wtorek, 30 września 2008

Czego Jaś się nie nauczył...

Zamknięci w swoich małych, hobbystycznych gettach, nie zauważamy często tego, co dzieje się poza ich murami, czego wynikiem często jest to, że wyważamy, już raz otwarte drzwi. Na szczęście imprezy takie, jak minione w ostatni weekend „Pola Chwały”, pozwalają spotkać ludzi, którzy otwierają nam oczy na całkiem nowe możliwości i wspólne pola naszej działalności.

Na wspomnianej powyżej imprezie, jednym z gości był Henryk Głodek, modelarz sercem i umiejętnościami, a osobiście wspaniały kompan, gawędziarz i osoba niezwykle otwarta na poznawanie nowego. I to wszystko mogę powiedzieć po zaledwie dwudniowej znajomości i kilku przygodnych rozmowach. Przy jego stoisku zawsze kręciło się kilka osób, które podpytywały o techniki malarskie i modelarskie, zwabione wystawką z gotowymi dioramami, oraz warsztatem, na którym powstawał właśnie model czołgu. Poprzez miarowe buczenie agregatu napędzającego aerograf, słychać było spokojny głos Henryka, który tłumaczył jak używać tego niełatwego narzędzia, kiedy zachęceni przez niego obserwatorzy próbowali swych sił. A popróbować można było na kartce papieru, ale i na samym modelu! No, który z was pozwoliłby komuś dotknąć pędzelkiem malowaną przez siebie figurkę? Przyznam, że i ja się skusiłem, ale na efekty moich działań spuśćmy proszę zasłonę milczenia.

A później poszło już z górki. Dowiedziałem się jak robić błoto, jak używać suchych Inków, jak zasymulować odchodzącą farbę za pomocą chusteczki higienicznej, do czego służy Sidolux i co to jest x-31, oraz dlaczego warto go używać. Słuchałem z rosnącym podnieceniem. Na każde modelarskie wyzwanie Henryk miał jakiś „knif”, jak sam to nazywał. Często z pomocą przychodziły nieoczekiwane narzędzia, czy wręcz przedmioty codziennego użytku, a proste efekty zapewniały oczekiwany efekt.

Przyznam, że niekoniecznie pamiętam dokładnie wszystkie zasłyszane przepisy, ale już sama świadomość istnienia rozwiązań, a przede wszystkim ludzi, do których z problemem można się zgłosić, znacznie poprawiła mi samopoczucie.

Wkrótce na Bitewnym Zgiełku, mam nadzieję zaprezentować linki do miejsc gdzie można szukać modelarskich sekretów, może stworzę jakieś własne poradniki, zaproszę też was na pewno do galerii gotowych prac, które często zwalają z nóg. Najbliższy przegląd sieci, na pewno będzie poświęcony temu zagadnieniu.

Henryk, podczas jednej z naszych rozmów powiedział, że podoba mu się nasze (wargamerów) zaangażowanie w hobby, to ile pracy wkładamy w przygotowanie swoich armii, oraz to, że przy toczących się potyczkach nie widać agresji i kłótni, że jest to dla nas prawdziwa pasja. Cieszy mnie to, że nasze środowisko zrobiło na nim tak dobre wrażenie, bo z całą pewnością brać modelarska i graczy gier wojennych ma ze sobą sporo wspólnego i możemy się od siebie sporo nauczyć. Byle więcej takich spotkań na polskich konwentach gier, czego sobie i wam życzę.

czwartek, 25 września 2008

Heinrich der Vogeler, Herzog der Sachsen

III/52 East Frankish 888AD-1106AD

denar Henryka I
To już rok, od kiedy podjąłem decyzję, że w ramach kampanii Opus Europa złożę i pomaluję saksońską armię z okresu X wieku. Jako taka, lista saksońska nie występuje w spisie armii oficjalnego podręcznika DBA. Po prostu na potrzeby drugiej już, zgiełkowej zabawy, zróżnicowaliśmy nazewnictwo, używając listy Wschodnich Franków do wystawienia na stole dzielnych synów Saksonii.

Zwykle nie mam większych ciągot w kierunku historii czy wojskowości naszych zachodnich sąsiadów (oprócz może, siłą rzeczy, okresu II wojny światowej). Tym razem wybór polegał niemal na metodzie na chybił trafił. Nie byłbym jednak do końca szczery, gdybym przemilczał, że ilość ‘Kn’ występujących w liście armii wpłynęła nieco na moją decyzję. Faktycznie na stole potrafią być niezwykle przydatne. Kiedy jednak trzeba pomalować kilkanaście konnych elementów to człowiek zaczyna przeklinać w duchu własne pomysły.

W zasadzie użyta lista Wschodnich Franków, o których państwie możemy mówić od czasu podziału państwa karolińskiego na mocy traktatu z Verdun z 843 roku, nie do końca odpowiada ówczesnym saksońskim strukturom wojskowym. O samych państwie Wschodnich Franków należy powiedzieć tutaj przynajmniej tyle, że jest protoplastą państwa niemieckiego oraz bezpośrednim poprzednikiem Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego. Saksonia, chrystianizowana brutalnie przez Karola Wielkiego w latach 772-804 (wojny saksońskie), przez długi okres czasu pozostawała odrębna w swoim charakterze. Sasi, sprowadzeni do poziomu lennego księstwa, wrócili na szczyty władzy we wczesnym państwie niemieckim wraz z koronacją księcia saskiego Henryka I Ptasznika na króla Niemiec w roku 919. Król uchodzi za założyciela dynastii Ludolfingów, która w 962 roku objęła tron cesarski, prowadząc śmiałą politykę rozwoju wewnętrznego i ekspansji terytorialnej.

Oczywiście o samych Sasach było głośno i w innych miejscach świata – jedno z najbardziej znanych wydarzeń to najazd na wyspy brytyjskie w V wieku n.e. i założenie królestw Essex, Sussex, Wessex i Middlesex. To opowieści zupełnie na inna okazję.

Co do wspomnianych różnic w strukturze wojskowej, najbardziej znamienna dotyczy kwestii tzw. ciężkiej jazdy. Swoista demokracja plemienna Sasów uznawała konne formacje możnych za zagrożenie ustalonego ładu społecznego. Tym samym wojskowość Sasów opierała się w głównej mierze na formacjach pieszych, zwykle lepiej wyposażonych i uzbrojonych względem frankońskich odpowiedników. Oczywiście zmiany w strukturach wojskowych zachodziły równolegle z asymilacją Sasów z pozostałą częścią Państwa Wschodniofrankońskiego, np. w wyniku napływu osadników z zachodu. Stąd ciężka jazda przestała być w pewnym momencie czymś nadzwyczajnym. Jedynej formacji, której być może nie powinno brakować w domniemanej saksońskiej liście są łucznicy – formacja ta wchodziła bowiem w skład wschodnich, przygranicznych grodów i świetnie spisywała się podczas walk ze słowiańskimi plemionami.  Koniec końców, pomimo pewnych różnic, uważam, że użyta lista Wschodnich Franków jest najlepszym możliwym wyborem historycznym dla odzwierciedlenia na bitewnym stole ogólnie pojętej Saksonii z okresu IX i X wieku n.e. Na koniec tego wywodu muszę zaznaczyć, że podczas rozgrywania dziesięciu bitew ostatniej kampanii, ani razu nie wystawiłem kompozycji opartej wyłącznie na Kn. Proszę uznać to za ‘klimaciarstwo’.

Malowanie zajęło mi blisko pół roku, oczywiście głównie ze względu na permanentny brak czasu a także fakt, że prezentowana lista jest relatywnie spora – dwadzieścia dwa elementy (w dużej mierze konne) plus obóz. W trakcie prac próbowałem różnych rozwiązań, mających na celu skrócenie czasu potrzebnego na przygotowanie elementów do absolutnego minimum. Testowałem np. malowanie w kolejności od podstawki do jeźdźca. Koniec końców, niewiele z tego wyniknęło, mój warsztat nie doczekał się rewolucji a jakość kilku ostatnich elementów ucierpiała ze względu na rosnące zniecierpliwienie i malejące chęci. Nie chcę oczywiście narzekać – nagrodą jest przecież sporych rozmiarów kolekcja. W miarę dostojnie wyglądająca armia (myślę, że to efekt przewagi konnicy), która pozwala na zastosowanie kilku opcji ustawień do bitwy i która dowiodła na stole, że jest niezłą siłą uderzeniową.

Na blogu utyskiwałem, że sporych rozmiarów nieścisłością historyczną jest pojawienie się w kolekcji pancernego rycerstwa z pełnymi hełmami i kropierzami. Co do reszty wzorów Essexa, nie mam większych zastrzeżeń. Użyte kolory to w miarę spójna i powtarzalna paleta. Mając gdzieś z tyłu głowy kolorystykę aktualnego herbu Saksonii (zielono-żółty), starałem się nasycić figurki podobnymi barwami. Słynne saksońskie nogawice (najpierw wyśmiewane na frankońskich dworach, następnie noszone, jako krzyk mody) pojawiły się jednak zaledwie w kilku elementach – jakoś to przespałem. Gdybym miał podsumować wizualną stronę kolekcji jednym zdaniem, to powiedziałbym: klasyczny tabletop z elementami niedbałości.
Moje ulubione elementy? Na pewno hordy, cieszy mnie także obóz i kilka wzorów rycerstwa. Choć z tekstu wynikać może, że nie tryskam szczególnym entuzjazmem w związku z prezentowaną kolekcją, to jednak zaprzeczę i powiem, że jestem z niej zadowolony.  Ba, dumny wręcz!  Nie bez znaczenia jest tu i fakt, że tą armią zdobyłem pierwsze miejsce podczas kampanii Opus Europa. W dodatku jak sobie na nią spoglądam, to mój apetyt na kolejne ‘piętnastki’ (chodzi oczywiście o armie w skali 15mm) wciąż rośnie. Ale o tym innym razem. Teraz zapraszam do oglądania i komentowania.

Adrian Stolarczyk



















Cztery czerwcowe dni

Przy całym swoim zamiłowaniu do historii nigdy nie dałem się porwać epoce napoleońskiej. Oczywiście tu i ówdzie stykałem się z opisem losów francuskiego cesarza, ale były to raczej krótkie i pobieżne spotkania. Jednak tuż przed  wyjazdem na ostatni urlop nabyłem powieść o bitwie pod Waterloo, autorstwa Iain Gale’a. Nie wiem, co sprawiło, że akurat tę pozycję włożyłem do koszyka - pośpiech, ciekawość, okładka, krótka notka na odwrocie?

Nie powiem, lektura na urlop zbyt lekka nie jest. Niemniej książkę dosłownie pożarłem, kończąc czytanie gdzieś w okolicach bladego świtu. I chyba nic dziwnego - wszak batalię zaliczono do jednej z najważniejszych w historii świata a jej przebieg i złożoność to materiał na wiele długich opowieści i dysput. "Cztery czerwcowe...” z pewnością należą już (lub wkrótce będzie) do jednej z ciekawszych pozycji w tym temacie.

  Tworząc narrację autor posłużył się tyle znanym co świetnym zabiegiem opowiedzenia wydarzeń z perspektywy biorących w niej udział żołnierzy. W tym wypadku mowa jest o oficerach, adiutantach, marszałkach i samym cesarzu - mowa o wydarzeniach widzianych oczyma ludzi walczących po przeciwnych stronach. I tak po kolei śledzimy przebieg bitwy wraz z pułkownikiem De Lancey’em, szefem sztabu Wellingtona , co pozwala dla przykładu poznać nieco zamiary brytyjskiego głównodowodzącego.  Z kolei o koszmarze i zaciętości walk wśród ruin zameczku Hougoumont przychodzi nam się przekonać poznając bitwę oczami szkockiego podpułkownika  Mcdonella. Oczywiście w całej narracji nie może zabraknąć Prusaków (generał Ziethen) i rzecz jasna Francuzów (marszałek Ney i cesarz Bonaparte). Ten ostatni jawi się w książce nie do końca cesarsko - zmęczony, cierpiący, pełen wątpliwości człowiek, który odbiega nieco od wizerunku ciskającego gromami boga wojny. Wracając do wspomnianego zabiegu literackiego, dotyczącego narracji: sprawia on, że akcja jest niezwykle wartka, wielowymiarowa, sprawiając momentami wrażenie typowe dla książek przygodowych.  Mogę potwierdzić - ponad trzysta stron ksiązki pali się wprost w rękach.

 Obok bogactwa materii historycznej (o czym nieco za moment), powala realizm, żeby nie rzec - naturalizm, opisów starć, walk, ostrzałów i marszów. Wraz z czytaniem o kolejnych dniach batalii narasta jednak i refleksja nad hekatombą istnień ludzkich, jakim Waterloo niewątpliwie było. Końcowe straty obu stron liczone są na kilkadziesiąt tysięcy ludzi (Franzuci stracili blisko 50% stanu swej armii). Nie sposób również przejść obojętnie nad ostateczną klęską cesarskich orłów, klęską geniusza z Korsyki, który targnął się z orężem na całą niemal Europę, którego dokonania stawiają w rzędzie największych wodzów dziejów ludzkości, który miał także powiedzieć swoim przeciwnikom: nie zdołacie mnie zatrzymać. Tracę trzydzieści tysięcy ludzi miesięcznie.

 Jak mówi sam autor, zgłębił podczas przygotowań do napisania książki ponad trzysta pozycji dotyczących Waterloo, starając się wiernie odwzorować czerwcowe wydarzenia. I choć napisał w Posłowie, że książka jest z założenia powieścią (i tak się ją faktycznie czyta), to przy okazji może być niezłym źródłem wiedzy o samej bitwie i biorących w niej udział wojskach. Do każdego z opisanych dni walk dostajemy mapę, mnożą się opisy walczących jednostek (nazwy regimentów, tu i ówdzie szczegóły umundurowania, wyposażenia, itp.). Również niemal fotograficzny i sugestywny opis rejonu walk pozwala wczuć się w sytuacje walczących po obu stronach żołnierzy.

 Myślę, że dla miłośnika historii i gier bitewnych, niekoniecznie obeznanego z epoką napoleońską, książka może okazać się mocnym uderzeniem i wyraźnym zaproszeniem do dalszej eksploracji tegoż, jakże bogatego wątku historii kontynentu europejskiego. Jestem niemal przekonany, że i starzy wyjadacze znajdą w niej ciekawą powieść.


Iain Gale, Cztery czerwcowe dni


Adrian Stolarczyk

niedziela, 21 września 2008

Drużyna

Nie mogłem się oprzeć pokusie umieszczenia zdjęcia całej Drużyny na moim blogu. Takie małe podsumowanie dziesięciodniowej zabawy, podczas której na Zgiełku zrobiło nam się sielsko, może i rzewnie. Dzięki mojemu pomysłowi zrobiło nam się również małe towarzystwo wzajemnej adoracji. Korzystajcie - nie zawsze potrafię być taki miły! W zasadzie od dzisiaj już nie będę - spodziewajcie się łajań, krytyki, wrzasków i popędzania mordorskim biczem redaktorskim. Dzień dziecka się skończył! Czekam na teksty, pomysły, wpisy blogowe i przynajmniej raz w tygodniu miły komentarz, związany z moją osobą. Tak, jak to zrobił stary Smeagol poniżej.
Wyobraźcie sobie, że zdjęcie jest na białym tle - jest jak program koncept w Matriksie. Pora załadować do niego właściwe oprogramowanie. Do roboty!!! Now you are the Fellowship of the Zgiełk! A to obliguje!

sobota, 20 września 2008

Plan jest ważny

Przeczytałem ostatnio post Tsara o jego planach bitewnych na najbliższy rok i naszło mnie na własny rachunek sumienia. Czas sprawdzić, co zostało do zrobienia i poukładać terminy. Plan to połowa sukcesu, choć nigdy nie udaje mi się go przestrzegać. Z drugiej strony zawsze to jakaś mobilizacja, a może tym razem będę bardziej systematyczny i uparty w dążeniu do celu? Kto wie? Warto spróbować, mimo wszystko. Zaczynamy.


1. Aktualnie siedzę nad moją bandą do Mordheim Łowców Czarownic. To mój priorytet i najbliższe zadanie bojowe. Idzie całkiem nieźle i liczę na szybki koniec. Obstawiam do końca października.


2. Ciągną się za mną i ciągną. Mowa o Rusach. Niestety brak mojego udziału w kampanii odwlekł moment ukończenia tej armii. w pewnym momencie nawet miałem zrezygnować z jej malowania, ale ciągłe rozmowy i trochę rzadsze potyczki w DBA przekonały mnie, że nie mogę się poddać. Termin do końca grudnia.


3. Tu zaczynają się schody. Nie jestem pewien co będzie następne, na ten moment obstawiam kończenie armii Imperium do WFB pozostał regiment Free Company, Steam Tank oraz kilkunastu bohaterów. Mam nadzieję, że w końcu zadam ostateczny cios do końca marca 2009 roku.


4. Teraz alternatywa do powyższego punktu. Armia Later Crusaders do DBA. Trzyma mnie tu termin kampanii, czyli okolice sierpnia. Może się okazać, że będę ich naprzemiennie malował z imperialistami. Tak czy inaczej muszą zostać skończeni do końca lipca 2009 i mam nadzieję, że nie wcześniej ;)


5. Najczarniejszy punkt mojej listy. Armia Vampire Counts do WFB. Ciąży mi to strasznie. Wiele miesięcy planowania, już chyba nawet można to policzyć w latach, a postęp słaby. Termin lipiec 2010 roku. Ostro.


6. Ostatnia rzecz to kilka oddziałów Dogs of War do WFB, które nadal chcę kiedyś pomalować. Może koniec 2010 roku?


Ech, plan jest ważny, oj tak. Co z tego wyjdzie pokaże czas. Mam czyste sumienie przynajmniej, jeśli chodzi o harmonogram. Obawiam się tylko, że w międzyczasie znajdzie się kilka nowych zadań do wykonania. No to do roboty, życzcie mi powodzenia i trzymajcie za mnie kciuki, będzie mi to potrzebne.

Gandalf

Gandalf to dla mnie zagadka. Mam nieodparte wrażenie, że Tolkien nie napisał nam o nim prawie nic. Oczywiście Gandalf to kluczowa postać Trylogii. Co mam więc na myśli? Ano to, że Gandalfa poznajemy głównie poprzez pryzmat tego, co robi. Co do zagadkowości, to im dalej w las (np. Fangorn) tym gorzej - enigma się rozwija. Tajemniczy powrót po upadku w Morii, nowe wcielenie, jeszcze bardziej tajemnicze - na usta cisną się same pytania a do głowy przychodzi pogawędka hobbitów: mówiłeś, że nowy Gandalf jest mniej tajemniczy? Chyba wraca do siebie! Oczywiście taki zabieg literacki, o jakim myślę, buduje niesamowitą głębię postaci Czarodzieja. Można mieć również nieodparte wrażenie, że Gandalf po prostu zawsze tam był, jest, że będzie. Dokonania Gandalfa stawiają go na równi (o ile nie przewyższają) z koronowanymi głowami schyłku Trzeciej Ery. Mędrzec-król, jak możemy przeczytać o nim, kiedy mam miejsce uczta w Rivendell. Rozgrywka z Sauronem, wielka Wojna o Pierścień, która prowadzi do upadku Mordoru, to przecież również koncept Gandalfa. U schyłku swej misji w Śródziemiu to Gandalf koronuje Aragorna, pomaga mu odnaleźć szczep Białego Drzewa, dokonując jednocześnie symbolicznego otwarcia ery Ludzi, zamykając także wiele, wiele innych rozdziałów Wielkich Dziejów. Wraz z Gandalfem za Morze odpływają nie tylko Frodo, Bilbo czy Elfowie. Z Gandalfem odpływa wielka część tego, co zwykło się nazywać Sródziemiem.
Filmowy Gandalf to strzał w dziesiątkę. Pamiętam, jak chciałem, żeby w postać wcielił się Sean Connery. A przecież kreacja McKellena jest mistrzowska, wielowymiarowa, kompletna i skończona.
Figurka, dzięki swojemu wzorowi, pozwala na sporo zabawy z cieniem i światłem - pofałdowany płaszcz, kapelusz, broda, czyli to, co lubię w malowaniu najbardziej. Myślę, że pomimo obowiązkowej skromnej palety użytych kolorów, Gandalf pozwala się nieźle pomalować. Z efektu jestem bardzo zadowolony.
Mój blogowy cykl z Drużyną dobiega końca - dzisiaj ostatni wpis. Komuż mógłbym zadedykować Gandalfa, jak nie Tsarowi? Tsar to właśnie nasz kapitan, przewodnik i inspiracja, czarodziej i lider, który wlewa w nasze serca zgiełkowy kordiał. Trawestując Mądrą Księgę powiem jedno: na początku był Tsar - potem wiele zjawisk stało się ciałem. Dziękujemy! Ellen sila lumen omietelvo - gwiazda świeci nad godziną naszego spotkania Przyjacielu!

piątek, 19 września 2008

Smeagol

Smeagol podważył swoją postacią wiele stwierdzeń. Między innymi takie, że Trylogia to baśń, w której dobro walczy ze złem, białe jest białe a czarne czarne (był taki polityk, co chciał co prawda obalić i to twierdzenie). Gdyby nie Smeagol, Trylogia nie była by dziełem kompletnym. Złożoność postaci, bezustanna wewnętrzna walka oraz zmagania z przeciwnościami losu składają się na cały tragizm Smeagola. Jest on dla mnie wszystkimi odcieniami szarości, niepokojącym uosobieniem zakamarków pokrętnej natury ludzkiej, a przy tym budzi sporo pozytywnych emocji. Dlatego w moim odczuciu Smeagolowi należy się miejsce w Drużynie i właśnie niniejszym zaliczam go do jej szeregów. Wystarczy zresztą popatrzyć na fakty - Smeagol, którego niestety nazwano Gollumem, podążał za całą Dziewiątką Piechurów już od wschodnich bram Morii, czyli zaledwie parę tygodni od wyruszenia Drużyny z Imladris. Dokąd dotarł, wiemy wszyscy aż nadto dobrze.
Filmowa wersja Smeagola to oczywiście głównie majssstersztyk grafiki komputerowej. Można tak myśleć, dopóki nie zobaczy się filmiku z dodatków, na temat tej possstaci. Wówczas nabiera ona zupełnie innego wymiaru. Sssympatia, jaką mam do Andy’ego Sarkisa, który użyczył swojego głosssu i ciała do odtworzenia Smeagola jest bezgraniczna.
Malowanie figurki to nie lada wyczyn - na pierwszy rzut oka prosssta sssprawa, sssama ssskóra, można by rzec. Nic bardziej błędnego - niezwykle ssskomplikowana poza, jak i chęć uzyssskania pożądanego efektu sssprawiają, że to ssspore wyzwanie. Czy mi się udało? Trudno powiedzieć. Zapytam innych.
Smeagola dedukuję Gobosowi. Ileż to lat podążamy już razem ścieżkami bitewnych pasji? Sam nie wiem, kto kogo bardziej prowadzi. Myślę, że po prostu po części każdy z nas. Obaj mamy obsesję na punkcie Skarbu i obu nas w pewnym sensie to determinuje. Życzę Gobosowi aby nigdy nie stracił swej pasji, aby zawsze miał w oczach ‘zielone ogniki’, ilekroć wejdziemy na temat miniatur i aby zawsze był Gobosem! Posssdrawiam!

czwartek, 18 września 2008

Aragorn

Aragorn II - to mówi samo za siebie. Nie jestem pewien, czy potrafię zawrzeć choć część tej postaci w kilku krótkich zdaniach. Niewątpliwie to jeden z bohaterów Drużyny, jak również schyłku Trzeciej Ery i początku Czwartej, o którym mógłbym czytać bez końca. Obieżyświat, Strażnik, Wódź i lider, podróżnik, wojownik, poeta, przyjaciel Elfów, Ludzi, Krasnoludów i Hobbitów, tropiciel, potomek Numenoru, Król, Kamień Elfów - to tylko kilka z określeń, czy pojęć, jakie można przytoczyć. Na każde trzeba by poświęcić z dobrą godzinę opowieści, albo i dłużej. Aragorn trafił do mnie od momentu, w którym ćmił fajkę w ciemnym kącie Rozbrykanego Kucyka i aż do końca opowieści (i poza nią), budził ogromne emocje.
Viggo Mortensen, który odtwarza postać Aragorna w ekranizacji Władcy Pierścieni, dość długo budził moje mieszane uczucia. Oczywiście sam wizerunek, wcale udany, to nie wszystko. Do jego kreacji przekonałem się w końcu po obejrzeniu dodatków do filmu - można z nich do pewnego stopnia wywnioskować, jaką osobą jest właśnie Viggo. W dniu, w którym ułożyłem swoje wnioski, filmowy Aragorn trafił do mnie również.
Samą figurkę malowało się paskudnie - muszę to tu stwierdzić. Nie specjalnie trafia do mnie jego wzór. Myślę, że ta dość dynamiczna poza oraz fakt, że to w końcu tylko plastikowa miniatura z tzw. podstawki powodują, iż Aragon w tej wersji jest figurką kiepską. Zasugerowałem się dodatkowo kolorystyką z broszurki GW, zamiast np. filmową. I z tego również nie jestem zadowolony. Myślę sobie po prostu, że malowanie takiej postaci wymaga wręcz królewskiego kunsztu - stąd pewnie moje rozterki na temat efektu. Pewnie dlatego też nie podszedłem do malowania na luzie i po ludzku nie wyszło. Co gorsza, kurtka się dziwnie świeci, prawie jak psu miska - a przyznam, że rzadko mi się taki efekt uboczny trafia. No cóż, następnym razem.
Aragorna dedykuję Prezesowi. Choć nie widziałem go wieki, bo wyruszył na jedną ze swoich wypraw, choć już dawno nie słyszeliśmy o nim na naszej stronie, to właśnie wg mojego uznania Aragorn powinien trafić do niego. Prezes, którego wprowadziłem kiedyś w tajniki gier bitewnych, lał mi potem bez opamiętania skórę, podnosząc wysoko poprzeczkę, zmuszając do wysiłku przy stole do gry i poza nim. Mawia się ponoć, że na świecie są tylko dwie pewne rzeczy: śmierć i podatki. Chciałbym dodać, że również szóstka na kości, kiedy Prezes rzuca na ward save!

środa, 17 września 2008

Trzej amigos

Znowu dłuższa przerwa. Wracam dziś na bloga z uzupełnieniami do Imperium. Ciągle mówiłem, że został mi jeszcze tylko jeden regiment i kilku pojedynczych. W końcu postanowiłem uzupełnić te pojedyncze brakujące elementy w moich oddziałach, bo czułem pewien dyskomfort z tym związany.
Brakowało mi jednego rycerza Panter, jednego rycerza Białych Wilków oraz sztandarowego moich halabardników. Trochę niepewnie się czułem, gdy przyszło do uzupełniania szeregów oddziałów, które tak dawno temu malowałem. Knights Panther to był jeden z pierwszych regimentów, zaraz po „podstawce” do 6 edycji. White Wolves był trochę później, ale nadal to zamierzchłe czasy. Ze sztandarowym halabardników miałem mniejszy problem, bo tu musiałem pomalować jedynie sztandar. Mimo wszystko zastanawiałem się, jak ja ich malowałem, jakich kolorów użyłem, jakiej dokładnie techniki? Nie wyszli identycznie, jak pozostałe modele, ale stwierdziłem, że nie ma się co przejmować. Może nikt nie zauważy.
W tym momencie mogę spokojnie powiedzieć, że został mi już tylko jeden jedyny, ostatni, finałowy oddział do pomalowania. Kiedy uda mi się go skończyć – nie wiem. Czekam na dzień, w który mnie po prostu natchnie i jednym pociągnięciem skończę tych nieszczęsnych Wolnych Kompanów.

Gimli

Czym byłaby Drużyna bez krasnoluda, w dodatku takiego, jak Gimli syn Gloina? Z pewnością nie tym samym. Tolkien napisał nam znacznie więcej o tych krzepkich wojownikach w Hobbicie, niemniej w samej Trylogii zabrał nas do Khazad-dum i dał Gimliego właśnie, za co jestem mu osobiście bardzo wdzięczny. Gimli jest jednym z filarów Drużyny, kimś, na kim można zawsze polegać. Mocne nogi, krzepkie grabska, tęga głowa, cięty język i morderczy koncert toporów przemawiają właśnie za takim stwierdzeniem. A przecież jest i w Gimlim coś znacznie więcej - mądrość starożytnego ludu, z jakiego pochodzi, również swoista poetyka.
W samym filmie i aktor jest trafiony, i wyobrażenie postaci, i jej poczucie humoru, i tzw. choreografia walki, jaką prezentuje. Może w kilku sytuacjach dałbym mu więcej dobrych manier, może wyciął kilka nietrafionych dowcipów. Niemniej postać ta spełniła moje oczekiwania co do ekranizacji.
Figurkę maluje się świetnie - skóra i stal w głównej mierze. Podczas, gdy Gimli nabierał barw wyobrażałem sobie ten chrzęst pasów, kolczug i całego rynsztunku, z jakim się porusza, mając przy okazji jedno skojarzenie - chodząca forteca.
Komuż mógłbym go zadedykować, jak nie ungrimowi (koniecznie z małej litery)? Toż to prawdziwy Krasnolud w naszym towarzystwie. Przez lata filar różnych przedsięwzięć, nieocenione wsparcie techniczne a przede wszystkim mój dobry druh, z którym nie jeden raz skrzyżowałem topory, kufle i pędzle. Phosdrafiam!

wtorek, 16 września 2008

Wańka wstańka

Wiecie, co? Poważnie zastanawiałem się nad zmianą nazwy bloga. Chyba powinien się nazywać tak, jak dzisiejszy wpis. Długo leży, potem wstaje, ale tylko po to, by znów paść. Dziś jednak, całkiem niespodziewanie stałem się (współ)właścicielem aparatu, co może znacznie wpłynąć na moją aktywność blogową. Dzisiejsze zdjęcia są więc wykonane niejako na gorąco – stąd być może nienajlepsza ich jakość. Mam nadzieję, że gdy zamieszczę na Zgiełku całą armię, zdjęcia będą już o wiele lepsze.
W wakacje jak zwykle robiłem porządek, czyli malowałem to, co zalegało w szufladzie. Tak więc na pierwszy ogień poszło pięciu rycerzy chaosu. Piątka finalna, bo wraz z nią mam już cały klocek tj. dziesięciu. Dokonałem tu dwóch konwersji: muzyka i dowódcy. Obaj potracili głowy i otrzymali nowe – muzyk dostał brodatą (Gobos, jeszcze raz dzięki!), a dowódca łysą –pochodzącą z nowej wypraski flagellantów. Łysy dostał włosy z green stuffu. Włosy jako takie wyszły nieźle, tym bardziej, że wcześniej nie miałem okazji rzeźbić czegoś podobnego. Tylko trochę dziwnie się ułożyły, bo facet miał wyglądać jak metalowiec, a wygląda tak, jak widzicie. Natomiast do muzyka nie mam żadnych zastrzeżeń, prezentuje się doskonale a brodata fizjonomia tylko dodaje mu dzikiego wyglądu. Rzućcie okiem na sztandar – wzór na nim miał w zamierzeniu płonąć, czaszki zaś miały być przez ów nienaturalny błysk oświetlone. Efekt oceńcie sami – ja uważam, że wyszło nieźle, zwłaszcza że efekt oświetlenia jakiegoś obiektu również przyszło mi malować po raz pierwszy. Zrobiłem tylko jeden błąd, na koniec potraktowałem to wszystko bardzo rozcieńczonym chestnut inkiem. Draństwo strasznie się teraz błyszczy, a tego na figurce nie lubię :-/ Skończywszy z rycerzami, zabrałem się za ogary chaosu. Do pełnego klocka, czyli dziesięciu, brakowało tylko dwóch. Prosta, acz naturalna kombinacja barw takich jak scorched brown, graveyard earth, bleached bone, dwarf flesh i codex grey dała jak zwykle zadowalający rezultat. Tymczasem od wschodu, znad suchych, bezkresnych stepów przybywa oddział, który na dniach Wam zaprezentuję...
PS: Wańka wstańka, ma to do siebie, że choćby nie wiadomo jak jej przywalić, i tak wstanie. To chyba nie tak źle, co?

Legolas

Ponieważ swego czasu odsłoniłem na łamach Zgiełku powody zamiłowania do elfów w fantasy, nie będę się tutaj powtarzał. Legolas, jakkolwiek zabawnie nie brzmiałoby w języku polskim jego imię, to oczywiście jeden z moich ulubionych bohaterów Trylogii. Tolkien, poprzez bardzo oszczędny, skąpy wręcz, sposób mówienia o synu Thrandulia, zbudował w moim wyobrażeniu tej postaci niesamowitą i niezmierzoną głębię. Niestety - to również jeden z moich największych zawodów, jeśli mówimy o ekranizacji. I nie tylko Legolas kompletnie mnie w filmie nie przekonuje - sporo innych postaci, głównie drugoplanowych, odbiega znacznie od mojego prywatnego wyobrażenia Elfów w Śródziemiu. W filmie Pierworodnych bronią jedynie Arwena i Galadriela - myślę, że to po części zasługa zjawiskowo pięknych aktorek. Natomiast historie ze zjeżdżaniem na tarczy, czy pojedynek z Mumakiem (obie sztuczki filmowe z udziałem Legolasa) są absolutnie nietrafionym pomysłem, psują film i psują postać.
Figurkę zamierzałem nieco podkręcić jakimiś delikatnymi wzorami na szacie, ale poddałem się po pierwszej, negatywnej próbie. Trochę perturbacji spotkało mnie przy malowaniu twarzy - musiałem również wdrożyć plan B. Ogólnie rzecz biorąc, jestem z efektu zadowolony.
Legolasa pomalowałem z myślą o Robsonie - prawdziwym, szczerym i wieloletnim miłośniku elfiej rasy. Rob to facet, który rozróżnia tak trudne pojęcia jak klimat gier bitewnych, jest świetnym kolekcjonerem, malarzem, graczem a nade wszystko kompanem. Również wielkie dzięki za wsparcie we współtworzeniu strony!

poniedziałek, 15 września 2008

Frodo

No i został nam na koniec Frodo. Powiernik Pierścienia, skomplikowana natura i chyba jedna z największych ofiar swojego Brzemienia. Doświadczenia tej postaci przewyższają chyba doświadczenia całej społeczności Shire. Ważki jest również fakt, że Frodo odpływa za Morze - moim zdaniem to największy wyraz uznania dla jego dokonań, jaki mógł go spotkać. Jak dla mnie, jednym z największych wyczynów kuzyna Bagginsa jest, jak to pięknie przełożyła Maria Skibniewska, obłaskawienie Smeagola. Z kolei filmowy Frodo jest dla mnie wprost perfekcyjny.
Malowanie to dokładnie to co lubię - pofałdowany płaszcz, pozaginanie spodnie i kurtka. Nieco rozruszałem rękę bawiąc się w mieszanie kolorów. Trochę zaryzykowałem z Żądełkiem i nie jestem niestety przekonany do efektu, w którym klinga zaczyna błyszczeć na niebiesko. Próbowałem oddać ten efekt dodatkowo rzucając nieco światła na posadzkę a nawet malując krzak. Przy okazji kilka słów o samym pomyśle na podstawki - w oryginalnej GW-owskiej podstawce wyżłobiłem podłużne brudy, używając kwadratowego pilnika. Dodałem też nieco kamieni aby urozmaicić efekt końcowy (o krzakach już pisałem). Sama faktura podstawki całkiem przyzwoicie nadaje się pod suchy pędzel, stąd brak klasycznego piasku.
Frodo wędruje na ręce Johnniego - coś bowiem w nim drzemie i czeka, aż bucklandzka natura Bagginsów wystrzeli go w wielki świat przygód i doświadczeń. Nie znikaj tak często Kolego, bo nadużywanie pierścienia szkodzi. Odwiedzaj częściej Bitewny Zgiełk i nie daj czekać na swój wartościowy wkład w tę stronę. Pozdrawiam!

niedziela, 14 września 2008

Samwise

Samwise Gamgee - archetyp prawdziwego przyjaciela i sługi, jednocześnie jeden z najbardziej uznanych mieszkańców Shire. Jakby to powiedziano na ulicach Minas Tirith, zapuścił się wraz ze swym panem do Kraju Wroga, podpalił Czarną Wieżę i obalił samego Nieprzyjaciela. Tak oczywiście może wyglądać przekaz ustny; pisany wszyscy dobrze znamy. Przypominam sobie, że w trakcie kilku pierwszych czytań Trylogii wątek Froda i Sama miejscami mnie nudził. Mniej więcej po siódmym razie w pełni doceniłem bogactwo opowieści, jakiej są głównymi postaciami. W filmie Sam jest taki, jak powinien być oraz niemal taki, jak sobie go wyobrażałem. Ciut zbyt płaczliwy, na szczęście zaledwie momentami.
Nie wiem co mnie skłoniło, żeby go ubrać niemal w same niebieskie barwy. Przyznam, że figurka jest bardzo wdzięczna do malowania, z całym tobołem na plecach (kubki, kiełbasy, itd.) i przy dłuższym posiedzeniu można z niej wydobyć sporo.
Sama postanowiłem zadedykować Draconowi. Nie wiem, jak gotujesz, ale z pewnością potrafisz sporo zjeść, czego jestem naocznym świadkiem. Poza tym podzieliłeś się swego czasu ze mną swoimi łucznikami do HE. Z tego miejsca pozdrawiam Kolegę.

sobota, 13 września 2008

Peregrin

Pippin to postać niezwykle zabawna, rasowy hobbit, można by rzec. Wesoły, lubiący zjeść, wypić, poleniuchować i dobrze się zabawić. W dodatku kompletnie postrzelony. Ciągle sobie przypominam moment, w którym pierwszy raz dotarłem w książce do sentencji Gandalfa: wstawaj Tuku, bęcwale jeden! Gdzie u licha podziewa się Drzewiec?! W filmie także postarano się zachować pewien komizm tej postaci. Myślę jednak, że nieco przesadzono. Ale tylko troszeczkę. Takie akcje, jak ze studnią w Morii są po prostu bezbłędne. A przecież Pippin dokonał czynów, których pozazdrościłby mu niejeden bohater wydarzeń z końca Trzeciej Ery. Służył samemu Namiestnikowi, walczył ramię w ramię z innymi w bitwie przy Czarnej Bramie a po powrocie przewodził Powstaniu by później zostać samym Thanem.
Pippina dedykuje Brutalowi! Czasem sobie przypominam, jak potraktowałeś chorągiewkę w moim ogródku i jeszcze się do tego wspomnienia sam śmieję. Doszły mnie też słuchy o pewnych ekscesach na pewnym balkonie. No i kiedyś wyciągałem Cię z tarapatów związanych z powrotem do domu. Bądź dalej brutalem, odezwij się czasem i uważaj: Pippin się w końcu ożenił!

piątek, 12 września 2008

Meriadok

Zaryzykuję stwierdzeniem, że Merry to mój ulubiony hobbit z Trylogii. Powodów znalazłbym kilka. Fakt, że z całego Shire najbardziej lubiłem wątek wschodniego Bucklandu, Zielonego Muru pewnie za tym przemawia. Kuzyn Brandybuck pokazał się nadto jako jeden z najbardziej obeznanych z zewnętrznym światem hobbitów, prowadził Drużynę przez Stary Las i rzadko trącił rezon w trudnych sytuacjach. O mojej sympatii decydują zapewne jego dalsze przygody i dokonania - np. podróż z Jeźdźcami Marchii czy pojedynek z Czarnoksiężnikiem. Nie bez znaczenia jest jego ogólnie znana wesołość (stąd skrócona forma imienia) oraz dyskretna opieka, jaką otaczał postrzelonego Pippina wyciągając go bezpiecznie z różnych przygód
MiSiO, Merry jest dla Ciebie. Często wyciągasz mnie ze zgiełkowych tarapatów a twoja pogoda ducha, entuzjazm i wesołość zawsze wprawiają mnie w świetne samopoczucie. Tak trzymaj!

czwartek, 11 września 2008

Boromir

Pochorowałem się, nie ma co. Szkoda strzępić języka na podłe samopoczucie i ogólne zdenerwowanie, w jakie mnie mój obecny stan wprowadził. Leżąc sobie spojrzałem na półkę, na pudełko do zestawu Kopalni Morii, które recenzowałem nie dalej jak w marcu. Wydałem na nie sporo kasy i jak dotąd zakup ten marnował się bezproduktywnie na szafce. Wstałem, wyjąłem farby i pomalowałem jednego z kompanów Drużyny Pierścienia.
Boromira, bo o nim mowa, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wielki wojownik Gondoru, syn namiestnika i postrach Mordoru. Jego czyny i losy opisano aż nadto dobrze w innym miejscu. W ekranizacji epickiej powieści odtworzył go Sean Bean. Właśnie na jego kreacji oparto wzór prezentowanej tutaj figurki. Nie będę dyskutował z twórcami filmu, a do samego aktora nie mam większych zastrzeżeń. Jednak czytając setki razy Trylogię miałem o nim zupełnie inne wyobrażenie. W każdym bądź razie malowanie jest w znacznej mierze oparte na propozycji filmowej. W przypadku podstawki zdecydowałem się na oszczędny, skromny pomysł, ubarwiony nieco czerwonym krzakiem, który mógł w jakiś sposób przecież zadomowić się w ciemnych zakamarkach krasnoludzkiej stolicy.
Przy okazji przypomniał mi się jeden z komentarzy Czarka, dotyczący wspomnianej na początku recenzji: Szeperd pewnie pomaluje te figurki super jak zwykle, już nie mogę się doczekać. Czarku, w związku z wiarą w moje umiejętności dedykuję Ci dzisiaj Boromira. Przy okazji chciałem też podziękować za wkład z Bitewny Zgiełk, wszystkie pomysły, teksty i zdjęcia. Również za pozytywny przekaz, jaki zawsze kierujesz pod moim adresem. I pomyśleć, że nigdy się nie spotkaliśmy.

środa, 10 września 2008

Mroczny kontynent strajksbek


Czyżby powrót?

Wypadłem na dobre z warhammerowj praktyki - to już prawie rok od ostatniej bitwy. Ogólnie rzecz biorąc słabo śledzę też ostatnie poczynania firmy Games Workshop. Była jakaś premiera nowego kodeksu Wampirów, coś tam jeszcze grzebali w Chaosie. No i nie dalej jak w sierpniu koledzy z Wysp wypuścili na rynek wznowioną edycję armii Dark Elves - odświeżyli kodeks, rzucili do sklepów kilka nowych wzorów. A niech to, pomyślałem, i zakupiłem księgę. Przyznam, że z całkiem sporym apetytem na reaktywację własnych pasji. Czy do niej dojdzie, trudno powiedzieć. W tzw. międzyczasie postanowiłem się podzielić spostrzeżeniami na temat kodeksu mrocznych mieszkańców jeszcze mroczniejszej Północy.

Piszę ’spostrzeżeń’, bo, jak na wstępie zaznaczyłem, przesunąłem się sam do kategorii batlowych teoretyków. Nadto wcześniej nie miałem specjalnie dużej wiedzy o Naggaroth i jego mieszkańcach. Wszystko to sprawia, że nie podejmę się ryzyka napisania soczystej i rzeczowej recenzji, a zaledwie spiszę luźne spostrzeżenia właśnie. No i co tu owijać w bawełnę - bez tego wstępu krytyka zjadła by mnie na śniadanie (myślę głównie o miłośnikach DE oraz wielkich, stołowych mistrzach wszelkich kalkulacji - przy okazji serdecznie pozdrawiam obie grupy).

Klimat surowy, mroźny - bezbarwny?

Autorem podręcznika (oczywiście wydrukowanego w Chińskiej Republice Ludowej) jest nie kto inny, jak sam Gavin Thorpe - długowłosy, szczupły młodzieniec (przynajmniej kilka dobrych lat temu tak wyglądał), którego znawcom tematu nie muszę chyba przedstawiać.

Część kodeksu poświęcona tzw. fluffowi robi wrażenie - przynajmniej w kategoriach rozmiaru. Aż 62 strony (łącznie z tzw. Bestiariuszem) to opis historii elfiej rasy, początków wielkiej schizmy, tysięcy lat konfliktów, zagrożeń, najazdów, budowania i niszczenia. Dla złaknionych wiedzy jest to więc sporych rozmiarów kąsek. Objętość objętością, treść - to inna sprawa. Po prostu tego nie kupuję. Infantylny i czarno biały przekaz może, co najwyżej, wzbudzić uśmiech politowania. Skąd taki wniosek? Stąd, że ogrom opisanego fluffu, miejscami wcale znośnego, ba, ciekawego, zalany został morzem krwi, zasypany turlającymi się ze świątynnych schodów i obijającymi się o zaułki miast głowami nieszczęsnych straconych. Jak do tego dołożymy opowiastki o jakiś tam postaciach efliej społeczności, których imiona przywodzą na myśl tępy generator nazw, z których to postaci każda ścina głowę przed śniadaniem, po śniadaniu, w wieku dziecięcym, w wieku średnim, w wieku starczym, przed kolacją, po kolacji, w trakcie spaceru, w trakcie snu, to najzwyczajniej w świecie chce się ziewać. Anetki Helbejny i cała, równie oryginalnie nazwana, śmietanka północnej rasy jawi się tu jak brutalne, okrutne i nieskomplikowane stado zdeprawowanych hedonistów, żywiących się krwią i mordem. Nie kupuje również całego motywu z wiekowym piernikiem Malektihem - gość przypalił się kilka tysięcy lat temu, jakoś nie chce rozstać się z życiem; opętany wizją rodzinnej zemsty i ugodzonej dumy skazuje miliony (?) swoich poddanych na podłą egzystencję, wśród gnijących trupów, śliskich posadzek i przejmującego zimna (geografii tutaj tez nie rozumiem - na tej samej szerokości, w Starym Świecie, całkiem dobrze radzi sobie Imperium, a zimy są srogie ponoć dopiero w Kislevie). O ile nie znajduję nic dziwnego w polityce najazdów, niewolnictwa czy eksploracji (np. Podziemny Świat), o tyle nie mogę zrozumieć czemu tkwi uparcie w tych niegościnnych rejonach świata. Wiem - jestem jednostronny, zgorzkniały a nadto warhammerowskie hobby paruje ze mnie z dnia na dzień, jak owies z dzikiego konia. Zajrzałem jednak na polskie forum Border Princess - opinie na temat nowego fluffu można cytować - tu, ze względu na sporą oglądalność dzieci, pozwolę sobie nie przytoczyć. Zacytuję natomiast fragment jednej z historyjek: … was but a young Elf when first great sacrifice of Har Ganeth took place. As he looked up the bloody steps of the great temple, watching the heads of  the High Elvess bounce to him … [i dalej] … next day leapt up to sacrificial dais, tore the blade a guard’s hand and slew first captive, showering himself in his victim’s blood [… ] koniec cytatu.  Hghmm …proszę was!!!

Czy warto napisać coś o grafikach? Nie, nie warto. Na palach jednej ręki policzę te, które wnoszą coś wartościowego. Reszta jest odgrzewaniem starej zupki lub szóstym przedrukiem szmuglowanej w dwunastym poziomie kazamat czarnej arki bibuły. Czy chce mi się pisać o skromnej części ze zdjęciami miniatur? “Sądzę, że wątpię”.

Bestiariusz

Oczywiście mroczna nowość nie mogła obejść się bez zmian w sekcjach takich jak dostępne czary czy przedmioty magiczne. Ledwo kupiłem księgę a już zdążyłem usłyszeć o kilku ‘super combosach”. Zwykle głuchnę w takich chwilach. Napiszę tylko, że magia jest wciąż ofensywna, lista tzz. Giftów Khaina spora a w przedmiotach jest z czego wybierać… To było głębokie, prawda?

Nieco więcej o oddziałach. Oprócz znanej już wszystkim tendencji do zmniejszenia kosztu punktowego (np. podstawowa piechota), doszło do kilku przetasowań w poszczególnych sekcjach. Patrząc od końca, w sekcji Rare dwa wybory - bolec i hydra (pozostawiono zasadę dwóch maszyn za jeden slot). Nie ma więc wzmianki o najemnikach (ostatni trend), wypadł również wielki Kocioł (jest teraz upgradem do bohatera). W przedziale Special miejscówkę straciły Harpie. Można za to nająć nieco tańsze, rozwrzeszczane i półnagie, dzikie wiedźmy czy nieco tańszych rycerzy na jaszczurach. Bez wchodzenia w szczegóły przyznam, że szczególnie spodobały mi się zasady do oddziału Shades - można wyekwipować ich teraz w dwuręczną broń, co z pewnością doda im przewagi w pierwszym starciu. Z jednostek Core (Harpie, jak pisałem, zostały tu przeniesione, jednak nie są liczone do minimum tych jednostek), Korsarze dostali dwie nowości - zasadę, którą pozwoliłem sobie przetłumaczyć jako ‘łowcy niewolników’ oraz krótką, elegancką, podręczną kuszę repetującą. Bohaterowie, obok znanych już postaci, powiększyli się o Lokhira w obślizgłym, mackowatym hełmie. Cały mroczny zastęp dostał również zasadę Hatred, która na paniska z Ulthuanu działa w każdej rundzie. Kropka.

Miniatury

O zdanie na temat miniatur poprosiłem starego wygę, strażnika mrocznych kazamat, powiernika wielkiej łychy z khainowskiego kotła juchy, czyli samego Robsona. Wieloletnie zamiłowanie do DE i spora ich kolekcja predestynują naszego Znakomitego Kolegę to wypowiedzenia się szerzej w tej kwestii.
Od siebie dodam, że podoba mi się wzór nowej hydry. Stara wyglądała, jak … stara, w dodatku wyleniała i otyła. Ekspresja głów hydry w tamtej wersji wskazywała co najwyżej, że straszliwa ta bestia osuszyła właśnie wszystkie hektotranki z pobliskiego browaru. W przypadku ostatniego wzoru jest znacznie lepiej, całość godna polecenia i pomalowania. Równie pochlebne zdanie mam o nowych, plastikowych Korsarzach - fantastyczne, drapieżne kształty i dowolność konfiguracji sprawiają, że produkt ten niezwykle punktuje. No, może w jednym przypadku rozmiar buta oscyluje gdzieś ok. 56 (czyli między stopą karłowatego olbrzyma a nartą włochatej kreatury, która ponoć widywana jest w Himalajach). Z pewnością i nowy oddział Cold One zbierze pozytywne oceny, szczególnie w kategoriach opłacalności zakupu. Na dłużej zatrzymałem się na nowych wzorach Assasinów (łysy z chustką niczego sobie).  Shades, jeszcze z poprzedniej edycji, mimo to trzymają fason. Reszta mniej lub bardziej znana - więcej w tekscie Roba.

Khainie zachowaj?

No właśnie - tylko kogo, od czego i przed czym? Mnie, od dalszego pisania, młodzież, od brania na serio klimatycznych opowiastek, miłośników armii Dark Elves przed rozczarowaniem z nowej edycji. Trudno postawić mi na koniec jednoznaczną ocenę opisywanego kodeksu - dlatego jej nie wystawię. O ile mroczne widmo, z jakim utożsamiam zamiary zbudowania niewielkiej kolekcji wokół ostatniego pomysłu brytyjskich mistrzów marketingu zmaterializuje się w nieodległej przyszłości, może wówczas podsumuje to i owo. Tym samym pora kończyć - idę łyknąć świeżej juchy, zagrać w nogę zasuszoną głową, poćwiartować paru niewolników i przeliczyć zabójczą, mroczną kombinację jakiś tam błyskotek.

Adrian Stolarczyk

Jednooki sukcesor

II/16a - Antigonos 320-301BC

Dlaczego wybrałem właśnie tego generała spośród spadkobierców Aleksandra?

Nie będę ukrywał, że był mi obcy, więc musiałem się sporo douczyć. Cóż, nie było łatwo dotrzeć do sensownych materiałów. Przyczyną tego na pewno jest odległy czas wydarzeń związanych z wojnami Diadochów oraz fakt, że Aleksander na tyle skutecznie skupił na sobie uwagę dziejopisów, którzy nie znaleźli już nic godnego opisania po jego śmierci. Udało mi się jednak zebrać trochę informacji z żywotów opisanych przez Plutarcha z Cheronei, Diodora Sycylijskiego oraz ze stron, forów i serwisów historycznych. Spodobał mi się Antygon. 

Antygon I Jednooki (Antygonos Monophthalmos lub Kyklops)
(ur. ok. 382 p.n.e., zm. 301 p.n.e.)

Znany nam od roku 334 p.n.e. jako generał w armii Aleksandra. W roku 333 p.n.e. otrzymał od Aleksandra stanowisko satrapy Frygii. Cieszył się szacunkiem Antypatra, który nie tylko powierzył mu dowództwo nad wojskiem Aleksandra po jego śmierci, ale także wydał swoją córkę Filę za syna Antygona, Demetriosa. Po śmierci Perdikassa i Antypatra Antygon próbował  zjednoczyć imperium przejmując ich ziemie i armie. Inni Diadochowie nie podzielali jego zapędów. Lizymach w Tracji, Kasander w Macedonii, Ptolemeusz w Egipcie, połączywszy siły w latach 315-311p.n.e. próbowali zbrojnie rozprawić się z Antygonem.  Jednak Antygon nie uległ im od razu, lecz dopiero gdy do przymierza diadochów dołączył Seleukos, który 312p.n.e. odzyskał Babilon, a niebawem Medię i Suzianę. Walki zawieszono po ogłoszeniu rozejmu w 311p.n.e. Trwał on tylko rok. Jest to doskonały dowód na to, że Diadochowie to niestrudzeni wojownicy, którzy swoją wartość i charakter ujawnili już podczas kampanii Aleksandra.

Demetriusz, syn Antygona, również dał dowód charakteru, gdy po przegranej z Ptolemeuszem bitwie pod Gazą w 312 p.n.e. odbił z jego rąk Cypr w 307p.n.e. i odnowił Związek Koryncki powołany przez Filipa Macedońskiego w 337p.n.e. Plutarch w Żywocie Demetriosa pisał o Antygonie i Demetriuszu „…płonęli pragnieniem wyzwolenia Grecji, ujarzmionej przez Kasandra i Ptolemeusza”.

W roku 306p.n.e Antygon I Jednooki przyjął tytuł królewski.

Wyspa Rodos na wieść o planach militarnych Antygonidów względem Egiptu odmówiła pomocy w działaniach przeciw zaprzyjaźnionemu z nimi Ptolemeuszowi. Nie bez znaczenia były tu przyczyny ekonomiczno-handlowe. Odpowiedź Antygona była natychmiastowa i 305r p.n.e. wysłał przeciw Rodos swojego syna na czele potężnej armii. Demetriusz wykazał się niezwykłą pomysłowością i talentem strategicznym. Do zdobycia miasta kazał zbudować ogromną wieżę oblężniczą Helepolis (niszczyciel miast), uważaną za największą w historii. Jednak i to zdało się na nic. Podobno płyty z machiny po przetopieniu wykorzystano do zbudowania jednego z siedmiu cudów starożytnego świata, Kolosa Rodyjskiego.

Antygon I Jednooki ginie w bitwie pod Ipsos, we Frygii 301 p.n.e.

Dziejopis Diodor podaje, że ciało Antygona „…zabrano z pola bitwy i pogrzebano z królewskimi honorami”.

Bitwa pod Ipsos zniszczyła imperium Antygona w Azji, jednak jego dynastia, zwana Antygonidami, będzie nadal jeszcze przez około 150lat odgrywać znaczącą rolę w dziejach starożytnego świata.

To te właśnie dzieje zrobiły na mnie wrażenie i bez dogłębnej analizy taktycznych możliwości tej armii uznałem, że ten władca mi się podoba i będę zaszczycony prowadząc jego armie. Prace nad armią Antygona Jednookiego zacząłem pod koniec marca a etap ze zdjęć osiągnąłem na początku sierpnia. Nie jestem, jak widać zbyt szybki.

Skład armii opisuje szczegółowo lista nr II/16a z oficjalnego podręcznika systemu DBA. Postanowiłem skorzystać z figur ZVEZDY w skali 1/72 a dokładniej 8007 - Macedonian Cavalry, 8019 - Macedonian Phalanx, 8011 - War Elephants. Koszt armii to (18,4+18,4+29,8) 66,6PLN + przesyłka. Porównując to do moich poprzednich inwestycji (armie do WFB) koszt armii DBA jest śmiesznie niski.

Miałem pewną wizję modelarsko-malarską co do tych „Antygonidów”. Podczas zeszłorocznej wyprawy byliśmy z żoną na terenach Frygii i Licji, których władcą był swego czasu Antygon. Zaskoczył nas przede wszystkim zróżnicowany pejzaż. Pasmo gór Taurus, na którym stoki południowe pokryte są roślinnością śródziemnomorską, a w części północnej - półpustynie i stepy sprawiają piorunujące wrażenie. Właśnie te wapienne skały postanowiłem wykorzystać, jako część kluczową podstawek. Kolory - od jasnego beżu po ceglasty. Do wykonania skałek wykorzystałem kamienie. Zbieram je tak, jak masę innych rzeczy, które to zawsze mogą się przydać. Po pomalowaniu ich udało mi się uzyskać oczekiwany efekt. 

Podstawową jednostką w armii Antygona, tak jak w przypadku armii Aleksandra, pozostaje falanga macedońska i jej postanowiłem poświęcić więcej uwagi. Uznałem, że załączone do zestawu plastikowe sarisy, chodź wyglądają ładnie i posiadają wiele szczegółów, nie sprawdzą się w trudnych warunkach jakim jest transport figurek. Na materiał wybrałem hartowany drut stalowy 0,8mm. Właśnie hartowanie okazało się niezbędne, ponieważ podczas prób ostrzenia zwykły drut wyginał się i przez to był bezużyteczny. Kolejna rzecz, która nie dawała mi spokoju to informacja o specjalnych oddziałach doborowych falangitów, którzy wyposażeni byli w jednakowe tarcze. Oryginalne tarcze postanowiłem wykorzystać wyłącznie w dwóch elementach z tzw. „luźnego poboru”. Tarcze złote z białą gwiazdą, to nic innego jak pomalowane łby pinezek (średnica 8mm). W przypadku złoto-czarnych tarcz użyłem łbów gwoździ tapicerskich. Teraz, gdy w końcu domyślam się, jak wyglądała struktura falangi żałuje, że Antygona nie ustawiłem w elemencie jako pierwszego z prawej, bo właśnie tam znajdowało się miejsce dowodzącego. Jednak postanowiłem już tego nie zmieniać, gdyż za dużo mnie kosztowała praca nad komponowaniem tego elementu. Każdy falangista w tym elemencie został rozczłonkowany i sklejony na nowo tak, aby razem nie wyglądali na „atak klonów”.

Specjalne miejsce na skale postanowiłem przeznaczyć dla dowodzącego odziałem 3Kn Demetriusza I Poliorketesa. Podczas wspólnych z ojcem kampanii stał na czele ich doborowej jazdy. Było tak także w dniu tragicznej śmierci Antygona, gdy rozgromił pod Ipsos jazdę Antiocha, syna Seleukosa, lecz przez to nie zdążył z odsieczą do ojca. Zmieniłem mu xyston plastikowy, który się wyginał we wszystkie strony ale nigdy w tą właściwą, na xyston z tego samego drutu, o którym już pisałem. Co zaś się tyczy samego malowania jestem leniuchem więc moje motto brzmi „przy minimum pracy uzyskać maksimum efektu”. Skupiam się więc tylko na elementach wpadających w oko takich jak tarcze, twarze, itp. Osiągam tym sposobem efekt który mnie zadowala.

Jest to moja pierwsza ukończona armia do systemu DBA i na pewno nie ostatnia. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Mirosław Zbigniew Socha




DBA vs WFB

Wstęp
DBA oraz WFB są to całkowicie różne systemy, jednak pomimo tego dla mnie mają bardzo ważną wspólną cechę - są to jedyne figurkowe gry wojenne w które gram, żadna inna nie wciągnęła mnie na dłużej. Postanowiłem więc czysto subiektywnie porównać je ze sobą. Nikt nie lubi przydługawych wstępów więc zaczynamy! 

Klimat (po polsku zwany fluffem)

"Faith, steel and gunpowder! For Sigmar, for Empire!" Najbardziej w Warhammerze cenię sobie jego mroczny klimat - świat zalewany falą zepsucia, świat, w którym ludzie codziennie stawiają czoła odwiecznemu wrogowi. To dzięki niemu najpierw na sesjach rpg przemierzałem ziemie Imperium, by ratować je przed sługami chaosu, a teraz, jako dowódca, mam szanse poprowadzić imperialne wojska do bitwy. Dla mnie jest to najmocniejsza strona WFB i główny powód, dla którego dalej gram w ten system.
 DBA jest systemem czysto historycznym więc sprawa jest prosta - jeśli lubisz poznawać wojskowe dzieje naszej cywilizacji, to będziesz usatysfakcjonowany. Samo szukanie informacji dotyczących konkretnych bitew, które ma się zamiar rozegrać na stole, jest bardzo ciekawe i wciągające.

Armie

Oficjalnych armii w WFB jest kilkanaście, ale w sieci można znaleźć także kilka dodatkowych (jak chociażby Kislev lub najemnicy). Liczba ta, w porównaniu do kilkuset armii w DBA, nie robi dużego wrażenia, ale trzeba przyznać, że są one dużo bardziej zróżnicowane. Poza tym w WFB mamy znacznie większą swobodę w tworzeniu rozpiski, czasem nawet aż za dużą, bo dobieranie poszczególnym postaciom magicznej biżuterii, która da im kolejne +2 do siły jest dla mnie już po prostu nudne. W ogóle cały pomysł z bohaterami w Warhammerze jest dla mnie chybiony, bo taki na przykład Imperialny Kapitan powinien być dowódcą swoich wojsk, wydającym rozkazy i zwiększającym morale żołnierzy autorytetem, a nie obwieszoną magicznymi przedmiotami maszynką do zabijania.

Zasady

Zasady to główna przewaga DBA - są one proste i przejrzyste (zakładając, że poznaje się je czytając TUGtDBA a nie rulebooka), a jedna rozgrywka doświadczonym graczom zajmuje mniej więcej godzinę. Dodatkowo są one wszystkie w jednym miejscu, nie trzeba czytać osobno rulebooka, osobno armybooka (do każdej armii innego!), ściągać errat z sieci itd. Pomimo prostoty zasad mamy bardzo szerokie możliwości manewru, wygranie bitwy wymaga od nas sporego wysiłku intelektualnego, a do całej gry idealnie pasuje stwierdzenie "easy to learn, hard to master".

Zasady do WFB natomiast najlepiej opisuje powiedzenie "W Warhammerze dwudziestu chłopa prędzej zabije smoka niż okrąży kamień na środku pola bitwy". Są one, moim zdaniem zbyt zawiłe i szczegółowe. Niestety to uszczegółowienie nie zwiększa realizmu rozgrywki, a jedynie frustrację wśród graczy. Kiedyś miałem okazję przeczytać wywiad z autorem armybooka do Imperium - przyznał on, że testowanie nowych imperialnych zasad odbywało się jedynie podczas poniedziałkowych partyjek ze znajomymi!

Figurki i podręczniki

Ze zdobyciem figurek i podręczników do WFB nie ma żadnego problemu, istnieje mnóstwo sklepów sprzedających produkty firmy Games Workshop. Z alternatywnymi figurkami, jak chociażby Gamezone, też nie ma większych kłopotów. Tutaj DBA, będąc mniej popularnym systemem, wyraźnie odstaje od konkurenta. Figurki w 15mm skali najczęściej trzeba zamawiać u zagranicznych producentów, niestety szybkość dostawy oraz cena przesyłki są niezbyt zachęcające. Podobna sytuacja jest na Allegro, tutaj także królują produkty firmy z Nottingham. Można jedynie mieć nadzieję, że wraz z popularyzacją DBA w Polsce sytuacja ta ulegnie zmianie.

Cena

Tutaj starczy podać dwa przykłady - oryginalna taśma calowa produkcji GW kosztuje tyle co jedna plastikowa armia w skali 1/72 do DBA. W przypadku metalowych figurek 15mm jest już trochę drożej, tutaj za jedną armię można już kupić cały jeden oddział do WFB. Z podręcznikami oraz wszelkimi akcesoriami dodatkowymi jest podobnie, te oryginalne GW są najczęściej nieprzeciętnie drogie.

Modelarstwo

DBA to głównie skala 15mm, jest ona zdecydowanie najpopularniejsza. Jako, że nie jestem zbytnio uzdolnionym malarzem, malowanie w tej skali oznacza to dla mnie po prostu w miarę równe położenie farby, bez zabawy w szczegóły. Warhammer to skala mniej więcej 28mm, więc tutaj jest już większe pole do popisu. Takie figurki staram się wycieniować, domalować im oczy, zrobić jakąś mini konwersje itp. Z drugiej strony do DBA muszę własnoręcznie zrobić tereny, miarki, znaczniki, obozy. Jako, że teren do gry jest ograniczony, można nawet wymodelować całe pole bitwy! Poza tym skala 15mm jest dużo wygodniejsza, tak podczas gry jak i podczas transportu.

Gracze

Zdecydowanie łatwiej jest znaleźć kogoś grającego w WFB. Praktycznie w każdym większym mieście nie powinno być z tym problemu. Z drugiej jednak strony z graczami bywa różnie; nietrudno znaleźć osoby zwane powszechnie "powergamerami" (dla których Imperium bez czołgu to nie Imperium, nawet podczas gry na 1000pkt), lub ludzi którzy zwyczajnie lubią kłócić się przy stole. Poniekąd sam system jest temu winien: zbytnia dowolność w tworzeniu rozpisek i zawiłe zasady tworzą właśnie takie chore sytuacje. Nie mam takich doświadczeń jeśli chodzi o DBA. Zwykle w ten system grają osoby, z którymi rozgrywka to relaks i czysta przyjemność.

Podsumowanie

Wiele osób nie ma na tyle czasu, żeby grac w kilka różnych systemów. Moim zdaniem najlepiej poświęcić się jednemu, zamiast poznawać kilka ‘po łebkach‘. Gdybym miał teraz wybierać, zdecydowałbym się na DBA. Jednak przy Warhammerze trzyma mnie niesamowity klimat Starego Świata oraz to, że szkoda byłoby mi teraz sprzedać zakupione kiedyś figurki. A tak naprawdę to najchętniej (na koniec artykułu pozwolę sobie trochę pofantazjować...) zagrałbym w grę wojenną łączącą najlepsze cechy obu tych systemów. Na tym kończę mój pierwszy wargame'owy artykuł. Do zobaczenia na polu bitwy!

Paweł Murawski

RSS FeedRSS