czwartek, 31 stycznia 2008

Żelazna Gwardia Svearów

III/40 (c) Leidang 790-1070AD

Szwedzi ery Wikingów

Szwedzi, których nazwa pochodzi bezpośrednio od plemienia normańskich Svearów, zamieszkiwali i zamieszkują wschodnią część półwyspu skandynawskiego, stanowiącą jednocześnie zachodnie wybrzeża Bałtyku. Do szwedzkiego terytorium zaliczyć należy również wyspy, Gotlandię i Olandię, choć dowody naukowe wskazują, że na tychże wyspach kultura byłą w pewnym stopniu odrębna. W odróżnieniu od nieurodzajnych ziem Norwegii, południowa część kraju sprzyjała rolnictwu i hodowli (podobnie jak w Danii). Szwedzi epoki Wikingów, w przeciwieństwie do innych skandynawskich pobratymców, nie wytworzyli przez długi czas silnego ośrodka centralnej władzy królewskiej - doszło do tego znacznie później, w połowie X wieku, za sprawą Olafa Skotkonunga. Z historycznych miejsc ulokowania królewskiej władzy wymienić należy kolejno takie miasta, jak Gamla Uppsala, Birka czy wreszcie Sigtuna.

Jeżeli chodzi o ekspansję, to przez znaczną część ery wikińskiej, szwedzcy Normanowie kierowali swe zamiary i poczynania na wschód – znany jest ich wkład w kształtowanie państwowości ruskiej w IX wieku (dynastia Rurykowiczów), znany jest zasięg wymiany handlowej z tą częścią Europy oraz Azji; wiemy, że docierali do Konstantynopola (który nazywali Miklagard), gdzie ceniono ich wojenne umiejętności i gdzie najmowali się do służby (Gwardia Wareska). Legendarna już niemal jest wyprawa Ingvara (i upamiętniające ją kamienie), która dotarła na Daleki Wschód. Mogę osobiście zaświadczyć, że widziałem wikińskie graffiti z IX wieku, wyryte wewnątrz kościoła Haga Sophia w Istambule. Po konsolidacji państwowości na Rusi (X i XI wiek) częściowo kierunki szwedzkiej ekspansji zawróciły na zachód. I choć grozę wśród Celtów i Sasów budzili głównie Norwedzy i Duńczycy, to szwedzki ślad jest również obecny na zachodzie Europy.

Malowanie

DBA jest z założenia odzwierciedleniem historycznych bitew i armii. Podejrzewam, że im bliższy prawdzie wygląd końcowy, tym lepiej. W przypadku Szwedów poszedłem nieco pod prąd, szczególnie, jeśli spojrzymy na kilka elementów. Mając do dyspozycji trochę kolorowych albumów poświęconych strojom czy uzbrojeniu, świadomie zdecydowałem się na odstępstwa. Sądzę, że nie ma w tym jednak nic zdrożnego, nawet, jeśli wspomniane odmienności mają źródło w światach wydumanych. Co do ostatecznego składu armii, to nadmieniam, że firma Essex w odpowiednim zestawie nie zamieściła ośmiu elementów Ax – a te można zamiennie wystawić z ośmioma elementami Bd. Ostatecznie więc łączna liczba podstawek wynosi piętnaście, a nie dwadzieścia trzy. Dla potrzeb rozgrywek jedynym wyjściem z tej sytuacji jest umowne uznanie, że elementy reprezentujące Bd mogą pełnić funkcję Ax.

Stal i zieleń – mój pierwszy zamysł, a w efekcie realizacja i końcowy efekt. Inspiracji kolorystycznej dostarczyli mi rycerze Rohanu, których opisywany czy ekranizowany wygląd odpowiada wielce moim gustom. Poza tym kultura Rohanu jest wzorowana na normańskiej, co do tego nie ma dwóch zdań. Skoro więc Tolkien poszedł w tę stronę, ja postąpiłem odwrotnie. Kompozycja elementów pod kątem uzbrojenie, głównie kolczug, stawiałaby tych wojowników na szczycie zamożności. Takie koszule kolcze to spory majątek, nawet jak dla Wikinga. Stąd przyjąłem, że poniższe pięć elementów to Żelazna Gwardia normańskiego jarla oraz on sam, we własnej osobie.

Jarl w otoczeniu swojej Żelaznej Gwardii

Słowo Leidang może oznaczać „pospolite ruszenie”. Wbrew stereotypom jednak nie każdy Norman był zakutym w stal mordercą. Uczestnicy łupieżczych wypraw w znakomitej większości zajmowali się na co dzień uprawą roli, robiąc sobie czasem dłuższe przerwy na wypad tu i tam. Stąd druga czwórka elementów Bd ma nieco łagodniejszą aparycję. Mniej stali (kolczug), więcej kolorów. To ostatnie zostało na mnie wymuszone designem miniatur – gdybym pomalował je wyłącznie na zielono byłyby zbyt monotonne. Tym samym złamałem nieco jednolity wygląd pierwszej czwórki, tracąc szansę na koherentny wygląd całości. Z drugiej strony nie ma w tym nic nieautentycznego – uniformizacja umundurowania to wynalazek znacznie późniejszy. A może wcześniejszy?

Leidang w czystej formie

Łuk był bronią myśliwych, w mniejszym stopniu używaną w zwarciach. W skład Leidangu wchodzą dwa elementy Bw, które postanowiłem wyróżnić jednolitym kolorem tunik. W przypadku zaczepnej Psiloi (również dwa elementy) kolorystyka jest zróżnicowana, co, wg mnie, może odpowiadać luźnemu charakterowi formacji. Prezentowana armia wikińska zawiera również jeden element Hordy - pomalowałem ją w burych kolorach, odpowiadających prawdopodobnie najniższej, niewolnej warstwie społecznej, z której wywodzi się ta, wyposażona w przeróżne narzędzia krzywdy ekipa. 

Łucznicy, lekka piechota i bura czeladź

Tu najbardziej skręciłem w kierunku fantasy! Element ten malowałem, jako przedostatni, ale na tę okoliczność dokupiłem specjalnie pomarańczową farbę. Analogia jest oczywista – nie muszę jej chyba nikomu tłumaczyć. Choć wygląd moich Berserków jest ahistoryczny, sam oddział jest jak najbardziej autentyczny. Ta grupa wojowników budziła podziw i grozę wśród normańskich społeczności, głównie ze względu na swoją nieobliczalność. Utrzymuje się, że przed bitwą odurzali się oni, wpadając w szał bojowy, w czasie którego siali spustoszenie, nie czuli bólu i z pewnością stanowili przerażający widok. Chciałoby się zakrzyknąć: aarghh!

Farbowani zabójcy

Na koniec

Jest jeszcze kwestia o obozu i znacznika ZOC. Tu zainspirowały mnie wikińskie kamienie runiczne, stąd w przypadku obu makiet jest to motyw przewodni. Kształt ma swoje autentyczne odpowiedniki - w przypadku obozu, jest to kamień z Dynny, jeśli zaś chodzi o ZOC, to głaz z Lindsberg. Również „kamieniarski” charakter ma wykończenie podstawek. Chciałem uzyskać w miarę surowy efekt więc posłużyłem się korkiem. Nie dość, że jestem zadowolony z ich wyglądu, to w dodatku są bajecznie proste w wykonaniu jak i nie wymagają wielkich nakładów czasowych. I jak tu nie być fanem korka?

Myślę, że podszedłem do tematu malowania całej armii ze sporą pasją. Być może popchnęła mnie do zbytniego pośpiechu, a przyglądając się szczegółom malowania można zauważyć niedociągnięcia. Niemniej jednak jestem zadowolony z efektu końcowego i muszę przyznać, że Leidang dał mi sporo radości kolekcjonerskiej, malarskiej i badawczej – nie czułem się tak w związku z tym hobby bodaj od czasu ukończenia legionu rzymskiego, czyli okrągły rok. Dziękuję za uwagę i zapraszam do komentowania.  

Adrian Stolarczyk



niedziela, 27 stycznia 2008

Pierwszy raz...

Mądrzy ludzie mówią, że ten pierwszy raz jest najtrudniejszy –i nie bez racji. Z zamiarem umieszczenia na Zgiełku swojego bloga nosiłem się już od jakiegoś czasu… ten i ów może zaraz spytać „Eee, a po diabła kolejny blog?” Odpowiem: z początku pobudki miałem niske: przede wszystkim zazdrość. Zazdrość owa gryzła mnie od czasów Marsowej kampanii, kiedy to jej uczestnicy prezentowali swoje znakomicie pomalowane armie oraz bardzo kreatywne podejście do naszego hobby, albo inaczej: podchodzili (i nadal podchodzą!) do sprawy z sercem… Patrzyłem na to wszystko przy akompaniamencie jadowitych podszeptów rzeczonej Pani Zazdrości i obiecywałem sobie, że ja też kiedyś itd…. Potem jednak zdecydowałem się podejść do sprawy bardziej metodycznie i zadałem sobie pytanie, co właściwie chcę osiągnąć? Czy tylko pokazać IM, czy może po prostu stworzyć coś nowego, być może ciekawego z pożytkiem dla siebie i innych. Padło na to drugie. Mam nadzieję, że mi się uda... Zbliża się kolejna kampania DBA (wraz z nią widać na horyzoncie smocze łby wikińskich okrętów ), z przestrzeni kosmicznej dobiega gromkie Waaagh!, a nad wszystkim unosi się widmo Chaosu. Zatem okazji, by zrealizować swoje cele na pewno nie zabraknie...

Zacznę od dwóch miniatur z armii Chaosu. Mamy tu konnego Czarnoksiężnika, oraz konwertowanego Championa, z którego jestem naprawdę dumny (choć niewykluczone, że dostrzeżecie jakieś niedoskonałości ). Jak ów brodaty brutal ( zbieżność przypadkowa ) powstał? Ano w bardzo prosty sposób: zrazu stracił głowę, by po chwili zyskać nową pochodzącą z plastikowego regimentu maruderów, brodę zaś zrobiłem z green stuffu. Hełm, uprzednio poharatany skalpelem ( Champion oberwał w łeb ), umieściłem na podstawce obok strzaskanej tarczy. Myślę, że brodacz zyskał dzięki tej prostej konwersji nieco charakteru…

Paleta barw w obu wypadkach jest bardzo skromna. Doszedłem jednak do wniosku iż czarne zbroje najbardziej pasują do wojowników niepodzielnego Chaosu. Dla kontrastu czerwona peleryna, i ciemno-złote wykończenia zbroi –jednym słowem nic nowego ale mnie się podoba. Dziś tyle. Do następnego razu!

sobota, 26 stycznia 2008

Trzy razy grzyby proszę

Miałem dzisiaj skończyć malowanie Leidangu. Kto wie, może mi się to uda. Wszystko zależy od kondycji fizycznej i ostrości wzroku. Sam sobie jestem winien - zamiast iść grzecznie spać po całym tygodniu pracy, zachciało mi się uczestniczyć w telekonferencji poświęconej ostatnim czterdziestu latom w muzyce; w efekcie zasnąłem w okolicach godziny demonów i przez cały dzień walczę ze zmęczeniem.
Tak czy inaczej finał mojej normańskiej przygody jest na wyciągnięcie ręki. Ponieważ spotykam się ostatnio z bardzo miłymi i pozytywnymi komentarzami na temat malowania szwedzkiego Leidangu, chciałem przed opublikowaniem całości pokazać jeszcze jeden urywek pracy. Na zdjęciu, tuż przed runicznym kamieniem, którego kształt wzorowałem na głazie z Lindsberg (choć inskrypcja jest moją fantazją) i który to kamień posłuży do gry jako znacznik ZOC, stoi element 3Wb. W malowanej armii występuje w liczbie ’słownie jeden’, jego wzór zaś jest oczywistą interpretacją wojowników znanych jako Berserkowie. Byli to najbardziej zaciekli wojowie, cieszący się szacunkiem wikińskiego społeczeństwa, ale również opinią niebezpiecznych indywiduów. I nic dziwnego, bo walcząc wpadali w morderczy szał, rodzaj amoku, wywoływanego odpowiednią przygotowaną mieszanką z muchomorów. Utrzymuje się, że w trakcie walki nie czuli bólu, zgrzytali zębami, gryźli brzegi swoich tarcz i sam Odyn raczy wiedzieć, co jeszcze. Długo czekałem na moment, kiedy będę mógł pomalować prezentowany element. Od początku wiedziałem też, jak chce to zrobić. Skoro wzorowałem się już na Rohanie, dlaczego nie miałbym posłużyć się wyglądem Zabójców Trolli, znanych ze świata WFB? No właśnie, dlaczego? No i się posłużyłem.
P.S.
Kamień pomagał malować mój syn… na swój sposób oczywiście... ale pomagał.

piątek, 25 stycznia 2008

Na szybko

 Nie – nie chodzi o malowanie miniatur. Na szczęscie na szybko tylko piszę ten wpis gdzieś między oddaniem projektu z grafiki komputerowej, kanapką z serem żółtym a pisaniem projektu z metod numerycznych drugich. Choć... ostatnio zauważyłem, ze zacząłem przedkładać tempo malowania nad wyrafinowanie. I tak standardową technikę malowania warstwami (layering) zastąpiła metoda konstruowania + kolorowy wash. Odczuwam znaczną satysfakcję z obserwowania kolejnych elementów pojawiających się na półce... ale. No własnie, czy nie zatraciłem gdzies dokładności, kunsztu, sztuki malarskiej?

Swego czasu kolega MiSiO bardzo zrzymał się na metodę zwaną dippingiem, polegającej na, nie przymierzając, pokolorowaniu figurki podstawowymi barwami i późniejszym zanurzeniu jej w lakierobejcy (sic!). Z drugiej strony są figurki malowane całym wachlarzem technik, dopieszczone, te które widujemy w różnych serwisach. Zastanawiam się na jakim etapie jestem teraz? Czy bliżej mi do dippingu, czy nadal dążę na wyżyny umiejętności malarskich (byc może nigdy się na nie nie wzniosę, ale dążyć zawsze można...)?.. Nie powiem – ostatnio zależało mi głównie na szybkości. Okazało się jednak że szybkość przynosi także satysfakcję – z obserwowania coraz to nowych gotowych miniatur i z posiadania w pełni pomalowanej (kolejnej) armii. Czasem jednak wracając do starych modeli lub przegladajac serwisy żal człowiekowi robi się że nie przyłozył się lepiej... Co więc wybrać? Gdzie szukać złotego środka? 


No dobrze... zostawmy filozofie. Aby na blogu było troszke kolorów, postanowiłem wrzucić zdjecia paru pobocznych miniatur, które pomalowałem przy okazji nadchodzącej kampanii – najprawdopodobniej staną się częścią kilku znaczników. Może nie pasują klimatycznie akurat do mojej armii, ale zawsze lepiej mieć na stole ładne miarki i znaczniki niż jakieś wyciete z szarego kartonu (oczywiscie lepiej też jest mieć kartonowe niż żadne ;) ). Pomalowane są wspomnianą wyżej techniką. Muszę przyznać że niektóre kolorki wyglądają w niej świetnie. No i dodam również, że zakochałem się w „ubranych” konikach – wyglądają przepięknie. Nie spodziewałem się akurat takich miniatur gdy składałem zamówienie w Essexie na „barding horses”... no ale suma sumarum jestem wdzięczny, że są takie jakie są... Dzieki temu już wybrałem kolejną armię w planach – Italian Lombard ;).

Ostatnia prosta


Już jestem na stadionie, już tylko ostatnia prosta - tyle w temacie podsumowania postępów szwedzkiej armii wikińskiej kolegi Boba. Za mną druga czwórka elementów Bd - tym razem nieco inne wzory, niż w przypadku pierwszej. Stąd kolorystyka bardziej zróżnicowana, dzięki temu dominujący zielony w armii został złamany.
Muszę wyznać, że mam ogromny pęd do ukończenia w szybkim tempie szwedzkich Wikingów. Nawet Żona mówi, że obudziłem na dobre swoją pasje do miniaturowego hobby, a w takim wydaniu dawno jej nie widziała. Przy okazji miałem okazję zdefiniować kolejny sport ekstremalny. Dziwiło was malowanie miniatur na paralotni? To spróbujcie pomalować 15-stki z dwulatkiem, który wspina się wam cały czas na plecy, pyta non stop ‘cio to je’ a kiedy malujecie dolną wargę Wikinga taranuje biurko lub rzuca się na trzymany w ręce pędzel... Ciekawe, co na to mój agent ubezpieczeniowy - zwiększy w związku z tak ryzykownym zajęciem składkę czy nie zwiększy? Tak czy inaczej, będę miał z przemiłe wspomnienia związane z prezentowaną obok ekipą!

piątek, 18 stycznia 2008

Jeżeli siedem...

Jeżeli siedem równa się jeden, a sześć równa się dwa, to prawdopodobieństwo, że cztery równa się dwa wynosi sto procent... brzmi jak funkcja w Excelu albo hipoteza rachunku prawdopodobieństwa. Tymczasem jednak chodzi o – jakże niespodziewanie! – miniatury do wikińskiej armii, nad którą staram się pracować bez wytchnienia. Dzisiaj prezentuje efekty z kilku ostatnich dni. Na początek element Hd – bardzo wdzięczny i sympatyczny. Pomalowałem go w konwencji bladej tonacji (Matko, co za zwrot lingwistyczny!), właściwej dla zbieraniny groźnych zbirów, wywodzących się z najniższej warstwy społecznej. Nie wiem, czemu zapałałem uczuciem do tej zgrai, ale szczególnie cieszy moje oko. Z pewnością nie chodziło o efektywność malowania – siedem miniatur a tylko jeden element spada z listy. Dalej mamy dwa elementy Bw: tu efektywność rośnie, bo sześciu strzelców zamienia się w dwa elementy armijne. Znów przyjąłem identyczną kolorystykę dla całej ekipy – status społeczny rośnie, więc tym razem kolor wdzianek jest czerwony. Na koniec klasyczny element Ps – również dwie sztuki. Psiloi to już niemal zjawiskowy typ formacji – kiedyś napiszę, o co mi konkretnie chodzi. Tymczasem za cztery figurki dostajemy dwa elementy i nagrodę za wydajność w postaci... możliwości malowania kolejnych elementów. Kolorystyka tym razem mieszana. Tak oto dotarłem za półmetek Leidangu. Ruszam dalej i nie oglądam się za siebie.
P.S. Przy okazji zauważyłem, że to mój pięćdziesiąty wpis blogowy. Byle do setki...

czwartek, 17 stycznia 2008

Słoneczne chłopaki

Bizancjum w natarciu! Muszę przyznać że niektóre armie mają naprawdę zaskakujące jednostki w swoich szregach. I nie chodzi tu o ich mozliwości na polu walki, ale o tak zwane wartości wizualne. Jak już może gdzies pisałem zawsze najbardziej w tym hobby zachwycały mnie własnie wartości wizualne – od pojedynczych pomalowanych modeli po niesamowite dioramy Minas Tirith (czy nie zwiazane z wargamingiem – pociągowa makieta skandynawii... ). I tak przeglądając podrecznik do DBA w poszukiwaniu przeciwników dla moich bułgarów trafiłem na tą armię – Nikephorian Byzantine (III/64). Dziś prezentuję pierwszą partię jednostki(ek) która głównie skłoniła mnie do wyboru własnie tej armii: 2x8Bw. Muszę powiedzieć że sam nie mogę wyjsc z podziwu jak też niesamowicie wygląda taka zgraja – 16 figurek i to tylko na dwóch bazach – normalnie trzeba by było czterech! Bizancjum ma jeszcze jedną taką „dziką” jednostkę: 6Kn. Ale o nich w nastepnym wpisie. A co do tytułu to zawdzięczam go koledze MiSiOwi, który tak skomentował zdjęcie które mu podesłałem.

PS. Okazuje się że Bizancjum przoduje w tego typu pomysłach: jedna z armii (III/17 – Maurikian Bizantine) może wystawić do boju 6 x 6 Cv! A biorąc pod uwagę to, że figurki kawalerii w 15mm podobają mi się bardziej niż w 25mm... ;)

środa, 16 stycznia 2008

Oddaj marchewkę chuliganie!

Głupoty się mnie trzymają, nie ma co. Postanowiłem, że nie będę się rozdrabniał na blogu i wrzucał poszczególnych elementów z armii, nad którą pracuję. Jednak w ramach żartu zrobiłem zdjęcie elementu Hd jeszcze przed przyklejeniem całej siódemki na podstawkę. Centralnym punktem jest miniatura Boromira, przygotowana do malowania już jakiś czas temu (stąd jego nieco mroczna aparycja). Dumny syn namiestnika Gondoru otoczony jest wianuszkiem niewielkich postaci, które bynajmniej nie maja przyjaznych zamiarów. Widły, pałki, siekierki - oj, ktoś się musiał narazić małym ludzikom dewastując ich ukochany kraik. Czyżby grządki z dorodną fasolą zostały zdeptane, krzaki z soczystymi pomidorami zszabrowane? Czy ktoś w akcie bezmyślnego wandalizmu potrzasnął gruszą, zżarł maliny lub wyrwał stokrotki? Nie wiem, ale boje się podejść do tej nerwowej czeredki, która coś gniewnie pokrzykuje. Jak to idzie? Aha… oddaj marchewkę chuliganie jeden!

środa, 9 stycznia 2008

Dwa podboje

Od kilku dni jestem szczęśliwym posiadaczem czwartego numeru magazynu Ancient Warfare. Ten szczególnie mnie ucieszył, bo jego temat przewodni to podbój Hiszpanii, ten zaś świetnie koresponduje z moją, powstającą powolutku armią iberyjska do DBA. Trochę nowych, cennych informacji, trochę tekstów rozszerzających moje spojrzenie na pewne sprawy i od razu człowiek chętniej chwyta za pędzel, bo koniec pracy jeszcze daleki.

Z numeru dowiadujemy się jeszcze o jednym podboju, a mianowicie podboju serc polskich czytelników przez ten, reklamowany już na Bitewnym Zgiełku, magazyn. Od jakiegoś czasu ma on w Polsce swojego dystrybutora w postaci sklepu internetowego Wanax.pl, o czym z podnieceniem informowały tematyczne fora internetowe. Nawet jednak posiadając tę wiedzę, zdziwiłem się mocno, kiedy na szóstej stronie, najnowszego numeru Ancient Warfare, zobaczyłem dużą reklamę Wanaxa. Ha! Tak trzymać pomyślałem, bo nie wiedziałem, co czeka mnie dalej. A dalej było znacznie lepiej, bo oto na stronie dwudziestej drugiej, zamieszczony został artykuł o jeździe Sasanidów, autorstwa naszego rodaka, Patryka Skupniewicza, zilustrowany obrazkami innego naszego rodaka Dariusza Wielca. Brawo panowie! Świetna robota! Mam nadzieję, że za waszym przykładem pójdą kolejni autorzy z naszego kraju, wszak mamy u nas ludzi zdolnych, którzy sporo mogą wnieść do tworzenia tego, naprawdę godnego uwagi, pisma.

Leidang po norwesku...

Słowo się rzekło, praca wre - tak mogę podsumować dalszy ciąg trudzenia się nad szwedzką armią wikińską kolegi Boba. Właśnie zakończyłem malowanie czwartego elementu Bd - jak więc widać, kolejny drakkar zawinął do przystani (prezentowanej w moim poprzednim wpisie blogowym). Ponieważ elementów typu Bd jest najwięcej w przygotowywanej armii, bo aż dziewięć (w tym generalski), postanowiłem, że zajrzę lwu w paszczę i odwalę najbardziej monotonną robotę na początku. Kilka słów o pomyśle. Konwencja podstawek jest banalna - korek, malowany następnie suchym pędzlem. Co za tym stoi? Chciałem oddać charakter krain, z jakich pochodzili owi piraci, szczególnie zaś fiordy. Dlatego prezentowane figurki stoją jakby na skale, bacznie obserwując przeciwnika. Z kolei przyjęta kolorystyka miniatur wzorowana jest na niczym innym, jak wojownikach Rohanu - jestem miłośnikiem tychże, podobnie jak i farby Dark Angels Green. Dlatego prezentowane elementy są wyrazem moich małych miłostek modelarsko-fabularnych. Nadto uznałem, że nic się tak dobrze nie komponuje z głęboką zielenią, jak kolor żółty, stąd dominuje on na przykład w zdobieniach tarcz. Oczywiście pomysł nie jest odkrywczy.
Uspokajam, że dominująca zieleń zostanie złamana przy malowaniu kolejnych elementów. Mniej dostojne od Bd formowane były zapewne z warstwy niewolnej (np. Bw czy Ps), stąd planuje nieco jaśniejsze barwy. Druga czwórka Bd z kolei ma zdecydowanie inny wygląd, znajdą się tam więc i skórzane kurty. Ale to opowieść na inny dzień. Tymczasem zastanawiam się, czy przy dość pospiesznych pracach malarskich nie gubi się gdzieś staranność a przez to cierpi efekt końcowy. Tempo jest bowiem pospieszne i zaczynam dochodzić do wniosku, że oczyszczanie i szlifowanie 15mm miniatur przed nałożeniem podkładu, stanowi spory kawał pracy i w sumie jest spora bolączką - nudne to jak wszyscy diabli. Szlifując prezentowych brodatych koleżków, byłem tak znużony i znudzony tą czynnością, że podczas towarzyszącej temu rozmowie rzuciłem w przypływie złości: Leidang po norwesku znaczy… piep… piłowanie!

niedziela, 6 stycznia 2008

"Morza szum..."

Stara, dobra piosenka…. W tym roku nie próżnuję, jeśli chodzi o malowanie. Bilans całkiem przyzwoity, ale i punkt odniesienia niereprezentatywny - za nami raptem pięć dni stycznia. Idąc nieco pod prąd planom malarskim zabrałem się za Wikingów kolegi Boba, którymi ma on zamiar spróbować własnych sił w DBA podczas najbliżej kampanii. Mam już oczywiście pomysł kolorystyczny dla tej armii, wykonałem próbę na elemencie Bd. Użyta paleta jest stosunkowa ograniczona, barwą dominującą ma być kolor zielony. Nie trudno zgadnąć, skąd czerpałem inspirację. Czy jest to historycznie możliwe? Nie wiem.
Nietypowo, bo zaraz za prototypowym, pierwszym elementem Bd, przygotowałem obóz wspomnianej armii. Obejrzałem nieco rzeźbionych runami głazów wikińskich, widziałem również rysunek poglądowy przystani. Pomysł więc polegać miał na tym, że gdzieś na skalistym wybrzeżu skandynawskim stoi sobie samotny głaz, w jego pobliżu zaś załoga drakkaru rozbiła obóz. Miejsce jest zapewne do tego przeznaczone, skoro przy brzegu wznosi się solidny pomost, przeznaczony do cumowania. Materiały wykorzystane do oczywiście korek i styrodur; całość została następnie pomalowana i okraszona morskiej barwy zielskiem. Ta marna imitacja wody, to mieszanka dwóch kolorów i wikolu. Chyba jednak kleju jest zbyt mało, ponieważ warstwa jest bardzo cienka. Muszę odwiedzić sklep modelarski z prawdziwego zdarzenia i zakupić profesjonalny materiał do wykonania imitacji wody.
Niemniej dzięki opisanym niewielkim wysiłkom kolejne drakkary będą mogły spokojnie przybić do brzegu, a szykująca się do łupieżczego wypadu drużyna urośnie w siłę. Myślę, że nastąpi to stosunkowo szybko, ponieważ kolejne figurki szwedzkich piratów morskich są już gotowe. Całą armię chciałbym pomalować do połowy lutego, żeby mieć czas na skończenie Sasów - przyznam jednak, że zaczynam się do niej przywiązywać i nie jestem pewien, czy oddam ją Bobowi.

piątek, 4 stycznia 2008

Obozu ćwierć...

No i przyszły swięta Bożego Narodzenia roku pańskiego 2007, a wraz z nimi długo oczekiwana chwila przerwy od wszelkiej pracy umysłowej. Czas było zabrać się za pracę – ale i przyjemność – kinetyczno-artystyczną. Jak z taśmy poszły kolejne figurki, uprzednio przygotowane wiele tygodni wcześniej. I tak narodził się element ciurów do bułgarskiego obozu oraz 16 figurek bizantyjskich skutatoi (mam nadzieje, że nie pomysliłem, piszę z pamieci). Niestety samego bułgarskiego obozu nie udało mi się skonstruować z prostego powodu: braku zamówionego w essexie namiotu. Przezwyciężając jednak problemy mieszkaniowe starannie wykończyłem cały element obozowiczów i umiesciłem w pozie jakiejś bliżej nieokreślonej scenki rodzajowej. Worki na podstawce wykonane zostały z zielonego-czegoś (green stuff) i prezentują według mnie znośny poziom, jednak nie wymagały wielkiej biegłości w uzywaniu narzędzi modelarskich. Bizantyjczycy zaś porządnie wykończyli moje siły, ale także podniesli na duchu. Stosunek szybkość malowania/jakość jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie. Moje serce modelarza naprawdę urosło przez te parę godzin. Nawet zaczęły krążyć myśli o tym, jakże wspaniale byłoby zagrać takimi figurkami w WHB... brrr, czasem sam się siebie boję.

Kończę i wracam do pędzla... przede mną jeszcze sporo do zrobienia... przede wszystkim zastanowienie się o czym pisać w blogu, bo na razie to wszystkie wpisy są telegraficznym skrótem poczynionych wysiłków... a gdzie wzniosłe wywody, które znaleźć można w blogach kolegów...? ehhh jak ja bardzo czasem potrafię być zazdrosny.

RSS FeedRSS