To krótka opowieść o dwóch słowiańskich wojach i ich przygodach w odległym kraju. Jeden z nich był znacznie odleglejszy w geograficznej perspektywie od drugiego, a to z racji rozmiaru rzeczywistości czasowej, w której przebywał w rzeczonym odległym miejscu. Drugi z nich pozostał geograficznie odległy tylko na kilka dni. A opowieść ta, z małymi wyjątkami, traktuje o jednym dniu, który upłynął względnie zbyt szybko, choć istnieje pewna szansa, że będzie miał okazję się kiedyś powtórzyć.
No dobra, dość tych bredni. Chciałem dzisiaj napisać o czymś, w czym miałem okazję wziąć udział w ostatnią sobotę. Mianowicie o I Copa Iberia, turnieju DBA, który odbył się 22 października w Saragossie, w Hiszpanii… No dobra, nie musi Wam opadać kopara. Wystarczy, że mi opadła.
Sam turniej odbył się w sporej, wygodnej sali miejskiego domu kultury. W szranki stanęło w sumie 29 graczy z Hiszpanii, Francji i oczywiście Polski. Przy ponumerowanych stołach znajdowały się historycznie dobrane pary, które gracze losowali (a w zasadzie losował program komputerowy) w oparciu o system szwajcarski. Saragoski klub Czarka dostarczył stołów, terenów i przy wsparciu kilku graczy, 30 pomalowanych armii. W przerwie zjedliśmy przepyszny, hiszpański obiad, a na zwycięzców i szczęśliwych wygranych z losowania czekały nagrody, których pula przekraczała kilkaset Euro (nie obyło się też bez tradycyjnej drewnianej łyżki za zajęcie ostatniego miejsca). Do teraz jestem pod wrażeniem tej organizacji. A czyja to zasługa?
Otóż w ogromnej mierze naszego Czarka, który wraz ze swoim klubowym kolegą, Inniakim, wziął na siebie ciężar organizacji tego przedsięwzięcia. Cesar, jak go tam przezywają, nie dość, że napracował się przed samym turniejem, to oczywiście w trakcie rozrywek uwijał się jak w ukropie - wszędzie było go pełno. Po prostu człowiek orkiestra! Z twarzy uczestników i strzępków rozmów, które przetłumaczył dla mnie wynikało jasno, że turniej udał się znakomicie a wszyscy wracali do domu niezwykle zadowoleni.
Ogromne wrażenie na graczach zrobiły również nagrody rodem z Polski: pięknie pomalowana armia autorstwa Pawła Kura, figury (pudła i blistery) do Ogniem i Mieczem z Wargamera oraz dość pokaźna i różnorodna paczka miniatur z Oddziału Ósmego.
Co do wyniku, to powiem tak: liczy się udział, prawda? No dobra, parę słów więcej o mnie, bo Czarek grał z na zmiany ze swoim kolega z klubu. Najpierw dostałem baty od Spartakusa (przeciwnikiem był kolega z Francji). W drugiej bitwie wygrałem Łokietkiem pod Płowcami (przeciw Czarkowi - co za losowanie!). W trzeciej rundzie przegrałem w jakiejś achajskiej wojnie z kolegą… z Francji. W czwartej rundzie? Tak! Kolejny gracz z Francji - tym razem zmieniłem bieg historii i dzięki mnie Aleksander Macedoński wrócił do domu szybciej, niż z niego wyjechał. Na koniec Wojna Trojańska i remis - tym razem nie grałem z nikim z Francji. To prawda, nie popisałem się. Na kości nie wypada zwalać (choć śmiało mógłbym), to zwalę na własną nieudolność i… kaca. Nic nie poradzę - kocham hiszpańskie wino. A na kolegach z Francji kiedyś się odegram.
Koniec końców, choć słowiańscy wojowie grzali tyły tabeli, to wrócili wieczorem do domu szczęśliwi i spełnieni. Jeden w laurach najlepszego organizatora turnieju, drugi nieco oszołomiony całym przedsięwzięciem.
Na zakończenie dwa oświadczenia. Po pierwsze mam nadzieję, że kilku z Was mi zazdrości tego turnieju (który, po prawdzie, był jedną z wielu fantastycznych przygód, jakie mogłem przeżyć w Hiszpanii dzięki Czarkowi - ale to opowieść na inną okazję). Po drugie znów mam nadzieję, że za rok pojedziemy w większym składzie (na dzień dzisiejszy plan mam taki, żeby pojechać samochodem, odwiedzić po drodze w Europie kilka miejsc okraszonych historią i powalczyć tym razem o lepszą lokatę na turnieju). O ile na pierwszym mi nie zależy wcale, o tyle na drugim - jak najbardziej.
Nos vemos el ano que viene! Gracias Cesar!
P.S.
Leit motiv Słowiańskich Wojów jest autorstwa Czarka. Jak tylko wstaliśmy bladym świtem w dzień turnieju, od razu podgrzewał atmosferę odpowiednimi wstawkami. Ech, żałujcie, że Was nie było…
P.P.S.
Ostatnie zdjęcie pochodzi z forum La Armada
No dobra, dość tych bredni. Chciałem dzisiaj napisać o czymś, w czym miałem okazję wziąć udział w ostatnią sobotę. Mianowicie o I Copa Iberia, turnieju DBA, który odbył się 22 października w Saragossie, w Hiszpanii… No dobra, nie musi Wam opadać kopara. Wystarczy, że mi opadła.
Sam turniej odbył się w sporej, wygodnej sali miejskiego domu kultury. W szranki stanęło w sumie 29 graczy z Hiszpanii, Francji i oczywiście Polski. Przy ponumerowanych stołach znajdowały się historycznie dobrane pary, które gracze losowali (a w zasadzie losował program komputerowy) w oparciu o system szwajcarski. Saragoski klub Czarka dostarczył stołów, terenów i przy wsparciu kilku graczy, 30 pomalowanych armii. W przerwie zjedliśmy przepyszny, hiszpański obiad, a na zwycięzców i szczęśliwych wygranych z losowania czekały nagrody, których pula przekraczała kilkaset Euro (nie obyło się też bez tradycyjnej drewnianej łyżki za zajęcie ostatniego miejsca). Do teraz jestem pod wrażeniem tej organizacji. A czyja to zasługa?
Otóż w ogromnej mierze naszego Czarka, który wraz ze swoim klubowym kolegą, Inniakim, wziął na siebie ciężar organizacji tego przedsięwzięcia. Cesar, jak go tam przezywają, nie dość, że napracował się przed samym turniejem, to oczywiście w trakcie rozrywek uwijał się jak w ukropie - wszędzie było go pełno. Po prostu człowiek orkiestra! Z twarzy uczestników i strzępków rozmów, które przetłumaczył dla mnie wynikało jasno, że turniej udał się znakomicie a wszyscy wracali do domu niezwykle zadowoleni.
Ogromne wrażenie na graczach zrobiły również nagrody rodem z Polski: pięknie pomalowana armia autorstwa Pawła Kura, figury (pudła i blistery) do Ogniem i Mieczem z Wargamera oraz dość pokaźna i różnorodna paczka miniatur z Oddziału Ósmego.
Co do wyniku, to powiem tak: liczy się udział, prawda? No dobra, parę słów więcej o mnie, bo Czarek grał z na zmiany ze swoim kolega z klubu. Najpierw dostałem baty od Spartakusa (przeciwnikiem był kolega z Francji). W drugiej bitwie wygrałem Łokietkiem pod Płowcami (przeciw Czarkowi - co za losowanie!). W trzeciej rundzie przegrałem w jakiejś achajskiej wojnie z kolegą… z Francji. W czwartej rundzie? Tak! Kolejny gracz z Francji - tym razem zmieniłem bieg historii i dzięki mnie Aleksander Macedoński wrócił do domu szybciej, niż z niego wyjechał. Na koniec Wojna Trojańska i remis - tym razem nie grałem z nikim z Francji. To prawda, nie popisałem się. Na kości nie wypada zwalać (choć śmiało mógłbym), to zwalę na własną nieudolność i… kaca. Nic nie poradzę - kocham hiszpańskie wino. A na kolegach z Francji kiedyś się odegram.
Koniec końców, choć słowiańscy wojowie grzali tyły tabeli, to wrócili wieczorem do domu szczęśliwi i spełnieni. Jeden w laurach najlepszego organizatora turnieju, drugi nieco oszołomiony całym przedsięwzięciem.
Na zakończenie dwa oświadczenia. Po pierwsze mam nadzieję, że kilku z Was mi zazdrości tego turnieju (który, po prawdzie, był jedną z wielu fantastycznych przygód, jakie mogłem przeżyć w Hiszpanii dzięki Czarkowi - ale to opowieść na inną okazję). Po drugie znów mam nadzieję, że za rok pojedziemy w większym składzie (na dzień dzisiejszy plan mam taki, żeby pojechać samochodem, odwiedzić po drodze w Europie kilka miejsc okraszonych historią i powalczyć tym razem o lepszą lokatę na turnieju). O ile na pierwszym mi nie zależy wcale, o tyle na drugim - jak najbardziej.
Nos vemos el ano que viene! Gracias Cesar!
P.S.
Leit motiv Słowiańskich Wojów jest autorstwa Czarka. Jak tylko wstaliśmy bladym świtem w dzień turnieju, od razu podgrzewał atmosferę odpowiednimi wstawkami. Ech, żałujcie, że Was nie było…
P.P.S.
Ostatnie zdjęcie pochodzi z forum La Armada





















