poniedziałek, 26 kwietnia 2010

DA END

No i koniec przygody ze smokiem i atakującymi go zielonoskórymi. Klient pooglądał i zatwierdził wszystkie modele. Chciałem pokazać Wam jak prezentuje się całość z Prince’m za sterami. Prince uległ drobnym modyfikacjom, ponieważ zamawiający zażyczył sobie gwiazdki aby pokazać, jaki to bohater jest bohaterski i wspaniały. Liczyłem na to, że uda mi się tego uniknąć, ale niestety. Upodobania klienta są takie nieco retrowe, ale cóż - nasz Klient, nasz Pan. Cieszę się, że udało nam się z szeperdem zakończyć szczęśliwie ten projekt, i to pomimo wszelakich perturbacji. Dziękuję Szepowi za kolejną pozytywną współpracę.
Chciałem jeszcze zwrócić uwagę na drobny dodatek, o którym wspominałem, w postaci dwóch wojowniczych snotlingów. Wtargnęli oni na pokład i już prawie dorwali pilota. Czy im się uda? Nie wątpię w to.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Sześció fspaniałyh

Ech, rzeczywistość skrzeczy – niewiele wszak zostało z butnej deklaracji poczynionej w pierwszym lutowym wpisie…Widać inaczej się nie da. Nieciekawie to ostatnio wygląda - przed 10 kwietnia nie bardzo miałem czas, teraz zaś, gdy mam nieco czasu – niemal straciłem ochotę i dobry nastrój. Ale nic to. Ciągnę dalej swój blogowy wózek – a na nim kolejnych pięciu chopaków i do tego nob. Zacząłem ich jeszcze w lutym, i bez przerwy coś mnie od nich odrywało – miałem już serdecznie dość. Swoją drogą w sierpniu b.r. miną 2 lata od czasu kupna niesławnej „Czarnej Grani”. Zachodzę w głowę, czy do tego czasu uda mi się pomalować cały zestaw – a zostało jeszcze pięciu chopa, tyluż nobów, i trzy śmigłowce. Wprowadziłem kilka drobnych zmian w malowaniu – chopaki mają teraz jaśniejsze uzębienie i wreszcie porządne krzaczki na podstawkach (trzeba będzie wyrzucić żółte i czerwone, które zastosowałem malując pierwszą 10-tkę). Płynie stąd ważna nauka: chcesz mieć mech w odpowiednim kolorze? Kup naturalny i barw sam - najlepiej bejcą spirytusową. Ekipa wygląda nieco ciekawiej, bo wreszcie postanowiłem poważniej zaingerować w wygląd - z konieczności monotonnych – modeli z Czarnej Grani: dodałem naramienniki i trochę broni ze standardowego orczego boxu. Uff, muszę odpocząć od tej hałastry, tym bardziej, że czas zacząć wcielać w życie pewien pomysł o którym niedawno wspomniałem…

piątek, 23 kwietnia 2010

The King of the Blog

To taki post z uśmiechem, a może ze łzą, sam nie wiem. Tytuł pije do mojego „królowania” na stronie głównej z blogami - zajmuję wszystkie 5 ostatnich pozycji. Jeszcze nie było takiej sytuacji, żeby jedna osoba zajęła wszystkie pozycje zapowiedzi. Powiem Wam, że wcale mnie to nie cieszy i mam nadzieję, że szybko zrzucicie mnie z piedestału. Królestwo się kurczy! Gdzie są wszyscy?
Był King teraz pora na Prince’a, Ksiącia Niebios i jeszcze Arcymaga Ognia. Przedstawiam Wam dwóch jeźdźców dosiadających wcześniej przedstawianą bestię. Na życzenie klienta stworzyłem tych bohaterów według jego sprecyzowanych wskazówek. Mag miał być mocno „ognisty”, a ponieważ klient gustuje w klimatach oldschool’owych starałem się trochę do nich nawiązać. Co do Prince’a założyłem, że ma być „lekki”. Starałem się użyć barw bliskich bieli i tylko sukno zrobić niebieskie. Ten ciemny niebieski trochę „obciążył” całość i nie jestem do niego przekonany. Wydaje mi się, że jeździec stracił na lekkości. Zbroja to wymieszany Mitril Silver ze Skull White i pokryta rozwodnionym niebieskim Inkiem. Ocenę czy prace są udane pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy.

środa, 21 kwietnia 2010

Da Dragun

Przyszła pora na kolejną odsłonę, tym razem górnej części. Przed oczami macie smoka pomalowanego przez Szeperda. Twierdził, że pomalował do kitu, i że w ogóle z….., ale mi tam się to podoba. Klient zażyczył sobie dużo niebieskiego, ponieważ lubi takie oldschool’owe malowanie. Obawiałem się, że ten mocny niebieski może przytłoczyć całą figurkę, jednak zręczne ręce niewierzącego w siebie Szeperda przeprowadziły zabieg bardzo dobrze. Całość prezentuje się bardzo zgrabnie i przyjemnie. Mnie jedynie nie do końca podobają się stosunkowo jednolite wypełnienia „błon” skrzydeł. Tutaj wycieniowałbym trochę, żeby plamy ciemnoniebieskiego były troszkę mniej jednolite. Podoba mi się natomiast w zasadzie cała reszta. Pysk wyszedł bardzo zgrabnie, zestawienie kolorystyczne wnętrza paszczy z językiem i „kasku” na czubku głowy wydaje mi się takie harmonijne. Kły i temu podobne elementy wyszły super, musisz napisać jakich kolorów tu użyłeś. Podsumowując i cytując, całość prezentuje się „very nice”, hehe.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

No to kaplica

Nadszedł czas na wstępną odsłonę drugiej dioramki. Jest ona w trakcie opracowywania, ale już chciałem przedstawić jej pierwsze owoce. Jest to znowu element do włożenia w oddział. Będzie można go umieścić w zasadzie w każdym regimencie ponieważ nie będzie miał sprecyzowanej przynależności „rasowej”. Diorama przedstawia zrujnowaną kaplicę, z której próbują wydostać się nieumarli. Zbudowałem ją z gipsowych cegiełek, dach jest z kartonu, a na ścianach znajdują się wykusze, gotowce z zakupionej kiedyś przeze mnie twierdzy. Wykusze musiałem lekko spłycić, a w otwory okienne włożyłem siateczkę imitującą same okna. Malowanie próbowałem zrobić takie, żeby wyglądało na bardzo stare i zniszczone. Zza drzwi, które są odlewem gipsowym, wystają różne elementy ciała truposzy, trochę rąk, noga i głowa zombiaków, ghouli i szkieletów. Grunt wykończony klasycznie, na brązowo z zieloną trawką, aby pasował do całości armii, do której diorama jest przeznaczona. Wkrótce druga odsłona, już całości z pełną załogą.

piątek, 16 kwietnia 2010

Łot da...?!?!

Zieleonoskórzy są wdzięcznym obiektem do malowania i ogólnej z nimi zabawy. Często zabawne modele z dziwnymi minami i o pokręconych pozach. Na zdjęciu widzicie fragment kolejnego projektu, który tym razem prowadzę wraz z Szeperdem. Podzieliliśmy się robotą i moją działką było między innymi zrobienie podstawki wraz z całym jej wyposażeniem stałym, właściwie to ruchomym, zielonym, wściekłym i kompletnie szalonym. Szalonym, bo kto o zdrowych zmysłach rzuciłby się z pięściami na smoka? Nikt inny jak zielonoskórzy. Na podstawce możecie zobaczyć zbieraninę orków, snotlingów i goblinów, jeden z tych ostatnich leży mało widoczny zgnieciony przez smoka. Ta pierwsza ofiara pochodzi z wyprasek od giganta. Modele snotlingów pochodzą ze Snotling Pump Wagon’a, za wyjątkiem jednego, który był jakimś dodatkiem do wyprasek, chyba goblinów. Ork z włócznią to przerobiony łucznik, dwaj pozostali to lekko skonwertowani członkowie zestawu Animosity Orcs. Ponieważ to jeszcze nie koniec pracy nad tym zestawem wkrótce dostaniecie więcej materiałów. Jeśli Szep nie podzieli się z Wami na blogu Swoją częścią, to zrobię to na pewno ja.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Obozowisko

Ostatnio roboty jest sporo. Zajmuję się kilkoma rzeczami równocześnie i to mnie gubi. Jedną z tych rzeczy chciałem Wam dziś pokazać. Jest to zamówienie na mini dioramę, która służy do włożenia do regimentu zamiast pojedynczych modeli. Czyli cos w stylu podłużnych, czteroosobowych podstawek, ale w wersji „hard”. Scenka rozgrywa się na podstawce składającej się z 12 małych podstawek 2x2 cm. Sporo jako element oddziału, bo to zastępuje aż 12, w tym przypadku, ghouli. Przedstawia ona obóz, w który ghoule walczą o pożywienie i ucztują. Co prawda ghoul smażący mięsko nad ogniskiem trochę się nie zgadza z ideą ścierwojadów jedzących surową padlinę, ale fajnie się prezentuje. Tuż obok dwóch innych osobników walczy na śmierć i życie o obgryzione zwłoki człowieka, a kolejny ciągnie „świeżą” zdobycz do obozu. W tle możemy jeszcze zobaczyć typowe elementy obozów: wór ze złapanymi halflingami, pale z nabitymi głowami, a także poćwiartowane fragmenty zwłok. Czekają mnie jeszcze dwie podobne dioramki, które także wkrótce ujrzą światło dzienne.

środa, 7 kwietnia 2010

Ostrze Wiatru

Rozpoznanie  jest produktem wiedzy dotyczącej działalności i możliwości prowadzenia działań przez aktualnego lub potencjalnego przeciwnika, obszaru prowadzenia działań i warunków hydrometeorologicznych.


Wikipedia


Other warriors, the most skilled and adventurous of each hall – often those well in their way to following the calling of the Waywatchers – form into bands of scouts who infiltrate the enemy battle line and sow disruption in their wake. 


Księga Wood Elves, 2005


The Glade Riders are perhaps the greatest horse-warriors of the Old World, their Elven reflexes allowing them to perform all manner of seemingly reckless acts that are far beyond the abilities of lesser races.


Księga Wood Elves, 2005


When Athel Loren goes to war, the nobles direct the efforts of its armies, often commanding a varied yet lethal assortment of Elves and forest spirits.


Księga Wood Elves, 2005


***


Na wschodnim skraju Athel Loren, w miejscu, w którym łagodne zbocza ogromnej, porośniętej lasem kotliny spotykają się ze sobą, otwiera się wielka, skalna brama, prowadząca do jednej z przełęczy Gór Szarych. To tędy wielokrotnie w przeszłości wróg wdzierał się do starożytnej puszczy. Tędy schodziły pijane szałem hordy, paląc i niszcząc odwieczną harmonię lasu, zostawiając na lata otwarte rany. Choć z czasem odradzał się, dla tych, którym pamięć tych wydarzeń wciąż jawiła się jako świeża, miejsca te przywoływały trudne wspomnienia. Tym trudniejsze, że moc puszczy słabła, tam, gdzie stały wypalone i zamordowane drzewa nie zawsze wyrastały nowe. Tu, na wschodnich rubieżach Loren powolna śmierć lasu była szczególnie widoczna, zwłaszcza dla tych, którzy obdarzeni są przywilejem długiego życia. To tu martwe, puste pnie snuły niemą pieśń umierania. 
      Wielka skalna brama, zwana w języków elfów Baelaith, co na reiklandzki tłumaczyć można jako Strażnica Domu, była oczywiście bacznie pilnowana. Tutaj wieczną służbę pełnili zwiadowcy z Bractwa Arahain – ci, z elfich wojowników łuku, którzy dobrowolnie podejmowali pograniczną służbę a także ci, którzy w przyszłości pragnęli  wstąpić  na Ścieżkę Nymraif – ścieżkę legendarnych i tajemniczych przepatrywaczy.  Luźne grupy wojowników, rozrzucone wzdłuż wschodniej rubieży Loren, były pierwszą linią obrony przed zewnętrznym zagrożeniem. Wykorzystując swoją mobilność i łuczniczy kunszt odstraszały, zatrzymywały i eliminowały niejednokrotnie liczniejszego przeciwnika. 
      Tym razem było inaczej. Liczba, tempo i względny porządek, w jakim przemieszczał się intruz wskazywało, że chce dotrzeć w głąb puszczy. W takich wypadkach małe grupy zwiadowców nie atakowały od razu. Zamiast tego podążały za wrogiem, eliminując maruderów z ukrycia, nie wdając się w otwartą walkę ale powoli osaczając go. Gdy dochodziło do walnego starcia z głównymi siłami Loren, stacjonującymi w głębi lasu, formował się w ten sposób zbrojny pierścień, miażdżący  wroga  w otwartej walce. 
      Haa’lanel obserwował z ukrycia szybki przemarsz napastnika, oceniając jego liczebność i  myśląc o tym, że wkrótce, wraz z resztą swego oddziału, będzie musiał ruszyć jego śladem. Wiedział, że gdzieś na dole przed nim, między maszerującymi kolumnami, nieporuszeni i niewidzialni niemal, przyczaili się przepatrywacze. Bractwo Nymraif. Poczuł mocniej niż zwykle jego zew. Wiatr poruszał koroną lasu. Niemal sennie, opadały na ziemię martwe liście. Był jednym z nich.






Ridean siedział nieruchomo na grzbiecie swojego wierzchowca, patrząc, jak jego oddział rozdziela się na pojedynczych jeźdźców, ruszających kolejno w drogę. Mieli zanieść ostrzeżenie w różne strony puszczy, posłanie i wezwanie do zgromadzenia się i walki. Musieli dotrzeć bez zwłoki do wielu miejsc – osiedli, polan, pałaców. Gdy zwiadowca z oddziału Haa’lanela dotarł do nich z wieścią, Ridean wydał szybko rozkazy. Liczył się czas. 
      Kiedy ostatni z jeźdźców znikł mu z oczu, Ridean pogładził grzywę wierzchowca i dał mu znak, by ruszał. Chwilę później mknęli jak wiatr, w ognistym galopie, w niezwykłej gracji, będącej połączeniem przepięknego konia i nieludzko wprawnego jeźdźca. Zacisnął dłoń na długiej włóczni. Kethavel, pomyślał. Kethavel czeka.






Samotna postać klęczała w samym środku Polany Płaczących Liści, z półotwartymi oczyma, nieruchomo, niczym stojący tak od wieków głaz. W nadrzewnych pałacach i domostwach gościł jeszcze sen. Lekka mgła snuła się tu i ówdzie. Nic nie mąciło spokoju i ciszy ostatnich chwil przed nastaniem dnia. Jednak niepokój w sercu Kethavel był trudny do zniesienia. Wsłuchując się w otaczającą ją ciszę i własne myśli nie znajdywała równowagi.  Umysł błądził wśród osnutych mrokiem dolin, łowił okrutny szczęk oręża, krzyk umierających. Saeurdrenn, Wielki Sztandar głośno łopotał targany dzikim wiatrem. Na tle pożogi chwiał się, upadał. Krzyczał pod ciosami czarnych siepaczy, wdeptany dziesiątkami podkutych nóg w błoto i kałuże krwi. Nie!!!
      Wizja minęła. Kethavel drgnęła, łowiąc nieuchwytny tętent. Wstała, wychodząc mu naprzeciw. Z mgły wyłonił się zakapturzony jeździec na pięknym, smukłym koniu. Wierzchowiec nie zdradzał żadnych oznak zmęczenia, choć wiedziała, jaką odległość i w jak krótkim czasie przebył.  Z niesamowitą gracją zatrzymał się w miejscu a siedząca na nim postać spłynęła zwinnie na ziemię, odrzucając brązowy kaptur. Znad lewego ramienia jeźdźca wystawał łuk i strzały, w prawym trzymał długą, jasną włócznię. 


- Ridean - powiedziała cicho Kethavel -  witaj na mojej Polanie.
- Witaj Pani – pozdrowił ją, kłaniając się nisko. 
- Z czym przybywasz? – spytała, choć znała już odpowiedź.





Plastikowy batalion, z którego dobrodziejstw jak dotąd korzystam (i które prezentuje) zawiera 24 figurki łuczników. Ponieważ postawiłem na dziesięcioosobowe oddziały, czwórka w nadkomplecie zmarniałaby w pudełku. Z kolei zasady pozwalają na wystawienie podstawowych łuczników w formacji skirmisz, w której figurują jako zwiadowcy – minimum do wystawienia to 5 figurek. Dobry rok temu widziałem, jak na swoim blogu Zwierzak pokazywał modelarską zabawę z elfami – zagadnąłem go, czy nie odstąpi jednej sztuki i zgodził się  bez namysłu. Dzięki! Tym oto sposobem mam okazję lepiej wykorzystać wspomniany batalion a Zwierzak ma swój udział w Tytanach. Jak odróżnić zwiadowców od regularnych łuczników? Chciałem to bardziej podkreślić niż wyłącznie innym malowaniem w stosunku do glade guardów. Trochę główkowałem i postawiłem na obowiązkowe kaptury (dość prosty zabieg), nieco bardziej skomplikowane podstawki (korek przyklejony bardziej pionowo, trochę krzaków z zestawu driad) czy wręcz odejście od zestawowej propozycji (figurka z dwoma mieczami – lekka przeróbka nożem i zielonym staffem). Co do samego malowania, jest bardziej jednolite niż dotąd prezentowani regularni łucznicy – ale tylko nieznacznie, gdyż poprzedni wcale nie są jakoś krzykliwi. Po prostu wyjąłem jeden czy dwa kolory z tamtej palety, zamiast tego dodałem szary kolor, w zamierzeniu stapiający się z kamienistym podłożem.

 Z kolei w przypadku lekkiej kawalerii (glade riders) batalion zawiera osiem sztuk. Tu świadomie zdecydowałem się wyłącznie na przygotowanie do grania pięciu jezdnych. W mojej ocenie przydatność i typ tej formacji sprawiają, że piątka z muzykiem to optimum. W ogóle mam jakąś taką optykę na tę armię, że znacznie bardziej pasuję mi w wersji pieszej. Zresztą księga nie specjalnie daje poszaleć z kawalerią – dwa oddziały (nie licząc latających sokołów), to tylko trochę lepiej niż u krasnoludów. No i dobrze. Wracając do lekkiej jazdy, batalion zaskoczył mnie niemile identycznymi pozami koni w przypadku siedmiu na osiem figurek. Ale chała! Za to w przypadku jeźdźców mogłem trochę zaszaleć. Dwójka w kapturach (głowy z piechoty) to ukłon w kierunku własnego sentymentu do Dark Riders z armii Dark Elves. Nadto różne kąty wygięcia w pozach, w jednym przypadku włócznia zamiast łuku – daje to lekki miszmasz, o który właśnie mi chodziło. Malowanie to w zasadzie konna wersja łuczników z pierwszej części, czyli mix przyjętej palety kolorów.

Jeszcze w kwestii plastikowych zestawów – niewątpliwie ich charakter pozwala na sporą dowolność i to jest zaleta. Drugą stroną medalu, szczególnie, kiedy ktoś jest tak leniwy, jak ja, jest ich wycinanie i oczyszczanie z nadlewek, które, co tu dużo mówić, występują zawsze. Byłem tą perspektywą przerażony, szczególnie, że szeroko opisywany sposób usuwania ich nożem modelarskim wcale nie okazał się taki prosty, szybki i przyjemny. W końcu odkryłem dlaczego – to kwestia noża. Tak się złożyło, że na ostatnią gwiazdkę dostałem mały, szwajcarski scyzoryk. Poziom jego naostrzenia bije wszystko, co prezentują tzw. noże modelarskie. Tym samym sposobem stal się cichym bohaterem moich montażowych zmagań, wydatnie mi pomagając utrzymać przyzwoite tempo i jakość czyszczenia. W nagrodę dostanie małe miejsce na swoje zdjęcie. Na marginesie, jestem już trochę zmęczony klejeniem. Na szczęście jeszcze tylko niecałe dwadzieścia plastikowych figur.

 Ostatnia propozycja to zarazem realizacja zasady – co trzy miesiące bohater. Na pierwszy ogień poszedł chorąży armii (a raczej chorąża, bo to ona), figurka, którą kupiłem dość dawno po okazyjnej cenie. Zero konwersji za to nieco inny, niż w przypadku regimentów, standard malowania (przynajmniej z założenia). Liść na sztandarze wzorowany jest ma moich… okularach. Konkretnie, mam takie liście wygrawerowane na obu nóżkach. Jest tu jeszcze inny, ukryty przekaz, związany w zamiłowaniami muzycznymi. Tak więc liść z okularów to nie tylko liść z okularów, podobnie jak trzy pozostałe symbole (tu wierne oryginałowi). Nie wiem czemu, ale ubawił mnie ten pomysł.

 Pierwsze podsumowanie po trzech miesiącach? Czemu nie. Jest świetnie, zapał nie gaśnie, ponad 30% armii pomalowane, czyli wszystko zgodnie z planem. Nadto ustawienie dotychczasowych ‘dokonań’ w jednym miejscu na półce nagradza i motywuje do dalszej pracy. Dlatego pora myśleć o kolejnych odcinkach, szczególnie trzech najbliższych. Do przeczytania za miesiąc.

***


Kethavel wspięła się na rozłożysty taras swego pałacu wśród drzew.  Podeszła do smukłej balustrady, miejsca, z którego zwykła rozmawiać ze swym ludem podczas zgromadzeń czy świąt – dni muzyki, radości i piękna. Rzuciła okiem na  ruch w dole. Wojowniczki i wojownicy Płaczących Liści zauważyli ją, unieśli  w górę twarze. Zajrzała w nie. Były zimne, spokojne, gotowe. Za jej plecami pojawiła się smukła postać w złocistym hełmie. Z ukłonem podała długie drzewce, ciasno owinięte misternie utkanym materiałem. Saeurdrenn. Światło Puszczy. Znów ruszy do walki. A  ja z nim, pomyślała. Zlustrowała jeszcze raz zgromadzone w dole oddziały. Byli gotowi. Dała znak do wymarszu po czym stała przez moment nieporuszona. Coś trąciło jej policzek. Smukły, czerwonawy liść.  Spojrzała na niego przez krótką chwilę, jak opadł na drewniany taras. Jak łza, która odrywa się od twarzy, by upaść między suche, jesienne źdźbła... Kethavel drgnęła, po czym zbiegła szybko po krętych schodach i dołączyła do wyruszających wojowników.

Regiment
Typ: zwiadowcy piesi (scouts)
Ilość: 5
Koszt w punktach: 85 pkt
Koszt w złotych: 28 zł

Regiment
Typ: lekka kawaleria (glade riders) + muzyk
Ilość: 5
Koszt w punktach: 129 pkt
Koszt w złotych: 28 zł

Regiment
Typ: pieszy chorąży armii
Ilość: 1
Koszt w punktach: 90 pkt
Koszt w złotych: 35 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 91,58%
Stan złożonych figur: 36,84%
Stan pomalowanych figur: 31,58%
Łączny koszt w punktach:  568 pkt
Łączny koszt w złotych:  213 zł

Adrian Stolarczyk

Flesh and bone

Bohumil Tichy rządził miastem  najlepiej, jak potrafił. Kochał to miejsce, szanował tych ludzi. Tutaj się urodził i tutaj chciał umrzeć. Ale nie tak… Spojrzał na rozszarpane zwłoki, rozrzucone wokół w nienaturalnych pozach – Co ich zabiło? Myślałem, że wilki mamy z głowy? – zwrócił się do żołnierza stojącego obok. Lejtnant Vladimir Bykow od niedawna dowodził oddziałem stacjonującym w tym mieście i jego doświadczenia ograniczały się do murów koszar
 – To musiały być wilki. Wiele z nich uciekło na pustkowia. Teraz pewnie wróciły – odpowiedział mało pewnym głosem.
 - To nie były wilki – usłyszeli stary, zmęczony głos za plecami. Mężczyźni obrócili się równocześnie. Nad zwłokami pochylał się jakiś żołnierz. Bohumil widział długie, siwe włosy spływające po plecach klęczącego; mundur i broń wyglądała na mocno wysłużoną.


– To ścierwojady, a na ich czele jest wampir –  mężczyzna odwrócił się ukazując straszliwą bliznę przez połowę twarzy, zniekształcającą całkowicie jego rysy. Lewe oko pokrywało bielmo. Bohumila przeszedł dreszcz, cofnął się odruchowo.
 – Nie strasz ludzi tymi swoimi bzdurami Żukov! – wybuchnął porucznik w dziwnym napadzie wściekłości – Zbierzcie zwłoki, trzeba ich pochować! – wykrzykiwał plując śliną na wszystkie strony. Odwrócił się i kontem oka spojrzał na burmistrza. Tichy udał, że nic  nie zauważył. Niewidzącymi oczami wpatrywał się w kilkanaście ciał leżących w kałużach krzepnącej krwi. Nic nie powiedział. Wmawiał sobie w myślach, że nie wierzy w wersję starca. Podświadomie jednak czuł, że coś wisi w powietrzu. Zbliżała się zima.


*** 


 Baron Vass Farkas przypatrywał się z ukrycia jak kilkudziesięciu ludzi kręci się na cmentarzu chowając zwłoki. Był wściekły, że nie zdążył usunąć trupów z drogi. Wszystko poszło nie tak, nie powinni atakować na środku traktu, ale nad ghoulami czasem ciężko zapanować. Ich rządza mordu była zbyt wielka, zbyt długo się nie pożywiały. Wbił z wściekłością pazury w drzewo i rozharatał je prawie w drzazgi. Ma jeszcze zbyt mało siły, ale teraz nie ma już wyjścia. Kwestią czasu jest odkrycie przez ludzi co tu się naprawdę dzieje. Miał szczęście, że ci są zbyt tchórzliwi, żeby uwierzyć tamtemu starcowi. Nie chcieli dopuścić do swoich słabych, nędznych umysłów jaka jest prawda.
 - Ale tamten wie! – wyszeptał złowieszczo, spoglądając błyszczącymi, zielonymi ślepiami na starego weterana. Odwrócił się gwałtownie i z niewiarygodną szybkością ruszył w głąb lasu. Jego muskularne ciało bestii poruszało się rytmicznie, mięśnie napinały się nienaturalnie, każde ścięgno pracowało napięte do granic możliwości. Sylwetka pojawiająca się i ginąca w gąszczu lasu zaczęła przypominać olbrzymiego wilka, stał się wilkiem.






 Gdy zapada zmrok z ukrycia wychodzą stwory nocy. Gdy zapada zmrok żaden człowiek nie pojawi się na tej nekropolii, zmrok jest moim przyjacielem. Farkas przybrał z powrotem postać humanoidalną bo tylko w takim stanie może odprawić inkantacje. Przebieg zdarzeń zmusił go do szybszego działania, zmusił do próby, na którą jeszcze nie był gotowy. Nie odzyskał jeszcze pełni sił, ale musi spróbować. Świeże ciała zakopane dzisiaj są dobrą okazją, żeby zyskać posłusznych jego woli poddanych – zombich. Jednak „ciepłe” jeszcze  ciała są najtrudniejsze do ożywienia, jest w nich jeszcze za dużo życia. Musi spróbować. Otaczające go ścierwojady z lękiem spoglądały na swojego Pana. Mimo, że to bezlitosne bestie, odczuwają przed nim strach. To on decyduje o ich życiu i śmierci. Na obliczu wampira widać było skupienie. Wszystkie mięśnie napięły się, niczym w rytm wysiłku jego umysłu. Uniósł drżące, olbrzymie ramiona i zwrócił je w stronę świeżo usypanych mogił. Gardłowym, chrapliwym szeptem zaczął wymawiać słowa magii umarłych, słowa podnoszące zwłoki ze śmiertelnego snu. Z każdym kolejnym słowem jego głos nabierał siły, a ciałem wstrząsały silniejsze konwulsje. Mokra ziemia jednego z grobów zaczęła drżeć. Wysunęła się z niej krwawa miazga, która jeszcze niedawno była tętniącą życiem dłonią . Zombie powoli stanął na nogi, chwiejąc się niepewnie. Wampirowi nagle załamał się głos, trup wydał z siebie okropny charkot z rozszarpanego gardła i rozprysnął w strzępy, obrzucając stojące postacie kawałkami mięsa i krwią.






Farkas ze zwieszoną głową upadł na kolana. Dyszał ciężko z wysiłku i wściekłości. W pewnym momencie zerwał się z rykiem i wbił swoje olbrzymie szpony w szyję najbliższego ghoula. Zwłoki upadły na ziemię, głowa potoczyła między pozostałych. Wampir obluzgany krwią przydeptał zwłoki jedną stopą i wychylił się błyskawicznie do przodu. Reszta ścierwojadów w panice zerwała się do ucieczki. Nie wszyscy mieli szczęście uciec, kolejny ghoul zacharczał, trysnęła czarna posoka a z jego piersi wystawały długie pazury. Wampir wgryzł się w oba ciała łapczywie sącząc krew. Potrzebował odzyskać energię, aby zrealizować swój plan ratunkowy. Tym razem wściekłość dodała mu sił. Odrzucił suche zwłoki i ponownie rozłożył ręce, gotowy do inkantacji. Tym razem wykrzyczał ją upiornym wrzaskiem. Nie mógł pozwolić sobie na kolejny błąd. Sytuacja, w jakiej się znalazł, niemal bez wyjścia,  zmusiła go do maksymalnego skupienia. Cmentarz wypełniły nienaturalne dźwięki. Z ziemi wychodziły nagie kości. Umazane gliną, stare i pożółkłe szkielety zaczęły stawać na nogi i zbliżać się do głosu, który je wzywał, głosu ich Pana. Grzechot, szczęk i klekot kości wypełniły cały cmentarz. Horda upiornych kościotrupów zapełniła nekropolię. Tym razem się udało, moja armia rośnie w siłę.






 Peter Żukov widział  bardzo wiele okrucieństw i grozy tego świata. O wielu z nich chciałby zapomnieć, wielu nigdy nie zobaczyć, nie odczuć. Zdecydowanym ruchem wydobył z pochwy miecz, zdobiony dziwnymi symbolami Sigmara. Upłynęło już wiele wiosen jego ciężkiego życia, większość spędził w armii. Sprawdził ostrze z magicznymi symbolami ochronnymi, a potem z powrotem schował. Był już zmęczony, a jego dzisiejsze odkrycie zapowiadało kolejne koszmarne przeżycia. Usiadł przy ognisku i zapalił fajkę. Zaraz musi ruszyć. Nie mógł pozwolić, żeby przez głupiego dowódcę miasto legło w gruzach, mieszkańcy nie dożyli świtu. Wiedział, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo jeśli w porę nie podejmą działań. Nie było czasu do stracenia. Musiał szybko znaleźć dowody na obecność nieumarłych. Wokół zapadła dziwna cisza. Żukov wyczuł czyjąś obecność. Migocący ogień przez moment rzucił na ziemię obok niego niewyraźny cień postaci. A więc nie zdążyłem. W ogniu zasyczała krew.





Tym razem przedstawiam oddział szkieletów w dosyć solidnej liczbie 30 sztuk. Malowanie, jak obiecałem, bez żadnych „hura”. Klasyczna kość, sporo metalu oraz czarne i fioletowe wykończenie elementów szmacianych. Modele to jedna wielka zbieranina różnych edycji i różnych „marek”. Nie jestem w stanie określić, które modele są skąd, ale mam nawet egzemplarze z początku lat osiemdziesiątych. Wszystkie figurki są metalowe, bo takie było założenie. Tylko część wyposażenia to plastik – jakieś brakujące ręce, nogi oraz wszystkie tarcze. Te ostatnie to także zbieranina z różnych armii - celowo uszkodzone, postarzone, aby lepiej wpasowały się w klimat całości. Dodatkowo postanowiłem, że wszystkie moje oddziały będą miały zrobione podstawki pod całe regimenty. Tak więc w ramach sprawozdania dodam, że wykonałem wszystkie zaległe podstawki, tj. pod poprzednie oddziały ghouli i wilków.

Pomalowane: 51 modeli (25,25%)
Ilość punktów: 538 (16,34%)

Jakub Gowin

Kamień Zgromadzeń

- Panie, panie, jesteśmy atakowani! - zdyszany strażnik pełniący wartę nie czekając na pozwolenie wejścia wpadł do namiotu Balthazara. 
- Kto? gdzie? Jak? Gadaj człowieku!
Człowiek nie zdążył odpowiedzieć. Niewidzialna siła zwaliła go z nóg i pociągnęła w ciemność, na zewnątrz namiotu. Przerażający krzyk agonii natychmiast przywrócił trzeźwość umysłu zaspanemu magowi. Szybko chwycił swoją laskę opartą na zdobionym stojaku i wycelował w noc czającą się za rozchyloną zasłoną wejścia do namiotu. W ciszy nocy, która zapanowała na zewnątrz zapaliły się dwa zimne niebieskie ognie.


- ADURO IAM! - Baltazar nie zamierzał zastanawiać się teraz z jakiego typu zjawiskiem ma do czynienia. Z końca czarodziejskiej różdżki wystrzelił wąski żółty promień. Tam gdzie świeciły dwa zimne niebieskie ognie teraz pojawił się czerwony gorący płomień. Monstrualny, zdeformowany wilk nie wydając żadnego jęku płonął żywcem. Z przerażeniem mag stwierdził, że płomień zaczyna zbliżać się do namiotu.
- Nie! REMANEO GLACIALIS! - Potężna siła telekinetyczna potargała zasłonę zakrywającą wejście do namiotu i uderzyła w potwora zwalając go z nóg. Zdołał się jeszcze podnieść, zanim po raz ostatni upadł w agonii, gdy ogień w końcu dokonał swego dzieła. Na zewnątrz rozległ się sygnał alarmu, dało się słyszeć szczęk oręża. Strażnicy szykowali się do obrony.


***


- Wstawać, wstawać! Ruszać się gamonie! To nie są ćwiczenia! - szef straży wpadł niczym burza do namiotu, jego głos zabarwiony był strachem, Marek nauczył się już go rozpoznawać. Wokół w namiocie zapanował chaos. Żołnierze próbowali ubrać na siebie pancerze, brakujące części garderoby, zapiąć pasy z bronią. Na twarzach malowało się piętno dnia wczorajszego, szczególnie wieczornego świętowania.
- Kto nas atakuje? - zapytał Marek, zapinając pośpiesznie skórzane szelki i zakładając pas z mieczem.
- Też chciałbym to wiedzieć... - odpowiedział dowódca, bez cienia ironii w głosie. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z namiotu. Marek spojrzał na pusta pryczę obok. 
- Gdzie jest Frederic? - Zapytał towarzysza, który właśnie kierował się do wyjścia.
- Nie wiem, chyba poszedł się odlać do lasu...
Marek zbladł, zimny dreszcz wstrząsnął jego ciałem. W tych grubiańskich słowach kryła się przepowiednia losu Frederica. Marek poczuł, że właśnie stracił przyjaciela.






- Jasper, Jasper! Wstawaj! Zrywamy się! Jest okazja! - Człowiek w szarym łachmanie potrząsał drugim leżącym na kawałku koziej skóry rozpłaszczonym na ziemi. Mówił z podekscytowaniem, ale szeptem, aby nikt inny nie usłyszał.
- Czego się drzesz, pali się czy co? - Zaspany Jasper przecierał zaspane oczy.
- Nie wiem, ale wszyscy strażnicy, tfu, żeby tych psubratów zaraza, zniknęli, nikt nie pilnuje! Zrywamy się! Jest szansa, mówię Ci, drugiej takiej nie będzie.
Jasper podniósł się z posłania. Zarzucił na plecy małe zawiniątko na którym uprzednio opierał głowę podczas snu.
- Dobra, jestem gotowy.
Cicho wyszli z namiotu, rozejrzeli się wokoło. Nigdzie żywej duszy. Obóz był rozległy, otaczał przecież tą wielką dziurę, w której co dziennie musieli przez cały dzień kopać i kopać w poszukiwaniu, Sigmar jeden wie, czego. Obóz otoczony był wysokim wałem ziemnym, który z dnia na dzień powiększał się – z wiadomych powodów. Wał służył strażnikom do patrolowania i pilnowania kopaczy. Teraz zdawało się, że nikt nie pilnuje. Gdzieś w oddali, z drugiej strony obozu, opartej o starożytny las elfów słychać było zagłuszone przez odległość i noc jakieś krzyki. Po upewnieniu się że nic im nie grozi, Jasper i Ralf wspięli się na wał. Krzyki w oddali stały się bardziej wyraźne, ze szczytu wzgórza zobaczyli w oddali kłębowisko ciał – ludzi i wilków – trwała walka. Ponad kłębowiskiem wznosił się prastary las. Las wypełniony niebieskim ogniem. 
- Osz w mordę... - jękną Ralf.
- Miałeś rację, drugiej takiej szansy nie dostaniemy... Oni zresztą chyba też. Jazda.


***


- Zaczyna się – pomyślał Skheedhor i uśmiechnął się na tyle na ile pozwalała mu jego zwierzęca fizjognomia. Stał na wzgórzu na którym wznosił się Kamień Zebrań. Z lasu wyłaniały się kolejne postacie zwierzoludzi, potężne ciała, góry futra i mięśni, uzbrojone po zęby w najróżniejszy oręż, niezdyscyplinowane ale szalone w walce. U podnóża powoli tworzył się obóz. Obóz największej armii w dziejach – pomyślał wódz stada i znów uśmiechnął się do siebie na swój zwierzęcy sposób. Z głębi lasu na polanę wysunął się oddział jednolicie odziany w czerwone strzępy materiału, prowadzony przez wojownika z charakterystycznym gwiaździstym znamieniem na pysku. Młody zawsze miał bzika na punkcie umundurowania – pomyślał  Skheedhor i znów się uśmiechnął. Zastanawiał się, czy jego młodszy brat znów będzie próbował wyzwać go na pojedynek. Ile to już było razy? Wódz wytężył umysł, ale liczba tych pojedynków była większa niż jakikolwiek zwierzoludź mógł znać i do której potrafił liczyć. Było ich więc więcej niż trzy. Znacznie więcej pomyślał Skheedhor. I po raz kolejny się uśmiechnął. To był dla niego dobry dzień.


***


KREW! KREW I ZNISZCENIE! ATAKUJCIE! ATAKUJCIE Z FURIĄ! DZIECI NOCY DZIŚ ZOSTAWIĄ SWÓJ ŚLAD, ZNAK OKRUCIEŃSTWA!





I znów heroiczny finisz. Piąta siedemnaście rano, siedzę i piszę ten tekst. Siedzę z jednej strony z poczuciem spełnionego obowiązku – oddaję Szeperdowi obiecany, comiesięczny, pełen oddział, z drugiej strony jednak mam poczucie, że trochę zawiodłem własne oczekiwania – przede mną na półce stoi 10 nie domalowanych modeli z kolejnego oddziału, który chciałem także dzisiaj umieścić. Nie ma też obiecanych niespodzianek – po raz kolejny. Nie ma obiecanego co miesiąc bohatera. Co teraz? Może jeszcze podsumuję pierwszy kwartał naszej zabawy, tak więc: w „dużych” punktach 3:0 dla mnie, 3 oddane artykuły i 3 pomalowane, całkiem spore, oddziały. W małych punktach: 1:5 dla lenistwa i braku czasu – żadnej z 3 obiecanych niespodzianek, oraz jeden z 3 pomalowanych bohaterów. Wniosek: myślę, że potyczkę można uznać za Major Victory na moją korzyść. Niestety w kolejnych miesiącach nie zapowiada się na Masakrę na moją korzyść, gdyż nadchodzi czas obrony pracy magisterskiej... Ehhh. Mam nadzieję, że przynajmniej w dużych punktach będę trzymał poziom, szczególnie że pędzelek w ręku to miły odpoczynek dla umysłu w przerwach pomiędzy jednym równaniem różniczkowym a drugą przestrzenią Banacha. Do usłyszenia!

Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 65%
Miniatury złożone: 32%
Miniatury pomalowane: 27%
Łączny koszt w punktach: ~470
Łączy koszt w złotych: 430zł

PS. W sumie biorąc pod uwagę fakt, że mam pomalowanego jednego bohatera (jego koszt to pewnie około 100-120 pkt) to można by się już pokusić o pojedynek Border Patrol. I to w pełni pomalowaną armią. Jak to poeta powiedział: „serce roście patrząc na te czasy”.

PS2. Z angielskiego Herdstone przetłumaczyłem jako Kamień Zebrań. Nie najszczęśliwsze to tłumaczenie, ale dla mnie brzmi lepiej i lepiej oddaje przeznaczenie tego miejsca niż Kamień (Pomnik?) Stada. Może ma ktoś jakieś fajne tłumaczenie słowa Herdstone? Z tego co wiem to polskiej księgi Beastmenów jeszcze nie ma, stąd nie znam „oficjalnego” tłumaczenia.

Robert Szczelina

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Logistycznie

Trwa warhammerowa ofensywa, przynajmniej na moim skromnym podwórku kolekcjonerskim. Nie dość, że pracuję nad kolejnym odcinkiem do Tytanów, to całkiem nieźle idzie mi wymienianie kolejnych podstawek w armii HE. I całkiem źle idzie mi granie w młotka właśnie. Dzisiejszy tytuł na nawiązanie do tego pierwszego. Zaparłem się i można powiedzieć, że jestem już za półmetkiem całej zabawy. Licząc dokładnie, to zostało mi do wymiany 15 konnych, 30 pieszych, 2 orły i przy okazji 6 najemnych ogrów. Tak więc sporo za mną, ale nie do końca to tak różowo się rysuje, bo w przypadku zmienionych już regimentów muszę jeszcze poświęcić kilka godzin na domalowanie uszkodzeń farby (głównie stóp) i dokleić nieszczęsne krzaczki. W ogóle, jak to rozgrzebałem, to od razu stwierdziłem, że w kilku przypadkach przydałby się dalszy lifting - głównie wymiana sztandarów. Tu z pomocą przyszedł mi Gobos, obdarowując mnie sporym zestawem różnej maści bitsów. Do głowy wpadło też kilka szalonych pomysłów. O tym innym razem. A co z tą logistyką? To proste - zastosowałem większe podstawki dla pieszych i konnych elementów, co można zobaczyć a zdjęciu. W przypadku 20-osobowych klocków pieszych mam po dwie takie ‘ramki’. Usprawnia to wystawianie się do bitwy czy przenoszenie, zupełnie nie przeszkadza w graniu (mam na myśli ściąganie strat).

Skoro o stratach mowa, to raczej nie mam się czym pochwalić. Gdyby to ode mnie zależała przyszłość elfiej rasy, to Ulthuan byłby już dawno bezludną wyspą. Trzy bitwy i trzy razy lanie - raz Gobos, dwa razy Prezes. Jest nerw i chęć rewanżu, nie ma co. Trochę urozmaiciliśmy te rozgrywki, bo pojawili się bohaterowie specjalni. Tyrion - on sam. Największy żyjący wojownik Elfów. Hmmmm… ciekawe czemu autorzy księgi nie wyposażyli go w prostą zasadę odporności na psychologię, prawda? Skoro koleś nawiewa przed piątką guli (11 na Ld), to można się nad tym poważnie zastanowić, prawda? Ech… Za tydzień znowu gramy. W ogóle kwiecień powinien być miły pod tym względem - rewanż w młotka, turniej DBA w Bielsku. Nic, tylko brać garściami.

RSS FeedRSS