środa, 31 maja 2006

Nierówne boje

Chociaż na naszej stronie traktujemy głównie o systemach bitewnych związanych z armiami lądowymi, chciałem wykorzystać okazję i przemycić drobną recenzję do działu historycznego, związaną w tematyką morską.

Skąd ten tekst? Ano przeglądałem książki na regale i wyjąłem jedną, ze zniszczonym grzbietem, żeby sprawdzić, co to takiego. Od razu też zrobiło mi się cieplej na sercu, jak zobaczyłem okładkę (w nagłówku oryginalny skan) a na niej angielski krążownik Good Hope, który toczy nierówny bój z niemieckimi krążownikami pod Falklandami w czasie I wojny światowej.

Książkę tę kupiłem 18 lat temu. Ci, którzy znają mnie tak długo, pamiętają zapewne moją miłość do marynistyki, papierowych modeli, itd. Ci, którzy znają mnie krócej, mogliby pomyśleć, że lubię tę książkę ze względu na nazwisko autora...

Nierówne boje to zbiór opowiadań o zmaganiach ludzi morza i ich okrętów z przytłaczającymi siłami natury, z bezwzględnością decyzji politycznych czy wreszcie druzgocącą przewagą wroga w czasach wojny. W dużej mierze czytamy o zmaganiach z okresów wojen światowych ale całość zaczyna się nieco wcześniej. Tonie Titanic ze słynną orkiestrą na pokładzie, brytyjskie niszczyciele przepuszczają desperacki atak na niemieckie pancerniki w Bitwie Jutlandzkiej, są i echa wojny domowej w Hiszpanii. Możemy sporo dowiedzieć się o Potiomkinowcach, marynarzach carskiej floty czarnomorskiej zmuszonych do zatopienia swych okrętów czy o samotnych bohaterach wojny rosyjsko-japońskiej. Słychać salwy polskiego niszczyciela Wicher w obronie Helu i agonię ludzi i okrętów na redach Mers-el-Kebir, Narviku czy Pearl Harbour. Poznajemy samobójcze akcje z czasów wojny chińsko-japońskiej i z okresu końca zmagań Aliantów z Japonią na Pacyfiku. Całość opatrzona jest doskonałymi rycinami autorstwa Adama Werki – ci, których zachwycały okładki Małego Modelarza, wiedzą, o kim mówię.

Myślę, że mnie, jako małemu chłopcu, z zamiłowaniem do morza i okrętów, szczególnie przypadł do serca opisany tam heroizm i niezłomny opór wbrew wszystkiemu. Choć dzisiaj patrzę na pewne sprawy inaczej, książkę przeczytam jeszcze raz z niekłamanym entuzjazmem.

Ot i recenzja – nic szczególnego, więcej wspomnień niż konkretów. Ale może kogoś udało mi się zachęcić? Dziesięć lat temu schowałem do szuflady kilka papierowych modeli a ponieważ moje zadanie pomalowania miniatur do WFB dobiega końca, myślę, że biednej szufladzie zrobi się wkrótce lżej ;) Czekajcie na Bismarcka, Błyskawicę i jeszcze kilku innych uczestników wojen morskich ubiegłego wieku.

Nierówne Boje, Jan Piwowoński, Nasza Księgarnia, W-wa 1988


Adrian Stolarczyk

czwartek, 11 maja 2006

Nauka idzie na wojnę

O książce Ernsta Volkmana pt. Nauka idzie na wojnę dowiedziałem się od znajomego, któremu chciałem wyjaśnić, że słynne średniowieczne łuki angielskie były tak naprawdę łukami walijskimi. Stamtąd bowiem ów znajomy znał wiele faktów o tej cudownej broni (jak mówi historia, ponoć w jeszcze w 1940 roku, w obliczu spodziewanej inwazji niemieckiej na Wyspy, jakiś generał proponował użycie łuków właśnie). Szybko też książkę mi pożyczył a ja przeczytałem ją całkiem gładko. Nie jest to żaden opasły tom czy cegła; w zasadzie pozycja na jedno dłuższe popołudnie.

Tezą, którą stawia autor jest to, że nauka wielokrotnie służyła celom politycznym a ściślej wojskowym, natomiast konieczność znalezienia lepszej i nowszej broni zaprzęgała naukę do pracy, stymulując tym samym jej rozwój. Nic oryginalnego w zasadzie. Pasuje tu też inna prawda (zapamiętałem z lekcji w liceum), że żeby dokonała się rewolucja, to zmiany ilościowe muszą przejść w jakościowe. Dlatego po kolei czytamy o zmianie broni z kamiennej na brązową a później żelazną. Dowiadujemy się o pierwszych starożytnych żołnierzach piechoty (np. egipskich rolnikach przymuszanych do walki) których przeraziły i masakrowały, o poziom wyżej w zaawansowaniu wojskowym, formacje rydwanów.

 Odkrywamy dalej, jak powstały pierwsze pancerze dla piechoty  i dlaczego legion rzymski był niepokonany prze kilkaset lat, po to, żeby przekonać się kto w końcu go pokonał. Bardzo szybko jesteśmy w średniowieczu, u schyłku dominacji ciężkiej jazdy, w czasach rzucania klątw na kuszę i długi łuk, w czasach narodzin pierwszej artylerii. Dalej przychodzi era prochu i muszkietów, unifikacji produkcji karabinów, toną żaglowce, upadają imperia, łodzie podwodne zanurzają się,  pojawia się gaz na polu walki, czołgi, broń ABC, starcia wywiadów i wojna elektroniczna.

  Książka nie grzeszy równym poziomem szczegółowości – najbardziej interesujący mnie okres jest opisany miejscami pobieżnie, dokonania XX wieku zaś zajmują sporą część. Nie mogę się temu jednak dziwić, gdyż szybkość i jakość postępu w prowadzaniu wojny w ubiegłym stuleciu pobiła wszelkie rekordy. Niemniej jednak jej czytanie może rozbudzić apetyt na wiedze i chęć jej pogłębienia. Tym bardziej warto po nią sięgnąć.

 Obok opisu postępu naukowego w służbie wojnie autor podejmuję próbę moralnej oceny naukowców (przyjmując ten termin również w przypadku Starożytnych) i ich zaangażowania w rozwój wojskowości. Możemy więc przeczytać o wielkich umysłach i ich rozterkach czy ostatecznych wyborach moralnych, o próbach uprawiania czystej nauki i o tym, jak zaprzęgana była do konkretnych układów politycznych czy militarnych.

 Osobiście doceniłem przedstawioną w książce masę drobnych faktów – tzw. ciekawostek,  że przytoczę kilka: najlepszy klej do wyrobu kusz musiał pochodzić z podniebienia jesiotra występującego w Wołdze – tamtejsi ubodzy rybacy zbili w pewnym momencie ogromną fortunę. Albo proszę, taki fakt: z 3420 lat opisanej ludzkiej historii tylko 268 to lata pełnego pokoju. Albo, że to Japończycy byli na początku XX w. przodującym krajem w dziadzienie higieny swoich żołnierzy. Albo (choć to mocno wstrząsające), że prawdziwy wynalazca komputera był homoseksualistą, co w latach 50-tych było jeszcze karane w Wielkiej Brytanii i orzeczeniem sądu podany został kuracji hormonalnej, w wyniku której wyrosły mu piersi, co w efekcie doprowadziło go do samobójstwa (zjadł jabłko, które uprzednio zatruł). Jak napisałem – wstrząsające. Kilkakrotnie również przekonałem się, że o pewnych sprawach nie miałem pojęcia albo zupełnie błędnie umiejscawiałem je w czasie (np. wynalezienie i zastosowanie siodła). Są też fakty, które nieco mnie dziwią – sądziłem na przykład, że katafraktowie byli ciężką jazdą perską a tu dowiaduje się, że zostali powołani do życia za czasów Karola Młota. Dziwne.

Podsumowując dostajemy do ręki pewien przekrój dziejów ludzkości opowiedzianych pod kątem konfliktów cywilizacji i narodów, pod kątem  postępu w technikach zabijania bliźniego oraz momentów  zwrotnych w historii jako pochodnych obu powyższych faktów. Śmiało polecam. Wypada znać historię wojny od tej strony, szczególnie, kiedy się o wojnie prowadzi stronę internetową. Jak pisałem: do przeczytanie w jedno popołudnie. To czym w końcu różni się kusza od łuku?

Ernst Volkman, Nauka idzie na wojnę, Amber, 2002

Adrian Stolarczyk

RSS FeedRSS