Jest jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Z jednej strony próba ukrócenia różnych patologii, zrobienie czytelnej listy armii, z jasno podanymi opcjami. Nowe jednostki i nowe modele, sporo fajnych, nowych broni do wyboru. Bardzo lubię grać bohaterami specjalnymi, a umieszczenie ich w lisćie armii, daje możlwość legalnego wystawiania ich na turniejach. Z drugiej strony wykastrowanie podręcznika z mocnych stron poprzedniej edycji, pewna niefrasobliowść i niedbałość, jak np. z tym Ultramarine w armii Salamanders, czy napuszone, grafomońskie wstawki. Miejmy nadzieję że biedny Dr Jekyll zostanie z nami na dłużej przy nowych kodeksach piątej edycji Warhammera 40 000.

* - Minimax las-plas to jedyna formacja, zwykłego oddziału piechoty, widywana do tej pory, czyli 5cio osobowy oddział (minimalny jaki może być) z laserem i plasmą (maksymalna siła ognia).

 Cezary Opaliński

czwartek, 23 października 2008

Życie staje się prostsze

O wilgotnej palecie pisałem już niegdyś w „Przeglądzie sieci…”, a było to tak dawno, że sam ledwo o tym pamiętam. Od tamtego czasu obiecywałem sobie, że sam spróbuję jak działa to narzędzie i czy sprawdzi się w moich, coraz bardziej sporadycznych, zmaganiach z modelarskimi wyzwaniami. W kwietnie tego roku odwiedzając Gobosa nawet zobaczyłem taką paletę w działaniu i z pierwszej ręki dostałem zapewnienie o jej niezwykłej użyteczności. Sporo jednak miało jeszcze wody w Wiśle upłynąć nim sam spróbuję z czym to się je.

Czas ten nastał całkiem niedawno. W planach miałem malowanie figurki, dla której mieszanie dużych ilości farb miało być rzeczą naturalną. Wiadomo jak to jest, nim się uzyska odpowiedni odcień, machnie pędzlem w tę i z powrotem, a już farba schnie i trzeba zaczynać od nowa. Malowanie nie sprawia przyjemności za to frustruje.  Aby zapobiec takiej sytuacji, wyciągnąłem z kuchennej szuflady, woskowany papier śniadaniowy, na talerzyku położyłem wilgotne, papierowe ręczniki i zmontowałem całość w całkiem zgrabnie wyglądającą całość.

Efekty używania palety przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Farba nie schnie nawet przez wiele godzin, nabiera przyjemnej wilgoci (należy uważać na ilość wody jaką nasączamy ręczniki), wygodnie można mieszać, kombinować i poprawiać uzyskiwane kolory. Przy odrobinie wprawy malowanie przejrzystymi warstwami staje się łatwiejsze, nawet pędzle jakoś lepiej reagują nie pęczniejąc od stałego moczenia ich w kubku z wodą.

Bardzo polecam testy z wilgotną paletą, może okazać się nieocenionym pomocnikiem przy malowaniu taśmowym, dużych ilości figur. Dla mnie wchodzi ona do kanonu narzędzi malarskich.

niedziela, 5 października 2008

Od Gorma do Svena

III/40c Leidang

Kampania „Opus Europa” dobiegła końca. Pył bitewny dawno już opadł, zaś duńscy woje wrócili tam skąd przyszli…czyli do szuflady. Do dobrego Zgiełkowego obyczaju należy opisanie swojej armii w przededniu kampanii, jednak przytłoczony obowiązkami wynikającymi z letniej sesji nie miałem czasu, by zabrać się za to jak należy. W rzeczonej kampanii przypadła mi (ku mojej radości zresztą) armia Danii, której dzieje w czasach wikingów przedstawiają się nader interesująco… Po namyśle jednak należy stwierdzić, że dzieje całej Europy, nie tylko Danii w tym okresie tworzą bardzo intrygującą i stale zmieniającą się mozaikę. Opis armii wypadałoby zacząć od krótkiego rysu sytuacji politycznej w wiekach X i XI, bo takie ramy przyjęliśmy dla naszych zmagań.

W tym okresie terytorium duńskie obejmowało nie tylko Półwysep Jutlandzki oraz wyspy takie jak Fionia, Zelandia i Bornholm, lecz także Skanię, Halland i Blekinge, czyli południowe wybrzeże Szwecji, do której te tereny należą dopiero od XVII w. Dania w czasach wikingów była aktywna z jednej strony we Fryzji (tam łupem wikingów padnie w 845 r. Hamburg) i na południowych wybrzeżach Bałtyku, z drugiej zaś na zachodzie: w Anglii, gdzie w 878 r. duńscy wikingowie utworzą kolonię Danelaw, czy w Królestwie Francji, gdzie w r.911  wikiński watażka Rolfr otrzyma z rąk Karola Prostego ziemie, które dadzą początek księstwu Normandii. Aktywna przede wszystkim na zachodzie, Dania była jednak obiektem nacisku z południa, a to za sprawą państwa wschodnio frankijskiego.

Pierwsza połowa X w. w Danii, to czasy króla Gorma Starego. Władca ten po dojściu do władzy pod koniec IX w. zjednoczył Danię, podporządkowując sobie całe państwo i usuwając pozostałych pretendentów, którzy jak niepyszni musieli udać się na viking do Anglii, Irlandii, na Orkady czy wreszcie do zachodniej Frankonii (by tam w latach 885-886 doszczętnie złupić Paryż). Gorm, choć do końca życia ( a zmarł zapewne ok. r. 958 ) pozostał zatwardziałym poganinem, dawał przyzwolenie na działalność misjonarzy chrześcijańskich. Nie jest wykluczone, że Gorm ochrzcił się pod przymusem ok. roku 931. Jak do tego doszło? Otóż według niektórych autorów, mógł to być efekt wyprawy niemieckiego króla Henryka Ptasznika (876-936) przeciwko połączonym siłom Duńczyków i Obodrytów (nawiasem mówiąc nieobecnych na „ Opus Europie” –a wielka szkoda). Henryk zwyciężył, przyłączając tym samym Szlezwik do Niemiec, i zawierając układ, na mocy którego pokonani władcy Danii i Obodrska musieli przyjąć chrzest. Gorm zapewne niewiele się tym faktem przejął i dalej skrycie oddawał cześć Odynowi i Thorowi. Będąc jednak władcą pragmatycznym dopuszczał obecność chrześcijan w kraju. Jednakże to dopiero jego syn Harald Gormson, później zwany Sinozębym, przyjmując chrzest w 965 r. nawróci (przynajmniej oficjalnie) Danię na chrześcijaństwo. Bez specjalnej skromności wspomni o tym w inskrypcji na kamieniu runicznym z Jelling.

Harald w trakcie swego panowania pozostawał w przyjaznych stosunkach z Rzeszą Niemiecką i Obodrzycami, z którym to plemieniem Dania wielokrotnie, jeszcze na długo przed rządami Gorma, zawierała sojusze. Dowodem na nową jakość stosunków z Niemcami niech będzie fakt, że sam Otton I zaszczycił wielce Haralda, zostając ojcem chrzestnym jego syna Swena. Jakkolwiek nie miejsce i nie czas, by wnikać zbytnio w szczegóły, należy zaznaczyć, że owo zbliżenie z Niemcami zupełnie odmieniło układ sił nad Łabą. Cesarstwo zyskało bowiem sojusznika, który w dodatku nie wtrącał się specjalnie w późniejsze powstańcze zrywy coraz słabszego Połabia. Epilog rządów Sinozębego upłynął pod znakiem przewrotu, który rozpętał… jego własny syn Sven, zwany Widłobrodym. Ów chrześniak Ottona I, był ponoć wyjątkowym gwałtownikiem, w dodatku nastawionym antychrześcijańsko, co zresztą ułatwiło mu dojście do władzy, bo była w Danii silna grupa niezadowolonych z nowej religii, krewkich wojowników. Szczegóły całej awantury nie są dobrze znane, wiadomo jedynie, że rzecz działa się w roku 986, oraz, że Harald w efekcie zmuszony był opuścić Danię. Schronił się w Jomsborgu, a więc prawdopodobnie gdzieś na wyspie Wolin. Tymczasem Sven zasiadł na tronie, i choć miłością do chrześcijan nie pałał, bynajmniej nie zamierzał rezygnować z nowej religii, bowiem jak żadna inna legitymizowała ona władzę królewską. Będąc prawdziwym wikingiem, Sven wziął się natomiast ostro za wybrzeża niemieckie, łupiąc je bez litości. Dostało mu się za to od Thietmara, który na kartach swej słynnej kroniki nawymyślał mu od „psów niewiernych” i „jaszczurczych pomiotów”. Na Niemcach jednak się nie skończyło. Sven, wykorzystując doskonałe zaplecze militarne Danii, atakował również Anglię i Francję. Na Anglii postanowił zbić majątek w prosty sposób: otóż powziął zamiar, że będzie się tam pojawiał jak najczęściej, i pod groźbą najazdu ściągał haracz –tzw. danegeld.

Sven zakończył żywot w roku 1014, realizując właśnie jeden ze swoich planów w względem Anglii. Zgromadzeni wokół niego wikingowie obrali królem jego syna Kanuta, doszło więc do sytuacji, w której Anglia miała dwóch królów: Edmunda Żelaznobokiego i ze strony panoszących się wikingów –Kanuta. Gdy jednak Edmund zmarł, wszyscy zgodnie uznali Kanuta władcą. Panował więc on nad Anglią, Danią, a pod koniec życia także nad Norwegią, gdzie przy jego wsparciu zdetronizowano i zabito króla Olafa Haraldssona. Wraz ze śmiercią Kanuta w 1036 r. całe „imperium Morza Północnego” poszło w rozsypkę, niedługo potem Dania musiała uznać królem młodego władcę Norwegii –Magnusa. Umarł on w roku 1046, kładąc przy tym kres norweskim roszczeniom do tronu duńskiego. W 1047 r. rządy objął Sven syn siostry Kanuta, zwany po matce Estridssonem. Sven w swej polityce koncentrował się głównie na stosunkach z Niemcami i Wenedami. Podejmował też starania, by uniezależnić Danię, także na płaszczyźnie władzy kościelnej, bowiem w tej materii kraj podlegał władzy diecezji hambursko –bremeńskiej. Sven zaś dążył do ustanowienia archidiecezji na obszarze Danii, i jednocześnie chciał, by biskup nią zarządzający był metropolitą całej północy. I byłby dopiął swego, gdyby nie przyszło mu zejść z tego świata w 1074 roku. Trzydzieści lat później pierwszy Duńczyk konsekrowany został na arcybiskupa. I na tym symbolicznym zdarzeniu, kończymy ten krótki rys, by rzucić okiem na rozpiskę  III/40c. Zaznaczam, że porównanie elementów z ich historycznymi odpowiednikami jest subiektywne, a co za tym idzie, nie ma statusu „jedynego słusznego” 

Leidang

Leidang (w Danii znany jako lethang) był czymś na kształt narodowej organizacji wojskowej. Ściślej, był to system poboru statków, ludzi, uzbrojenia i żywności, dokonywanym przez najwyższego dowódcę wojskowego – króla. Ilość pobieranego sprzętu i ludzi była proporcjonalna do wielkości okręgu, w którym dokonywano poboru. System ten, jak się uważa, zaczął regularnie funkcjonować ok. X wieku, choć nie do końca wiadomo, kiedy się narodził. Leidang miał charakter ściśle morski, o czym świadczy fakt, że o ludziach, którzy brali w nim udział mówiono, że szli at róa leidang – wiosłować leidang. Dowodów na morskie konotacje leidangu jest jeszcze kilka, ale wydaje mi się, że opisując tylko armię, nie zaś całą strukturę organizacyjną, można je sobie darować. Ważne jest by odróżnić tą armię od armii wikingów (np. III/40b), która mimo, że ma niemal identyczny skład, reprezentuje coś zupełnie innego. Co wobec tego otrzymujemy, biorąc do ręki armię III/40c LEIDANG 790-1070AD? Otóż moim zdaniem mamy wówczas do czynienia z typowym, występującym w podobnej formie w całej Skandynawii pospolitym ruszeniem. Z tym, że przynajmniej  Norwegii, istniała zasada, że wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni można było powołać tylko w razie najazdu zewnętrznego, zaś w wypadku agresji na inne państwo, tylko połowę. Widać więc, że leidang ma charakter przedsięwzięcia państwowego, w przeciwieństwie do zbójeckiego wypadu na wiking, który często był po prostu inicjatywą prywatną. Oczywiście należy pamiętać, że takie „prywatne” eskapady często odbywały się z inspiracji króla, zachęcającego swoich jarlów do zbójeckich wyczynów. Prawdę powiedziawszy granica między napadem prywatnym a państwowym była często bardzo cienka, a już na pewno różnica nie miała najmniejszego znaczenia dla tych, którzy musieli posmakować wikińskiego topora.

Armia

W skład rozpiski wchodzą takie elementy, jak Bd, Ax, Ps, Bw, Wb oraz Hd.



Ax ,Ps, i Bw –boendr ( l. poj. bondi), czyli wolni rolnicy, tworzący trzon społeczeństw skandynawskich, a co za tym idzie kręgosłup sił zbrojnych. Wszyscy mogli uczestniczyć i wypowiadać się na zgromadzeniu ludowym, czyli thingu, oraz nosić broń. Choć równi wobec prawa, byli jednak wewnętrznie zróżnicowani ze względów majątkowych. Wymienione elementy  to przeciętnie uzbrojeni i (w wypadku Ax i Ps) walczący w luźniejszej formacji boendr, wyposażeni zwykle w tarczę oraz włócznie lub topór. Do tego zapewne hełm i przeszywanica lub jej odpowiednik. W przypadku Bw rzecz jasna, dodać trzeba także łuk.

Bd – bardzo zamożni dobrze uzbrojeni boendr, lub wręcz hird, czyli drużyna. Kolczugi, hełmy, topory (w tym dwuręczne duńskie), miecze i tarcze. Walczą osłaniając siebie i dowódcę ścianą tarcz (skjaldborg). Hird był doborowym kontyngentem wojów, będących na utrzymaniu króla lub jarla. Nazwa wzięła się od anglosaskiego słowa hired, oznaczającego „rodzinę domowników”. Hirdmenn byli więc świadomymi własnej elitarności doskonale uzbrojonymi wyszkolonymi wojownikami. By podkreślić szczególny związek królem, lub jarlem, któremu służyli, mówiło się na nich huskarlar, czyli „domowi karlowie (chłopi)”. Władca musiał o nich dbać i okazywać im względy, byli wszak jego „domownikami”, z którymi łączyła go niespotykana nigdzie indziej więź. O szczególnym statusie hirdu świadczył fakt iż posiadali oni własny, bardzo restrykcyjny zbiór zasad postępowania, w Norwegii zwany Hirdskra. Zbiór taki ściśle regulował niemal wszystkie aspekty życia tych ludzi. Mieli też własnych, wewnętrznych urzędników. Ponadto –rzecz ciekawa –prowadzili oni coś w rodzaju przytułku dla swoich starych, lub chorych towarzyszy broni. Termin huskarlar przeszczepiony został na grunt anglosaski za czasów wspomnianego już Kanuta Wielkiego. I to również wówczas przyjął się w Anglii zwyczaj utrzymywania drużyny housecarls. To właśnie oni, stojąc u boku Harolda Godwina pod Hastings, sprawili Normańskiej jeździe krwawą łaźnię swoimi dwuręcznymi toporami.



Wb –berserkir, czyli berserkerzy. Berserkr, znaczy „niedźwiedzia koszula” podobnie brzmi to zresztą w dzisiejszym angielskim – bear shirt. Być może odziewali się w skóry tych zwierząt, lub traktowali je jako zwierzęta totemiczne. Wpadali oni w szał, który czynił ich odpornymi na ból i dawał ponadprzeciętną siłę. Mówi się, że szli do walki wyjąc jak wilki i gryząc brzegi tarcz. Nie wiadomo, w jaki sposób doprowadzali się do takiego stanu – w grę wchodzi alkohol, lub inne substancje psychoaktywne. Z jednej strony ceniono ich, z drugiej się obawiano. Na Islandii, tamtejsze prawa z czasów chrześcijańskich przewidywały karę częściowego wyjęcia spod prawa za wprowadzenie się w berserkgangr, czyli szał.



Hd –najubożsi boendr, lub wręcz niewolnicy – thrallowie. Zasady leidangu dopuszczały powołanie niewolnych pod broń tylko w razie wyższej konieczności. Uważano ich za przedmioty – jeżeli któregoś z nich zraniono lub pobito, sprawca miał obowiązek zapłacić odszkodowanie właścicielowi. Niewolnicy znajdowali się w stanie całkowitego niebytu prawnego. Pewne wyjątki występowały np. na Islandii niewolnik miał prawo zemścić się na  kochanku swej żony, lub uwodzicielu córki, jeśli oboje przyłapał in flagranti.

Jan Mielczarski

Przypisy:

[1]  Znacznie łatwiej odpowiedzieć na pytanie „czym był Jomsborg?” niż „gdzie był Jomsborg?”. To w każdym razie jest „temat –rzeka” więc nie będę go tutaj rozwijał.
[2]  Wenedowie to określenie, pod które podpadali zarówno Słowianie Połabscy, jak i Łużyczanie.

RSS FeedRSS