piątek, 28 października 2011

Słowiańscy Wojowie

To krótka opowieść o dwóch słowiańskich wojach i ich przygodach w odległym kraju. Jeden z nich był znacznie odleglejszy w geograficznej perspektywie od drugiego, a to z racji rozmiaru rzeczywistości czasowej, w której przebywał w rzeczonym odległym miejscu. Drugi z nich pozostał geograficznie odległy tylko na kilka dni. A opowieść ta, z małymi wyjątkami, traktuje o jednym dniu, który upłynął względnie zbyt szybko, choć istnieje pewna szansa, że będzie miał okazję się kiedyś powtórzyć.

No dobra, dość tych bredni. Chciałem dzisiaj napisać o czymś, w czym miałem okazję wziąć udział w ostatnią sobotę. Mianowicie o I Copa Iberia, turnieju DBA, który odbył się 22 października w Saragossie, w Hiszpanii… No dobra, nie musi Wam opadać kopara. Wystarczy, że mi opadła.


Sam turniej odbył się w sporej, wygodnej sali miejskiego domu kultury. W szranki stanęło w sumie 29 graczy z Hiszpanii, Francji i oczywiście Polski. Przy ponumerowanych stołach znajdowały się historycznie dobrane pary, które gracze losowali (a w zasadzie losował program komputerowy) w oparciu o system szwajcarski. Saragoski klub Czarka dostarczył stołów, terenów i przy wsparciu kilku graczy, 30 pomalowanych armii. W przerwie zjedliśmy przepyszny, hiszpański obiad, a na zwycięzców i szczęśliwych wygranych z losowania czekały nagrody, których pula przekraczała kilkaset Euro (nie obyło się też bez tradycyjnej drewnianej łyżki za zajęcie ostatniego miejsca). Do teraz jestem pod wrażeniem tej organizacji. A czyja to zasługa?


Otóż w ogromnej mierze naszego Czarka, który wraz ze swoim klubowym kolegą, Inniakim, wziął na siebie ciężar organizacji tego przedsięwzięcia. Cesar, jak go tam przezywają, nie dość, że napracował się przed samym turniejem, to oczywiście w trakcie rozrywek uwijał się jak w ukropie - wszędzie było go pełno. Po prostu człowiek orkiestra! Z twarzy uczestników i strzępków rozmów, które przetłumaczył dla mnie wynikało jasno, że turniej udał się znakomicie a wszyscy wracali do domu niezwykle zadowoleni.


Ogromne wrażenie na graczach zrobiły również nagrody rodem z Polski: pięknie pomalowana armia autorstwa Pawła Kura, figury (pudła i blistery) do Ogniem i Mieczem z Wargamera oraz dość pokaźna i różnorodna paczka miniatur z Oddziału Ósmego.


Co do wyniku, to powiem tak: liczy się udział, prawda? No dobra, parę słów więcej o mnie, bo Czarek grał z na zmiany ze swoim kolega z klubu. Najpierw dostałem baty od Spartakusa (przeciwnikiem był kolega z Francji). W drugiej bitwie wygrałem Łokietkiem pod Płowcami (przeciw Czarkowi - co za losowanie!). W trzeciej rundzie przegrałem w jakiejś achajskiej wojnie z kolegą… z Francji. W czwartej rundzie? Tak! Kolejny gracz z Francji - tym razem zmieniłem bieg historii i dzięki mnie Aleksander Macedoński wrócił do domu szybciej, niż z niego wyjechał. Na koniec Wojna Trojańska i remis - tym razem nie grałem z nikim z Francji. To prawda, nie popisałem się. Na kości nie wypada zwalać (choć śmiało mógłbym), to zwalę na własną nieudolność i… kaca. Nic nie poradzę - kocham hiszpańskie wino. A na kolegach z Francji kiedyś się odegram.


Koniec końców, choć słowiańscy wojowie grzali tyły tabeli, to wrócili wieczorem do domu szczęśliwi i spełnieni. Jeden w laurach najlepszego organizatora turnieju, drugi nieco oszołomiony całym przedsięwzięciem.


Na zakończenie dwa oświadczenia. Po pierwsze mam nadzieję, że kilku z Was mi zazdrości tego turnieju (który, po prawdzie, był jedną z wielu fantastycznych przygód, jakie mogłem przeżyć w Hiszpanii dzięki Czarkowi - ale to opowieść na inną okazję). Po drugie znów mam nadzieję, że za rok pojedziemy w większym składzie (na dzień dzisiejszy plan mam taki, żeby pojechać samochodem, odwiedzić po drodze w Europie kilka miejsc okraszonych historią i powalczyć tym razem o lepszą lokatę na turnieju). O ile na pierwszym mi nie zależy wcale, o tyle na drugim - jak najbardziej.

Nos vemos el ano que viene! Gracias Cesar!

P.S.

Leit motiv Słowiańskich Wojów jest autorstwa Czarka. Jak tylko wstaliśmy bladym świtem w dzień turnieju, od razu podgrzewał atmosferę odpowiednimi wstawkami. Ech, żałujcie, że Was nie było…

P.P.S.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z forum La Armada

Dzień Jedenasty - końcówki i początki

Zająłem się 3 rzeczami i każdej zrobiłem po odrobince. Pierwsza to zakończenie wierzchowca pod bretońskiego Knight of the Realm. Jakiś czas temu go zacząłem teraz skończyłem. Został tylko jeździec, którego mam nadzieję załatwić w tym tygodniu. Jest to zamówienie na 8 rycerzy pomalowanych w takie właśnie wzory jak widzicie na zdjęciu, ale w różnych kolorach. Praca nad tym projektem jest rozciągnięta mocno w czasie. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie.
Druga rzecz to widoczny na drugim zdjęciu zwierz. Do końca nie wiem co to za stwór. Gdyby miał skrzydła to byłby gryfem, ale ich nie ma więc dla mnie będzie też gryfem. Model pochodzi ze strony Forge World i nazywa się Theodore Bruckner and reaper. Ok, właśnie przeczytałem parę słów na stronie i wychodzi na to, że to „demigryph”. Co to jest? Nie wiem. Samo gryf wystarczy. Dopiero zacząłem prace nad nim i niewiele jest do pokazania. Zakładam użycie go na zasadach gryfona do armii Imperium czy tam Bretonii. W każdym razie z tego powodu wsadziłem go na podstawkę 50x50mm co sprawiło mi sporo kłopotu, bo jakoś go tam musiałem upchać. Skały odstają na wszystkie strony za bazę, ale jakoś się bestia zmieściła. wstępnie skóra gryfa będzie oparta na kolorze snakebite leather, a futerko na bestial brown, pióra chyba szarawe. No, wyjdzie w praniu podczas malowania.
Trzecia rzecz…, a to niespodzianka.

czwartek, 27 października 2011

Dzień Dziesiąty – Golgfag Maneater

Podstawka w pełni ukończona. Możecie teraz oglądnąć ogra w 100% gotowego. Model jest dosyć wielki więc zastanawiałem się co włożyć na podstawkę. Myślałem o tym gnoblarze bo mógłby fajnie wyglądać gdzieś tam pod nogami ogra, ale niestety jestem w posiadaniu tylko jednego gnoblara z wielkim tobołem w rękach i nawet jakby pasował to bym go nigdzie na bazę nie upchnął. Poza tym w ogóle nie pasował. Zrezygnowałem więc z dodatkowych osób w zestawie i użyłem kilku rodzajów trawek, tym razem bez długiej stepowej bo nie bardzo miałem ją jak umieścić żeby nie zasłaniała i pasowała. Oprócz tego wstawiłem pół starej tarczy i czaszkę, jakiś kamyczek, odrobinę posypki i na koniec gałązkę z liśćmi.  Tyle.
Wspominałem o sztandarze, że jest z nim problem. Jak widzicie już go nie ma. Wydarzyła mi się bowiem przygoda, którą nazwałbym szczęściem w nieszczęściu, a mianowicie ogr upadł ze stołu na podłogę i odpadła mu dłoń ze sztandarem. Postanowiłem więc to wykorzystać i wkleiłem mu ją tak żeby sztandar był prosty i wiszące elementy stosowały się do panującej wszędzie wokół grawitacji.
To nie wszystko czym się zajmowałem tego dnia, nie myślcie, że aż tak próżnowałem : ) Zastanawiałem się czy to ujawniać i na razie stwierdziłem, że to będzie niespodzianka na później. Zobaczymy jak się zdecyduję to ujrzycie co nieco przed oficjalną premierą.
Więcej zdjęć między innymi ogrów możecie zobaczyć tutaj.

środa, 26 października 2011

Dzień Dziewiąty – pomalowany

No, i udało się. Ogr skończony. Prawie skończony bo została mi jeszcze podstawka. Nie zrobiłem wszystkiego bo zajmowałem się jeszcze dwoma drobnymi sprawami, które z resztą wrzucę także na bloga. W każdym razie samo malowanie Golgfag’a Maneater’a zostało ukończone. Na koniec było sporo detali, które chwilkę czasu mi zajęły. Ogólnie model miał sporo szczegółów, a jeszcze mu dorzuciłem ze dwa, a z innych dwóch, które miałem dołożyć, zrezygnowałem. Konwersje jakie tu zrobiłem to zamiana dziwnego obiektu z pleców na sztandar w lewej dłoni, a miecz z tej dłoni wrzuciłem na plecy. Druga rzecz to obcięcie gadżetu z hełmu(nazwałem go „śmigiełkiem”), po którym zabiegu model wydaje mi się o wiele sensowniejszy.
Zestawienie kolorów
Płaszcz – scab red, rozjaśnianie ze skull white, tusz badab black z domieszką scab red oraz trochę devlun mud
Butelka
Korek – vomit brown rozjaśniony bleached bone, tusz devlun mud
Płyn – hawk turquoise + ultramarines blue, rozjaśnianie ze skull white, krawędzie skull white
Pusta butla – codex grey, rozjaśnianie fortress grey, krawędzie skull white, tusz delikatnie badab black

wtorek, 25 października 2011

Dzień Ósmy – nabieranie kształtów

Dziś mogę już Wam zaprezentować ogra o bardziej konkretnych kształtach. coraz więcej się dzieje na figurce chociaż jest jeszcze kilka większych braków. Głowa oraz ręka z konwertowanym elementem wylądowała już na miejscu. Najważniejszy brak to oczywiście brzuch, który mocno zmienia model w efekcie końcowym, oraz płaszcz z tyłu, którego nie widać na zdjęciu.
Skonwertowany sztandar w lewej ręce to połączenie elementów z pleców modelu oraz fragment z figurki Corpse Cart. Nie do końca mi to dobrze wyszło i popełniłem pewien błąd, ale nie będę na niego zwracał uwagi żeby nie sugerować. Liczę na to, że w efekcie końcowym pozostanie to niezauważone przez ogólną publikę. Ktoś z Was na pewno mi to wytknie ;)
Zestawienie kolorów
Metal - boltgun metal,  tusz badab black, miejscowo vermin brown, jeszcze bardziej miejscowo blazing orange, miejscowo rozwodniony scaly green + hawk turquoise
Kości - vomit brown, przecierka bleached bone, przecierka skull white, tusz devlun mud, delikatna powtórka z przecierek
Drewno - bestial brown, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud
Futro - snakebite leather, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud

poniedziałek, 24 października 2011

Dzień Siódmy – nabieranie kolorów

Jak przysiadłem tym razem do malowania stwierdziłem, że coś mi nie gra. Nie podobał mi się ten model za bardzo. Za dużo pierdół odstających od niego we wszystkie strony i jeszcze ta „czapka ze śmigiełkiem” i dziwne coś na plecach. Jeśli jeszcze nie rozpoznaliście prezentowanej postaci to Wam uświadamiam, że to sam Golgfag Maneater. Nie byłbym sobą gdybym po drodze trochę modelu nie zmodyfikował. Odciąłem śmigiełko i wywaliłem dziadostwo z pleców wręczając mu to w dłoń, ale z drobnymi zmianami. Na razie widzicie kilka rozrzuconych elementów, ale już niedługo połączę to w całość. Oprócz widocznych na zdjęciu części jest jeszcze sporo drobiazgów, których nie tknąłem farbą więc na razie nie pokazuję. Musi coś zostać na kolejne odsłony. Dziś nie będzie zbyt wiele opisu kolorów bo nie ma za dużo postępów malarskich, a więcej konwersji. Skupiłem się w większości na nakładaniu kolorów bazowych. Pomalowałem skórę i prawie już skończyłem głowę ogra. Wkrótce figurka nabierze sensowniejszych kształtów i barw.
Zestawienie kolorów
Skóra:
-dwarf flesh, rozjaśnianie ze skull white – kilka „poziomów”, tusz Vallejo flestone shade w sporej ilości, devlun mud miejscowo w zagłębieniach

niedziela, 23 października 2011

Dzień Szósty – Unfine Uncast

Rozpocząłem malowanie kolejnego modelu. Nie zdradzam kto to, ale dla odrobinę zorientowanych odgadnięcie postaci nie będzie zbyt trudne. Co ważne, nadmieniłem w tytule postu i już można się domyślić o co mi znowu chodzi. Model jest kiepski, kiepski jak cholera. Jak na razie to najgorszy z fajnkastów jaki miałem w rękach. Wychodzi mi na to, że im więcej detali i drobnych elementów tym robi się gorzej. To co miało być zaletą staje się największą wadą. Materiał miał świetnie oddawać szczegóły, a jest niedokładny, z ubytkami i dużą ilością śmiecia, który trudno usunąć. Tyle dziur ile miał (a nawet ma) ten model jeszcze nie widziałem w żadnej figurce w mojej historii figurkowej. Po prostu dramat. Gość w jednej ręce miał po prostu dziurę zamiast ciała. Oprócz tego ma niezliczoną ilość malutkich dziurek, które nawet nie bardzo da się załatać. Małe elementy obsyfione niedokładnościami odlewu są strasznie trudne do oczyszczenia. Materiał jest delikatny, giętki i bardzo łatwo go ułamać. Jednym słowem - porażka. Koniec narzekania, w podsumowaniu akapitu coś o czym już mówiłem – nie kupujcie tego syfu jeśli macie tylko taką możliwość.
Tym razem rozpocząłem malowanie całkowicie od dołu i zahaczyłem odrobinkę górne partie ciała. Pierwsze poszły gacie. Ze względu na ich pozszywany charakter postanowiłem je uszyć z różnych skrawków materiałów o różnych kolorach. Po spodniach pomalowałem czaszkę pod prawą stopą modelu, a dalej buty. Zrobiłem cały dół po to żebym mógł go przykleić do prawie już gotowej podstawki. Gotowej w sensie malowania, bo dojdzie do niej jeszcze sporo detali, ale to już na samiutkim końcu.


Zestawienie kolorów

Spodnie:
-ultramarine blue, rozjaśnianie skull white, tusz badab black
-scab red, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud + odrobina badab black
-bubonic brown, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud
Szwy - bleached bone, tusz badab black

Buty:
Skóra - bestial brown, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud
Futerko - snakebite leather, rozjaśnianie skull white, tusz devlun mud
Metal - boltgun metal,  tusz badab black, miejscowo vermin brown, jeszcze bardziej miejscowo blazing orange, miejscowo rozwodniony scaly green + hawk turquoise

Czaszka:
- vomit brown, przecierka bleached bone, przecierka skull white, tusz devlun mud, delikatna powtórka z przecierek

sobota, 22 października 2011

Dzień Piąty – już całkiem skatowany

Model skończony i prezentuję Wam całość i to z dwóch stron. Niby niewiele zostało od ostatniej odsłony, a jednak te kilka szczegółów zrobiło swoje. Brzuch lekko złamał całość kolorystyki i wydaje mi się, że wygląda w porządku. Podstawka też pełni dużą rolę i spowodowała, że jest równowaga z postacią.
Co doszło w tej odsłonie. Tarcza na brzuchu pomalowana tak samo jak całą stal na modelu. Dodałem jeszcze miejscowo rozcieńczony hawk turquoise i scaly green także na poprzednie elementy. Krew rozjaśniłem blood red i na koniec delikatnie pokryłem bezbarwnym błyszczącym lakierem. Ofiara na ziemi zyskała kolor spodni i buta. Oprócz tego poprawiałem drobne niedociągnięcia.
Ostatnią rzeczą było naturalnie dokończenie podstawki. Było tu trochę zabawy i baza zyskała sporo detali. Oprócz kilku rodzajów trawek, zarówno gotowych kępek jak i luźnej sypanej, doszło jeszcze wysokie trawsko stepowe. Przylepiłem kilka kamyków i dorzuciłem ze dwie czaszki, kostkę, starą tarczę i kilka listków. To by było na tyle. Jakoś wydaje mi się, że zdjęcia wyszły gorzej niż model prezentuje się naprawdę. No nic, jutro zrobię mu profesjonalną sesję i umieszczę zdjęcia w sieci, aby można się mu było przyjrzeć szczegółowo.

piątek, 21 października 2011

Dzień Czwarty – gdzie jest brzuch?

No i niestety nie udało mi się jeszcze dokończyć całego modelu, a niewiele mi brakło. Dziś widzicie znacznie więcej z figurki, w zasadzie całość, no bez elementu na brzuchu. Ogólnie zostało mi tylko kilka szczegółów: dokończyć krew, tarczę na brzuchu, pana leżącego na ziemi, no i podstawka.
Kilka słów o różnicach modelu od oryginału. Pomijając element, który mi się złamał i już nie ma go w modelu, wymieniłem to co leżało pod lewą stopą ogra. Stos śmieci zamieniłem na drugą ofiarę oprawcy. Drugą, bo pierwszą był gigant, którego głowa także została dorzucona w gratisie.
Coś o malowaniu. Spodnie to graveyard earth rozjaśniane kommando khaki pokryte devlun mud, a na koniec odrobinę delikatnych rozjaśnień krawędzi bleached bone. Buty i pozostałe elementy brązowe to po prostu bestial brown, później rozjaśniany z bielą i na koniec devlun mud. Zardzewiała stal: boltgun metal pokryty badab black. Miejscowo vermin brown, jeszcze mniej blazing orange, a na te plamy tusz w kolorze sepii, i na to miejscowo devlun mud. Na koniec delikatna przecierka chainmail. Muszę opracować system wypisywania kolorów i chiałbym żeby moje posty skupiały się właśnie na technice i kolorystyce – bardziej sucho i konkretnie. Następny post zakończy historię kata.

środa, 19 października 2011

Dzień Trzeci – kat czy oprawca

Rozpocząłem kolejny model z armii Ogre Kingdoms. Tym razem to jeden z nowych modeli wykonanych w technice „finecast” – ja bym to nazwał srajcast – wybaczcie tą krótką dygresję. Model oczywiście miał kilka dziur, ubytków i brzydkich krawędzi oraz jeden zbyt cienki element który się od razu urwał. Mówi się trudno i trzeba przejść do malowania.
Zacząłem od skóry jako największej powierzchni. Dalej postanowiłem znaleźć inspirację w źródłach regionalnych wpisując w wujka gugla kat i oprawca. Grafika ukazała mi typowego kata w czerwonej czapce, szaroburych spodniach i brązowych butach, więc pomyślałem, że właśnie taki będzie.
Niestety dzisiaj nie wymalowałem za dużo ze względu na pewne perturbacje samochodowe, ale nie jest źle i mam nadzieję jutro kolesia dokończyć. No może jeszcze podstawkę przełożę na piątek, zobaczymy.

Dzień Drugi – Blood Angels de end

Konsekwentnie według założenia umieszczam drugi wpis z drugiego dnia urlopu. Na razie zgodnie z planem zakończyłem pracę nad kolejnym oddziałem do armii Blood Angels. Tym samym zamknąłem kolejny rozdział, a że już dostałem zamówienie na następną partię wkrótce rozpocznę nad nią pracę. W przerwie jednak zajmę się czymś innym żeby urozmaicić sobie wypoczynek.
Dziś malowałem broń białą i palną Sanguinary guards używając boltgun metal oraz chaos black. Kilka drobiazgów trzeba było ozłocić shining i burnished gold i pokryć tuszem brown ink. Dalsze prace to dark angels green na pieczęcie, klejnoty i oczy, a dalej snotling green rozjaśniany skull white. Pozostały jeszcze drobnostki jak napisy na papirusach, kolejne poprawki niedociągnięć i ostatnie i najważniejsze doklejenie skrzydeł. Uff, lubię finisze.

wtorek, 18 października 2011

Dzień Pierwszy – Blood Angels w toku

Dokonuję drobnego oszustwa i już tłumaczę o co chodzi. Dzień pierwszy w tytule nawiązuje do mojego urlopu, który de facto zaczął się wczoraj, i to wczoraj był ten prawdziwy pierwszy dzień mojego wolnego od pracy. Natomiast oszustwo jest bardzo małe, ponieważ umieszczone w poście informacje słowne i zdjęciowe są aktualne na wczoraj. Prezentuję więc Wam dziś, czyli wczoraj, owoc moich pierwszych prac w ramach wypoczynku. Chciałbym spędzić ten czas nadrabiając opóźnienia malarskie i modelarskie, ponieważ jednak nie tylko w tej dziedzinie mam tyły więc zobaczymy jak uda się codzienna relacja na blogu. Właśnie tak, zakładam sobie ciężkie zadanie bardzo intensywnego „postowania” żeby się zmobilizować hobbystycznie. Trzymam za siebie kciuki.
Wracając do tematu, dzisiaj kolejna piątka Sanguinary Guard. To już razem 15 chłopa. Przyznam, że mi się mocno te modele znudziły, ale cóż, zlecenie to zlecenie. Mam zamiar ich dzisiaj skończyć i zaprezentować Wam ich w całości w poście Dzień Drugi.
Co konkretnie wczoraj udało mi się z nimi zrobić? A więc dopieszczałem złoto, wymalowałem wszystkie beże, nadałem szefowi rysy twarzy i fryzurę, oprócz tego usuwałem wszystkie niedociągnięcia i błędy, a na deser dokleiłem chłopaków do podstawek żeby mi się ich lepiej malowało. Pozostało pomalować broń i zielone gadżety, zabieram się do roboty.

niedziela, 16 października 2011

Karnawał z postem?!

Od piątku podpuszczałem tsara, żebyśmy coś w niedzielę wieczorem wrzucili razem na blog. Niby nie było między nami umowy; raptem pogroziliśmy sobie w żartach, że spuścimy sobie łomot, gdyby komuś się nie udało. Wczoraj wieczorem posłałem mu zdjęcie z WIP’a, mając nadzieję zdopingowania Kolegi. Fakt, zdjęcie zrobione komórką, wysłane mmsem, czyli nie za wiele było widać. Wysyłam. Dostaję odpowiedź: wojna postu z karnawałem? Znaczy się nabijasz się? - pytam. Znaczy się, trochę - odpowiada. Trochę mnie to rozbroiło, ale znacie mnie: gdyby nie jeden niefortunny komentarz wiele lat temu na temat mojej próbki malarskiej (i gdyby nie moja urażona ambicja), pewnie dzisiaj na figurkowe hobby mówiłbym per zabawa laleczkami (że pozwolę sobie zacytować). Innymi słowy: podkręcił mnie! Nabijaj się, proszę bardzo. Ja Ci i tak pokażę, pomyślałem i…

… pokazuję. Nie do końca to, co miałem jeszcze wczoraj w planach, ale co tam! Karnawał z postem? To proszę uprzejmie! To dalej co prawda WIP, ale już nieco bardziej wyraźny niż w mmsie. No to jak będzie Kolego? Dasz coś dzisiaj?

czwartek, 13 października 2011

Disturbing purple

Nie ma co prawda farby o takiej nazwie w palecie GW, ale jak nic reprezentuje moje ostatnie doświadczenia poznawcze. Otóż w tym tygodniu doznałem olśnienia, że kolor fioletowy w ogóle istnieje. Musiał się gdzieś przez te lata przyczaić, by zaatakować mnie brutalnie w ciągu ostatnich kilku dni. A to ściana w jednym z pokoi, a to podkładka na stole, a to bluzka prezenterki wiadomości, a to sukienka jakiegoś polityka, a to pościel w sypialni, a to kolor liter w tytule jakiejś książki… Normalnie czuję się osaczony. Do tego stopnia, że wystąpił u mnie syndrom sztokholmski i popełniłem coś na kształt artystycznego samobójstwa.


Tak, przesadzam. Żaden ze mnie w końcu artysta, a i żyję jeszcze. Nowymi kolorami żyje również miniatura maga do HE, wydana z okazji ostatniej edycji, jako część Isle of Blood. Maga kupiłem od Robsona, podobnie jak parę innych figur z tego dodatku. A, że ostatnio obiecałem sobie powrót do malowania, na początek, jako wprawkę, wybrałem właśnie rzeczonego kolegę.

I tu trochę mnie poniosło. Chciałem odejść kompletnie od, można powiedzieć, klasycznych kolorów, zarezerwowanych zwykle dla HE. Zamiast tego poszedłem w fiolet, połączony z brązem, do tego sporo złotego i nieco turkusu. Pomijając zgrywy o fioletowych olśnieniach, to tak naprawdę podpatrzyłem parę motywów zaprezentowanych przez GW. Złoty i turkusowy to schemat mocno obecny w armiach Tomb Kings. Brązowy płaszcz i jego żółtawe zdobienia to jedna z propozycji na pomalowanie Elronda. Wreszcie fiolet, nie tylko na tzw. szmatach, ale również w przypadku ‘łoszowania’ zbroi to coś z WH40, czego do końca nie pamiętam.


Podczas malowania sam nie mogłem się sobie nadziwić; do teraz nie jestem pewien tej wprawki. Prawda, nie poświęciłem jej specjalnie dużo czasu, ale pomijając dyskusyjny efekt, w końcu zrobiłem coś innego, niż WE do Tytanów (których, nota bene, pora kończyć). Żeby nie zapeszać nie powiem, że mam nadzieję, że się powoli rozkręcam z malowaniem.

poniedziałek, 3 października 2011

Jakoś tak

To już na sto procent jest prawidłowość. Wraz z latem hobby chowa się gdzieś w kącie, czekając pewnie na krótsze dni, moje życzliwsze spojrzenie i garść chęci, które sprawią, że człowiek targnie się na coś więcej, niż wyjęcie miniatury z pudełka (i schowanie jej po kilku dniach z myślą, że ‘może w kolejny weekend‘). W tym roku nie jest inaczej. A w zasadzie trochę jest, bo dość dużo czasu spędzamy w podróży, w ruchu, wśród ludzi. Czasem zadaję sobie pytanie, czy oto przesunęła się moja granica spontaniczności w tej kwestii. Czasem myślę, że za dużo tego. Kolejne kilometry nawijają się na opony naszego samochodu, neurony szukają nowych połączeń, przed dziećmi otwiera się coś więcej z tego świata. Jesteśmy razem, jest dobrze. Kolejne litry benzyny znikają w baku. Gdzieś na marginesie majaczy, w porywach mniej lub bardziej niepokojąca statystyka, na temat innych litrów, znikających w innych miejscach. Na to wszystko, jak zawsze, czasem z lekkim przymrużeniem oka, szukam w różnych okolicznościach nawiązania do tej mojej, nazwijmy ją miniaturowo-figurowej pasji. To pewnie o tym chciałem dzisiaj napisać. O czym na przykład?

A o kapitalnym zamku krzyżackim w mazurskim Rynie, odrestaurowanym z niesamowitym pietyzmem, bez słabych punktów. Zdjęcia tarcz i różnych zdobień mogą się wszak przydać w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości - posłużyć za wzór.


Co jeszcze? A może odkrycie wielkiej, lingwistycznej zagadki ze świata Warhammera. Już wiem, jak tłumaczymy na język polski nazwę własną słynnego, zimnokrwistego gada.


Wystarczy odwiedzić dinolandię, nie trzeba kończyć Oxfordu…


Inną zagadkę lingwistyczną spotykam na pokazach lotniczych. Byłby to adres?


Pola Chwały 2011. Jestem tylko na kilka godzin, pierwszy raz z rodziną. Są zachwyceni. Nie gram co prawda w turnieju (no, może poza krótkim coachingiem Gobosa), ale w tym roku w zupełności wystarczają mi Rzymianie z grupy Proantica. Z jednym z nich, niezwykle miłym, ucinam sobie pogawędkę na temat ekwipunku (dzięki!). Chwilę później, w jednej z sal zamkowych, kupuję niemal legion do DBA. Niemal, bo w końcu jednak nie daję się złamać.



Ale w powstrzymywaniu się idę dalej. Ostatni weekend, Warszawa - zaglądam do sklepu Altdorf (nic nie kupuję) ale nerwy nie zawodzą i do Wargamera nie idę wcale (choć to dwie ulice obok). Tym samym miniaturowi Rzymianie poczekają jeszcze. Choć nie długo, bo wkrótce zamierzam zakończyć zakupowy post. Tym bardziej, że przyjrzałem się na żywo ungrimowym Anglikom z Corvusa. Oj, świerzbią ręce.


Niestety nie wyrobiłem w sobie nawyku zabierania w takie miejsca aparatu. Sam nie wiem, czemu. Może dlatego, że jak już go wezmę, to czuję presję robienia zdjęć, które potem są nijakie. Może to lenistwo po prostu. A może coś, o czym nie warto napisać dwóch poprzednich zdań. W efekcie zwykle muszę polegać na nienajlepszej jakości telefonu komórkowego. Dlatego stwierdziłem, że wymienię go na model, z lepszym aparatem, żeby mieć po prostu inny poziom udokumentowania wspomnień.

Ot, poniosło mnie dzisiaj z tymi wynurzeniami. Dzień coraz krótszy, wieczory coraz chłodniejsze. Człowiek, z jednej strony, składa się do sennego zimowania i przybiera nieco ochronnego tłuszczu. Z drugiej jednak coś mu się w tej głowie kołacze tak, że wyczekuje pierwszych oznak hobbystycznej wiosny. Sprzeczności.

RSS FeedRSS