poniedziałek, 22 czerwca 2009

Lifting

Kilka miesięcy temu pokazywałem na blogu dziesiątkę łuczników HE ze zmienionymi podstawkami. Pisałem wówczas, że ich wymianą zajmuje się ktoś, kto ma w tym czarny pas. Pierwotnie bowiem taki był zamysł, że ów masta, w wolnych chwilach i bez pośpiechu, wymieni mi całą armię. Na szczęście jednak dla współczesnych i potomnych Gobos zajął się czymś o niebo ambitniejszym, czego efekty można podziwiać choćby i na jego blogu. Cóż miałem zrobić, sam się za to wziąłem. Nie powiem, że z ochotą czy przekonaniem, bo jak zwykle czasu mało, inne rzeczy bardziej palące czy interesujące. Jednak gdzieś po kątach i po parę minut na dzień zdjąłem najpierw całą dwudziestkę włóczników ze starych podstawek (niszcząc nieodwracalnie raptem ze dwie czy trzy), następnie zeskrobałem z tychże starą zieleninę, przykleiłem korek, pomalowałem, nakleiłem figurki by w końcu dodać czerwony krzaczek. Oczywiście nie obyło się bez pewnych ’nerwacji’ - czerwone krzaczki, wykonane z malowanej (powlekanej) gumy, nie są specjalne przyjazne w obróbce, szczególnie zaś przegrywają z klejem typu
‘kropelka’ (wiem, ostatnio się zepsułem zakupem barwionej gąbki, która jest o niebo lepsza, jeśli chodzi o przyklejanie). W końcu przy czwartej chyba figurce, zamiast mozolnie oddzielać poszczególne gałązki i próbować jakoś wkleić między otwory w korku, zacząłem zwijać w palcach co większą kępkę tak, aby zmieniła się w kulkę. Następnie dociskałem takie coś do kleju i zostawiałem. Chyba się udało - po pierwsze kulka nie odpada po przyklejeniu, po drugie rozwija się po kilku chwilach w całkiem bujny krzaczek. Niestety widać to lepiej w drugim czy trzecim rzędzie. Inna refleksja (oczywiście poza tą, że trzeba było wysilić mózgownicę przy robieniu podstawek za pierwszym razem), jaka mi towarzyszyła, dotyczyła tego, że jednostki piechoty typu rank-and-file, warto kleić na zbiorczych podstawkach - przynajmniej dwa rzędy. Stąd pomysł jest taki, że przy pozostałych czterech klockach piechoty właśnie tak zrobię. W zamierzeniu ma to usprawnić transport i skrócić czas przygotowania do bitwy. Tak czy inaczej pierwsze podstawkowe koty za płoty więc. Efekt nagradza wysiłek. Choć do wymiany jeszcze grubo ponad setka, przyjmując jeden oddział na miesiąc powinienem skończyć ten podstawkowy lifting w ciągu roku. Obiecałem sobie także z tej okazji, że w tym roku wybiorę się na lokalne mistrzostwa w WFB i całą armię, jaką na zabiorę, pokażę już na zmienionych podstawkach. Co więcej, nie obyło się bez drobnego urozmaicenia. Nie tylko sztandar dostał czerwony kolor (wcześniej przypomniał raczej deskę zamiast szmaty) ale również pierwszy rząd wzbogacił się o nową figurkę. Skąd ją mam? Ponoć trudno je obecnie dostać na rynku. Dlatego zrezygnowałem z pierwotnego pomysłu szukania po aukcjach i pytania po ludziach. Po prostu odkleiłem jednego załoganta z mojego rydwanu. To był impuls. I nie żałuję, bo jednocześnie stało się to przyczyną. Przyczyną, która ma spowodować pewien skutek. O tym jednak innym razem.

niedziela, 21 czerwca 2009

Rozpocząłem...

Po dłuższym zmaganiu z Chaosem mojego malarskiego życia wzięło mnie na coś mniejszego. Zasiadłem sobie do pierwszego elementu armii DBA Later Cruseders w skali 15mm. Przygotowuję tą armię do wrześniowego turnieju. Przeglądnąłem zgromadzone inspiracje i postanowiłem pomalować jako pierwsze element kuszników.
Do wyboru miałem trzy lub cztery figurki na podstawce, a ponieważ czwórka to tłok zdecydowałem się jedną pozostawić do obozu. Z inspiracji wywnioskowałem, że kusznicy będą Normanami sycylijskimi i pomalowałem ich na wzór takowych strażników według rysunków datowanych na rok 1180. Oczywiście odwzorowanie nie jest stuprocentowe i mam nadzieje, że nikt na mnie nie nakrzyczy.
Tutaj znalazłem model, który najwidoczniej także inspirował się tą samą grafiką. Miałem ogromne chęci zrobić ten element jak najlepiej potrafię. W sumie spędziłem nad nim kilka godzin, choć raczej tego nie widać. Postanowiłem dorobić im bełty oraz cięciwy do kusz. W prawym górnym rogu zdjęcia możecie zobaczyć efekt przed malowaniem. Powolutku, w przerwach innych prac, będę kontynuował tworzenie tej armii. Obliczyłem, że mam około 13 tygodni więc jest to tydzień na element. Prawdopodobne jest, że to właśnie za tydzień ujrzycie kolejną część Krzyżowców.

czwartek, 18 czerwca 2009

Rydwany ognia

No i jest! Prosto z salonu. Funkiel nówka sztuka. Pod maską dwa lwy mechaniczne, zużycie sześć owiec na setkę, napęd na oba zestawy łap, turbo włącza się po dziewięciu calach na sekundę na obrotokostce. Lakier opalizujący srebrny metalik , kabriolet, ergonomiczne lejce, drewniana tapicerka, znaczek koncernu na środku maski, owiewka z drewna sandałowego. Test łosia pozytywny, po próbach niezawodności osiem punktów na dziesięć. Oczywiście wersja ful sportowa, dla dwóch osób, w pakiecie powlekane mithtilem drewnofelgi. Niestety niskie zawieszenie, więc słabo idzie na szutrze, w dodatku nieco twardy zestaw. Za to na płaskiej drodze prowadzi się wyśmienicie, idealnie wchodzi w zakręty. Wśród swojej klasy zdecydowania w czołówce…
Wreszcie wykończyłem lwi rydwan - na raty, muszę przyznać. Kupiony niemal dwa lata temu (dla przypomnienia, jedyny całkiem nowy koncept w odświeżonej w 2007 roku księdze HE), złożony ubiegłej jesieni, rydwan malowany na przełomie roku, załoga to efekt pracy w czerwcu. Malowanie kierowcy i asystenta zajęło mi dosłownie chwilę, może godzinę? Po seryjnych wyczynach z chaosem zastosowałem po prostu doskonaloną ostatnio technikę i żwawo rozprawiłem się z tym zadaniem. Całość efekciarska i przyjemnie oko zawiesić. Najwięcej czasu poświęciłem samym lwom, a dokładnie skórze (bo grzywy to zwykły, tani drajbrasz). Pewną ekstrawagancją było użycie rozwodnionej niebieskiej farby do wycieniowanie blach na grzbietach. Podstawka to już oczywiście docelowy wzór dla całej armii, której zamierzam wymienić zieloną tandetę. Teraz już tylko grać. Wypróbowałem to cacko ze dwa czy trzy razy na stole - jest moc. Załoga z dwuręcznymi toporami, w sumie cztery ataki z S4 z zaprzęgu oraz zasada ‘fear’ sprawiają, że rydwan potrafi nieźle kąsać nie tylko w szarży. Oczywiście w tych nielicznych potyczkach, w których wziął udział, skupiła się na nim spora uwaga przeciwników (jasne, nowościom trzeba dokopać!), co, w połączeniu z błędami taktycznymi z mojej strony, nie dało mi jeszcze pełnej satysfakcji z użycia sporego wachlarza zalet. Pora to sprostować. Jak znajdujecie mój nowy wózek?

środa, 17 czerwca 2009

Koleżeństwo i ...

Koleżeństwo i integracja celów to zapewniony sukces w działaniu. Pamiętam to zdanie – wypowiedział je Grzegorz Turnau podczas koncertu w Trójce, a widnieje ono jakoby na murze w Kostrzynie nad Odrą. Zdanie prawdziwe, musze powiedzieć. Jego zasadność miałem okazję sprawdzić w ubiegłą sobotę. Ponieważ na skutek różnych przypadłości zdrowotnych nie udało mi się pomalować całej piątki maruderów przed wizytą Gobosa, wpadłem w lekką panikę. Planowaliśmy bowiem rozegrać kompletną kolekcją solidną bitwę, z której powstać miał raport bitewny. A tu takie obsunięcie terminu! Dosłownie rzutem na taśmę, tuż przed tym, jak Gobos zapukał do moich drzwi, nałożyłem kolory podstawowe i wasze na jedną z figurek. Jedna ciągle mało! Aj, ja jaj, co tu robić? Jak to, co?! Zintegrować cele i po koleżeńsku zamknąć temat. Dlatego w sobotę zasiedliśmy wspólnie przy moim biurku, do łap powędrowały pędzle, wystrzeliły korki z farbek i…

...i integracja celów

…i zabraliśmy się do roboty. Na początku miałem wątpliwości jak nam pójdzie wspólne malowanie tych samych modeli. Wyrywanie sobie z rąk figurek i zapominanie o różnych fragmentach myśląc, że zrobił to Ten Drugi. Jednak praca poszła sprawnie. Co prawda w tym samym czasie, kiedy ja pomalowałem jeden model, Szep pomalował trzy. Jego metoda szybkiego przejechania podstawowymi barwami, nie zważając na plamienie i niedokładności okazała się rewelacyjna na takie malowanie, ponieważ i tak na koniec jeszcze trzeba wszystko poprawiać, więc te niedociągnięcia zostaną zatuszowane. Po nałożeniu na czwórkę barboli podstawowych kolorów pokryliśmy wszystko wash’ami i zostawiliśmy do wyschnięcia, w tym czasie delektując się świeżym powietrzem na spacerze. Po powrocie, jako że pomalowałem mniej, wziąłem się za wykańczanie detali. Kilka poprawek, parę dodatkowych maźnięć i maruderzy byli w zasadzie gotowi. Jeszcze ich w domu odrobinę poprawiłem, sprawdzając dokładnie czy nie ma jakichś drastycznych niedociągnięć. Ogólnie pomalowanie pięciu maruderów zajęło jakieś pięć godzin, z czego ze dwie wspólnymi siłami. Schemat kolorystyczny miał za założenia nawiązywać do opancerzonej piechoty, stąd pewne części ekwipunku zostały potraktowane kolorem czerwonym. Jest to również jedyny przypadek użycia w całej kolekcji koloru imitującego ludzką skórę (no po prawdzie, jeśli nie liczyć bębna w chosenach czy dłoni pieszego bohatera). W każdym razie polecam podobne integracje malarskie! Praca poszła znacznie sprawniej, niż jakby malowało się w pojedynkę, no i towarzystwo było przednie.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Synowie Nurgla

Nie przesadzę mówiąc, że Gobos z Szeperdem rozpętali istną Burzę Chaosu. A ja się wzburzyłem… i postanowiłem, że zamiast malować chopaków czy kolejne elementy do armii Edessy, zajmę się urzeczywistnieniem zamiaru, który od dawna chodził mi po głowie, i pewnie chodziłby jeszcze długo gdyby nie rzeczona Burza… W miarę czytania kolejnych wpisów autorstwa obu malarzy, pomysł zaczął mi zaprzątać głowę w sposób wręcz nieznośny, tak, że nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu zabiorę się za oddział wojowników pobłogosławionych przez Pana Zarazy. W końcu nadszedł długi weekend i mogłem wreszcie wziąć się do pracy. To co widzicie, to niemal skończona połowa liczącego 12 modeli regimentu (tu widać ich pięciu, gdzieś poza kadrem plącze się szósty) – do doklejenia zostały tylko tarcze i gdzieniegdzie broń (oczywiście już pomalowane) oraz, rzecz jasna podstawki. A, byłbym zapomniał o pelerynach. Raczej nie lubię prezentować figur niedokończonych, ale w tym wypadku jestem na tyle zadowolony z rezultatów że uczynię wyjątek od tej zasady. Co do techniki malowania, to skrobnę parę słów następnym razem. Na razie mogę tylko powiedzieć, że była naprawdę brudna a na samym początku to nawet śmierdząca. Cóż trudno, żeby była inna…

sobota, 13 czerwca 2009

Heros

Oto nowy model herosa do armii Chaosu. Jest to champion Khorne'a. Spodobał mi się ten model i postanowiłem dołączyć go do powstającej ostatnio armii. Pomalowałem go w klika godzin, prosta sprawa. Na szczęscie facio nie nosi zbyt dużo drobiazgów przy sobie, parę czaszek i ze dwa wisiorki. Bardzo przyjemnie mi się go malowało. Ładny wzór, bardzo wdzięczny do pokrywania go farbą. Klasyczna czerwień na zbroję i metaliczne wykończenie detalu nie zrobiła go zbyt krzykliwym. Od tej całej krwistości lekko odrywa go zielonkawy płaszcz przybrudzony przy ziemi od ciągłego stąpania w błocie.
Powiem Wam, że to już chyba koniec. Koniec tej armii oczywiście. Armia za ponad 2000 punktów, jakby ją odpowiednio złożyć, ale figurek wcale nie tak dużo. Takie są właśnie uroki Chaosu. Myślę, że jakoś wkrótce uda się mi przedstawić całość. Zobaczymy.

piątek, 12 czerwca 2009

Dla mnie setka!

Khorne Chaos Lord on Juggernaut, pieszczotliwie zwany ‘Dżaggim”, to pierwotnie ostatni punkt malowania czerwonoarmistów z mroźnej północy. Pierwotnie, bo, jak pisałem wcześniej, skusiłem się jeszcze na konnych maruderów. Dżaggi nie mógł nie znaleźć się w powstającej kolekcji. Jak tylko zobaczyłem go na zdjęciu na stronie GW od razu wiedziałem, że mam ochotę go pomalować. Kapitalnie rzeźbiony lord w połączeniu z monstrualnym demoniczno-mechanicznym wierzchowcem (o ile można go tak nazwać) biją o głowę poprzednią wersję. Samego jeźdźca malowało się pysznie – w zasadzie po 34 czerwonych i opancerzonych figurkach ręka sama składała się do malowania, tym bardziej, że zastosowany schemat jest niemal identyczny. Jedyne, co zmieniłem, to zamiast brązowego tuszu na zbroję zastosowałem czarny. Przez to lord odcina się nieco od chosenów czy warriorów. Więcej trudności sprawiło mi malowanie tego mecha-kucyka. Nie dość, że bydle ma sporą powierzchnię, to waży sobie sporo a na dodatek kłuje w palce tymi grzebieniami i kolcami. Poza tym mam dwa zastrzeżenia do malowania. Po pierwsze kolor – nie do końca jestem przekonany, czy dwie barwy były dobrym pomysłem. Czerwony grzbiet (na linii kręgosłupa) miał nawiązywać do zbroi lorda. Za to do większej części pancerzy użyłem chardon granit – sam nie wiem, czy to dobry wybór. Po drugie mam wrażenie, że trochę go spaprałem. Może to brak doświadczenia w malowaniu podobnych wzorów. Z innych spostrzeżeń to przyznam, że malując pancerz na karku, czułem się, jakbym malował model czołgu (może przez wybrany kolor?). Cóż, sami oceńcie.
Cokolwiek by o samej figurze czy malowaniu nie mówić, jest na pewno zacnym ozdobnikiem do mojego dzisiejszego wpisu – jubileuszowego wpisu. Dzisiaj stuka mi blogowa setka! Nieźle, prawda? W związku z tym musicie mi postawić szampana i kupić jakąś przyjemną figurkę. No proszę, sto wpisów… A pierwszy z września 2006 roku – toż to prawie trzy lata! Co ciekawsze, w tym inauguracyjnym wpisie znalazł się również Chaos, a konkretnie smok Galrauch. Niezły zbieg okoliczności. Koniec końców, pozostaje mi teraz celować w dwieście wpisów, bo akurat pozycję lidera, co do ilości, mam raczej spokojnie w garści. Adieu!

Ogarek Chaosu

Monotonny chaotyczny temat ciągnie się już przez kilka blogów - nuuuda. Dziś wychodzą na światło dzienne Ogary Chaosu, zwane w innym języku Chaos Warhounds. Oczywiście po raz kolejny to samo - armia chaosu boga Khorne'a, błee. Nie znudziło Wam się jeszcze?
Ten sam schemat malowania: znowu to czerwono-czarne świństwo. Co tu można ciekawego powiedzieć? Może tyle, że to nowe wzory tych piesków. Teraz plastikowe, tanie i szybkie w montażu.
Jestem szczęśliwym posiadaczem także starych modeli metalowych i powiem Wam, że wolę te stare. Mimo, że to ciężki metal i były cholernie drogie, to są większe, ładniejsze i o ciekawszych wzorach. Te pomalowałem tylko dlatego, że są tanie i szybkie do wykonania. Ujdą w tłumie?

czwartek, 11 czerwca 2009

Nałóg?

Kolejny Dragon Ogre Shaggoth wychodzi spod mojej ręki. Czy to już nałóg szagotowy? Eee, chyba nie. Po prostu model ten według mnie pasuje do armii Khorne'a jako jednostka rzadka (rare). Pasuje mi najbardziej ze wszystkich dostępnych w podręczniku Warriors of Chaos. Tym razem, żeby nie było nudno, zrobiłem wersję Shaggiego z dwoma brońmi i w trochę innych barwach.
Konwersja na dwie siekierki była w miarę prosta. Troszkę umęczyłem się przy składaniu tego wszystkiego do kupy, ale wyszło w miarę naturalnie. Toporki zrobiłem przecianjąc oryginalne ostrze topora na pół. Trochę greenstuff'u i wyszło to co widzicie.
Malowanie w klimacie Khorne'owskim podobnie jak Dragon Ogry z wcześniejszego bloga. Ciało smocze czerwone, a ogrowskie czarno-szare. Tak więc schemat malowania w zasadzie identyczny. Nowym elementem są włosy, które postanowiłem zrobić płomienno rude. I tak oto przedstawia się kolejny model do nowej armii.

środa, 10 czerwca 2009

Proszę Państwa...

Proszę Państwa, oto miś.
Miś jest bardzo grzeczny dziś.
Chętnie Panstwu łapę poda.
Nie chce podać? A to szkoda!

A może nie szkoda? Bo ja bym raczej nie chciał uścisnąć lewicy tegoż oto misia ani tym bardziej zarobić packi z jego prawicy. O chosenach już na blogu pisałem, ale dzisiaj chciałem pokazać czempiona (tu jeszcze bez wykończonej podstawki). Figursko jest kolejnym dowodem na to, że ostatni chaos może się tylko podobać. Ilość szczegółów, ogólnie masywna bryła, dość dynamiczna poza, w połączeniu z prezentowanym, zaledwie stołowym standardem wielce mi się podoba. Stąd dzisiejszy wpis. Pomalowałem w sumie dziesięciu wybrańców, w tym command group, który zobaczyć będzie można przy okazji prezentacji całej kolekcji. A dzisiaj, brawa dla misia. Może jednak ruszy łapą.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Baśka miała...

Buech, nie lubię tej piosenki. A Baśkę dałem do tytułu, żeby spolszczyć. Co? Niemiecki. Znam bardzo niewiele osób, którym ten język przypadł do gustu. Osobiście lubię w nim na przykład pewną logikę czy twarde brzmienie, w szczególności zaś sposób, w jaki zbudowane są wyrazy zawierające szersze znaczenie. Chaosbarbaren. Tu zaledwie dwa słowa ale mniej więcej można zrozumieć, co mam na myśli. Jednak nie o subtelnościach (czy ich braku) w języku niemieckim chciałem. Raczej o Chaosu Barbarach. A konkretnie o tym, że jako klient GW poczułem się wreszcie zadowolony. Ostatnia edycja chaosu przyniosła bowiem szereg plastikowych regimentów. Prezentowany na zdjęciu maruder pochodzi właśnie z jednego z nich. Najpierw cena: 50 złotych (akurat trafiłem na promocję). Nieźle, prawda? Za pięciu takich koleżków i pół kilograma bitsów, jakie zostają po ich złożeniu to właśnie jest cena, jaką powinno się maksymalnie płacić za korową, lekką jazdę. Oczywiście mam stare odniesienie w postaci zakupu siedmiu Ellyrian Reavers lata temu, co kosztowało mnie z dobre 170 złotych i dwutygodniową dietę, opartą na chlebie z paprykarzem (tak, tak, pisałem już o tym, wiem!). Brawo dla GW! Teraz wzory: faktycznie nowe, dedykowane chaosowi konie robią doskonałe wrażenie. Potężne chabety bojowe, nie jakieś tam kucyki czy duże psy. Całość oczywiście plastik, kilka opcji do złożenia wyposażenia - niby już standard ale w sumie dawno nie kupiłem jakiegoś nowego regimentu, więc muszę się podzielić tym entuzjazmem. No to tyle - zaraz położę na nich łapska i farby. Czekam tylko, aż dwóch pewnych maruderów pójdzie łaskawie spać. A może ich spacyfikować na twardo?

piątek, 5 czerwca 2009

Wstecz

To zdjęcie zrobiłem bodaj rok temu. Musiałem się znaleźć w tamtej okolicy z jakiegoś powodu, rzuciłem okiem na ten dom i cyknąłem fotkę telefonem komórkowym. Dzisiaj przez przypadek na nie trafiłem i przez moment pomyślałem, co dla mnie znaczy. Cóż, bardzo wiele. Jak to się mówi, jest to najstarsza dzielnica mojego rodzinnego miasta, a okolice ze zdjęcia ‘wycierałem’ już od najmłodszy lat. Naprzeciw stał dom moich dziadków, z którymi, z różnych powodów, spędziłem sporo z mojego dzieciństwa. Dom stoi co prawda do dzisiaj, jednak zupełnie pusty. Również kilka metrów obok wnosi się jeden z najstarszych kościołów w mieście. Trzy potężne krzyże i zawieszone na nich figury nie pozostawiały obojętnym, kiedy się koło nich przechodziło. Do tego procesje, przechodzące tą ulicą, dziadek, chodzący co dzień na mszę o szóstej rano, stukot setek mechanizmów w jego warsztacie zegarmistrzowskim, zapach gotowanej marchwi i duszonego kurczaka z kuchni babci. To zostaje po prostu w moim DNA. Podobnie jak wiele, wiele innych wspomnień z tego okresu.
Do tego miejsca wróciłem po dłuższej przerwie dzięki bitewnej pasji. Zbieg okoliczności? Hmm, być może. Za tymi czterema oknami i dwojgiem drzwi kryje się całkiem sporo emocji, wspomnień i miłych chwil. Na pewien czas zainstalował się tam bowiem nasz bitewny klub, z małą namiastką ligi, wieloma pojedynczymi potyczkami, wreszcie historycznymi już puszkami i posiadówkami ‘na tyłach’. Ależ to wszystko soczyste i pozytywne!
A skoro dzisiaj serwuje sobie taki prosty sentymentalizm, to niech wpis się zakończy i tym: za oknem czerwiec, za tydzień ługi weekend. Zwykle o tej porze roku biegłem tam z tornistrem po szkole a lata później myślałem o tym, jak posprzątać strych, ustawić stoły i gdzie zmieścić graczy. Nie w tym roku. Tempus fugit. Tylko po co i dokąd?

środa, 3 czerwca 2009

Plan?

No tak. Tak to właśnie jest z planami, że najczęściej nie wypalają. W sumie nie mogę powiedzieć, że całkowicie wszystko poszło źle, bo 2 punkty z mojego zeszłorocznego planu udało mi się zrealizować.
Punkt 1, czyli pomalowanie war bandu do Mordheim w postaci Łowców Czarownic. Oj tak pięknie ich odpicowałem bo mieliśmy grać, nie pograliśmy więc poszli pod młotek – sprzedane.
Punkt 2 także udał się wyśmienicie. Była to Ruś 15 mm do DBA. Skończyłem calutką armię i ponieważ nie bardzo mnie ten system kręci, a i okazji do gry mało, także sprzedałem.
No to by było na tyle z moich postanowień malarskich. Miałem skończyć moją armię Imperium do marca tego roku i nawet przez ten czas nie dotknąłem ich pędzlem. W zasadzie to jedyny punkt nie spełniony ponieważ kolejne zadania mają późniejsze terminy. Mam pomalować armię Krzyżowców, według założenia do końca lipca, ale ponieważ z tego co pamiętam kampania odbędzie się we wrześniu, więc mógłbym sobie ten termin delikatnie przedłużyć. Następny termin jest dosyć odległy. Lipiec 2010 roku to termin pomalowania mojej armii Vampire Counts. Nie jest jednak tak, że nic przez ten czas nie robiłem. Pomalowałem trochę rzeczy na zamówienie czy na sprzedaż. Trzech Shaggoth’ów, dwudziestu Szkieletów, flotę Eldar’ów, Vlad’a von Carstein, dwa Varghulf’y, pięciu Chaos Knight’ów, trzy Dragon Ogry i ostatnio skonwertowanych dziewięciu Black Knight’ów . Trochę się tego uzbierało więc nie żałuję tego czasu, z jednej strony, z drugiej szkoda mi niedokończonej armii Imperium.
Nowe postanowienie? Hm, myślę, że gdzieś między kolejnymi zamówieniami będę próbował podmalowywać moich imperialnych bohaterów. Mam nadzieję, że się uda. Oczywiście chciałbym też pomalować armię Krzyżowców do DBA, aby wziąć udział w kampanii. Więcej nie planuję bo jednak zbyt odległe to terminy.
Na dzień dzisiejszy 2 na 3 punkty planu zrealizowano – to nawet ujdzie.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Rozkład i zgnilizna

Dzisiaj druga część cyklu o konwertowanych Black Knight’ach. Tym razem element górny, czyli jeździec. W tym przypadku nie dawałem wyboru zleceniodawcy i postawiłem go przed faktem dokonanym. Jeźdźcy będą poskładani z Mrocznych Elfów (dokładniej z jeźdźców Cold One’ów), dalej z elementów szkieletów (ręce, tarcze) oraz Grave Guard’ów (głowy). Do tego płaszcze z papieru toaletowego pokrytego klejem Wikol, takie moje wynalazki, ale niestety nie bardzo je widać na zdjęciu.
Malowanie dosyć proste, ogólnie Boltgun Metal pokryty Devlan Mud’em, zmieszanym z Badab Black. Miejscowe „pacnięcia” Vermin Brown, Blazing Orange oraz rozwodnione Scaly Green + Hawk Turquoise, mają dać efekt postarzenia, rdzy i patyny. Płaszcze malowane są rozjaśnianym Catachan Green.
To jest już efekt końcowy mojej pracy i mam nadzieję, że się podoba.

RSS FeedRSS