poniedziałek, 31 grudnia 2007

DBA okiem "noobie"

Końcem sierpnia pojawił się w mojej głowie pomysł zajęcia się wargamingiem, którym od dłuższego czasu się interesowałem. Niestety ani rosnąca sterta White Dwarfów, ani kurzące się w pudłach na szafie figurki do W40K nie rokowały poprawy tego marnego stanu. Moja hobbystyczna "kariera" to głównie planszowe gry wojenne, w które grywam od lat kilkunastu; dziesiątki tytułów, w różnych skalach, od operacyjnej po taktyczne i szczegółowe kobyły. No i oczywiście zainteresowanie historią, które towarzyszy mi "od zawsze"... Przeglądając zasoby sieci w poszukiwaniu systemu dla siebie, trafiłem na informacje o DBA. Idąc tym tropem trafiłem na strony Bitewnego Zgiełku. Wczytując się w kolejne artykuły autorstwa Tsara stwierdziłem, że niczym nie zaryzykuję kontaktując się z załogą serwisu, w celu uzyskania bliższych informacji o DBA. W odpowiedzi otrzymałem zestaw niezbędnych informacji o systemie, doradzono mi strony o DBA, dotarłem do UNG2DBA (Unnoficial Guide to DBA – przyp. red.), dowiedziałem się wszystkiego na temat kompozycji armii, dostępu do modeli. No i zaskoczyło! Ja też chcę w to grać!

Trochę mnie martwił mój zerowy poziom umiejętności malarskich i modelarskich - nigdy w życiu nie trzymałem pędzla w dłoni! No i skąd wziąć graczy? Same problemy… Dzięki dopingowi i wsparciu załogi Bitewnego Zgiełku w krótkim czasie udało mi się znaleźć kilku chętnych do grania w DBA i zamówić modele do dwóch armii. W październiku ruszyłem z malowaniem pierwszej z nich, nękając kolegów ze Zgiełku pytaniami na poziomie: jakie farbki, jakie pędzle, jak malować, czego używać... Dużo osób od razu odpuszcza sobie pomalowanie modeli, którymi grają, większość stołów straszy plastikiem lub modelami z ledwo nałożonym podkładem. Oczywiście błędem jest podejście w stylu: chcemy mieć na stole modele pomalowane profesjonalnie a pędzel w ręku mamy od niedawna, więc jest to zadanie z góry skazane na porażkę. Osobiście "podarowałem" sobie to błędne koło: nie maluję, bo nie umiem, nie mam pomalowanej armii, bo nie maluję... Uparłem się, że jeżeli zacznę grać, to tylko kompletnie pomalowaną armią - oto słuszna droga. Pomaluję jak umiem najlepiej, pomyślałem, ale pomaluję, bo warto włożyć trochę serca i wysiłku, żeby mieć satysfakcję z wystawienia do gry własnoręcznie pomalowanych modeli. I wiecie co?  Z takiego myślenia powstała kompletnie pomalowana armia, moje pierwsze figurki w życiu, jakie dotknąłem pędzlem (zdjęcia tychże są ilustracją do poniższego tekstu). I owszem, nie są najpiękniejsze, wierzę jednak, że za dziesięć lat, jako dojrzały i doświadczony malarz będę z rozrzewnieniem wspominał mój figurkowy debiut.

Po nieco przydługim wstępie chciałem postawić pierwszą tezę do tego, reklamującego system DBA, tekstu: 

Nie od razu Rzym zbudowano. Malujcie swoje armie, nie zajmie wam to wiele czasu, a DBA jest o tyle wdzięcznym systemem, że armia składa się z ustalonej liczby elementów. Malujcie je po kawałku, jeden-dwa elementy w wolnym czasie - widoczne efekt przychodzą szybko. A satysfakcja jest gwarantowana: albo zwrot pieniędzy.

Armia w bólach nabierała koloru. Koledzy namawiani i popędzani przeze mnie też się zabrali za malowanie swoich kolekcji. Ustaliliśmy termin pierwszego grania a choć nie udało się go dotrzymać, to w efekcie opóźnienie wyszło nam na zdrowie: udało się znaleźć fajne miejsce na sobotnie spotkania i granie. Wszystko szło dobrze, martwiła mnie tylko jedna sprawa. Cała nasza grupa nie ma zbytnich doświadczeń modelarskich i malarskich, a tu jeszcze trzeba wykonać zgodne z przepisami tereny i stoły. Osobiście nie jestem zwolennikiem grania w kuchni na książkach przykrytych prześcieradłem. Stoły pokazane na Bitewnym Zgiełku czy innych serwisach przekraczają moje umiejętności o rok świetlny. Ważna również dla mnie była kwestia kosztów - nie byłbym w stanie pozwolić sobie na wykonanie makiety za 200-300 zł, koledzy, w większości studenci, również nie. Rozwiązanie posunęły mi zdjęcia z turniejów DBA granych na całym świecie. Część stołów turniejowych posiadała dość uproszczone tereny, co w sumie nie dziwi, bo przygotowanie wystrzałowych stołów dla pięćdziesięciu graczy to spory nakład pracy i koszty. Gracze raczej przynoszą tereny ze sobą, zgodne z typem topografii swojej armii. I żeby nie były te tereny kłopotliwe w transporcie, nie są zbyt skomplikowane i rozbudowane. Wykonanie niezbędnych do pierwszej gry terenów zajęło mi jeden wieczór. Wcześniej kupiłem za grosze maty do gry o wymiarach 90x90 cm, wykonane z wykładziny PCV w kolorze zielonym. Z resztek wykładziny wyciąłem obszary lasów, z tekturki wzgórza, które posypałem piaskiem do podstawek i pomalowałem. Kolorowy brystol, pocięty w paski, posłużył za rzekę, drogę i BUA. Całość uzupełniłem kilkoma drzewkami kupionymi w sklepie modelarskim, zamocowanymi na podstawkach. W efekcie pracy jednego wieczoru, kosztem 30-40 złotych, uzyskałem estetyczny, schludny stół do gry z kompletem terenów. Nie wygląda szałowo, ale spełnia swoją funkcję. Jednym słowem pełnoprawna makieta do gry. Wykonałem również niezbędne do gry miarki i wzorniki. Teza druga: 

Przygotowanie makiety do gry, spełniającej elementarne wymagania estetyczne i oraz zgodnej ze skalą i przepisami gry nie wymaga ogromnego nakładu pracy i środków oraz jakichkolwiek umiejętności modelarskich. Nie każdy potrafi wykonać "cudne" wzgórza, nie każdy ma czas posiedzieć nad "wypasioną" rzeką czy drogą. Nie każdego też na to stać. Ale warto poświęcić trochę czasu i środków na zrobienie makiety. Jak widać na zdjęciach, stół, mimo że prosty wygląda przyzwoicie i nadaje się do gry. 

Mam w planach wyprodukowanie ładniejszych i bardziej skomplikowanych elementów terenu - kiedy tylko znajdę na to więcej czasu. Tymczasem jest na czym grać i nie muszę się męczyć na kuchennym stole i książkach zamiast wzgórza.

Dzięki dwumiesięcznym wysiłkom udało się mi pomalować jedną armię, drugą niebawem zaczynam. Udało się również znaleźć grupę chętnych graczy, którzy już za dwa tygodnie też będą mogli się pochwalić kompletnie pomalowanymi armiami (obecnie są one w różnych stadiach produkcji). W grudniu również odbędzie się świąteczny miniturniej DBA na 6-7 graczy. Nagrodą będzie podręcznik do systemu. Tymczasem do końca stycznia ruszy kampania DBA pod znakiem rydwanów z czasów potęgi Egiptu. Z pewnością przybędzie dalszych graczy w Trójmieście grających w DBA - a to za sprawą kolegów z Bitewnego Zgiełku, którzy przyjęli zaproszenie na przeprowadzenie pokazu DBA w zaprzyjaźnionym sklepie. A i moja skromna osoba raczej nie zniknie z łam serwisu. Teza trzecia: 

Kontaktujcie się z Bitewnym Zgiełkiem i ludźmi grającymi w DBA, zawsze możecie liczyć na fachową pomoc, wsparcie i rady. Nie bójcie się zadawać pytań, jeżeli zainteresowało was DBA a nie wiecie jak to ugryźć. Szukajcie potencjalnych graczy wśród kolegów i znajomych. System, w którym armia kosztuje 50-80 zł ma duży potencjał rozwoju i perspektywy zarażenia bakcylem większej ilości osób niż ma to miejsce w przypadku kosztowniejszych systemów bitewnych. 

W ostatnią sobotę, w siedzibie Gdańskiego Klubu Fantastyki, w ramach inicjatywy "Trójmiasto Strategiczne Soboty", odbyła się pierwsza gra w system DBA w Trójmieście. Temat 3MSS zainicjował kolega Pawełek, przez niektórych zwany ed_guma. Cały pomysł polega na tym, żeby zaprosić do grania w soboty graczy z różnych klubów, gralni garażowych, sklepów z figurkami - w fajnej atmosferze, dla zabawy bez turniejowego zacięcia, różni gracze, dowolne systemy. Będziemy się pojawiać z DBA regularnie, jeżeli jesteś z 3miasta i okolic Zapraszam Serdecznie.  Więcej informacji znajdziecie na stronie: http://groups.google.com/group/3mss

Cezary Opaliński

środa, 19 grudnia 2007

Tannenberg 1914

"Sam nie wiem lepiej. W imię Boże zróbmy tak" te słowa wyrzekł Hindenburg do Luderdorfa w specjalnym pociągu zmierzającym do Malborka, po przedstawieniu mu planów nadchodzącej operacji. Operacji, o której mowa w książce Piotra Szlanty "Tannenberg 1914 r.", wydanej w popularnej serii Historyczne Bitwy, wydawnictwa Bellona.

Tytułem wstępu wyjaśnię, że ten okres i ta konkretna bitwa (lub operacja w zasadzie), jest mi szczególnie bliska, ponieważ urodziłem się w Olsztynie i jestem rdzennym Warmianinem. Czytając opracowania dotyczące tej ważnej dla przebiegu I WŚ operacji, dowiaduję się często o zdarzeniach pełnych dramatyzmu, które działy się w miejscowościach, które dobrze znam, w których bywałem, przez które przejeżdżałem. Co ważniejsze, zdarzenia te wciąż żyją we wspomnieniach ludzi starszych, rodzin autochtonów warmińskich i mazurskich, które to burzliwa historia naznaczyła śmiercią kogoś bliskiego, zniszczeniem gospodarstwa. Wiecie jak niesamowicie czuje się chłopak (czyli ja) zbierający z dziadkami grzyby w lasach pod Olsztynkiem, w których konała 2. Armia? Albo myszkujący po pozostałościach twierdzy Boyen, które można do dziś zobaczyć odwiedzając Mazury?

Książka jest popularnonaukowym opracowaniem ilustrującym przebieg jednej z bitew I WŚ. Sprawnie napisana, z dużą ilością smaczków, okraszona jest fantastycznymi czarno-białymi fotografiami, mapami oraz Orde de bataille, które powodują, że czyta się ją z dużą przyjemnością i zaciekawieniem. Bardzo przejrzysta kompozycja opracowania pozwala zrozumieć cały przebieg skomplikowanego manewru Niemców, którego śmiałość i sposób wykonania, przypominają w stylu samego  Napoleona Bonaparte. Niemcom udało się z położenia środkowego wymanewrować i pobić w osobnych bitwach 2 armie rosyjskie, korzystając, mimo przewagi sił przeciwnika, z wolnej przestrzeni operacyjnej na własnych, wewnętrznych liniach komunikacyjnych!

Wstęp do książki warto przeczytać uważnie, ponieważ autor pokrótce przedstawia tam sytuację geopolityczną oraz charakteryzuje siły zbrojne obu adwersarzy, wskazując na istotne zmiany i reformy armii niemieckiej i rosyjskiej. Dowiedzieć się można sporo na temat uzbrojenia, organizacji i doktryn obu armii oraz szczegółowo już zapoznać się z charakterystyką 1. i 2. Armii rosyjskiej oraz 8. Armii niemieckiej, ich składem oraz celami działania. Ciekawe są krótkie notki biograficzne gen. Samsonowa (2. Armia rosyjska) oraz gen. Rennenkampfa (1. Armia rosyjska).

Kolejna cześć książki, daje obraz bałaganu i niesnasek między oficerami, będących potem jedną z przyczyn klęski Rosjan w nadchodzącej operacji. Jak zajadle można nie kłócić się ze swoim szefem sztabu...? Znajdziecie tu również zwięzły opis topografii terenu przyszłych działań i problemów z nią związanych. Pierwsze starcia rozpoczynają się od utarczek z rosyjskimi oddziałami kawalerii, których cześć weszła do walki już 12 sierpnia 1914 r.

Wraz z wkroczeniem na teren Prus sił 1. Armii Rennenkampfa rozpoczyna się seria rozdziałów, stanowiących trzon książki, opisujących sam przebieg operacji. Mamy więc pierwsze boje pod Stołupianami i Gąbinem, bardzo ważne bitwy, będące preludium do nadchodzącej katastrofy. Samodzielną decyzja rzutkiego i odważnego dowódcy I Korpusu, gen. Francoisa, o marszu na nieprzyjaciela, która spowodowała pobicie jednego z rosyjskich korpusów i praktycznie wyłączenie z walki 27 DP rosyjskiej. Piszę o tych zdarzeniach, nie po to żeby przedstawiać wam treść książki (musicie sami ją przeczytać), ale żeby wskazać na charakterystyczną dla tej operacji postawę dowódców niemieckich, bijących na głowę kompetencjami, odwagą i śmiałością swoich rosyjskich przeciwników. Był to jeden z czynników decydujących o świetnej niemieckiej wiktorii, a wyczyny gen. Francoisa polecam śledzić przez całą operację. Postać tego oficera wyjątkowo silnie przebija się z kart całej książki i prezentuje go, mimo hugenockiego pochodzenia, jako wybitnego pruskiego oficera polowego. Niezrozumiała decyzja Prittwitza o generalnym odwrocie 8. Armii na linię Wisły, doprowadza do jego dymisji i powołania przez szefa Sztabu Generalnego na stanowisko dowodzącego 8. Armią Hindenburga; doświadczonego oficera, będącego już w stanie spoczynku. To też bardzo charakterystyczna sprawa, ponieważ w przeciwieństwie do niekompetentnego i tchórzliwego często korpusu oficerskiego Rosjan, niemieccy oficerowie niższego szczebla, rzetelnie oceniając szanse 8. Armii, potrafili doprowadzić do dymisji niekompetentnego defetystycznego przełożonego. Świadczy to zarówno o kompetencji, jak i odwadze cywilnej oraz duchu walki panującym wśród niemieckich oficerów. Zaiste w porównaniu z opisanymi w następnych rozdziałach krętactwami Artmanowa, który kłamał w meldunkach na temat swojego położenia, żeby nie brać udziału w walkach, samowolą Samsonowa i niekompetencją niejakiego Żylińskiego, jest co podziwiać...

Przygotowania do wielkiej operacji zaczepnej, zaczynają się wraz przybyciem, pociągiem specjalnym do Malborka, Hindenburga i jego szefa sztabu Ludendorfa. W tymże pociągu padły podobno zacytowane na początku tekstu słowa. Ciekawe, że panowie nie znali się wcześniej, co w moim mniemaniu również dobitnie świadczy o jakości niemieckich oficerów. Oto znający się na swojej pracy zawodowcy konferują w pociągu i dzięki kompetencji i doświadczeniu obmyślą jedną z najśmielszych operacji I WŚ.

Kolejne rozdziały książki rozpisujące dzień po dniu walki 26 - 31 sierpnia 1914 roku są dokładnym opisem działań wymierzonych przeciwko armii Samsonowa. Przeczytać w nich możemy o błędach Samsonowa, takich jak samowolne poszerzenie kierunku natarcia, bierności Rennenkampfa i niekompetencji ich przełożonych. Dokładny opis działań 8. Armii, pokazuje jak udaje się manewr oderwania od przeciwnika, przegrupowania się, a potem zastawienia gigantycznych sideł na idącą w sierpniowym upale Armię Warszawską.

Skala pomyłek i błędów popełnianych przez Rosjan jest porażająca; zaczynając od ogromnych problemy z aklimatyzacją, powodujących umęczenie wojska, poprzez tchórzostwo dowódców, aż po problemy z łącznością. Jedną z przyczyn klęski Rosjan jest karygodne zignorowanie środków bezpieczeństwa objawiające się nadawaniem meldunków i rozkazów otwartym tekstem przez radio, co niemiecki sztab wykorzystał w iście morderczy sposób. Następuje jakby efekt domina: na śmiałe działania strony niemieckiej, na zaciskającą się na ofierze pętlę, Rosjanie z kompletną nieświadomością nakładają lawinę bledów, kompromitacji i pomyłek. Kończy się to rzezią umęczonej 2. Armii, wziętej w kocioł w okolicach Olsztynka i samobójstwem jej nieszczęsnego dowódcy. Dramat tysięcy dzielnych i odważnych żołnierzy (przykłady odwagi których widać w porównaniu z „wyczynami” dowódców), kończy się śmiercią, niewolą, kalectwem. Mimo dzielności swoich żołnierzy, "zamaszerowana na śmierć" 2. Armia przestaje istnieć. Wczytajcie się uważnie w te dramatyczne wydarzenia. W sumie można je ująć zbiorczą nazwą "jak przegrywa się bitwy".

Ostatnim rozdziałem, kończącym opis całej operacji, jest opis jesiennej bitwy nad jeziorami mazurskimi, którą wygrała 8. Armia. Po przegrupowaniu się i uzupełnieniu sił, Niemcy uderzyli na zachowującego się do tej pory dość biernie Rennenkampfa i zepchnęli jego armię, po zadaniu jej sporych strat, na jej pozycje wyjściowe.

I to już koniec działań niemieckich przeciwko 1. i 2. Armii rosyjskiej. Cała operacja skończyła się straszliwą klęską Rosjan i kompromitacją ich dowództwa. Pokazała ona, że wojna nie jest zabawą dla niekompetentnych amatorów, i że żeby, wygrać wszystkie elementy, takie jak morale, dowodzenie, łączność, bojowość, muszą być zgrane i dopracowane. No, i że bitwy wygrywa sprawny sztab i dzielni żołnierze, a nie same działa i karabiny. Podsumowanie bitwy i dalsze losy jej uczestników poznacie w epilogu kończącym zasadniczą część książki. Potem już tylko mapy, bibliografia, Orde de battalie i poczucie niedosytu... które powinno zniknąć po przeczytaniu drugiego tekstu ściśle powiązanego z powyższą recenzją.

Piotr Szlanta, Tannenberg 1914, wydawnictwo Bellona


Cezary Opaliński

środa, 12 grudnia 2007

Dokument bez tytułu

Dotarłem dzisiaj do miejsca, którego nie odwiedzałem już od bardzo dawna, a mianowicie do mojego modelarskiego warsztatu. Może taki moment bezstresowego niezdecydowania, spoziomowania się bez poczucia czekających w kolejce zadań, zapisanie na pulpicie dokumentu bez tytułu, jest właśnie spektakularnym, życiowym punktem zwrotnym? Kto bym tam o to dbał. Myśląc nieskrępowanie o wszystkim i niczym, co nieco zaś o subtelnościach własnego życia, przeglądałem możliwe opcje, którym mógłbym poświęcić ze dwie dobre godziny pracy. Koledzy chwalą się już gotowymi zestawami Essexa, inni pytają, czy ich modele gotowe, ja sam z kolei myślę o miniaturach na okrągłych podstawkach. No a co się stało z zachłyśnięciem się modelami do Konfrontacji? Gdzie regiment konwertowanych Eldarów? Nie dbam o to w tej chwili. Zamiast tego, obiecując sobie solennie staranność i brak pośpiechu, złożyłem z plastikowych różności takie coś. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie mamrotał w trakcie nożowo-klejowych wygibasów, że zdobędę tą konwersją uznanie w całej galaktyce. Schodząc jednak na ziemię: do finału daleka droga. Drugi etap to przejrzenie proporcji i ewentualne poprawki. Następnie koniecznie korekty i dodatki zielonym stafem. Potem już malowanie - oczywiście co najmniej na poziomie złotego dymiona (jasne!). Muszę też koniecznie pomyśleć na koncepcją zrobienia gotowemu modelowi przyzwoitych zdjęć. Tak czy inaczej poszło nieźle: chciałem malować - ciąłem i sklejałem. Kto by tam o to dbał...

czwartek, 6 grudnia 2007

Wiecie choć gdzie Chiny leżą?

Dyskusję na temat naszego bycia, lub niebycia w Europie słychać tu i ówdzie cały czas, głównie w kontekście sporów politycznych. Od nich jednak ważniejsze są nasze prywatne odczucia, te całkiem codzienne i zwyczajne. Tutaj oczywiście najbardziej istotne są porównania dotycząc spraw dla nas kluczowych, jak zarobki i ceny produktów niezbędnych do przeżycia, ale przecież i hobby też musi się gdzieś tam zmieścić. Co prawda nigdy zbyt dokładnie nie przyglądałem się temu jak to się u nas zmienia, ale mam wrażenie, że obecnie gry wojenne w Polsce mają się znacznie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, może właśnie dzięki większemu otwarciu na świat?

Dzięki Internetowi mamy stały podgląd w oferty najprzeróżniejszych producentów związanych z rynkiem gier. Zamówienia indywidualne u źródła są coraz bardziej popularne i decyduje się na nie coraz to większa liczba ludzi. Jednocześnie dystrybutorzy, często ludzie młodzi, zakładający swój pierwszy duży biznes, dostarczają wprost na sklepowe półki produkty, jeszcze niedawno niewidywane w naszym kraju. AT-43, Infinity, Starship Troopers, Dungeons and Dragons, Hordes, Warmachine? Proszę bardzo! Gry fantasy u nas to już nie tylko Warhammer. Coś historycznego? Znudził się Mein Panzer? Już podaję: Warmaster Ancients, Principle of War, Grande Armee, American Battlelines, Flames of War, Cold War Commander? Co podać?

Kolega zwiedzający ostatnio Nową Zelandię podesłał kilka zdjęć ze spotkania ichniego, mającego już przeszło trzydziestoletnią tradycję, klubu graczy gier wojennych. Prócz prasy właściwie nic mnie nie zaskoczyło, wszystko mamy i u nas. A z prasą też robi się u nas coraz lepiej. Tu i ówdzie widuję kupowane pisma branżowe, a jeden z internetowych sklepów internetowych został niedawno dystrybutorem magazynu Ancient Warfare, który recenzowałem ledwo dwa miesiące wstecz na łamach Bitewnego Zgiełku.

Z planszówkami też jest całkiem dobrze, gry wydawane przez najbardziej znane wydawnictwa pojawiają się na naszych stołach niemal tak szybko jak u Amerykanów. Świat staje się mniejszy. Również sami próbujemy naśladować zachodnie produkcje i wydawać podobne gry w Polsce. Wystarczy wspomnieć choćby o Bonaparte czy ostatnio Hannibalu Barkasie, jako przykładach nowego spojrzenia na produkowanie gier planszowych.

Mamy też coraz więcej konwentów dla strategów. Wojenny Młot zamienił się z turnieju w klasyczny Games Day, mamy Armageddon i Lubelskie Manewry Strategów dla planszówkowców, Grenadiera i Pola Chwały dla fanów gier historycznych i nieco osamotnionego Bazyliszka dla fantastów.

Nawet strona internetowa web komiksu o Larrym Leadheadzie podnosi na duchu. Jesteśmy w pierwszej dziesiątce krajów, ludzi odwiedzających tę witrynę! A z całą pewnością nie wchodzą na nią ludzie, którzy o wargamingu nie mają pojęcia, co to, to nie.

Jeśli do tego wszystkiego dodamy, że Funt leci na łeb na szyję i spadł poniżej pięciu złotych ku uciesze wszystkich tych, którzy na wyspach, w skarbnicy dla wargamerów, kupują swoje zabawki, to obraz zrobi się coraz bardziej różowy. Jesteśmy w Europie! Może dopiero jedną nogą, ale za to postawioną pewnie i całą stopą dotykającą ziemi! Macie podobne wrażenie, a może inne?

Wiecie już gdzie Chiny leżą? Ja wiem, tutaj!

niedziela, 2 grudnia 2007

Najlepszy rocznik

I znów powracam na łamy, znów zakurzonego bloga… ekhm, widać z obietnicami u mnie nie jest najlepiej. Za to praca, jaka została wykonana od ostatniej aktualizacji może wydać się znaczna. Otóż spieszę donieść, że armia Wczesnych Bułgarów naddnieprzańskich została ukończona! Jak widać na załączonym obrazku dumnie zajmuje pozycje bojowe w skrzyneczce na wino. Skrzynka to wynik godzinnych poszukiwań odpowiedniego środka transportu na najbliższe bitewne spotkanie u znanego skądinąd GoBoSa. W sumie wybrałem drewnianą skrzyneczkę bo pozazdrościłem MiSiOwi (też skądinąd znany osobnik ;) ) jego środka transportu, który widziałem na ostatnim Treasure Hunters podczas pokazów DBA. Muszę przyznać, że drewniane rozwiązania wydają się bardzo dobrym pomysłem: twarde, wytrzymałe, sześciokątne, z dokładnymi kątami (a niepozaokrąglane w różnych miejscach jak plastikowe walizki), oraz bardzo gustowne (a nie jak monterska walizka) – zawsze można powiedzieć że się wiezie wino na jakieś większe spotkanie ;) . No i do tego zyskałem tytuł dla tego wpisu: Najlepszy rocznik – w końcu to Early Bulgars – 813-1018 n.e., a do tego w półmroku śnieżnego zimowego wieczoru spędzonego przy kominku…
Teraz w planie pozostał tylko obóz i jego załoga, zbiór markerów, pasujący do podstawek blat i zestaw makiet terenów. Sporo pracy - ale pracy bardzo wciągającej i inspirującej!
I ostatnia informacja: następny wpis na blogu zanosi się na datę zakończenia wznoszenia obozu, – dlatego znów muszę prosić o cierpliwość i wyrozumiałość.

wtorek, 20 listopada 2007

Nauczycielska emerytura

Wszystkich tych, którzy spodziewali się, iż zajmę się w moim tekście dogłębną analizą plusów i minusów nauczycielskiego fachu w perspektywie ewentualnych dochodów emerytalnych, muszę niestety zmartwić. Nie wiem czy warto być nauczycielem i czy możliwa jest w tym zawodzie satysfakcja, zarówno finansowa jak i ta wynikająca ze spełniania się w swojej pracy. Ja chciałem mówić o czymś daleko mi bliższym, to znaczy znów o sobie, taki to już jestem wredny egocentryk.

Wyszukując co i rusz nowe sposoby spędzania wolnego czasu, spotykałem się zawsze z jednym i tym samym problemem. Jako, że większość z tych rozrywek wymagała wesołej kompanii, zazwyczaj na mnie spadała rola wprowadzającego ludzi w reguły zabawy. Nie powiem, żebym tego nie lubił. To zawsze miłe uczucie, kiedy udaje się przekonać innych do czegoś co działa na naszą wyobraźnię no i przy okazji pobyć choć trochę w centrum zainteresowania.

Jakoś tak to się zdarzyło, że właśnie ja w moim towarzystwie zachwalałem niezwykłe możliwości gier fabularnych, pierwsze, fantastyczne gry bitewne. Byłem jednym z heroldów odrodzenia się gier planszowych, czy w końcu upierdliwym lobbystą historycznych gier wojennych. Zawsze wiązało się to z pewną cierpliwością, szukaniem argumentacji, rozpościerania przed przyjaciółmi niezwykłych wizji no i koniec końców z przyjemnością zabawy w odpowiadającym mi gronie bliskich, i nieco tylko dalszych, ludzi.

W tym całym zamieszaniu wielu moich „uczniów” przerosło mnie o głowę, wielu z nich poświęciło się z większym zapałem jednej z reklamowanych przeze mnie form rozrywki, przygotowali piękne i liczne armie, swoje techniki modelarskie wywindowali na niedostępne dla mnie wyżyny. Tylko ja pozostałem w pościgu za kolejną zabawką, za ideałem i przyznam szczerze, zmęczyło mnie to strasznie.

Dziś coraz częściej zastanawiam się czy to nadal ma sens, coraz rzadziej mam ochotę tłumaczyć komuś podstawy tej czy innej gry. Za to patrzę ze smutkiem na pełną półkę nieużywanych podręczników, niepomalowanych figur, napoczętych makiet i zastanawiam się czy czegoś w tym swoim maratonie nie straciłem. „Czas już chyba najwyższy oddać pałeczkę komuś innemu” pomyślałem niedawno i zacząłem powoli, napotykając spory opór ze strony własnych przyzwyczajeń, odchodzić na swoją własną emeryturę. Jeszcze przede mną tylko konwent fantastyki na którym poprowadzę kilka spotkań, później koniec roku, czas na podsumowanie i noworoczne postanowienia. Oby tylko sprawdziło się to, że na emeryturze będę miał więcej czasu dla siebie i swojego hobby.

środa, 14 listopada 2007

Polska drużyna z okresu X-XI wieku

III/62a – Early Polish – 960 AD - 1201 AD 

Przygotowana na potrzeby kampanii Opus Europa, moja pierwsza armia 15mm, jest już od jakiegoś czasu gotowa. Ba! Udało mi się nawet zrobić w miarę porządne zdjęcia. Jednak tym, co zwykle pełni rolę hamulcowego, był opis armii. Wyskrobanie czegoś na glinianej tabliczce zawsze przychodzi mi z trudem. Nadszedł jednak ten wyjątkowy moment chwilowego przezwyciężenia niemocy…

Polska armia z okresu X-XI wieku zwana Drużyną, była tworem doskonale przystosowanym do defensywnej walki w leśnym terenie. Słowianie, w przeciwieństwie do innych nacji tego okresu, nie gloryfikowali wojny i śmierci w walce. Śmierć na polu bitwy była jak każdy inny rodzaj śmierci. Stąd ofensywne działania drużyn książęcych były sporadyczne i zwykle jedynie odwetowe. Mimo to, Drużyna, zawodowe wojsko ekwipowane i utrzymywane przez księcia, była armią bardzo sprawną. 

W jej skład wchodziły dwa główne rodzaje wojsk. Byli to pancerni oraz tarczownicy. Obecnie ciężko powiedzieć czy (pisze o tym np. Andrzej Nadolski w swojej pracy doktoranckiej) pancerni byli tylko jednym rodzajem jazdy, czy też podlegali jakimś podziałom. Wiemy tylko, że przeciwieństwie np. do ciężkiej jazdy Franków, która na otwartej przestrzeni i w zwartej formacji stanowiła znaczną siłę uderzeniową, pancerni na polu walki spełniali jedynie rolę pomocniczą. Ich działania zwykle ograniczały się do okrążania wroga na flankach czy ścinania uciekinierów. Ja jednak postanowiłem zrobić moich pancernych z modeli dość ciężko opancerzonych. Wykorzystując lukę w wiedzy na temat uzbrojenia jazdy wybrałem modele, które najbardziej mi się podobają. Mimo że wizualnie nie sprawiają już wrażenia wojska jedynie pomocniczego, to postarałem się o modele, które będą na tyle dynamiczne, żeby sugerowały szybkość. Pewnym nawiązaniem do pełnionej na polu walki roli, jest również model rzucający włócznią.  

Trzon armii stanowiła piechota, czyli tarczownicy. Tak jak w przypadku pancernych, tak i o nich nie wiemy wszystkiego. Przyjmuje się, że tarczownicy dzielili się na 2 główne rodzaje: wojów uzbrojonych we włócznie i tarcze (stąd nazwa) jak i drugich, dzierżących łuki i prawdopodobnie topory, których wygląd i uniwersalność zastosowań, nie tylko wojskowych najlepiej oddaje dzisiejsza góralska ciupaga. Problematyczne pozostaje też uzbrojenie ochronne używane przez tarczowników. Prawie pewne jest, że używali oni hełmów typu żebrowego. Użycie zbroi budzi większe wątpliwości. Możliwe, że noszono kolczugi, ale ja postawiłem na zbroje skórzane. Tarcze, to kolejna trudna do określenia część uzbrojenia obronnego. Czytałem, że używano podłużnych, okrągłych i migdałowych. Postawiłem więc na mieszankę tych wszystkich rodzajów, wychodząc z założenia, że nie było wtedy większej unifikacji uzbrojenia. Jeśli bacznie się przyjrzycie, zauważycie w tłumie włóczników jednego kapłana. Cóż… próby chrystianizacji terenów Polski podejmowano już w XI wieku, a nawet wcześniej.

Obóz wykonałem na podobieństwo grodu refugialnego, choć były one najpopularniejsze jakiś wiek wcześniej, a grody schronieniowe służyły głównie obronie przed resztkami np. Ordy Avarów. Jednak idea wału ziemnego jeszcze długo dominowała na terenach Polski więc uznałem, że i regufialne grody występowały i w późniejszym okresie. Jeszcze jednym powodem, dla którego postawiłem akurat na ten rodzaj wału jest jego prostota. Inne wały były po prostu bardziej złożone, co na pewno utrudniłoby wykonanie ich na tak niewielkiej podstawce, jaką jest baza pod obóz 8x8cm.

Na koniec coś o estetycznym dodatku do armii, jakim jest uchwyt do ZOC’a. Na figurkę Mieszka trafiłem na jednej z internetowych aukcji i wydała mi się idealnym rozwiązaniem i uzupełnieniem armii. Do tego kształt uchwytu bardzo ułatwia operowanie nim na polu walki. 

Michał Ciemniewski









sobota, 10 listopada 2007

Na NIESPECJALNE SPECJAŁY


Od wielu miesięcy, na przeróżnych forach, toczyły się gorące dyskusje pomiędzy miłośnikami, znawcami, graczami i kolekcjonerami armii High Elves, którą rozegrać można  bitwy w ramach systemu Warhemmer Fantasy Battle. Żywiołowe dysputy dotyczyły  prawdopodobnego kształtu zapowiadanej edycji kodeksu, jaka trafić miała na rynek jesienią roku 2007. Co jakiś czas temperaturę spekulacji podsycały przecieki ze studia projektowego firmy Games Workshop. Czy wydana właśnie, najnowsza edycja, której autorem jest Adam Troke, spełni oczekiwania globalnej rzeszy elfofilów?

Jeśli chodzi o mnie, to już czwarta z kolei księga HE, jaką posiadam. Poprzednie kodeksy towarzyszą mi od ponad dziesięciu lat. Tym samym czuję się upoważniony – przynajmniej częściowo – do poddania ocenie świeżo wydanej pozycji firmy Games Workshop.

Tło fabularne i graficzne

W poprzedniej edycji tło fabularne drastycznie zubożono - w stosunku do starszych wydań, podręcznik prezentował się w tej kwestii jak cienkich rozmiarów broszurka.  Zniknęła, dla przykładu, sporych rozmiarów nota chronologiczna, w której szczegółowo opisano dzieje kolejnych Królów Feniksów. Na szczęście nowy kodeks nadrabia skutecznie zaległości poprzednika w tej materii. Znów możemy czytać o starożytnych wojnach z Chaosem i dokonaniach tragicznego bohatera, którym był Aenarion. Z kart kodeksu dowiemy się o wielkiej schizmie wśród elfów, odkryjemy, kto wprowadził system powszechnego zaciągu, znajdziemy odpowiedź na pytanie dlaczego wykuto drugą Koronę Feniksa, itd. Również opis poszczególnych królestw Ulthuanu wrócił na swoje miejsce. Materiał nie jest nowy, w większości odgrzany – sięgnięto do archiwalnych zasobów, w kilku miejscach zmieniono jedynie kompozycję. Przykład? Proszę bardzo: historię Ulthuanu uzupełniono o losy Alith Anara – wcześniej (podręcznik z 1997 roku) historia tajemniczego wodza z Nagarythe znalazła się przy opisie bohaterów specjalnych. Historia to jednak nie wszystko. Tu i ówdzie wkomponowano miniaturowe teksty, z których dowiemy się więcej o panteonie elfach bóstw, przeczytamy sentencje wielkich wodzów czy podejrzymy trening adeptów sztuki wojennej. Wzbogacono mapy znanego i nieznanego świata. Również fabularne opisy poszczególnych jednostek prezentują się zacnie. Choć poziom literacki nie pretenduje rzecz jasna do Nagrody Nobla, niemniej miłośnicy fabularnemu fluffu powinni być zadowoleni. Ja jestem. Chociaż jednak coś zgrzyta – wiem, to lwie kły. Niestety uzasadnienie fabularne dla wprowadzenia nowego oddziału do tejże edycji jest liche. Rydwany z Chrace? Toż to górzysty i lesisty kraj, którego wojownicy – zacięci i prostolinijni, jak na lefie standardy, górale,  szczycą się posiadaniem lwich skór, zdobytych w rytualnej walce, po pokonaniu tychże dzikich bestii. Trochę ten pomysł z rydwanem dziurawy i za  dużo w tym wszystkim sierści.

Grafiki, włączając w to okładkę najnowszego kodeksu, która stanie się zapewne inspirację do licznych konwersji, uzyskujących następnie zawrotne ceny na światowych aukcjach, trzymają poziom. Kodeks zawiera zarówno znane z poprzednich wydań, znakomite prace, jak i sporą dawkę nowych, cieszących oko grafik. Sekcja ze zdjęciami miniatur – nic nowego, po prostu format i poziom znany z kodeksów innych armii WFB. Dodam jeszcze, że podręcznik jest wydany na wysokiej jakości papierze, przy zachowaniu rewelacyjnego koloru druku, zdjęć i grafik – estetyka wręcz celująca.

Oceniając tę stronę nowego kodeksu postawiłbym więc stopień bardzo dobry.

Nowe wzory miniatur

Tu akurat totalny blamaż – to jedyny, w miarę przyzwoity komentarz, na jaki sobie pozwolę. Jeśli ktoś liczył na kompletny redesign to srodze się zawiedzie. Nowości jak na lekarstwo a i te nie grzeszą pomysłowością czy eleganckim kształtem. Budzą raczej mieszane uczucia. Przywodzą na myśl to, co stało się z armią Imperium, której reedycja trafiła na rynek początkiem tego roku – wówczas skutecznie nadano fizjonomii cesarskich żołnierzy rustykalnego, że tak się wyrażę, sznytu  a miniatury nabrały obłych, topornych wzorów. Posunięcie to mocno dziwi – szczególnie po apetytach jakich nabrać można było przy okazji wydania armii elfów z Athel Loren.

Wracając do tematu: w przypadku HE odświeżono Wojowników Cienia z Nagarythe (Shadow Warriors) – wg mnie poprzedni wzór wypada tu lepiej. Drugim (i ostatnim!) z nowych oddziałów jest rydwan zaprzęgnięty w białe lwy. Oczywiście tu trudno o porównania, gdyż jednostka jest nowa – niemniej akurat ten wzór może się podobać. Tak czy inaczej to o wiele za mało – jeden nowy oddział (rydwan) i jeden oddział znany z poprzednich edycji a teraz odświeżony (na dodatek słabo grywalny) nie kwalifikują ostatnich poczynań GW do terminu ‘nowa edycja’.

Być może zamysłem GW było położenie nacisku na przemeblowanie sekcji bohaterów. Czy znajdziemy tu w takim razie jakiś szczególny popis projektantów rzeźbiarzy? Będzie ciężko. Dla przykładu Korhil (to już drugi wzór tego bohatera), nie wiedzieć czemu, prezentowany jest w napierśniku, przywodzącym czasy starożytnego Rzymu. Po obróceniu model prezentuje się jeszcze gorzej, żeby nie powiedzieć - tragicznie. Skóra z wielkiego lwa Charandisa, zarzucona na plecy tegoż wojownika, wygląda jak dzieło początkującego modelarza i jego niezdarnych prób z Green Staffem. Futro lwa giganta wygląda jak nadgryziona przez mole wycieraczka do butów. Caradryan – dyskusyjny, mag pieszy – przaśny, złowieszczy i tajemniczy Alith Anar – zgred w szlafroku, nie mogący się zdecydować na wybór pomiędzy użyciem łuku a miecza, w dodatku podnoszący ręce w geście kapitulacji. Nieco lepsze zdanie mam o konnym bohaterze oraz nowym wzorze smoka. Choć ten ostatni, po pierwszym zachłyśnięciu się, nie jest moim zdaniem żadną, nową jakością.

Oczywiście kwestia oceny miniatur obarczona jest błędem subiektywizmu. Niemniej podtrzymam opinię, że w przypadku nowych wzorów ostatnia edycja HE nie zasługuje absolutnie na miano reedycji. To ledwie niezdarny face lifting. Ciekawe, czy GW uznało, że dotychczasowy wygląd oddziałów jest ciągle aktualnym nie wyszedł z mody i nie trąci muzeum  - być może. Jedyny (dla wielu pewnie wątpliwy) plus tej sytuacji jest taki, że gracze posiadający spore kolekcje ‘starszych’ wzorów nie będą mieli okazji do wydania dużych sum pieniężnych na odświeżenie szeregów ulthuańskich zastępów.

Zasady

Teraz to, co tygrysy, owi giganci stołowych potyczek, weterani kostkowych zmagań, zuchwali dowódcy spod znaku calowej miarki czy kalkulujący analitycy faz magii lubią najbardziej – nowe zasady! Skupię się tu jednak na ogólnym omówieniu nowości – w poszukiwaniu szczegółów trzeba sięgnąć do oryginalnego kodeksu.

Kompozycja armii. I tu pierwsza, spora niespodzianka (choć ma uzasadnienie, jeśli popatrzymy na zmiany w poszczególnych sekcjach armii) – zmieniono limity oddziałów dla poszczególnych wartości punktowych armii. Należałoby powiedzieć, że zwiększono te limity. Dla przykładu, armia do 1999 pkt to 1+ oddział Core (wcześniej odpowiednio 2+), 0-5 oddziałów Special (0-3) oraz 0-2 Rare (0-1). Im wyżej, tym limity większe. Wrócimy jeszcze do tego.

Zasady specjalne. Nowa edycja przywita nas uproszczeniami w tej kwestii. Wycięto bowiem kompletnie  tzw. Honory (w tym wielce irytująca zasadę konieczności wyboru generała drogą losową). Zniknął gdzieś również Ithilmar Barding (za to smocze zbroje i lwie płaszcze opisane są przy okazji charakterystyki posiadających je oddziałów). Zasadę odporności na panikę podczas walki z Mrocznymi Elfami zastąpiono przerzutem nieudanych testów psychologii, co uznać można niejako za ulepszenie. No i przynajmniej jedna z plotek potwierdziła się – każdy elf, bez względu na broń, jaką walczy, zawsze atakuje pierwszy (zasada „always strikes first”)… Cóż, mocne posunięcie, wręcz kontrowersyjne. Myślę, że wpłynie znacznie na sposób prowadzenia bitew. Pomyślmy o Białych Lwach z dwuręcznymi toporami i łączną siłą 6, którzy wyprowadzają atak przed szarżującym ich klinem bretońskiego rycerstwa.

Magia. Dostęp do szkół magii pozostał niezmieniony. Lista czarów Magii Wyższej została zmodyfikowana w dwóch miejscach – najtańszy czar dodaje jednemu z oddziałów ward save na 5+, natomiast czar nr 3 daje oddziałom w zasięgi 12 cali zasadę ‘stubborn’. Brawo. Czar spoza listy, a więc Drain Magic, również zmieniono: w miejsce trzech poziomów trudności rzucania mamy jeden, efekt zaś powoduje wzrost progu udanego rzutu czaru o trzy punkty (możliwa kumulacja z kilka magów). Znany już bonus do próby dispell pozostał na swoim miejscu.

Bohaterowie. Zmiany, zmiany, zmiany. Wpisując się w ostatnie trendy towarzyszące  kolejnym reedycjom kodeksów, poszerzono listę tzw. bohaterów specjalnych. Stracił się gdzieś co prawda Książę Imrik (jego atrybuty trafiły do sekcji dostępnych przedmiotów magicznych), pojawił się natomiast Korhil, Caradryan czy Alith Anar (znani z edycji roku 1997; tu w nieco innej wersji). Zasady dotyczące słynnych bliźniaków TT, a więc Teclisa i Tyriona, nieco uproszczono, zmniejszono również koszt punktowy tego duetu. No i na łamy kodeksu wraca Eltharion, w wersji strażnika Tor Yvresse, a więc na swym wiernym gryfonie. Szkoda, bo akurat ostatni pomysł dotyczący tej postaci, czyli oślepiony mistrz miecza, uważam za bardzo trafiony. Jeśli chodzi natomiast o standardowych bohaterów, to w stosunku do poprzedniej edycji podniesiono nieznacznie ich koszt. Nowością natomiast jest pojawienie się na liście nieobliczalnych i ognistych Smoczych Magów (Dragon Mage). Są to 1-2 poziomowi czarodzieje, dosiadający Smoków Słońca (Sun Dragon), czyli najsłabszej i najtańszej wersji tych wielkich gadów bojowych. Te ostatnie bowiem dostajemy w trzech wariantach (czyli kolejna nowość) – w zależności od wydatku punktowego charakterystyki smocze rosną, odpowiednio od Smoki Słońca, poprzez Smoki Księżyca aż do latających fortec, czyli Smoków Gwiazd.

Oddziały. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zdjęcie ograniczeń w wystawianiu poszczególnych oddziałów – można więc wyprowadzić do walki dwie jednostki Gwardii Feniksa czy sześć Mistrzów Miecza z Hoeth. Nie ma tym razem także rozwiązania w postaci: 1-2 rydwany czy 1-2 wielkie orły liczone jako jeden tzw. slot. A jak wyglądają poszczególne podsekcje? Najpierw kategoria Core – tym razem obejmuje trzy jednostki, czyli łuczników, włóczników i gwardię morską. Utrzymano zasadę ataku z dodatkowego rzędu, obniżono koszt oddziałów (co wpłynie być może na częstsze pojawianie się na stołach bitewnych wojowników z Lothern). Plotką okazał się strzał z dwóch rzędów – a szkoda. Przeskoczę na moment to ostatniej kategorii, a wiec Rare – tym razem znajdziemy tu, i to w niezmienionej formie(poza usuniętą regułą 1-2 = 1 slot) dwie jednostki: niezawodne Bolt Throwery oraz Wielkie Orły. Komentarz jest więc zbędny. Teraz kategoria Special, w której, jak nietrudno się już domyśleć, zmian jest najwięcej. Zwiększona dostępność slotów specjalnych to pierwsza nowinka. Absolutna i jedyna nowość w stosunku do poprzednich edycji to wspomniany już rydwan z Chrace, zaprzężony w dwa lwy – niemal dwukrotnie droższy od wersji konnej, wyposażony jednak w znacznie większą siłę uderzeniową oraz zasadę fear. Wzór, w mojej ocenie, zasługuje na uznanie. Wędrujące z innych sekcji nowości, to oczywiście awansujące konne Srebrne Hełmy – punktowo niemal identyczne do poprzedniej edycji. Spadek do ‘ligii special’ zanotowały natomiast Białe Lwy z Chrace oraz Gwardia Feniksa. Spadek jest pozorny, ponieważ dzięki specjalnej zasadzie dotyczącej całej armii (ASF) oraz dzięki zmienionym zasadom dotyczącym tych konkretnych jednostek, ich wartość bojowa rośnie. Podobnie jak koszt jednostkowy. Nadmienię tylko, że lwy dostają ‘stubborn’ bez względu na obecność generała w jednostce, natomiast piechota spod znaku feniksa pochwali się ward savem na 4+. Wreszcie ‘oryginalnie’ specjalne oddziały: lekka jazda z Ellyrionu tańsza (co pochwalam), konne rydwany bez zmian (z wyjątkiem 1-2 = 1 slot), skauci z Nagarythe drożsi (czego nie pochwalam i żałuję, że nie pokuszono się to o większe zmiany  w zasadach oprócz podniesienia charakterystyki WS do 5). Na koniec zostawiłem dwa oddziały: Smoczą Jazdę z Caledornu – ta ciężka konnica zyskała sporo, bo dodatkowy atak kosztem 4 punktów per jezdny. Podobny zabieg przeprowadzono w przypadku Mistrzów Miecza z Hoeth, w tym przypadku koszt jednostki wzrósł o 2 pkt. O ile pochwalam to w przypadku jazdy to nie jestem do końca przekonany co do mieczników.

Przedmioty magiczne. No i co tam w Kuźni Vaula? Objętość zwiększyły sekcje Enchanted Items (z takimi nowościami jak utrudnienia dla krasnoludzkiego kowadła), Arcane Items (trafił to choćby przedmiot pozwalający na wybór czarów w miejsce losowania, a więc temat, który w poprzedniej edycji rozwiązany był tabelą z tzw. Honorami). Są również nowości w kategorii broń i zbroja – białe miecze, maski poprawiające rzut na pancerz, itp. Bez zmian sztandary i talizmany.

Po więcej szczegółów odsyłam do kodeksu. Gdybym miał pokusić się o syntetyczny komentarz, to powiem, że zwiększono siłę uderzeniową armii. Podniesiono wartość bojową elitarnych oddziałów piechoty czy jazdy z Caledorn, w armiach poniżej 2000 punktów pojawiać może się najmniejszy ze smoków, z pewnością mocnym uderzeniem jest lwi rydwan. Kompozycja armii, pozwalająca na spore czerpanie z kategorii Special, przyczyni się zapewne do obecności na stołach dotychczas rzadko widywanych jednostek. Pozornie niewielkie zmiany w liście czarów dają do ręki mocno przydatne na polu bitwy narzędzia (stubborn, ward save dla oddziałów). Pozostaje przetestować nowe zasad w praktyce, poczekać na pierwsze komentarze graczy i niewątpliwie na pierwsze kontrowersje.

Na koniec

Nie mogę oprzeć się niestety wrażeniu, że firma GW potraktowała ostatnią wersję kodeksu High Elves jak smutną powinność. Termin ‘nowa edycja’ jest tu sporym nadużyciem. Oczywiście nie zgodzą się ze mną ci, którzy oczekiwali głównie na zmiany w zasadach – te są spore, przyznaję. Jednakże armia to nie tylko zasady – tło fabularne i miniatury są równorzędnym elementem całego warhammerowego hobby. O ile rozumiem brak rewolucji we fluffie, o tyle kompletnie nie pojmuję rachitycznych ruchów w kwestii design’u oddziałów. Przyznaję, że jest to surowa ocena, w dodatku mocno subiektywna. Przecież nie wszyscy klienci docelowi brytyjskiego producenta posiadają tę armię – przyznaję, że wydawana właśnie księga może z powodzeniem skłonić do kolekcjonowania wojowników z Ulthuanu, jest ciekawsza i lepiej złożona od poprzedniczki. Dostępne od lat wzory poszczególnych jednostek trzymają ciągle spory fason, nowe zasady zaś dają do dyspozycji gracza armię o sporym potencjale bojowym. I choć zatytułowałem powyższą recenzję ‘Niespecjalne Specjały – niespecjalne, bo miałem apetyt na znacznie więcej nowości, specjały – bo jednostek w kategorii Special właśnie jest obecnie najwięcej, to w ogólnym rozrachunku kodeks z roku 2007 ocenić należy pozytywnie. Kolekcjonerów i graczy będących na początku swej bitewnej kariery może uwieść, niezdecydowanych przekonać, starym wyjadaczom zaś dostarczyć nieco nowej optyki oraz dać możliwości innego manewru na stole bitewnym.

Adrian Stolarczyk

Lech jest skończony!

Jeśli czytaliście mój poprzedni blog to na pewno wiecie, że posłużyłem się obrzydliwą sztuczką, aby przyciągnąć waszą uwagę. Nie, żaden ze znanych wam Lechów nie jest skończony, znaczy nie idzie z torbami i nie jest skończonym bałwanem, choć tu może by się jeden znalazł. Lech jest Wam znany i jest tu symbolem, zielonym symbolem ukończenia mojej obecnej ekipy Nekronów. Mam nadzieję, że nikt nie uzna tego za wredną kryptoreklamę, po prostu miałem ochotę na piwko, a takie ostatnio pijam. Posłużyłem się tu przykrywką gdyż nie chcę jeszcze ujawniać tego, co kryje się za szkłem tej butelki. Wrótce światło dzienne ujrzy miniaturowy artykuł o tychże osobnikach, jacy są, jacy mogliby być, jak ich zmutowałem i jak ja to wszystko zmalowałem. Zdradzam tylko tyle że zostało ukończonych 12 Wojowników Nekronów oraz 3 bazy Skarabeuszy. Jest to zestaw, który posiadam dzięki Szeperdowi i dziękuję mu ponownie za odstąpienie mi tej armii. Tak naprawdę gdyby nie Twoja rezygnacja pewnie nigdy nie zebrałbym tej armii, no chyba, że w dalekiej przyszłości, w odległej galaktyce…
PS. Co do tytułu miałem jeszcze jedną opcję: Nabici w butelkę :)

poniedziałek, 5 listopada 2007

Harry Potter nie żyje...

...czyli ile sukcesu tkwi w tytule. Od dawna zastanawiało mnie, na czym polega poczytność pewnych tekstów, a innych nie. Każdy pisząc tekst oprócz chęci podzielenia się spostrzeżeniami i wiedzą chciałby uzyskać jak najliczniejszą grupę czytelników.

Odkąd na Bitewnym Zgiełku pojawiła się zakładka tekstów popularnych głęboko wszystko analizuję i próbuję odkryć źródło sukcesu pewnych artykułów. Moje przemyślenia skierowały mnie w stronę tytułu. Czy tytuł rzeczywiście to połowa sukcesu? A może więcej 60%,…70, 90%? Zastanówmy się jak działa internauta, bo głównie chodzi tu o teksty internetowe (choć nie tylko). Poszukiwanie materiału. Osobnik wstukuje w komputer słowa kluczowe, które pomogą mu znaleźć to, czego szuka. Później z milionów ton szmiry wybiera coś, co mogłoby być dla niego wartościowe. Przy tej okazji odwiedza miejsca, w które wcale nie chciał wejść. Czy tak tworzą się popularne teksty? Ta teoria miała sporo racji, gdy w czołówce często czytanych artykułów był tekst „Sex and violance”(nie umniejszając tutaj wartości merytorycznej samego tekstu). Dwa ważne wyrazy. Podejrzewam, że znajdują się w czołówce najczęściej wpisywanych słów w Internecie. Oczywiście sprowadzanie sukcesu tylko do tytułu byłoby spłyceniem całego zagadnienia, ale mimo wszystko jestem pewien, że to klucz do sukcesu. Ilu z nas dało się złapać na kontrowersyjny, enigmatyczny tytuł jakiegoś artykułu, po czym gdy weszliśmy głębiej okazało się to obrzydliwym chwytem? Mój wniosek jest taki, jeśli chodzi o samo „klikanie” w artykuł to w jego tytule tkwi na pewno więcej niż 50% sukcesu, powiedziałbym nawet, że często blisko 100. Oczywiście jest wiele tekstów, które swoją popularność zdobyły samą treścią i nie piszę tego wszystkiego z zazdrości ;) więc proszę się nie obrażać.

Czy ten tekst znajdzie się na pierwszym miejscu poczytnych na stronie? Jeśli moja teoria jest choć w części prawdziwa to chyba mam jakąś szansę:). Użyłem magicznych słów w tytule, większą popularność mają chyba tylko słowa odnoszące się do wspomnianych wyżej spraw mniej przyzwoitych, ale nie posunę się tak daleko. Czy kilka milionów fanów Harrego Pottera odwiedzi to miejsce? No, w sumie muszę bardziej liczyć na polskich fanów. Chyba, że napisałbym Harry Potter is dead!

PS. Ten tytuł nie ma na celu zdradzenie końca sagi o harym porterze, gdyż ja nie znam jej finału, więc proszę się nie sugerować i nie wierzyć moim słowom. To tylko chwyt, który ma na celu wielokrotne klikanie na ten blog :)

sobota, 3 listopada 2007

Gigant od fryzjera

Tsar pisał na swoim blogu, dlaczego tak ceni sobie pomysł, jakim w świecie warhammera jest kasta zabójców trolli. Mogę się z nim jedynie zgodzić. Zakrzywiając na moment czasoprzestrzeń znalazłem czas na pomalowanie miniatury, przedstawiającej jednego z tych szalonych wojowników. Po pierwsze przeżyłem szok, jakim jest powrót do większej niż 15mm skali. Momentami, szczególnie przed północą, wyglądał jak gigant! Po drugie przyszło mi uśmiechnąć się do rpg-owskich wspomnień. W naszej wspaniałej drużynie pracował ciężko taki jeden koleżka – bodaj Kayah Krwawy Topór. Mówił mało, szybko się denerwował i był niezastąpiony w roli frontmena, głównie w tzw. sytuacjach kontaktowych. Pewien złośliwy mistrz gry wywinął mu raz paskudny numer. Kiedy mocno pokiereszowani trafiliśmy pod leczące skrzydła jakiejś świątyni, zabójca ów był nieprzytomny. Na szczęście kapłani naprawili go błyskawicznie – rano obudził się pełen sił witalnych, po solidnej dawce higieny, z umytym, naoliwionym i … rozczesanym na ramiona czubem. Uspokajanie niskiego wzrostem druha zajęło nam trochę czasu - całej naszej drużynie.
To właśnie przypomniało mi się, kiedy malowałem czub miniaturowego zabójcy. Prezentuję go prosto od fryzjera. Zrezygnowałem z pokazania szczegółów malowania na rzecz prostej konwencji fotograficznej. Myślę jednak, że właściciel figurki będzie zadowolony – dokończy wg. uznania podstawkę i wio do regimentu. Byłbym zapomniał: torebki wokół pasa są zielone. Jest to ostatni i lansowany krzyk mody – materiał bije na głowę krokodylą czy wężową skórę i pochodzi z goblińskich … zapasów.

piątek, 2 listopada 2007

Znowu te zmiany

Inspiracje zawsze przychodzą znienacka. Kiedy już myślałem, że więcej kombinacji z Nekronami nie będzie, ot zaświeciła mi w głowie żarówka. Pamiętacie pomysłowego Dobromira z coraz szybciej uderzającą go piłeczką w głowę? Tak też było ze mną. Po ostatnich testach i ciężkich eksperymentach z wodą zauważyłem prawie że nieograniczone możliwości pewnej substancji. No dobra przesadzam, ale pola do popisu (uwaga: nie jest to ukryte nawiązanie do sytuacji politycznej) mamy sporo.

O czym ja mówię? A mówię o kleju polimerowym. Niektórzy pewnie go znają. Drażniący, wysoce łatwopalny, może powodować wysuszenie lub pękanie skóry, opary mogą wywoływać uczucie senności i zawroty głowy…, ale to nieważne. Ważne, że jest wodoodporny, szybkoschnący, łatwy w użyciu, a co najważniejsze tworzy bezbarwną spoinę o wytrzymałości 3MPa (butelkę widać w tle na zdjęciu).


Stworzone przeze mnie gluty ektoplazmy powstały właśnie z tego kleju. Minusem jest właśnie to, że jest wodoodporny. Nie da się dodać barwnika, aby uzyskać inny kolor, można go jedynie pomalować jak już wyschnie. Użyłem mojego ulubionego koloru w Nekronach, a mianowicie Scorpion Green. Wiem, że to raczej nie zgadza się z „tłem” tej armii, że to zielone to jakieś kryształy itd. Ja jednak stworzyłem swój mały faszystowski świat ;)

W moim wyobrażeniu broń Nekronów opiera się na jakiejś energii. Energia ta przybiera różne postacie i ma różną siłę. Używanie jej z wysoką intensywnością może powodować jej materializację i wyciek w postaci plazmy. Co Wy na to? Chodzi mi i o model, i o jakieś tam pseudo „tło”. Czekam na komentarze.

niedziela, 28 października 2007

Wszystko na odwrót

Zastanawiam się nad tym, czy moje ostatnie działania w sferze hobbystycznej podlegają jakiemuś prawu fizyki. Gdybym pokusił się o przyjęcie konkretnego terminu dla tego zjawiska, musiałbym nazwać je prawem wszystkiego na odwrót. Rozwijając wzór natomiast, mówilibyśmy o krzywej wypierania, która jest wprost proporcjonalna do zniecierpliwienia, wyliczonego na podstawie pierwiastka z braku chęci do akcji oraz tangensa nadmiaru chęci do reakcji.
- Brzmi sensownie, prawda mój skarbie.
- Nie za bardzo! Gollum, gollum!

Mniejsza o fizykę. Przełóżmy te urojenia na bardziej zrozumiały od staromałpiego język. O co mi chodzi? Wypieranie polega na tym, że podejmuję się rzeczy, które powinienem robić na końcu – i tak na przykład zamiast czytać i recenzować pewną książkę (termin - koniec października), maluję elementy saksońskiej armii w skali 15mm. Zniecierpliwienie polega na tym, że mam na to malowanie mało czasu i martwi mnie brak postępów. Wszystko to powoduje brak chęci do tegoż zadania. Z drugiej strony mam ochotę na malowanie czegoś kompletnie odmiennego, swoim zwyczajem więc trawię czas na przygotowanie się do tego zadania – oglądam ten model w sieci, czytam jego tło fabularne, rozważam koncepcje kolorystyczne. I to potęguję zniecierpliwienie . Wszystko jest więc na odwrót. Jeśli dołożę do tego fakt, jak bardzo ckni mi się za graniem w battla (o jak bardzo!), że mam pomalować pewien regiment na zamówienia, że odłożyłem do lamusa Eldarów i Ravenwinga, że kompletnie nie mam pomysłu, jak zgrabnie wprowadzić na BZ pewien regiment (nie via blog), to zaczynam wchodzić na rejestry bliskie jesiennym przypadłościom duchowym czy umysłowym, a od tego chciałbym trzymać się jak najdalej. A kysz!
Ha, co za wywód – znów ktoś mnie zapyta, czy nie przedawkowałem aspiryny. Tymczasem prezentuję cztery, prosto spod igły, elementy Kn do mojej saskiej armii. Okazały się swoistym poletkiem doświadczalnym dla tej skali. Przede wszystkim zrezygnowałem w pewnym momencie z techniki konstruowania białą farbą. W to miejsce używam głównie suchego pędzla oraz poprawek kolorami bazowymi. Efekt nie jest oszałamiający, niemniej figurki nabierają kolorów w miarę szybko. Zbyt szybko, jeżeli porównamy to do perturbacji z przygotowywaniem i wykonywaniem podstawek. Te ostatnie bowiem wymagają kuriozalnie więcej czasu, niż 15mm liliputy. A to już dla mnie nowość i powód do zżymania się. Zawsze uważałem, że podstawka jest jedynie końcowym dodatkiem. Tymczasem przy wspomnianej skali malowanie podstawki i jej szczegółów nastręcza sporych problemów (przynajmniej mnie), szczególnie wtedy, gdy wykonuje się te czynności po przyklejeniu miniatur. Stąd następujący wniosek – przy okazji kolejnych elementów zamierzam zacząć właśnie od podstawek. Wszystko na odwrót! Na marginesie dodam, że w przypadku malowania tego elementu odszedłem od kolorystki czarno-szarej i postawiłem na przecierany brąz z dodatkiem statyka. Zapraszam do oglądania.
Teraz kolej na uporządkowanie pewnych spraw – książka, eltharion, nowa księga HE, slayer, ravenwing, pielgrzymi, reszta Sasów...

czwartek, 25 października 2007

Po tygodniach przerwy przystąpiłem ostatniego wieczoru (tak naprawdę było to dwa tygodnie temu, tylko zapomniałem wysłać bloga) do produkcji kolejnych elementów armii Rusi do DBA. Wcześniej jednak musiałem spojrzeć na prototyp. I co się okazało? Przestał mi się podobać. Postanowiłem zmienić kolorystykę bo przecież oni wyglądają jak z cyrku, nie wiem gdzie ja miałem oczy? Może różne spoglądanie na świat wokół to kwestia humoru, nastroju, dnia, pogody, a może pory roku? Tak, to musi być to – jesień. Stwierdziłem, że całość armii trzeba pomalować w jednej porze roku i najbardziej pasuje mi jesień. Lekko smutne i ponure klimaty najbardziej mi pasują.

Do rzeczy, postanowiłem pójść w wariacje kremowo szaro brązowawe. Zasugerowałem się częściowo grafikami, które po długich poszukiwaniach znalazłem w Internecie. Niestety nie mogę wrzucić grafik bez zezwolenia autora.
Założyłem akcentowanie mniejszych elementów jakimś żywszym, mocniejszym kolorem. Efekt możecie zobaczyć na zdjęciu. W takim klimacie będę kontynuował swoją druzhinę. Prototyp zostawię taki jaki jest, mimo że nie będzie za bardzo pasował do reszta, ale w końcu to moje pierwsze wypociny.

Czas skończyć ta armię i zabrać się za moje wampiry bo jesień to najlepszy moment na tą ponurą armię. Chcę skończyć armię Rusów do końca miesiąca żeby zademonstrować walkę pokazową w 15 mm na najbliższym pokazie.

poniedziałek, 8 października 2007

Z planszówkami łatwiej

Jak zwykle okazało się, że nie potrafię spojrzeć na samego siebie z odpowiedniego dystansu, umiejętność tę natomiast posiada moja żona. Jej oczywiście jest nieco łatwiej. Kiedy w sobotni wieczór zasiedliśmy na naszej kanapie z planem odpoczęcia, wywiązała się między nami pewna rozmowa. Opowiadałem nieco o mojej niezaspokojonej potrzebie grania i o tym, że z powodu zapodziania się instrukcji do planszówki House Divided nie udało się w nią zagrać, choć była po temu świetna, a nieczęsta możliwość. Z nieco popsutym z tego powodu nastrojem wysłuchałem pewnej uwagi mojej żony, która wprowadziła mnie w osłupienie. Powiedziała mniej więcej tak: „Nie wiem czy zauważyłeś, ale w gry planszowe grasz od trzech dni”. Hej do diabła! Racja! Jak to się stało, że tego nie zauważyłem i że nagle nastrój psuje mi fakt, że nie udało się zakończyć tego niezwykłego maratonu kolejną rozgrywką?

W co też ja tak grałem przez te kilka dni? Najpierw w czwartkowy wieczór wprowadzałem w przebogaty świat „Ścieżek Chwały” mojego redakcyjnego kolegę. Na małą rozgrzewkę i w celach treningowych rozegraliśmy najkrótszy scenariusz, obejmujący końcówkę lata i jesień 1914 roku. W piątek udało mi się, dość przypadkowo, dołączyć do rozgrywki w „Periklesa” wspaniałej gry łączącej w sobie cechy strategii i euro gry, autorstwa Martina Wallace’a, znanego z tworzenia niezwykle nowatorskich zasad. Muszę przyznać, że jego sława nie jest ani odrobinę przesadzona, a gra, którą już z żoną zakupiliśmy i tylko czekamy na przesyłkę ze sklepu internetowego, ma szanse zostać jedną z naszych ulubionych. Na koniec, w sobotnie przedpołudnie, zebraliśmy się ze znajomymi nad planszą do „Republic of Rome”, genialnej gry dyplomatycznej, o której pisałem już na Bitewnym Zgiełku.

Ech te planszówki, potrafią człowiekowi zawrócić w głowie. Mnie zawróciły już wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze pacholęciem. Dzisiaj są dla mnie genialnym oderwaniem od gier bitewnych. Kiedy mam ochotę na zmianę poziomu rozgrywki z taktycznej na strategiczną, czy zgoła dyplomatyczną nie ma problemu, sięgam po jedną z gier. Kiedy znudził mnie jakiś okres historyczny, a do innego nie mam armii, szukam odpowiedniej gry planszowej. Kiedy w końcu spotykam się ze znajomymi i chcemy w dużej grupie spędzić miło czas, a nie każdy z nich jest figurowcem, po co sięgam? Tak macie rację, po grę planszową. Chociaż jestem miłośnikiem zabawy figurkami, kupowania ich, malowania, i grania nimi, to mój świat byłby smutny i pusty bez gier planszowych. Czy wy macie podobnie?

piątek, 5 października 2007

Psiloi na śniadanie

Od czegoś trzeba zacząć znajomość z 15 milimetrowymi figurkami. Od czegoś trzeba zacząć armię do kampanii DBA, mającej rozegrać się w 2008 roku. Od czegoś trzeba zacząć wyścig z innymi graczami. Od czegoś trzeba zacząć testy z techniką konturowania. Zacząłem po najmniejszej linii oporu, a więc od elementu Psiloi.
W nadchodzącej kampanii zmierzę się z przeciwnikami o dominację w Europie Środkowowschodniej, dowodząc armią Saksonii. Zestaw, z jakiego zbudowane zostaną saskie siły to produkt firmy Essex. Metalowe miniatury są niezwykle wdzięczne i cieszą oko. Lista armii do Wschodni Frankowie 888-110AD. Możliwość konfiguracji w ramach tejże listy jest znaczna, stąd pracy czeka mnie sporo – mogę zapomnieć o ‘tylko’ dwunastu elementach do pomalowania, będzie ich łącznie około dwudziestu.
Przy malowaniu pierwszego elementu zgubił mnie pośpiech i niedbalstwo – wspomnę tylko, że dla przykładu zniszczyłem jeden pędzel, bo nie poczekałam odpowiednio długo na zaschnięcie kleju, na koniec skleiłem sobie tymże klejem palce, niczym malarz amator. Aha – wysypałem trawkę statyczną na spodnie. Ewidentnie muszę popracować nad techniką konturowania – skończyłem przy jej użyciu w międzyczasie jednego z konnych rycerzy, i niedociągnięcia są spore. A nie chciałbym przecież, żeby armia wyglądała przeciętnie. Do dzieła więc.

wtorek, 25 września 2007

"Benewent 275 p.n.e." czyli Orzeł z Epiru

Korzystając z gościnnych łam Bitewnego Zgiełku chciałbym zaprezentować Wam kolejną książkę Krzysztofa Kęćka, wydaną przez Bellonę, tym razem w popularnej serii Historyczne Bitwy. Książkę ciekawą, bo prezentującą nam nie tyle samą bitwę pod Benewentum, ile znaną - nieznaną postać króla Epiru, Pyrrusa. Kto z nas nie słyszał powiedzenia „odnieść pyrrusowe zwycięstwo”? Prawie każdy, ale nie koniecznie jest w stanie powiedzieć coś więcej niż frazesy o zwycięstwie prowadzącym do klęski. Z książki Kęćka wyłania się zupełnie inny obraz, nota bene dopiero najnowsze badania Pierra Leveque, na którego monografię powołuje się już na samym wstępie autor, rzuciły inne światło na postać tego znakomitego wodza i dalekowzrocznego polityka, uważanego wcześniej przez wielu historyków za awanturnika i kondotiera. Pozycja ta jest również interesująca z innego względu Otóż po raz pierwszy w historii, rzymskie legiony starły się w polu z nowoczesną armią helleńską. Armią opartą na najlepszych wzorach macedońskich, złożoną z "połączonych broni", a nie, jak siły zbrojne Republiki, na ciężkozbrojnej piechocie. Jak to zwykle bywa z książkami opisującym tak odległe zdarzenia, już w drugim rozdziale autor rozprawia się ze źródłami. Jak zwykle wskazuje problem fałszowania historii przez źródła rzymskie, zwłaszcza annalistów młodszych. Niestety, duża część informacji zawartych w książce opiera się na tych niepewnych źródłach, a więc jest projekcją najbardziej prawdopodobnego, zdaniem autora, scenariusza. To jednak moim zdaniem nie umniejsza wartości tej książki, a wręcz przeciwnie, zachęca do podjęcia wysiłku zapoznania się również z innymi lekturami dotyczącymi konfrontacji Pyrrusa z dumnymi Synami Wilczycy.

Wracając do samej treści, Kęciek stworzył dobrze skonstruowaną opowieść o jednym z najwybitniejszych, wodzów starożytności, krewnego samego Aleksandra Wielkiego.

Po wstępie i rozprawce o źródłach, autor zaczyna snuć opowieść o epirockim władcy Mollosów, Pyrrusie, Przyszedł on na świat w momencie, kiedy rozpalała się zaciekła walka o spadek po boskim Aleksandrze. Wziął w niej udział również ojciec Pyrrusa, walcząc po stronie swojej krewnej Olimpias, matki Aleksandra. Zginął w tym starciu, przez co skazał małego Pyrrusa na życie na wygnaniu, w Ilirii. Gdy chłopiec dorastał, zmagania o schedę po Aleksandrze trwały nadal, i to one pozwoliły mu powrócić tryumfalnie na tron Epiru. Młodego władcę rozpierała energia, udało mu się stworzyć nowy związek polityczny, Symarchię Epirocką Zdołał nawet na krótki czas zawładnąć tronem Macedonii.

Wszystkie te przewroty pałacowe, spiski i intrygi oraz zaciekłe walki o władzę opisane są w kolejnych rozdziałach książki. Bardzo ciekawie się to czyta. Udało mi się, dzięki logicznej i spójnej treści, zrozumieć wiele z zawiłości powiązań dynastycznych i politycznych, tego gorącego dla świata helleńskiego okresu. Utrata tronu macedońskiego i inne niepowodzenia, skierowały uwagę ambitnego władcy w inną stronę: ku zachodnim rubieżom Wielkiej Grecji. Stało się tak, dzięki prośbie poselstwa, jednego z najbogatszych greckich miast, będącego jednocześnie kolonią grecką w południowej Italii - Tarentu. Praktycznie cała środkowa Italia, podbita była przez agresywną młodą republikę znad Tybru. Spowodowało to wzrost zagrożenia miast greckich, znakomicie prosperujących na południu italskiego buta. Rzym, jeszcze zbyt słaby, żeby zmierzyć się z inną potęgą ówczesnego świata - Kartaginą, jak i niemogący "ugryźć" potężnych Syrakuz Agatoklesa, łakomie patrzył na zasobne, ale słabe militarnie, greckie miasta.

Zagrożenie rzymskie stało się wodą na młyn pyrrusowych ambicji - śnie o zachodnim imperium, jak zatytułowany jest rozdział opowiadający prawdopodobne przyczyny wyprawy na zachód Orła z Epiru. Prawdopodobne, ponieważ z braku dokładnych źródeł, nigdy chyba nie poznamy do końca jego motywów.

Dalej znajdujemy dokładny opis sytuacji politycznej i militarnej samego Rzymu, który właśnie wyszedł obronną ręką z kolejnych wojen z Saminiatmi, ale który borykał się jeszcze z buntami podbitych plemion. Co prawda były to bardziej rozbójnicze ludy niż walczący o wolność bohaterowie, niemniej byli bitni, dzielni i potrafili zadać bobu rzymskiemu wolnemu chłopstwu, stanowiącemu naturalną bazę zaciągu do armii konsularnych w tamtym okresie. Zresztą owo wolne chłopstwo było, prócz ambitnych elit Rzymu siłą sprawczą agresywnej polityki podbojów. Było bowiem skore do zagarniania żyznych ziem sąsiadom i brania łupów na pobitym wrogu. Rzym, rosnący wówczas w potęgę, kulturowo tkwił w zaściankowej chłopskiej mentalności, co świetnie obrazuje autor opowiadając historię przybycia do Rzymu wytrawnego dyplomaty Pyrrusa, sędziwego Kineasa, o którym sam Pyrrus mawiał, że zdobył on dlań więcej miast swoimi mowami niż król zbrojnie. Kineas po przybyciu do Rzymu, celem odbycia rokowań po jednej z klęsk zadanych przez Pyrrusa rozdawał kosztowne prezenty rzymskim notablom. Nie były one próbą korupcji, tylko powszechnie uznawanym w świecie helleńskim gestem przyjaźni i dobrej woli. Rzymscy notable, nieobyci w świcie, zareagowali oburzeniem i potraktowali obyczaje wysublimowanego Kineasa jak chłopki - roztropki, traktując ten gest z nieufnością i obrzydzeniem. Do tej kwestii autor jeszcze wróci w ostatnich rozdziałach książki.

Kiedy dni niepodległości Tarentu zdawały się być policzone, po negocjacjach posłów tarentyńskich Pyrrus zdecydował się na wyprawę. Prawdopodobnym jest, iż nie wierzył w zapewnienia tarentynów o czekającej na wodza wspaniałej licznej armii, aczkolwiek rodzący się bunt plemion Italii przeciwko rzymskiej dominacji z pewnością dobrze rokował. Wysłał więc do Tarentu posiłki, pod wodzą Miona, zaufanego żołnierza, a potem drugie, pod wodzą samego Kineasa, mającego dyplomatycznie przygotować wyprawę swojego władcy. Tymi zdarzeniami zaczyna się kolejny rozdział, zatytułowany "Pyrrusowa Armia". Według mnie, jest on najbardziej ciekawy, ponieważ daje okazję zapoznania się z dokładną strukturą i sposobami walki nowoczesnej helleńskiej armii. Szczegółów nie zdradzę, poza informacją, która mnie zaskoczyła. Otóż słonie używane przez Pyrrusa, były już w powszechnym użyciu w armiach Hellady, a sprowadzano je wraz z kornakami z dalekich Indii, oczywiście za bajońskie kwoty. Świadczy to dobitnie o zasięgu helleńskiego kręgu cywilizacyjnego, 23 wieki temu, bez łączności satelitarnej, transportu lotniczego czy morskiego, potrafiono wymieniać dobra na tak ogromnym obszarze. I niech ktoś mi powie, że ówcześni ludzie nie mieli w sobie prawdziwej wielkości! Rzymianie spotkali się ze słoniami w czasie pierwszej wielkiej bitwy z pyrrusowymi hufcami po Herakleą, o której dość szczegółowo opowiada następny rozdział.

Pyrrus pod Herakleą odniósł błyskotliwe zwycięstwo dzięki swym umiejętnościom wodza, jak i wyższości armii helleńskiej, składającej się z różnych rodzajów wojsk, nad nieustępliwymi, ale uniwersalnymi Rzymianami. Warto również zauważyć, że słynna technika stawiania obozu przez armie rzymskie była podpatrzona przez nich u Pyrrusa właśnie.

Kolejne rozdziały, to opowieść o poderwaniu się do walki antyrzymskiej koalicji plemion sabelskich i  samnickich, marszu Pyrrusa na Rzym oraz zagmatwanych negocjacjach pokojowych, zerwanych przez obie strony. Doszło również do kolejnej bitwy, w której Pyrrus zgromił pod Auscullum legiony po raz wtóry. No i w końcu Benewentum. Po 5 latach bojów na obcej ziemi, bitwa chyba nierozstrzygnięta, no i najgorzej opisana w samych tekstach źródłowych. Rzymianie twierdzą, że wygrali właśnie oni, źródła greckie nie są zgodne, a wszystko wskazuje na nierozstrzygnięty bój.

Cała środkowa część książki, którą w telegraficznym skrócie zaprezentowałem przed chwilą jest napisana bardzo rzetelnie, barwnym, jak to u Kęćka, językiem. Nie będę jej opisywał tak szczegółowo, jak początkowych rozdziałów, żeby nie psuć Czytelnikom radości z lektury. Przewrotnie nie zdradzę też losu, jaki spotkał tego wybitnego wodza i dalekowzrocznego polityka, który chyba jednak nie był szaleńcem i awanturnikiem, jak kiedyś uważano. Orzeł z Epiru, jako człowiek wielkiego formatu potrafił drogą podbojów i dyplomacji stworzyć siłę, która rzuciła wyzwanie rosnącej potędze Rzymu oraz silnej Kartaginie. I sprawić obu solidne baty. Zupełnie też nie przystaje do lansowanego kiedyś poglądu o donkiszoterii Pyrrusa fakt, że w rzeczywistości był on jedynym helleńskim władcą, który w polu pobił legiony i maszerował na Wieczne Miasto, i o którym z uznaniem mówił inny wybitny człowiek - Hannibal. Również jego awanturnictwo, jakim podobno była wyprawa do dalekiej Italii, jawi się w zupełnie innym świetle. Oto wytrawny polityk, dostrzegając zagrożenie dla świata helleńskiego, nadciągające ze strony nabrzmiewającego konfliktu dwóch super potęg ówczesnego świata, Rzymu i Kartaginy, śmiałą wyprawą zamorską stara się być trzecim graczem na arenie wielkiej polityki i ścierających się interesów. Jednocześnie, stara się zdobyć bazę na Zachodzie, żeby mieć siły do wzięcia udziału w walce o hegemonię w centrum świata helleńskiego. Co za znakomite posunięcie! Godne krewniaka Aleksandra Wielkiego! Skutki kilkuletniej wyprawy Pyrrusa odczuł tak naprawdę cały ówczesny świat. Wystarczy przytoczyć choćby fakt, że w trakcie tej wojny właśnie Rzym był zmuszony wprowadzić nowoczesny system monetarny i zaczął w końcu bić srebrne monety, bo do tej pory wystarczyły brązowe.

Tę i inne konkluzje wyprawy Orła z Epiru do Italii, znaleźć można na ostatnich stronach książki, przed obszerną bibliografią i mapami.

Gorąco polecam lekturę, książeczka nie jest duża, czyta się ją jednym tchem. Jest napisana z charakterystyczną dla Kęćka pasją i dotyczy jednej z bardziej tajemniczych dla czytelnika postaci, której wielkość i format słychać w potocznym języku 23 wieki później, a która jest tak mało znana.

Cezary Opaliński

wtorek, 18 września 2007

Stalingrad, Anatomia bitwy

Zmęczony nieco starożytnymi klimatami sięgnąłem po książkę dotyczącą II wojny światowej, a konkretnie, jednego z jej przełomowych punktów. Mowa o bitwie stalingradzkiej, którą z niezwykłą dokładnością opisuje Janusz Piekałkiewicz w pozycji pt. „Stalingrad, Anatomia Bitwy”. Podtytuł mówi sam za siebie i odnosi się bezpośrednio do przyjętej w książce formy.

Autor (notabene żołnierz AK, po wojnie na emigracji, uznany i tłumaczony na wiele języków,  popularyzator tematyki wojennej), korzystając z różnorakich materiałów archiwalnych, stworzył obszerną kronikę kilkumiesięcznej bitwy, stoczonej w i wokół półmilionowego nadwołżańskiego ośrodka przemysłowego. Hitler, opętany wizją odcięcia Związku Radzieckiego od kaspijskiej ropy, posyła, w lipcu 1942 roku, w ramach letniej kampanii, elitarną 6. Armię w kierunku Kaukazu i Stalingradu, którego ogromne moce przemysłowe przestawione zostały na produkcję wojenną.

Opis bitwy podzielony został na siedem etapów. Opisano niemal każdy dzień, w następującej formie: niemieckie meldunki, radzieckie meldunki, przedruki niemieckich i radzieckich gazet, autentyczne listy z frontu. W ramach neutralnego komentarza, dostajemy także spore fragmenty o podtytule „tak było”, w których przedstawiono obiektywne informacje. Dowiadujemy się, jak okoliczność zbytnio rozciągniętych i słabo bronionych flanek sił Osi, wykorzystał sztab radziecki, organizując, po rozpaczliwej obronie miasta i zatrzymaniu Niemców, błyskawiczne okrążenie i zamknięcie w kotle kilkuset tysięcy żołnierzy przeciwnika.

Jeśli ktoś szuka epatujących przemocą, naturalistycznych opisów, czy hollywoodzkich scenek, niech sięgnie po coś innego. Abstrahując od rzetelności i obiektywizmu meldunków obu stron, całość przekazu jest raczej stonowana, a przez to wielokrotnie bardziej wymowna, poruszająca i skłaniająca do refleksji. Refleksji nad losem setek tysięcy ludzi, którzy starli się w wojnie totalitarnych ideologii. Setek tysięcy ludzi, którzy zginęli w wojnie o własny dom. Opisywana bitwa wyszczerbiła siły jednego z gigantów (i jego licznych sojuszników – Włochów, Węgrów i Rumunów), otwierając drzwi do przyszłej potęgi i światowej dominacji drugiego.

Obok przedruków i słowa pisanego, znajdziemy w książce blisko 550 zdjęć oraz kilkadziesiąt map i planów miasta. Na koniec, na jednej zaledwie stronie, znaleźć można podsumowanie strat w ludziach obu walczących stron. W przytaczanych meldunkach straty te określano mianem „zużycia czynnika ludzkiego”. Obok wspomnianego podsumowania, znajdziemy również wykaz i krótką historię niemieckich formacji bojowych, których losy kończą się zapisem: okrążenie i zagłada w kotle stalingradzkim.

Wymowne w swej symbolice są wewnętrzne strony okładki. Na początkowej, w letniej scenerii kałmuckiego stepu, toczą się pancerne kolumny faszystowskiej armii. Na końcowej natomiast, podczas zawiei śnieżnej, widzimy ciągnącą pieszo, zakutaną w szmaty, kolumnę jeńców niemieckich. Z ponad 300 tysięcy Niemców, członków 6. armii i 4. armii pancernej, biorących udział w południowej ofensywie roku 1942, do kraju powróci 6 tysięcy.

Przy okazji krótkiej dyskusji na temat bitwy stalingradzkiej, usłyszałem całkiem ciekawą historię. Nie mam powodów, aby podważać jej autentyczność. Otóż mój rozmówca, w ramach praktyk inżynierskich, spędził w roku 1976 ponad trzy miesiące w radzieckim Nowokuźniecku (azjatyckie miasto w dzisiejszej Rosji, położone nad rzeką Ob). Podczas zwiedzania tegoż syberyjskiego miasta, przewodniczka pouczyła go przed wejściem do jednej z dzielnic, aby nie używał języka polskiego.  Po przejściu kilku ulic jego oczom ukazał się uderzający widok – dzielnica, jak się wyraził, w hanzeatyckim stylu. Przewodniczka wyjaśniła, że zamieszkują ją bezpośredni potomkowie żołnierzy feldmarszałka Paulusa.

Wracając do samej książki – obowiązkowa pozycja dla znawców tematyki II wojny światowej i nie tylko.

Janusz Piekałkiewicz, Stalingrad, Anatomia Bitwy, Wydawnictwo: AWM


Adrian Stolarczyk

sobota, 15 września 2007

Trochę Gemmellowania

David Gemmel
01.08.1948 - 28-07-2006
Czytać zdarza mi się w życiu dość trochę, nie ukrywam, że od dłuższego już czasu pozycjami przeważającymi w moich książkowych podbojach, są tytuły zaliczane do szerokiego pojęcia literatury fantastycznej. Swoją drogą, ciekawa rzecz. Człek z tak zwanej (przynajmniej przez P.K.Dicka) literatury głównego nurtu musi się zdrowo namęczyć, żeby ktoś po przeczytaniu jego dzieła powiedział:
- Łał, ta książka jest fantastyczna!
A proszę ja was, ktoś napiszę np. niskiego lotu opowieść o synu króla porwanym za młodu co sam smoka pokonał zjadającego okoliczne dziewice i prawie dziewice, i już w księgarni sprzedawcy postawią go na półce podpisanej „literatura fantastyczna”.

Ale troszkę zbaczam z tematu. Otóż, książek fantasy, SF i pochodnych przeczytałem wiele, ale jeśli ktoś zapytałby mnie o to jakich lubię autorów, skończyło by się na 2-3 nazwiskach. Mało jest bowiem takich, których książek byłbym pewien jeszcze przed przeczytaniem. I dzisiaj przyszedł czas, aby o jednym z nich napisać. A chodzi o Davida Gemmella, który co z żalem stwierdzam, 28 lipca 2006 roku zwolnił pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu najlepszych żyjących autorów fantasy.

Traf chciał, że na początek, jeśli chodzi o twórczość Gemmella, wpadła mi w ręce pierwsza napisana przez niego książka - Legenda. No i tak się zaczęło. Nadmienić muszę, że i ta i większość późniejszych jego pozycji, to literatura którą można by określić mianem heroic fantasy. Osobiście jakoś nigdy za tym gatunkiem szczególnie nie przepadałem, bardziej ciągnie mnie do „prawdziwszego” fantasy, twardego, czasem mrocznego czy brutalnego, jak np. Martin czy Kres. Jednak Gemmell ma coś takiego w sobie, co nie pozwoliło mi od Legendy i od każdej później czytanej pozycji oderwać się zbyt łatwo. W jego twórczości zdarzały się powieści słabsze i lepsze, moim skromnym zdaniem, tak dobra jak Legenda jest dopiero jedna z jego ostatnich książek - Troja, pierwsza z trylogii, której autor niestety skończyć nie zdążył, ale o tym za chwilę.

Co w legendzie podobało mi się najbardziej? Oblężenie! Pierwszy raz spotkałem się z tak opisanym przebiegiem zdobywania twierdzy (swoją drogą nie byle jakiej twierdzy). Przeważnie opis taki polega na tym, że ktoś na murach stoi a ktoś na nie się wspina. I tu tego nie zabrakło, ale większość opisów które zdarzyło mi się spotkać, pomija jeden istotny czynnik, logistykę. W Legendzie mamy wszystko, organizacje obrony, służb pomocniczych, autor zwraca uwagę na wiele czynności o których praktycznie nikt nie wspomina. Wszystko to okraszone klasycznym heroic fantasy, dobrymi postaciami, tak bohaterskimi jak i cichymi ich zgonami, poświęceniem, rozterkami, przemianami wewnętrznymi itp. Może i to wydaje się banalne, ale w wydaniu Gemmella w ogóle nie przeszkadza.

Zachęcony pierwszą lekturą, zacząłem sięgać po kolejne. Opisujących świat znany mi z Legendy czy też dziejących się w całkiem innych uniwersach, ale jedna rzecz była zawsze, no prawie zawsze. Oblężenie, mniejsze czy większe, bronienie zamku czy zabitej dechami rudery. Zawsze pomysłowe, zawsze ciekawe, zawsze oryginalne. Nie brakowało ich czy to w kolejnych książkach zaliczanych, tak jak Legenda do Sagi Drenajów czy w nazwijmy to roboczo seriach „fantasy/historical fiction” (serie grecka i trojańska) czy nawet  opowieściach Sipstrassi, które można określić jako heroic fantasy z tym że w wydaniu postnuklearnym.

Gemmell zostawił po sobie wiele ciekawych pozycji, saga Drenajów która zapewniła mu sławę rozrosła się do bodaj 12 tomów, prócz tego wspomnieć warto o serii Sipstrassi właśnie (5 tomów), jeszcze nie zdobytych przeze mnie serii Rigante czy Hawk Queen. Ostatnio jednak, Gemmell postanowił znowu pozytywnie mnie zaskoczyć. W ręce wpadła mi bowiem jego dwutomowa powieść tworząca cykl grecki o Parmenionie, historycznym generale który służył pod rozkazami Aleksandra Wielkiego a wcześniej jego ojca Filipa. Woda na mój młyn, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Spotkałem się z opiniami, że za dużo fantasy w tej stylizowanej na historyczną powieści. Ale czy to minus? Dla mnie nie. Dobre pomysły, zgrabne wplecione w fabułę, narastająca dawka „fantastyki” w początkowo czysto historycznej historii.

Na chwilę obecną, Gemmellowanie zakończyłem na pierwszym tomie, okazało się ostatniej, jego serii - Trylogii Trojańskiej. Pan Srebrnego Łuku, bo o tej książce mowa, to powrót do fantasy z wydaniu historycznym. Tym razem cofamy się w czasach jeszcze bardziej, do wojny trojańskiej. I jak już wspomniałem, dopiero ta książka wyrównała poziom (a może już go przebiła) legendarnej Legendy. Styl, akcja, wplecienie wątków historycznych, alternatywna historia, w końcu jakieś poważne powody powstania trojańskiego konfliktu (a nie jakaś tam Helena), sprawiają, że naprawdę ciężko od lektury się oderwać. Nie zabrakło oczywiście elementu heroic, szczególnie jeśli idzie o zakończenie, fantasy jeszcze jest niewiele, ale po perypetiach Parmeniona, domyślam się, że im bliżej końca tym więcej wyładowań magicznych będzie się zdarzać. Chociaż nawet jeśli nie, wcale nie będzie mi to zawadzało.

Autor zmarł w czasie pisania ostatniego tomu, jednak zdążył oddać 70 000 słów gotowego już tworu, dodatkowo plan całej powieści jest dość dokładnie opisany, a o całości wielokrotnie dyskutował ze swoją żoną Stellą, która podjęła się zakończenia pracy swego męża. Zapewne nie będzie to już to samo, jednak fakt, że czytelnikowi będzie dane poznać zakończenie tej serii (domyślam się, że będzie coś o jakimś drewnianym koniu), wynagrodzi spodziewane niedociągnięcia i braki w stylu. No i oczywiście liczę na jakieś fajne oblężenie w II i III tomie! (Swoją drogą II tom już został wydany, muszę poszukać świnki skarbonki).

No, troszkę się rozpisałem, może komuś będzie się chciało to wszystko przeczytać, a może jak ktoś to przeczyta, to będzie mu się chciało przeczytać i coś Gemmella.

p.s. Autor wydał swą pierwszą książkę mając 36 lat na karku, wcześniej pisywał artykuły do kilku angielskich gazet, pracował jako wykidajło, kierowca ciężarówki, a ze szkoły wyrzucono go w wieku 15 lat za organizowanie nielegalnych zakładów. Wspominam o tym, bo w uszach jeszcze słyszę słowa jednego takiego znajomego - Lucjana:
- Widzisz? Takie biografie dają nam jeszcze jakąś nadzieję, ze i nam się w życiu spełni kiedyś to, cośmy sobie wymarzyli.

RSS FeedRSS