poniedziałek, 15 lutego 2010

Nowe lepsze

Z opóźnieniem przedstawiam Wam moje nowe stanowisko pracy modelarskiej. Nie chciałem o tym pisać, ale musiałem. A zmusił mnie do tego Brodaty… siłą umysłu, tak mi się wydaje. A było to tak.
Wszedłem do domu i pomyślałem – muszę w końcu napisać tego bloga o tej szafie. Po pięciu minutach siedzenia nad tekstem bloga zagaduje na gadu Bro – „A co za przemeblowanie robiłeś przed sylwestrem?” – pyta. Heh, podejrzany zbieg okoliczności, co?
Moja wersja wydarzeń. Brutal przychodzi do pracy i z nudów zaczyna myśleć – Gobos coś dawno nie napisał bloga, leń śmierdzący. No to go zmusimy – tutaj szyderczy śmiech odbijający się echem po całym studiu. Zaczyna koncentrować Swoje myśli kierując moimi w stronę obiecanego przeze mnie tekstu o przemeblowaniu. – Pisz! Pisz! Pisz! W tym momencie siadam w transie do kompa pchany dziwną potrzebą blogowania.
Wersja wydarzeń Brodatego. – „A to naprawdę przypadek.” – napisał z nutą podejrzanej niewinności w słowach. Heh, jasne, kto mu uwierzy? Madafaka władca umysłów.
Wracając do tematu. Na samej górze szafy graty numer 1, niżej półka do robienia zdjęć, kolejna to wysuwana półka do malowania, na dole półki na graty numer 2 i 3, a na drzwiach mini półeczki na farbki. Jak się Wam podoba?

Nuts! 2.0


Od ostatniej recenzji Nuts! minęło sporo czasu. Czasu, w którym powoli kompletowałem swoją drużynę do tego systemu, ale i w którym powoli spadał mój zapał. Spadał do czasu, gdy od znajomego dowiedziałem się, że dostępna jest nowa edycja zasad. Bardzo mnie to ucieszyło, bo podobno bardzo dużo spraw naprostowali, zasady uszczelnili i dopracowali. Kupiłem więc podręcznik w formacie PDF żeby przekonać się samemu…
Pierwszych kilka stron

Bardzo ładna, kolorowa okładka to pierwsza rzecz, jaką zauważyłem po otwarciu pliku. Oczywiście zasady wydrukowałem niedługo po ich kupieniu ale nie omieszkałem przeprowadzić pobieżnej kontroli zaraz po ich otrzymaniu.

Na samym początku, poza spisem treści, znajduję krótkie wprowadzenie w mechanikę gry. Mamy tam opisowy przykład starcia z wykorzystaniem autorskiej mechaniki Twohourwargames. Następnie bardzo popularne we wszystkich zasadach „Co będziesz potrzebował do gry”, „co oznacza D6 i jak liczyć modyfikatory do rzutów” itp. Jest też pierwsza zmiana w stosunku do poprzedniej edycji. Teraz model nie ma definiowanego przodu, boków i tyłu a jedynie front i tył, których graniczna linia przebiega przez środek podstawki. Już na pierwszy rzut oka zdecydowanie ułatwia to identyfikację kierunku w którym zwrócony jest model.

Ostatnią rzeczą zamykającą wstęp jest „szybki krok-po-kroku” wyboru sił, rozstawienia terenu i rozpoczęcia rozgrywki.

Część pierwsza: piechota

W tej części znajdziemy znane już z poprzedniej wersji zasady bohatera i jego drużyny, zasady reputacji oraz listę atrybutów. Te ostatnie jednak uległy pewnej modyfikacji. Zrezygnowano z systemu losowania (a dotyczy to wszystkich aspektów gry, a nie tylko Atrybutów żołnierzy) z użyciem talii kart i zastąpiono go rzutami D6. Straciliśmy więc pewien smaczek, zyskaliśmy pewne uproszczenie.

Wertując kolejne strony, dochodzimy do list armii. W grze mamy nadal 4 strony konfliktu: Amerykanów, Brytyjczyków, Niemców i Rosjan. Dostępny jest już dodatek do Nuts!, obejmujący wojnę na Pacyfiku i tam można znaleźć kolejne narodowości. W każdym razie Nuts! 2.0 posiada tę samą, co jej poprzedniczka, liczbę nacji. Jednak same listy uległy poszerzeniu. Pojawiły się możliwości rozbudowy niektórych formacji, jak np. amerykańskiej piechoty zmotoryzowanej, której 4 i 5ta drużyna to kolejno drużyna LMG i moździerzy. Również pozostałe listy zostały poprawione i//lub rozbudowane. Nadto opis broni (granaty) został uszczegółowiony. Teraz od razu mamy podaną siłę i zasięg rażenia granatów i przenośnej broni przeciwczołgowej.

Następnie znajdziemy znane już wyjaśnienia używanych grze rodzajów broni, zasady poruszania się, strzelania i testów z tym związanych. W tej wersji zasad obowiązuje już czytelna i jasna zasada używania testu In Sight, który jest podstawowym testem w grze, a z którym były pewne kłopoty i którego dotyczyły erraty do Nuts! 1.0. W tej części znajdziemy również nowy test: Hasty Machinegun Setup, który może pomóc dwójkom z LMG na szybsze włączenie się do walki.

Nowością jest również zasada, którą można znaleźć w części opisującej rozliczanie obrażeń w trakcie i po bitwie. Nuts! 2.0 wprowadzają medyka, który może towarzyszyć drużynie, a który towarzyszy plutonowi w boju. Pierwsza część zasad dotycząca piechoty kończy się krótkim scenariuszem, który jest rekomendowany jako najlepszy sposób na sprawdzenie ich w praktyce.

Cześć druga: pojazdy

Dział z pojazdami również doczekał się obszernej aktualizacji. Po pierwsze pojawiła się możliwość dowodzenia nie drużyną piechoty a plutonem pojazdów! Coś dla miłośników starć z udziałem głównie pojazdów i jedynie wsparciem piechoty. Na początku działu znajdziemy znane z poprzedniej wersji zasad wyjaśnienie ról, jakie spełniają poszczególni żołnierze w przypadku 5, 4, 3 osobowej lub mniej licznej załogi. Następnie mamy opis poszczególnych statystyk pojazdu dotyczących jego pancerza i uzbrojenia. Same listy pojazdów zostały rozbudowane a statystyki dopracowane. Pojawiły się od razu dane dotyczące ilości załogi, w tym załogantów obsadzających wieżę albo „wannę” pojazdu. Mamy również informację jaką dodatkową broń posiada pojazd, jak silną i o jakim zasięgu ma amunicję type High Explosive, ilu dodatkowych żołnierzy może przewozić i czy np. nie ma bonusów wynikających z niskiego profilu (np. niemiecki Sturmgeschütz III). Tabele uwzględniają również szereg innych, drobnych zasad dotyczących niektórych pojazdów.

Zaraz za tabelami z pojazdami znajdują się również listy z działami przeciwpancernymi i tak jak wyżej, mamy rozbudowane statystyki dla pocisków AP i HE.

Kolejne strony to, tak jak w przypadku sekcji dotyczącej piechoty, zasady poruszania, strzelania, przejeżdżania przez przeszkody. Pojawiła się za to jasna identyfikacja części pojazdów. Ich frontu, boków i tyłu. Bardzo istotna, bo w zależności od atakowanej części pojazdu, zniszczenie go jest łatwiejsze lub trudniejsze. Pojawiła się również zasada atakowania pojazdów pociskami HE. Koniec sekcji to tradycyjnie zasady postępowania z uszkodzonym pojazdem po bitwie.

Część trzecia: budynki

Króciutki rozdział podający rodzaje budynków i odpowiadające im współczynniki wytrzymałości. Mamy też, tak jak w przypadku sekcji dotyczącej piechoty, krótki scenariusz z udziałem pojazdu.

Część czwarta: teren

Cały dział opisuje sposób generowania pola bitwy, definiuje różne rodzaje terenu i to, jak wpływają na grę.

Część piąta: kampania

W tej sekcji znajdziemy rozbudowane zasady do gier solo lub po te samej stronie. Pojawiły się zasady Enemy Level Acticity oraz Suport Level, nowe zasady losowania misji oraz uproszczony sposób ustalania pojawienia się wsparcia (w oparciu o ELA i SL). Zmianie i rozbudowie uległy również tabele wsparcia listy pojazdów, które zwykle się przy tej okazji pojawiały (np. Brytyjczycy mogą wylosować Churchill Crocodile). Smaczkiem są również znane już z poprzedniej wersji zasady przyznawania odznaczeń za wybitne osiągnięcia na polu walki oraz adoptowany do nowych zasad mechanizm zwiększania reputacji dla żołnierzy.

Na samym końcu znajdziemy to, co chyba na pewno znaleźć można było w pierwszej wersji zasad na samym początku, a mianowicie genezę powstania zasad Nuts! i dość kontrowersyjną dla wielu, informację dlaczego Nuts! nie ma systemu punktowego.

Słowem podsumowania

Nowe zasady prezentują się znacznie lepiej niż pierwsza ich wersja. Reguły są bardziej zrozumiałe, strony i tabele bardziej czytelne. Pojawiło się sporo nowych zasad urozmaicających grę ale i trzon pozostał bez zmian. Dzięki temu mamy starą grę w nowej jakości. Widać, że autor nie chciał sam siebie zadziwić a jedynie rozjaśnić kilka szarych stref… I mimo tego, że początkowo nie mogłem znaleźć rozwiązania kilku nurtujących pytań, to po dokładnej lekturze wszystkie moje wątpliwości, np. dotyczące używania moździerzy (co tez jest nowością) zostały szybko wyjaśnione. Jeśli jednak pojawią się trudności, których podręcznik jednoznacznie mi rozwiąże, zawsze mogę zapytać w grupie Twohourwargames na portalu Yahoo.

Jednym słowem: Nuts!

Michał Ciemniewski

Kompania Braci

Podwójnie spojrzenie

Lepiej późno, niż wcale? Tak, w tym wypadku to sama racja. Dlaczego? Po pierwsze serial ‘Kompania Braci’ zobaczyłem pierwszy raz kilka lat po jego premierze, a dokładnie osiem. Po drugie, książkę o tym samym tytule, na kanwie której powstał serialowy scenariusz, przeczytałem na samym końcu, po obejrzeniu filmu właśnie.

Zacznijmy więc od końca, czyli od książki wydanej w 1992 roku.  To pozycja ‘do połknięcia’ w kilka dobrych godzin. Popełnił ją amerykański historyk i pisarz Stephen Ambrose (1936-2002), autor książek o tematyce II wojny światowej, również biograf dwóch prezydentów USA. Ambrose, opierając się na kronice kompani E (Easy), 506-ego regimentu 101-szej Dywizji Powietrzno-Desantowej Armii Stanów Zjednoczonych oraz oczywiście na wspomnieniach jej weteranów, prowadzi  czytelnika szlakiem bojowym oddziału - od obozu szkoleniowego w Taccoa i wzgórza Curahee w Stanach Zjednoczonych (jest rok 1942) po alpejskie Orle Gniazdo nazistowskiego dyktatora, gdzie do amerykańskich żołnierzy dociera informacja o kapitulacji III Rzeszy...

Choć autor prowadzi nas tym szlakiem w suchym, komentatorskim stylu nie można się od lektury oderwać , czytając przywołane, rzeczywiste dialogi, wspomnienia oraz pojedyncze opinie żołnierzy kompani E, poznając fakty z żelaznego szkolenia, przede wszystkim biorąc udział w kolejnych operacjach zachodniego frontu, w których Easy czynnie walczyła. A tych ostatnich jest oczywiście sporo – lądowanie w Normandii w przededniu D-Day, Holandia i Market Garden czy niemiecka zimowa ofensywa w Ardenach i oblężenie Bastogne, wreszcie Alpy i ostatnie zadanie – Austria, w okresie między końcem wojny a ostatecznym terminem demobilizacji. Stwierdzam, że dobrze zrobiłem, że przeczytałem książkę po obejrzeniu serialu. Po pierwsze mogłem potwierdzić jego zgodność historyczną, po drugie uzupełnić wiedzę o te obszary, o których serial nie opowiada. I nic dziwnego, bo zwykle książki są znacznie szerszym źródłem niż film. Czy z książki wieje patosem? Na szczęście nie. Jest to rzetelnie przedstawiona historia sławnego oddziału, jednocześnie hołd dla ludzi, którzy go tworzyli. Pomimo suchego stylu ładunek w opowiadanej historii jest spory , czego oczywiście można spodziewać się po tematyce – wojna, widziana oczami ludzi walczących w pierwszej linii, doświadczających  związanych z taka sytuacją emocjami. Może w kilku momentach powiało idealizmem (czy idealizowaniem), w kilku szowinizmem (np. opinie o poszczególnych nacjach, jakie armia amerykańska miała możliwość wyzwalać spod niemieckiej okupacji), ale to raczej sporadyczne przypadki. Poza tym pomniki można stawiać bohaterom wojennym na różne sposoby. Było, nie było uważam, że każdy szanujący się miłośnik historii II wojny światowej powinien ją przeczytać.

Co do pomników, takowy członkom Easy na pewno postawili swoim serialem „Kampania Braci” (2001) jego twórcy. Jest to pomnik monumentalny, śmiem twierdzić, że również w kategoriach samej kinematografii (weźmy budżet serialu, wyliczony na ok. 125 milionów dolarów). Za tym filmowym, dziesięcioodcinkowym przedsięwzięciem HBO stoją takie nazwiska jak Spielberg (produkcja) czy Hanks (scenariusz) oraz spora rzesza doskonale dobranych aktorów, jako że film (no i oczywiście prawdziwa historia) nie ma jednego, głównego bohatera. Z pewnością nie jest to też ekranizacja powieści Ambrose’a – jest to  ekranizacja losów kompani Easy, ludzi, którzy ją tworzyli a książka pomnik, o czym wcześniej pisałem, okazuje się być tu punktem wyjścia. Nie wiem kto , oglądając serial, jest w stanie pozostać na niego obojętnym, i to z wielu powodów. Można zapytać, z jakich? Na pewno aspekt wizualny (zdjęcia, efekty, rekwizyty i ich autentyzm historyczny) to jedno. Przyznać trzeba (i to nic odkrywczego), że Amerykanie ‘to potrafią’ kręcić filmy wojenne. Przy tej okazji  nasuwa się porównanie do filmu ‘Szeregowiec Ryan’ – serial bije go tu o klasę, jeśli można tak powiedzieć. Realizm (i naturalizm) scen oraz sekwencja i sposób ich kręcenia trzymają w napięciu i prowadzą do refleksji  „to musiało tak wyglądać”. Tym samym do refleksji trudnej, momentami wstrząsającej. Drugi z powodów, o którym muszę napisać osobno, to muzyka. Zwykle zwracam na nią szczególną uwagę. Michael Kamen i Robert Elhai stworzyli doskonałe tło do opowiadanej opowieści: mało patetyczne, minorowe, miejscami niepokojące i, znów to skojarzenie, refleksyjne. W połączeniu ze zdjęciami dostajemy momenty, których nie sposób zapomnieć. Wymienię choćby jeden, mianowicie dzienne lądowanie w Holandii w ramach operacji Market Garden, wręcz poetyckie w odbiorze. Trzeci z powodów to sposób opowiedzenia całej historii. Twórcy posłużyli się doskonałym zabiegiem narratorskim – każdy odcinek opowiedziany jest przez innego członka oddziału, często w pierwszej osobie. Dzięki temu opowieść staje się jeszcze bardziej realna, pozwala poznać myśli i odczucia prawdziwych weteranów – ci zresztą pojawiają się na moment na początku każdego odcinka, wspominając czy komentując, dając niejako przedsmak opowiedzianej dalej historii . Innymi słowy serial to nie tępa rąbanka, w której efekt specjalny goni efekt specjalny. Zdecydowanie większy nacisk, w moim odbiorze,  położona na aspekt ludzki – człowieka w środku okrucieństw wojny, jego emocji, uczuć i odczuć, refleksji które mu towarzyszą, drogi wewnętrznej, jaką przemierza, tego, kim się w efekcie staje. W znakomitej większości są to opowieści poruszające, na które dodatkowo spojrzeć można z dwóch perspektyw – jednostek i grupy, jaką tworzą. Całość odbieram jak powieść drogi: od srogiego treningu przed wyruszeniem do Europy, gdzie zapał i naiwność młodych zmaga się z wybojami regulaminu, gdzie rodzi się swoista więź, poprzez pierwsze akcje bojowe, prowadzone niemalże z fantazją (Normandia) do piekła ardeńskiej zimy i związanych z nią dotkliwych strat w zabitych, rannych i mentalnie okaleczonych żołnierzach, po ostatnie akcje 45 roku i nadzieje na przeżycie wojny. Jest to opowieść drogi, która pozwala zrozumieć, dlaczego użyto sformułowania  ‘Kompania Braci’ – pozwala zrozumieć jego genezę, chrzest bojowy i piekło, przez które przechodzi, doświadczenia, dzięki którym nie pozostaje tylko pustą nazwą.

Klasyczny już niemal serial, rzetelna książka – warto poświęcić kilkanaście godzin dla tej opowieści. Opowieści o ludziach, którzy tworzyli historię, musieli znaleźć się w wojennej rzeczywistości, pokonać samych siebie i wroga, z którym przyszło im walczyć, odpowiedzieć nie raz na pytanie, czym są granice ludzkich możliwości.

Adrian Stolarczyk

czwartek, 11 lutego 2010

PRIMO VICTORIA... prawie...

Wpis dedykowany MiSiOwi. 


Tak się zdarzyło, że wpadłem ostatnio do sklepiku modelarskiego w Żywcu, kupić parę pędzelków. No i jakoś tak w oczy rzuciła mi się... łódź z lądowania w Normandii produkcji Airfixa. Jako, że ostatnio dziwnym trafem na okrągło słucham Sabatonu... to niewiele myśląc (o MiSiU i jego NUTS!) zakupiłem model, plus mały dodatek (jeszcze czarny na zdjęciu), marząc w duchu o rekonstrukcji lądowania na plaży, rodem z Szeregowca Ryana. Jako, że zapowiadał się spokojny wieczór, miałem nadzieję, że szybko złożę modele, pomaluję i wystawię na bloga pod sztandarem utworu Primo Victoria Sabatonu, wywołując u kolegi MiSiA oczopląs i niedowierzanie... Jednak okazało się, że modele airfixa zaplanowały dla mnie istny D-Day.

      Dzisiaj piszę ten wpis poklejonymi palcami, a na zdjęciu widać że modele ledwo dotarły do etapu podkładowania. Higgins jest przejechany biała przecierką, żeby było widać choć trochę szczegółów... Tyle udało mi się dla niego zrobić, i coś mi się wydaje, że nie prędko do niego wrócę... A wracając ze sklepu planowałem, że może jeszcze ze 2 sobie takie kupie + 3 x 36 Amerykanów...

      Powiem tyle, że przy sklejaniu tego modelu przy życiu trzymała mnie tylko myśl, że gdyby nie te łodzie i ich załogi, ich niezłomność i odwaga, to dzisiaj nie piłowałbym plastikowych modeli, tylko pewnie jakieś śruby w fabryce czołgów Panther X3... Dlatego, mimo, ze kilkakrotnie miałem totalnie tego wszystkiego dość, nie czułem palców, klej żarł w oczy, a cały model nawet po usłyszeniu miliona najlepszych (najgorszych?) moich przekleństw nie chciał się trzymać w kupie... skończyłem chama! I jestem z siebie dumny, mimo że VICTORIA nie była do końca pełna...

Teraz czeka mnie wybór gromadki, którą na łódkę wpakuję – zapewne trzeba będzie poradzić się MiSiA.

      Fakty na temat pokazanych modeli podam na blogu jak je pomaluję. Na razie powiem tylko, że z tym drugim trochę nie trafiłem, bo na froncie europejskim był raczej rzadko widywany. Z obowiązku podam jeszcze nazwy: po lewej L.C.V.P „Higgins Boat”, z luku wyjeżdża Jeep Willys, po prawej: LTV 4 Buffalo.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Naprzód bracia!

Ostatni raz pisałem o tych panach jakieś osiem miesięcy temu. Wtedy to kończyłem pierwszą partię oddziału. W zasadzie niedługo potem dokończyłem resztę, ale powstał problem: kompletnie nie miałem pomysłu na podstawki. Dlatego wojownicy kawał czasu gnili (!) w szufladzie. Ostatecznie wpadłem na pomysł, którego katalizatorem była glina modelarska (dzięki niej także Boss orków ma na czym stać). Na podstawkach wylądowały więc łupki z gliny, trochę „statica” i kałuża zielonkawego g…, które powstało z mieszanki odpowiednich kolorów i błyszczącego lakieru. O technice malowania już pisałem, więc nie będę strzępił klawiatury, buech, buech. Wykorzystałem części z box’u nowych plastikowych rycerzy, kosę pożyczoną od regimentu zombiaków, i godło Nurgla używane przez Chaos Marines w 40 millenium.
A po co to wszystko? Odpowiedź jest starsza niż ten blog, ba starsza nawet niż cały „Zgiełk”. Wiąże się to z pewną koncepcją, która niestety realnych kształtów nabiera w chwili, gdy armia chaosu jest już nieodwracalnie rozbita na trzy części. Ale nic to, sprawę doprowadzę do końca, bo musicie wiedzieć, że Pan Rozkładu ma wiele sług, zarówno nie z tego, jak i z tego świata. Do następnego wpisu!

czwartek, 4 lutego 2010

Rogaty taboret

Po pierwsze dobra wiadomość dla ‘Lizardmen Slann Mage-Priest’, jak oficjalnie nazywa się jego wielebność: taboret się znalazł, w całkiem dobrym stanie. Szybka akcja skinkowskiej policji i przechwycono niecnych kradziejów a stołek odbito. W zasadzie wyszedł z opresji cało, lekko go tylko zarzuca na skrętach. Dochodzenie, kto był zleceniodawcą, wciąż trwa. Po drugie zła wiadomość dla mnie: kompletnie nie wyszło mi malowanie rogów. Bo slannowski stołek jest całkiem rogaty. Podstawowym błędem jest zbyt niestaranne przejście z ciemniejszego obszaru rogów w jaśniejszy - w tym miejscu estetyka zawodzi. Nie znalazłem jednak determinacji, cierpliwości ani chęci do poprawki. Brzuszysko za duże mam, pewnie dlatego. Po trzecie nie-wiem-jaka wiadomość dla brutala: podmalowałem na żółto powieki, żeby uzyskać ‘focal point - ten jest dla publiki. Drugi, specjalnie dla brutala, namalowałem slangowi tam, gdzie jego plecy kończą swoją szlachetną nazwę… Żartuję Kolego! Dość mojego biadolenia, komentarzy czas.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Przy okazji...

Obok na Zgiełku zaczęła się nasza „mała” Tytaniczna zabawa, a ja, korzystając z okazji i z euforii, która temu zdarzeniu towarzyszy, chciałem coś naskrobać, żeby i mnie Blogusław nie znienawidził. Tak więc chciałem się podzielić radością zarówno grania, jak i malowania. Niedawno (praktycznie na gwiazdkę) kolega kupił nową edycję gry Talizman – Magia i Miecz. No i tak się jakoś zdarzyło, że jestem właśnie po drugiej sesyjce w rzeczoną gierkę. I muszę przyznać, że rozrywka jest genialna! Przy lampce wina, czy też coli, co kto woli, wśród śmiechu, głupkowatych komentarzy i całej tej otoczki towarzyszącej graniu w grę planszową, a także w RPGa, czy nawet w grę figurkową! Genialnie MiM łączy te wszystkie rzeczy tworząc całkiem nową jakość. Tak to widzę. Przyznam się, że to mój pierwszy kontakt z ta kultową serią.

Co zaś się tyczy malowania, jak zobaczyłem, że do gry dołączone są figury od razu zaproponowałem koledze, że mu je popaćkam. No i w ten sposób na warsztat trafiły żabska i druid. W kolejce siedzą już assassyn, czarownica, czarnoksiężnik, wojownik, krasnolud i mnich. Postaram się nimi pochwalić – być może w niedalekiej przyszłości, o ile bogowie pędzla i zakrzywiania czasoprzestrzeni pozwolą...

JA jezdem szefem!

Uff, wreszcie go skończyłem. Pierwotnie miałem zamiar malować Bossa na końcu, ale po powrocie z Niepołomic (tak, wtedy się za niego zabrałem) miałem dosyć małych figurek i seryjnej roboty, nabrałem więc chęci by popracować nad pojedynczym modelem. Padło zatem na szefa. Z czasem (i ochotą) na malowanie było różnie, więc zajmowałem się nim z doskoku, co było czasem frustrujące, bo znacznie oddalało w czasie perspektywę ukończenia figurki. Muszę powiedzieć, że z końcowego efektu jestem zadowolony (tytułem eksperymentu dodałem wycinki tych elementów, które uważam za najbardziej udane) – w dużej mierze jest to zasługa fluidu maskującego, którego użyłem do obdrapanych żółtych blach. Podstawka też wyszła nieźle. Tu byłem pod wyraźnym wpływem prezentowanej na ostatnich Polach Chwały i opisanej na Zgiełku wspaniałej armii Kartaginy – były tam podstawki wykończone glinką modelarską. Ja użyłem płytek wykonanych z tego właśnie materiału.
Ach i jeszcze jedna wstydliwa sprawa. Właśnie do mnie dotarło, że kilka dni temu minęła d-r-u-g-a rocznica założenia przeze mnie bloga. Wynik 2 lata = 12 wpisów. Nawet Boss umiałby do tylu policzyć (Nawet Boss!? Przedefszystkiem Boss! Fkońcu jezdem szefem, nie!?). Wychodzi średnio 6 wpisów rocznie… Ten rok jest rokiem niezwykłych wydarzeń: dwie bitwy z Brutalem w ciągu miesiąca (a trzecia na dniach), Brutal maluje(!) klocek krasnoludów, nie kupuje nowych figurek, myśli o założeniu bloga… Więc zakończę niezwykłą deklaracją: w ciągu najbliższego miesiąca napiszę 6 odcinków bloga – wyrabiając tym samym normę roczną a jeśli się nie uda to niech… Zostaw! Gdzie mi z tym powerclawem!? Powiedziałem „JEŚLI SIĘ NIE UDA” a nie „TERAZ” o w mordę…, RAAAAAAAAAAAAAATUUUNKUUUUU!

Autumn Sentinels

 …and there will be no peace nor slow passing
 as the Asrai will witness sudden destruction and 
brutal death from those, who claim themselves
 to be the followers of  Wild and Dark Gods…
Naieth the Prophetess

Przypisywane przepowiedni Naieth
datowanej na rok 2512 wg Kalendarza Imperium

kolekcję dedykuję Tsarowi

Prehistoryczny mit mówi, że gdy Matka Bogów wydała swe ostatnie tchnienie, jej ciało wzniosło się w przestworza. Z jej łez powstały morza i rzeki, z kości góry a z oddechu wiatr. Jej śmiech słychać w śpiewie ptaków, jej smutek w szumie morza , jej szept w leśnych strumieniach. Z jej włosów utkały się  nici losu wszystkich żyjących istot,  a z jej mleka rozlał się księżyc i gwiazdy. Legenda mówi, że gdy powstawał świat, kilka z kropli z Matczynej piersi  upadło nie ziemię. W miejscach tych narodziły się wiecznie zielone puszcze, nieprzebyte mateczniki,  oazy, w których niezakłócona harmonia przyrody trwała w swym nieśmiertelnym cyklu narodzin i śmierci. 


Czas płynął, powstawały  i upadały narody, rasy, całe cywilizacje. Świat, jak niemy świadek biegu historii również zmieniał swoje oblicze. Lądy tonęły pod wzburzonymi falami oceanów, tam, gdzie kiedyś wznosiły się potężne szczytu ziały teraz przepaści. Szczęk walczących armii mieszał się z krzykiem konających, powietrze pulsowało, rozrywane mocą. Wojna stała się częścią świata, piątym żywiołem.


W zachodniej części Starego Świata, między dzisiejszym Królestwem Bretonii a Cesarskim Imperium, otoczony półkolistym pasmem potężnych Gór Szarych stoi starożytny las Athel Loren. Tak, w każdym razie, nazwany został przez lud, który go zamieszkuje, lud Asrai, Leśnych Elfów.  Ponieważ historię świata jak i leśnego ludu opowiedziano szerzej w innym miejscu, tu należy jedynie powiedzieć, że Asrai to potomkowie tych Elfów, którzy pozostali w Starym Świecie, zwanym przez nich Elthin-Arvan, odmawiając powrotu na wyspiarski kontynent Ulthuan. Kiedy (wg Kalendarza Imperium w roku -1589) Król Feniks Caradryel wezwał kolonistów do powrotu i walki o rodzimą wyspę, część z nich zdecydowała się pozostać deklarując jednocześnie niezależność od tronu. Ostatnie armie opuściły Stary Świat w roku -1501, nadmorskie twierdze opustoszały. Z czasem ci, którzy zostali, zebrali się w jeden lud i zamieszkali w głębi starożytnego lasu. W ten sposób, od kilku tysięcy lat  trwa  pełna nieufności, bólu i próby symbioza, w której las i jego pierwotni mieszkańcy wraz z nowymi, a zarazem wciąż obcymi przybyszami, wiodą odizolowaną egzystencję, broniąc niewielkiego terytorium przez stałym niebezpieczeństwem z zewnątrz. 


Wśród dzisiejszych mędrców są tacy, którzy uważają, Athel Loren stoi w miejscu, kojarzonym z mitycznym powstaniem świata, a więc niezwykłym miejscem mocy, fontanną życia i wiecznego odradzania się. Opowieść ta podziela ich zdanie , bowiem z czym innym kojarzyć nieustanne zagrożenie, przed jakim stoją mieszkańcy Athel Loren, walcząc o swoje przetrwanie. Coś, nienazwany fenomen, pierwotna moc przyciąga zarówno siły zła, które raz po raz wyciągają poń swoje ręce, jak i sprawia, że wieczna straż czuwa.


Czymkolwiek jest, moc owa słabnie. Athel Loren, niegdyś wiecznie zielony, potem podany cyklowi pór roku, z każda dekadą, z każdym stuleciem ten ostatni bastion prastarych puszcz przemija. Loren przeżywa jesień swoich lat i gdyby nie wspólny trud istot, które go zamieszkują, stałby dzisiaj w objęciach wiecznej zimy. 


Wschodnie rubieże lasu, miejsca w pobliżu górskich przełęczy, będących naturalnymi drogami niszczycielskich rajdów, są szczególnie bronione. Nieuchwytne, groźne, choć niewielkie grupy wojowniczek i wojowników pełnią tu nieustanną straż, gotowe zatrzymać i zniszczyć każdego intruza. Według wielu obecny rok przynieś ma jednak zniszczenie, pożogę, śmierć i chaos,  jakiego nie pamiętają najstarsi. Nadchodzi czas próby. Jesień przesila się, chyli ku końcowi.

Rozdział 1
Ostrzeżenie

When Athel Loren goes to war the Glade Guard form the bulk of the army, a deadly core of skilled archers that can often put a foe to flight before the battle has truly joined.


Księga Wood Elves, 2005

Przygodę z nową kolekcją rozpoczynam od podstawowego regimentu łuczników (i łuczniczek!) w ilości dziesięciu strzelców, obowiązkowo z grupą dowodzenia (klimat przede wszystkim). Jeśli chodzi o łuk, to niewątpliwie elita wśród jednostek Core – BS na poziomie 4, zasada +1 do S na bliskim zasięgu jak i brak ujemnego modyfikatora do strzałów po ruchu powinny dać mi w walce niejakie korzyści. Czy się spiszą na stole zależy w głównej mierze ode mnie. Jednak temat grania zostawiam na inną okazję - to na razie zbyt odległa perspektywa. Dzisiaj prezentacja pierwszej dziesiątki Strażników Jesieni.



Po prawdzie to bodaj drugi regiment plastikowy ze stajni GW, jaki dotychczas samodzielnie złożyłem. Zalety podobnych zestawów są nie do przecenienia – możliwość sklejenia różnych póz, kombinacji kończyn czy ekwipunku powinny zaspokoić każdego modelarza, który lubi mieć unikatowe wzory w swojej armii. Tutaj jednak, mam wrażenie, nie specjalnie się wysiliłem i podszedłem do montażu dość zachowawczo.

Moim zamiarem był i jest koherentny wygląd całej kolekcji. Zielona ( a więc wiosenna czy letnia) interpretacja z podręcznika była zbyt oczywista.  Zimową zaproponował już ktoś inny (odsyłam do Midwinter Glade by Joe Sturge – monumentalna rzecz), więc mało oryginalnie. Po trochu więc drogą eliminacji, po trochu własnych chęci została mi pora roku kojarzona z umieraniem czy przemijaniem. Inspiracji nie trzeba wcale daleko szukać – jeden październikowy spacer i od razu złapałem natchnienie. Tym samym kolorystkę oparłem na jesiennych barwach, a więc na warsztat trafiły brązy i czerwienie. Dość łatwo i szybko operuje się tu cieniem a przecież armia ma mieć stołowy standard a nie walczyć o światowe trofea modelarskie. Postanowiłem też ‘przyłożyć’ się do podstawek – jeszcze nie wyrobiłem sobie o nich do końca zdania i mam drugą alternatywę w kieszeni oraz trochę czasu, żeby ostatecznie zdecydować. Pierwszy regiment proponuję więc sobie na razie w opcji nr 1. Podejrzewam też, że będę się musiał nieco postarać w temacie konwersji – znając moich znamienitych Kolegów, w swoich armiach na pewno pokażą klasę. Poza tym na turniejach zwykle ocenia się wizualny aspekt kolekcji i daje także punkty za oryginalność konwersji. U mnie z tym warsztatowo krucho więc czas zacząć wizualizować sobie ten cel. Pomysł na razie mam jeden, pomoże mi w nim właśnie elastyczność plastikowych zestawów. Do usłyszenia za miesiąc.

Oddział elfów w brązowych płaszczach przemierzał bezszelestnie starożytną  puszczę.  Ostrzeżenie o zagrożeniu i wezwanie do wymarszu dotarło jeszcze przed świtem. Grupa sprawnie zwinęła mały obóz i ruszyła w drogę. Ciszy wędrówki nie mącił bodaj najmniejszy hałas, szmer czy szept.  Umysły, wsłuchując się w otaczającą je muzykę lasu, wybiegały w przyszłość, na spotkanie nienazwanej groźby…



Regiment
Typ: łucznicy (glade guard) + pełny CG
Ilość: 10
Koszt w punktach: 144 pkt
Koszt w złotych: 67 zł

Stan posiadanych figur: 91,58%
Stan złożonych figur: 22,11%
Stan pomalowanych figur: 10,53%

Adrian Stolarczyk

Plugawa Kompania

I. Danse macabre

Im dalej szedł na północ tym robiło się zimniej. Małe płatki śniegu zaczęły spadać z nieba. Spojrzał na kilka, które dotknęły jego ciała i natychmiast roztopiły się. Wygnali go. Był wściekły, chociaż i tak zawsze czuł niepowstrzymany gniew, teraz mógł go chociaż precyzyjnie ukierunkować. Właśnie dlatego stał się renegatem. Rada Najwyższa nie mogła więcej znosić jego chaotycznych i destruktywnych działań. Wygnali mnie, Barona! Ech, już nie Barona, przynajmniej według Rady. Zabrali tytuł i pozbawili honoru. Ucierpiała na tym jego duma, a ponieważ jest wielka, więc wielce ucierpiała. Ale on wróci i zemści się, odbuduje swoją potęgę, zbuduje armię i wróci.
- Wrócę! Obiecuję Wam to! – wykrzyknął w pustkę, a jego straszliwy wrzask odbił się echem, płosząc kilka wron, które jakimś cudem znalazły się na tym odludziu.


– Bracia, heh – dodał kpiąco, z obrzydzeniem w głosie.
Zapuścił się już tak daleko, że nawet nie wiedział gdzie jest. Tylko jego czuły węch pozwalał mu wyczuć, że zbliża się do osiedli ludzkich. Tam gdzie są ludzie będą też i trupy, to były zawsze nierozłączne rzeczy. Uśmiechnął się do siebie na tą myśl. Był już straszliwie głodny, wiele dni wędrówki w mrozie i śniegu, bez kęsa pożywienia zaczęło dawać się we znaki. Wiedział jednak, że większość jego „braci” nie przetrwałaby takiej podróży, pewno na to liczyli, ścierwojady. Był silny i wytrzymały jak bestia. Był bestią. 






 Przez białą zawieję zamajaczyły jakieś kształty – Kislev – wypowiedział i przyśpieszył kroku. Jego nowy dom. Nie mógł wejść do miasta  - to była wada wynikająca z jego zalet, bez których by nie przetrwał. Musiał poszukać miejsca, gdzie ludzie przychodzą rzadko, bo nie lubią tam przychodzić. Nawet przy takiej pogodzie szybko wyczuł kierunek, wiedział gdzie iść. Wyczuł też coś więcej. Na cmentarzu było „tłoczno”. Szeroki grymas uśmiechu pojawił się na jego ustach, ukazując straszliwe zęby. Większość ludzi zmartwiałaby na ten widok. Łatwe ofiary, ale jeszcze nie teraz. Musi nabrać sił. Zbliżył się do okropnego, zaniedbanego cmentarzyska. Nie wyglądało na „aktywne” pomyślał zdziwiony. Więc skąd ten zapach, czy jego nos go okłamał? Niemożliwe! Przedzierał się przez rozsypujące i zarośnięte grobowce, szedł w stronę gdzie musiały czekać upragnione „skarby”. Jest! Jego oczom ukazał się straszny widok, wyszczerzył się w uśmiechu, nie dziwił się, że nikogo tu nie było. Przed nim leżał ogromny stos na wpół zgniłych olbrzymich wilków.






Na szczęście w odpowiednim momencie przyszedł niespodziewany mróz i wszystko uroczo zakonserwował. Ludzie i tak nie byli w stanie pogrzebać ubitych wilków w ziemi. Los mu sprzyjał. Wilki wyraźnie nosiły znamiona Chaosu. Kislev jest na tyle blisko Pustkowi, że nietrudno tu o spaczenie. Podszedł bliżej zadowolony. Jego olbrzymie, zdeformowane ciało wyprostowało się. Wzniósł do góry ramiona, których dłonie zakończone były olbrzymimi szponami. Wykrzyknął inkantację. Wydawało się, że nic się nie stało. Nagle ze stosu trupów zaczęły dobiegać okropne chrzęsty i dźwięki przypominające łamanie kości. Wilki zaczęły się ruszać. Obrzydliwe ścierwa, jeden po drugim stawały chwiejnie na nogi, a po chwili stały już na nich pewnie. Z oczu bił zielony trupi blask, a z pysków wydobywała się para, jakby gęsta i o podobnej poświacie. Stworzenia wydobywały z siebie przerażające dźwięki dyszenia, warczenia i skowytów. Wszystko było jakieś nienaturalne, martwe. Wampir wybuchnął głośnym śmiechem – Tańczcie moje słodkie, tańczcie w makabrycznym tańcu nieżycia!





* * *

Odkąd postanowiłem zebrać armię Vampire Counts wiedziałem, że chcę czegoś innego, nietypowego, czegoś, co zaciekawi i zatrzyma wzrok innych graczy. Jednym z powodów nietypowości były też kiepskie modele GW. Było to za czasów, kiedy jeszcze nie było reedycji tej armii i wiele starych figurek mi nie odpowiadało. W nowej edycji pojawiło się trochę ciekawszych modeli, jednak co najwyżej skuszę się na jakichś bohaterów.



Co dalej o kształcie armii? Chciałem żeby była brudna, obtargała, zniszczona. Miała być to armia renegatów i wygnańców, błąkająca się po Starym Świecie. Błąkać się miała na ośnieżonych i zmarzniętych terenach Kislevu. Dziś przedstawię Wam jeden regiment oraz wodza naczelnego tej nieszczęśliwej ferajny. Na czele armii stanął wampir Strigoi. Jest to rasa, czy może bardziej, odmiana wampirów bestii. Trochę bezrozumny, ale bardzo silny fizycznie. Pierwszym oddziałem natomiast jest przedstawiony już w tekście regiment dziesięciu nieumarłych wilków Dire Wolves. Figurki nie są dedykowane pod armię VC, są to wilki armii chaosu z poprzedniej edycji – Chaos Warhounds. Mam nadzieję, że armia się spodoba. W dalszych odsłonach otrzymacie więcej regimentów, więcej zdjęć i trochę więcej historii.

Pomalowane: 11 modeli (5,44%)
Ilość punktów: 190 (5,77%)

Jakub Gowin

Grusomhet's Claws

Graveland - Tyrani okrucieństwa


Oto śmierć zesłała swoje anioły
Zwiastuny wojny, bólu i trwogi...
W blasku słońca lub w ciemnościach nocy
Oni mroczni Tyrani...
na swych czarnych rumakach przemierzają ziemie...


Berła trwogi i sztandary chaosu
I krzyk bestii który przecina pustkę...
W dniu kiedy lęk i strach obejmuje swe królestwo
Demony wojny, tyrani...
Wołają przez otchłanie przestworzy


Ze wzgórz cień rozpościera się nad dolinami
Dudnienie i warkot oraz dziki śmiech diabelskich rumaków
Wkrótce krwi spragnione napiją się z rzek...
W krwawej łuny blasku...
Pośród ciał zabitych w śmiertelnej bitwie...


Przeklęty ten dzień kiedy tysiące mieczy
Z łoskotem roztoczą swą melodie śmierci
We krwi zbroczone i w ciałach nieprzyjaciół zatopione
Okrutnym tryumfem i ponurą sławą
Zwycięskich Tyranów pochód ogłoszą...


Władcy wojny śmiechem swym upiornym
W tym boju nagrodzą najdzielniej walczących
Bowiem z ziemi gdzie śmierć zagościła...
tylko nieliczni ujdą z życiem swym....


Przeklęta to chwila, ponury to dzień
Kiedy gniew bestii trwogi, niczym szary cień
Opadnie na twą ziemię, wołając do ciebie głosem krwi
Niczym magiczny zew, obudzi twoją żądzę walki


W ogniu walki, w wojennej pożodze
Okrutnych panów, unosi się dziki śmiech
Na polu nienawiści pośród zgiełku walki
W sidłach potężnej i okrutnej woli 
Nasze imiona skradzione zostaną przez wiatr...


Przeklęty to dzień kiedy kruk na niebie
Załopocze czarnymi skrzydłami
Tam gdzie wojny prowadzi szlak
Tam podążymy za nieszczęsnym swym losem
Na wieczny bój, za potężnej woli okrutnym głosem...
Tam gdzie podążyło już wielu
Lecz nikt nie powrócił już żyw...
Tam gdzie nasze imiona wiatr...
Na wieczność zmiesza z popiołem...


autor: Robert "Rob Darken" Fudali

Prolog – pierwsze oznaki zimy

- Psiakość, ale wieje – na głos pomyślał Fredric już po kilku krokach od wyjścia z namiotu strażników. Mocniej owinął się w płaszcz, zasunął kaptur na głowę. Matka natura wzywa, nie ma rady, z nią się nie dyskutuje. Odszedł jeszcze kilkanaście kroków za rozświetlający mrok blask obozowych ognisk. Nie lubił tego robić przy publice. Stanął na granicy lasu, tego najstarszego, o którym krążyło tyle legend – majestatyczny Athel Loren. Kiedy wypowiedział w myślach tę nazwę, dreszcz przebiegł mu po plecach. Wspomnienie wszystkich opowieści o tych elfach, ich zatrutych strzałach, magii, bestiach, duchach lasu... Brrr. Lepiej nie zapuszczać się dalej. Wybrał sobie wielki dąb stojący w forpoczcie lasu i z uczuciem ulgi wypisanej na twarzy dał upust straszliwemu ciśnieniu rozsadzającemu jego pęcherz... efekt wieczornej walki jaka stoczył z kamratami z kilkoma butelkami przedniego czerwonego wina. Wiatr znów zadął potężnie, strącając ostatnie złote liście z wielkiego dębu. Ileż to już czasu tutaj byli? Ponad siedem miesięcy, z dala od domu, w ciągłym strachu, w ciągłej niepewności, ciągle z uczuciem wpatrzonych z głębin lasu oczu... Siedem miesięcy odkąd ten szaleniec, Balthazar ich tu sprowadził, razem z setką wieśniaków wynajętą do kopania wielkich dziur, w Balthazarowi jedynie wiadomym celu. Gdyby nie był imperialnym gwardzistą, gdyby nie rozkaz samego imperatora, nigdy by się na to nie zgodził.
Na twarzy poczuł zimny dotyk, po czym kropla spłynęła po jego policzku... Potem następna I następna. Dookoła bardzo nieśmiało spadały pierwsze płatki śniegu.
- Do kroćset, jeszcze zimy nam tutaj brakowało! - przeklął na głos prawa matki natury.
Zapiął pas przy swoich spodniach i odwrócił się na pięcie aby wracać do obozu. Odwrócił się i zamarł w bezruchu. Naprzeciwko niego, na tle łuny ognisk rysowała się sylwetka monstrualnego wilka. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że oprócz ognisk w tle płonęły także oczy bestii – hipnotyzujący, głęboki, przerażający błękit. Fredric sięgnął po sztylet ukryty w fałdach płaszcza licząc, że jeszcze uda mu się jakoś uciec, obronić... Nie wiedział, że za nim, las zapłonął tysiącem błękitnych ogni....

Grusomhet's Claws 

No i stało się – jedna wizyta, jedna rozmowa, jedna pomalowana figurka, jeden towarzysz broni – Szeperd. To wszystko, wraz z końcem roku i noworocznymi postanowieniami złożyło się na szalony pomysł, którego realizację właśnie zaczęliśmy. Co z tego wyniknie? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale, ale my jesteśmy pełni optymizmu. O samym projekcie, co nieco, naskrobał Szeperd, ja tylko krótko opiszę, jak sprawa wygląda z mojego końca patyka. Otóż po wspomnianej wizycie dawno skrywane parę pudeł z logo GW ujrzało światło dzienne. Tematem przewodnim jest armia Beastmenów, którą w sumie przed całą ta draką chciałem zebrać w ilości pozwalającej na rozegranie scenariusza Border Patrol wraz z małym oddziałem Leśnych Elfów. Figurki, które zakupiłem, miały mi głównie posłużyć do innego celu, innego projektu, który niestety póki co jest w bardzo odległym etapie planowania. Ale skoro nadarzyła się okazja aby je w końcu pomalować i do tego w doborowym towarzystwie... Czemu nie?! Właściwie to głupcem bym był gdybym się nie dał wciągnąć. No i tak oto na warsztacie wylądowały pierwsze modele, które możecie dzisiaj sobie pooglądać.



Początkowo nie miałem koncepcji co do tej armii. Kupa sierści, trochę żelastwa, w sumie nie wiedziałem jak to pomalować i jak zrobić podstawki. Jednak po rozmowie z Szeperdem, po uzyskaniu wglądu w szkic jego pierwszego wpisu, przyszło natchnienie. Skoro nasz leśno-elfowy przyjaciel chce się bronić przed zimą, to damy mu ją! I tak powstał pomysł zrobienia zimowych podstawek (ależ to oryginalne Watsonie!... ). Chciałbym jednak na podstawkach umieścić nieco gnijących, jesiennych liści, mchów, paproci, krzaczków, na których kładzie się pierwszy śnieg – symbol walki zimy z odchodzącą nieuchronnie jesienią. Malowanie... to w tym przypadku drugorzędną dla mnie sprawa, póki czasu nie mam za wiele... Wole mieć pomalowana przyzwoicie armie, niż nie mieć super pomalowanej armii... Deseń, który wybrałem, był po części wynikiem oglądania przykładowego malowania GW na stronie, oraz własnych doświadczeń z malowaniem spaczenia i tym podobnych „chałaśnych” odrostów na ciałach żołnierzy. Efekt prezentowany jest taki, jak widzicie.

Przyznam się jeszcze, że śnieg i listki były na podstawkach umieszczane przy okazji grania w nieśmiertelnego Talizmana... stąd na niektórych zdjęciach mogą pojawić się nawiązania do wspomnianej gry – legendy. Być może nawet zobaczycie pomalowanego prze zemnie druida w tle – jako bonus do innych figur.

Podstawowy bonus jednak postanowiłem umieścić pomiędzy wilczkami - pierwszego bohatera do armii. Zaznaczę jeszcze, że nie jest to wspomniany w nazwie armii Grusomhet... Kim będzie Grusomhet? To póki co tajemnica, nawet dla mnie.



Będę starał się wraz z każdym oddziałem umieszczać jakiegoś bohatera, oraz, być może, jeszcze jeden typ niespodzianki, którą już sobie umyśliłem, ale jeszcze nie zdążyłem wprowadzić w życie. Za miesiąc postaram się poprawić...

Jeśli ktoś zastanawia się co to za tekst na początku wpisu, to spieszę donieść, że jest to utwór Tyrani Okrucieństwa polskiego zespołu Graveland. I stał się oficjalnym hymnem państwowym mojej armii po tym, jak zrozumiałem słowa, chyba po 3 czy 4 odsłuchaniu. No i przyniósł także długo oczekiwaną i poszukiwaną nazwę dla armii. W jaki sposób? A to już (kolejna) tajemnica. W każdym razie jako hymn sprawdza się znakomicie i pasuje do klimatu armii wybornie. Jako tekst wprowadzający, ma być pewnego rodzaju przepowiednią - przepowiednią nadejścia Czasu Nienawiści.

Na koniec tekstu załączam, za przykładem kolegi Szeperda, małe podsumowanie:

Stan posiadanych miniatur: 63%
Miniatury złożone: 21%
Miniatury pomalowane: 7%
Łączny koszt w punktach: 60
Łączy koszt w złotych: 56zł



PS. Powyższe mogą się w przypadku mojej armii zmieniać co nieco, gdyż GW w lutym tego roku wypuszcza (wypuściło) nową księgę armii - z zapowiedzi wynika że sporo się zmienia. Jeszcze nie wiem, która edycja będzie mi się pod względem stylu grania bardziej podobała, więc cała struktura armii jest jeszcze troszeczkę płynna (raczej to co zaplanowałem to kupię i pomaluję, nie wiem tylko, czy według nowych zasad będę mógł tym grać – cięcia w kodeksie - znów z nowych miniatur żadna jak na razie nie wywołała u mnie chęci jej kupienia). Jak to mówią: panta rhei kai ouden menei!

Robert Szczelina

Starcie Tytanów

Serwuję może nieco patetyczny tytuł ale i przedsięwzięcie, do jakiego udało mi się namówić Gobosa i Robsona, ma w sobie coś z tytanicznego wysiłku, szczególnie, kiedy weźmiemy pod uwagę  ambitny cel i termin jego realizacji. Kilka słów o genezie: moja figurkowo-bitewna pasja wywodzi się z Warhammera i jest ze mną już ponad trzynaście lat. Warhammerowa przygoda była w moim przypadku jednak w znakomitej większości nieróżnorodna, bo poświęcona jednej armii.

Zawsze miałem ogromną ochotę urozmaicić swoje kolekcjonerskie podwórko. Tę różnorodność dały mi w pewnym momencie historyczne armie w skali 15mm, których koszt i tempo powstawania biją na głowę moje warhammerowe dokonania (jedna kompletna kolekcja w ciągu 10 lat). Jednak, jak mówi truizm wycieruch, stara miłość nie rdzewieje.  Końcem 2008 roku podjąłem decyzję o zebraniu nowej, młotkowej armii i zamówiłem pierwsze figurki. Potem, w ramach urozmaicenia, złożyłem Gobosowi propozycję równoległego malowania – wiedziałem bowiem, że On też ma podobne zamiary. Aby się w jakimś sensie wzajemnie dopingować wymyśliliśmy zasady wspólnej zabawy. Minął rok, ale ta nie wystartowała. U mnie królowały ‘historyki’, Gobos zaangażował się inne projekty. Jednak pomysł nie umarł. Dodatkowo, kiedy w ubiegłym miesiącu    odwiedził mnie Robson, przyznając się do własnych knowań, wiedziałem, że to dobry moment, żeby odświeżyć projekt i podjąć wyzwanie. Rob zgodził się włączyć do zabawy i tym oto sposobem doszliśmy do jej początku. Oby bogowie cierpliwości, dyscypliny, wolnego czasu, farb i pędzla sprzyjali nam we wspólnym postanowieniu. Niniejszym prezentujemy Starcie Tytanów, w którym do śmiertelnego pojedynku staną Plugawa Kompania Gobosa, Grusomhet's Claws Robsona i moi Autumn Sentinels. Wypatrujcie kolejnych odsłon, gdyż nie planujemy skończyć na jednym wpisie.

Adrian Stolarczyk

RSS FeedRSS