czwartek, 26 lipca 2012

W poszukiwaniu Ptaka Czasu

Dziś nietypowo. Z tego powodu wpis wymaga pewnego wprowadzenia. Jakiś czas temu poszedłem do antykwariatu. Robię to dość regularnie, w drodze po coś na obiad. Można powiedzieć zakupy strawy dla ciała i ducha. W antykwariacie trafiłem jednak na coś, czego nie widziałem lata,, a co obudziło we mnie potrzebę powrotu do korzeni (to pewnie z powodu okrągłej rocznicy urodzin :)). Była to belgijska seria komiksowa HUGO autorstwa Bedu wydana w Polsce gdzieś w 1990 roku. Co ciekawe, to jedna z nielicznych serii komiksowych z tego okresu, które wydano w całości. Inne, jak Marine, poznaliśmy tylko z kilku pierwszych tomów (co patrząc na współczesne wydania zachodnie tych serii, daje spore pole do popisu obecnie działającym wydawcom). W każdym razie od razu kupiłem 4 tomy, co jak mi się wydawało, zamykało temat Hugo. Zresztą adnotacje na tylnej okładce mówiły właśnie o 4 tomach. Szybko się jednak okazało, że wydano i 5ty, ostatni tom. Dzięki Allegro również on trafił w moje ręce a ja mogłem się cieszyć nie znanymi do tej pory przygodami młodego barda. Cała historia skończyłaby się jedynie na Hugo, gdyby nie moja natura zbieracza. Ciekawych tomów, które czytałem w dzieciństwie jest/było więcej, więc najpierw kamyk, a potem lawina ruszyła w dół stoku. Dochodzimy więc do Regisa Loisela (rysunki) i Serge Le Tendre (scenariusz). W nieistniejącym już magazynie Komiks-Fantastyka wydano oryginalną, 4-tomową serię fantasy W Poszukiwaniu Ptaka Czasu. Mój kontakt z nią nastąpił jednak nieco później, gdy u znajomego trafiłem na 1 tom prequela serii t.j. Przyjaciela Javina (autorzy zastosowaniu manewr w stylu Gwiezdnych Wojen, gdzie część 4-6 były wydane przed częściami 1-3). Prezentowana przeze mnie seria składająca się na razie z 7 tomów. Wydana została przez Egmont a jakością wydania, może poza Przyjacielem Javinem (matowy papier), nie odbiega od zachodnich publikacji (choć we Francji cała seria jest tak popularna, że bez problemu można ją kupić bez obawy o nakład i to nie tylko w miękkiej oprawie). Pierwsze 4 tomy to historia ... Poszukiwania Ptaka Czasu. Grupka bohaterów ma jedynie kilka dni aby uratować świat. Sam pomysł wydaje się płaski i oklepany i po lekturze 1 tomu nic nie zapowiada, że historia ulegnie rozkwitowi. Do tego rysunki są jakby specjalnie niedbałe (co ciekawe Regis Loisel, podobnie niedbale zaczął rysować 6 tomową serię o Piotrusiu Panie). Dla mnie przygoda zaczęła się od tomu nr II - Świątyni Zapomnienia. Gdy oglądałem I polskie wydanie tego tomu, nie mogłem odżałować tych, którzy w taki sposób musieli się zetknąć z serią po raz pierwszy. Wydanie Egmont już jednak nie zawodzi i prezentowany świat jest piękny. Marchie pokazane w sposób dla nich właściwy. Bagna rysowane rozchwianą, niedbałą kreską, kolory mdłe. Pustynie surowe, przywodzą na myśl Diunę... Sama akcja też nabiera rozpędu. Tomy III i IV to już wisienka na torcie. Szokujące zakończenie, posmak zawodu, goryczy, niesprawiedliwości zlewają się, nasuwając obrazu bagnistych obszarów Akbaru późnym wieczorem. O samej fabule nie chce za dużo opowiadać. Nie widzę powodu psuć Wam lektury. Tomy I-IV opowiadają "historię właściwą". Tomy V-VII (a najpewniej pojawi się i tom VIII) to typowe "jak do tego doszło". Poznajemy bohaterów z ich młodzieńczych lat. We wszystko wplątuje się tajemniczy zakon, który morduje, knuje i spiskuje. Całość trzyma poziom oryginalnej serii, choć od tomu VI komiksu nie rysuje już pan Loisel, który pochłonięty w tym czasie był rysowaniem Piotrusia Pana (temat na cały, nowy wpis!). Problemem jest jednak tłumaczenie. Oryginalną serię i Przyjaciela Javina tłumaczył pan Wojciech Birek. W wydaniu Egmontu nieznacznie tylko poprawił swoje własne tłumaczenie (choćby przekleństwo "Na krew i dym" zmienił na "jucha i siwucha!"). W tomach VI i VIII tłumaczeniem zajęła się pani Maia Mosiewicz i z miejsca zmieniła tłumaczenia nazw własnych. Marchia Tysiąca Drzew stała się Marchią Tysiąca Zieleni (?), a występujący w kilku tomach Łowca (org. Le Rige) został... Ridźem. Mimo tych ewidentnych wpadek, cała seria wybija się na tle innych, które czytałem i jest godna polecenia każdemu miłośnikowi fantasy. Jedyny mankament to nakład, który poza tomem VII, dostępnym jeszcze na Allegro od ręki, dawno został wyczerpany. Można oczywiście na aukcji kupić nieużywane tomy osiągają bardzo wysokie ceny (od 150 do 300zł za komplet tomów I-V, tomy VII i VIII kosztują ok 35zł/szt.). Warto jednak sięgnąć po tę pozycję. Świat Akbaru zauroczył już niejednego.

środa, 25 lipca 2012

Wybrańcy Komety!

Nadszedł czas próby! Czas Pożogi i gniewu SIGMARA! Czas Oczyszczenia... I czas CHCIWOŚCI! Stolica Ostermarku została zniszczona. Świątynia rozpusty i zepsucia stanęła w ogniu a w jej sercu zieje potworny krater - Siedliszcze Demona. Mordheim nie jest już miejscem dla przyzwoitych istot. Kometa, która wypaliła trzewia stolicy jednego z prowincji Imperium, rozrzuciła odłamki Wyrdstone'a po całym mieście i teraz z całego kraju schodzą się bezwzględni poszukiwacze przygód, zbiry, pijacy, złodzieje i mordercy.

Możesz być wśród nich! Razem z Wercyngetoryksem (Treasure Hunters!) zapraszamy Was do udziału w nowym projekcie. Jego celem jest zaspokojenie głodu przygody, przesiąknięcie zapachem spalenizny i poczucie smaku krwi wroga! Zabawę planujemy dwu etapowo. W pierwszym etapie budujemy bandy. Każdy wybiera jedną bandę (ja już mam swojego faworyta) z listy band oficjalnych i regularnie dzieli się postępem z prac modelarsko-malarskich. Można powiedzieć, że formuła bezpośrednio nawiązuje do Tytanów (Mordheim) lub Tale of Four (Mordheim) Games. Kiedy ukończymy bandy, zaczynamy budować miasto. Każdy uczestnik otrzyma do odtworzenia w 1 lub kilku budynkach i innych elementach makiety, jedną dzielnicę Mordheim. Finał zabawy to całonocne granie. Piękna kampania, walka o skarby, bogactwo i chwałę! Projekt jest otwarty i przedstawione informacje są jedynie szkicem. Liczę, że Ekipa i przyjaciele Zgiełku zainteresują się tą inicjatywą i razem poszalejemy w ruinach Upadłego Miasta.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Wóz z amunicją

Jak nigdy nic się nie dzieje moim armiom (poza historią, gdy Mistrz Wałków wywrócił się z moja bandą orków), tak Szwedzi do Ogniem i Mieczem co chwila ulegają awariom. Weźmy na to pies znajomego wyciąga z walizki (sic!) dragonów i ich... Zjada. Z prezentowanym elementem było podobnie. Figurki do malowania przewożę zwykle zawinięte w jakieś ubrania. Ostatnio wypadła mi z plecaka bluza, w którą byłem przekonany, zawinąłem wóz (bluza dziwnym trafem się żonie nie podobała i uznała ją za towar "na wylocie"). Wozu i bluzy nie znalazłem. Znalazłem za to zastępstwo dla opłakanej już miniatury, gdy nagle... Wpadła z jakiejś bielizny i roztrzaskała się o podłogę. Woźnicy już nie znalazłem (co się dzieje z tą armią?). Co ciekawe, nie bardzo pasował do mojego pomysłu na model ale Wargamer, który w swojej dobroci dla graczy, wysłał mi części o które poprosiłem, nie miał już woźniców ubranych z niemiecka i woźnica był jakby w zastępstwie. Same skrzynie kupiłem chyba w Essex Miniatures a nie kupowałem u nich wielki. Skrzynki przyjemne ale o płytkiej rzeźbie. Wracając do woźnicy. Na szczęście miałem kilku zapasowych dragonów, który etatowo obsadzają konie zaprzęgowe. Sam model wozu jest konwersją kozackiego wozu, która ma usprawnić i tak wysoce sprawny mechanizm szwedzkiej artylerii. Amunicji dla dział w grze starcza na 3 tury ostrego strzelania po którym to czasie zwyczajnie można jedynie polerować działom lufy i koła z błota obskubywać... Gdyby nie wóz z amunicją właśnie. Pozwala on, choć ryzykując niewielką eksplozją, uzupełnić amunicję dział. Przydatna sprawa. Wóz to kolejna konwersja do OiM. Przyznam, że bardzo mi odpowiada przerabianie co bardziej nietypowych elementów armii. Do tej pory były to zaprzęgi do dział. Teraz kolejny duży model. Można się odrobinę bardziej do malowania przyłożyć, pokonwertować, pobawić się z pdstawką. Ostatnia sprawa. Wóz przybliża mnie dużymi krokami do malowania już nie tylko podjazdu a armii w sile Dywizji! Kilka podstawek rajtarów, regiment pikinierów i będę mógł wystawić moją pierwszą armię na tym poziomie gry! Podejrzewam, że bez kilku dodatkowych dowódców też się nie obejdzie ale jeszcze w tym roku dywizja wyruszy w pole! Słowem końca. Na stronie gry pojawiły się zdjęcia nowych zestawów lekkiej artylerii dla Kozaków, RON i Szwedów. Cacuszka! Pewnie niedługo pochwalę się nowymi regimentówkami...

niedziela, 22 lipca 2012

Podwójne zaskoczenie


Tej nocy wiatry magii były wyjątkowo niespokojne. Adalbreht von Bohm, czuł je wyraźnie. Wibrowały pierwotną mocą, kiedy próbował z nich zaczerpnąć energii przygotowując się do kolejnego zaklęcia. Morrslieb wisiał nisko nad horyzontem, odsłaniając pełnię swojej poznaczonej kraterami tarczy. Ciężkie, burzowe chmury zasłaniały odległy horyzont, od czasu do czasu rozpalając się błyskiem odległych piorunów. Głuche echo gromu niosło się w powietrzu jak ciche warczenie bestii gotowej do skoku. To była dobra noc na przygotowanie mrocznego rytuału. Adalbreht niegdyś był jednym z najlepszych i najlepiej zapowiadających się adeptów imperialnej szkoły magii. Niegdyś. Teraz pozostała w nim tylko żądza zemsty na swoich dawnych współbraciach. Za co? Tego już nie pamiętał. Jego umysł zmienił się po latach studiów zakazanych grimuarów i poznawania mrocznych rytuałów. Wspomnienia poprzedniego życia wyblakły i zniknęły w jego najciemniejszych zakamarkach. Pozostała tylko zemsta.

Powoli wypowiadał pradawne sentencje, wyraźnie akcentując każde słowo. Nie mógł pozwolić sobie na żadną pomyłkę. Nadchodziła ta wyczekiwana od lat chwila, kiedy to zwróci się przeciwko zdrajcom, którzy odarli go z należnej mu chwały. Zatryumfuje nad nimi i zgniecie pod swymi stopami.

Moc rosła i rosła, aż pozwolił jej ujść w największym zaklęciu jakie kiedykolwiek utkał. Upadł na ziemię dysząc ciężko, pot zrosił jego pomarszczone czoło. Brunatne i fioletowe strzępki magicznej mgły uniosły się wokoło, po czym opadły ku wyschniętej ziemi i wsączyły się w nią poprzez pęknięcia i bruzdy. Przez chwilę wokół Adalbrehta zapanowała całkowita cisza. Nawet odległe gromy wydawały się wstrzymywać swój pierwotny pomruk oczekując na efekt mrocznego rytuału.
W tej ciszy upadająca kropla potu zabrzmiała jak uderzenie taranem. Ziemia zadrżała w tym momencie jak na komendę. „Udało się!” pomyślał mag,
- Naprawdę się UDAŁO! - z dzikim, złowieszczym śmiechem maga z ziemi wystrzeliła pierwsza koścista dłoń, za nią następna i następna... 

- STOP! -

Wysoki głos wyrywał mnie z pisarskiego natchnienia. Uniosłem głowę znad klawiatury i dopiero wtedy dostrzegłem, że niebieska poświata w pokoju nie jest spowodowana jedynie blaskiem ekranu mojego laptopa. Po drugiej stronie, w kącie, wysoka postać siłowała się ze zbyt dużą, okutą runami laską, która nie mieściła się w moim skromnym pokoiku. Wielka kula ze złota i klejnotów wybiła solidną dziurę w suficie, a ostrze wieńczące laskę z drugiej strony rozorało wykładzinę. Postać ubrana była w biały szlafrok udekorowany motywami w serca i jednorożce. „Jasny gwint, pederasta w moim pokoju?!” pomyślałem.
- Khaela Mensha Khaine! - Zaklął (czy to było przekleństwo?) nieznajomy porzucając unieruchomiony kij miejscu. Skonsternowany wygładził biały szlafrok i wykonał nieznaczny gest dłonią wypowiadając kilka nieznanych słów. Następnie omiatając mnie złowrogim spojrzeniem skierował w moją stronę oskarżycielsko palec wskazujący prawej dłoni:
- Tibi prohibere! - wyrzucił z siebie. Musiałem mieć dość dziwny wyraz twarzy, z którego najwyraźniej mój dziwny gość zmiarkował, że go nie rozumiem.
- ahm... Ju duhet të ndalet! - pokręciłem głową. - ahm... Anda perlu berhenti? - dalej nic z tego. - Musíte se zastavit? Wy dolżny ostaowitsja?... - z nadzieją w głosie zapytał.
- Po polsku proszę? – pomogłem gościowi, widząc jego wzrastającą frustrację (w końcu kto by chciał zadzierać z pederastą we własnym pokoju...)
- Aaaaa! Masz z tym skończyć! - Na Twarzy nieznajomego wymalował się wyraz wielkiego ukontentowania i samozadowolenia.
- Skończyć? Ja? Ale z czym? - odpowiedziałem, bo nic innego do głowy mi nie przychodziło, a chciałem zyskać na czasie. Kiedy nieznajomy zastanawiał się nad ułożeniem kolejnego zdania, zacząłem się rozglądać za co cięższym przedmiotem, którym mógłbym gościa zdzielić w łeb...
- No, z tym. Z tym całym złem i mrokiem. - stwierdził po chwili zastanowienia. - Nieprawością, chaosem, rozkładem, czarnym podkładem pod figurki, malowaną krwią i odciętymi głowami na podstawkach! -

Zdębiałem. W środku nocy zwalać się z tego ni z owego komuś do domu, w szlafroku z jednorożcami (i serduszkami!), rozwalać sufit jakąś totemiczną rózgą i w końcu zacząć gadać o figurkach.... Co tez się na tym świecie wyprawia, pomyślałem. To wszystko wina MTV...
- Tak dalej być nie może! Kiedy ostatni raz pomalowałeś jakąś dobrą armię? No? Tylko mów prawdę! - nieznajomy wlepił we mnie swoje błękitne jak morze śródziemne oczy.
- Słuchaj kolego, nie mam czasu na takie pier... -
- Odpowiadaj! KIEDY! - Jednym krokiem dopadł do mnie, i nachylił się świdrując spojrzeniem, tak że musiałem głębiej zapaść się w fotel. Myślałem tylko o tym jak najszybciej złapać ciężką lampkę do malowania figurek i zdzielić napastnika w głowę...
- Nooo więc.... eeee... - zacząłem dyplomatycznie, próbując odwrócić jego uwagę od mojej reki pełznącej w kierunku lampki stojącej na biurku - To było, em, … ten tego, chyba nigdy.... - 
 - No właśnie – zrezygnowanym głosem odparł nieznajomy cofając się i stając do mnie plecami. W zadumie lustrował moja kolekcje miniatur stojącą na półce. - No własnie... - powtórzył. Nie próżnowałem w tym czasie tylko chwyciłem mocno w garść wspomnianą już lampkę (waży ze 3 kilo i dobrze leży w ręce). 
- Nie wiem o co Ci chodzi, stary – zacząłem, cicho skradając się w jego stronę.
- Równowaga naszego świata jest zagrożona. Zbyt wiele ciemnych mocy. A Ty jesteś tego przyczyną. Muszę coś na to poradzić. - na końcu zdania westchnął. Odgarnął swoje blond włosy odsłaniając szpiczaste uszy. 
- Nie rozumiem... - zajaknąłem się i zatrzymałem wymierzony cios lampą w pół drogi.
- Musisz zacząć prace nad DOBRĄ armią! Ot co! - odwrócił się i spojrzał na mnie. - Koniec z bestiami, mrocznymi elfami, chaosem, wampirami. Teraz pomalujesz... - jego oczy zwęziły się niebezpiecznie – Armię wysokich elfów. A ta lapka i tak Ci nic nie pomoże, nie możesz mnie zranić. Nie w tym świecie. A teraz do roboty i bez narzekania! Ja muszę wracać do siebie. - Wykonał dłońmi skomplikowany gest i jego postać rozwiała sie w błękitnej poświecie. 
- Pamiętaj! Będę Cię obserwował – dobiegł echem ostatnie ostrzeżenie, kiedy mag i jego kij zniknęli na dobre.


„Świetnie“, pomyślałem, „A kto zapłaci za dziurę w suficie?“. To jednak nie było moje największe zmartwienie... 



cdn.

RSS FeedRSS