czwartek, 23 listopada 2006

Siódemka wchodzi do gry


Zmierzyć się z recenzją nowej edycji WHB to nie lada wyzwanie – wyczekiwana, szeroko komentowana jeszcze przed pojawieniem się w sklepach, jest kolejnym kamieniem milowym w światowych systemach wargamingowych. Ale czy na pewno?

Autorem podręcznika jest Alessio Cavatore – jedna z czołowych postaci GW a zarazem uznany gracz turniejowy, pomysłodawca wielu zasad, scenariuszy i, co warto podkreślić, gość jednej z galerii na Bitewnym Zgiełku. Twórca siódmej edycji, w poprzedzającym premierę księgi numerze WD, pisze o motywach, jakie nadały jej ostateczny kształt oraz komentuje najważniejsze zmian w stosunku do odchodzącej, szóstej wersji zasad WHFB.

Wydany w twardej oprawie podręcznik, to 288 stron podróży przez szeroko pojmowany świat WHFB. W ramach powitania przed tą eskapadą dostajemy przedruk okładki z pierwszej edycji, na pożegnanie zaś wzory templetów. A co znajduje się pomiędzy?

Zasady

Pierwsza z głównych sekcji nowej księgi poświęcona jest zasadom. Zanim jednak dotrzemy do strony pt „Playing the game”, autor wprowadza nas, a raczej graczy całkowicie początkujących, w tematykę WHFB, pisząc po kolei o tym, czym jest wargamng, o stopniach zaawansowania w tematykę tegoż, o wyborze armii, polu bitwy i scenerii oraz o podstawowych a zarazem niezbędnych do grania akcesoriach.

Teraz meritum sprawy – przynajmniej dla niektórych – zasady. Te podzielono (podobnie jak w poprzedniej edycji) na podstawowe i zaawansowane – razem zajmują 122 strony, i jak łatwo zauważyć, nie jest to nawet 50% objętości podręcznika. Co do samych zasad, to oczywiście uległy w wielu miejscach zmianie ale moim zamiarem nie jest opisywanie tychże zmian w szczegółach. Dość, że ocenię ich stopień na kosmetyczny, niejednokrotnie eliminujący kontrowersyjne czy wręcz nielogiczne regulacje poprzedniej edycji. Sam autor na łamach WD ocenił poziom zmian w podobny sposób. Warto nadmienić o innym sposobie rozstrzygania ucieczek, tuningu w sekcji  ‘Magia’ i ,Broń’, wprowadzeniu zasady „Insane Courage” (czyli oczy czarnego ratują nam skórę w największych opałach), ujednoliceniach w sekcji ‘Psychologia’ czy ograniczeniu scenariuszy rozgrywania bitew do jednego. Tą ostatnią zmianę mają ponoć osłodzić publikacje w WD, co mogę potwierdzić już dzisiaj, po przeczytaniu numeru z grudnia 2006. Wracając do tematu: sposobem na przetestowanie nowych zasad jest po prostu rozegranie wg nich bitwy, do czego wszystkich zachęcam. Ligowe rozgrywki przeszły już na nowy system, siłą rzeczy więc pora opanować podręcznik i zmieścić go w przysłowiowym palcu.

Świat Warhammera

Kiedy już stajemy się omnibusem w temacie zasad pora przyswoić sobie tzw. klimatyczne tło Warhammera. Nowa edycja wywiązuje się świetnie z tego zadania, dostajemy bowiem na talerzu chronologicznie ułożoną historię poszczególnych ras – ich narodzin, dni potęgi a wreszcie upadku, historię niezliczonych konfliktów, wielkich kataklizmów, bohaterskich czynów i przerażających zbrodni. Od pojawienia się Starszych do współczesnych nam, czy raczej podwładnym cesarza Karla Franza, czasów, podręcznik opowiada koherentną historię świata Warhammera. Zagłębiając się w ten traktat, znalazłem odstępstwa w stosunku do historii opowiedzianej w poprzednich edycjach. Nie wiem, czy jest to zamierzona zmiana, czy niedopatrzenie, czytając jednak zapowiedzi nowej armii Imperium, skłaniam się raczej ku pierwszej wersji. O czym mówię? O pomocy, jakiej Elfowie udzielili cesarzowi Magnusowi podczas wielkiej wojny z Chaosem. Przyzwyczaiłem się bowiem do wersji, że na pomoc zagrożonej ludzkości Ulthuan wysłał trzech magów  - tu znajdujemy zapis o lądującej w Imperium armii.

Oprócz historii warhammerowego świata, nowa edycja opowiada oczywiście o każdej z ras. Zaczynamy tu od znanych wszystkim słów ,The Empire is the largest and most powerful of…” a kończymy na wzmiance o tajemniczym Wielkim Bastionie i Niebiańskim Cesarzu z Cathayu. Pod opisem każdej z ras (z wyjątkiem tych, których wojsk nie można znaleźć wśród produktów GW – i  pewnie nie szybko to nastąpi), zobaczyć można imponujące kolekcje reprezentujących je armii. Najbardziej archaicznie, prozaicznie i nieciekawie prezentuje się oczywiście armia Elfów w Ultuanu (choć to temat na inną opowieść).

Hobby

Kiedy już wiemy czym różni się Slann od Gnoblara, Skink od Smoka, Plague Monk od Giganta a Yoeman od Driady pozostaje nam poczytać o hobby, jakim jest Warhammer. Ostatnia sekcja podręcznika jest niezwykle wszechstronna. Znajdujemy tu zarówno teksty o kolekcjonowaniu poszczególnych armii i ich komponowaniu pod kątem grania jak i o wycinaniu modeli w plastikowych wyprasek czy używaniu ręcznej wiertaki do łączenia metalowych części. Wykonywanie podstawek, konwersje miniatur, dbanie o pędzle i farby, dostępne kolory tych ostatnich, efektowne stoły i makiety, pomysły na kampanie, wreszcie opis większych imprez o uznanej randze światowej – to wszystko zawiera sekcja poświęcona hobby. Pojawia się tu również mój absolutny faworyt – armia Leśnych Elfów autorstwa Joe Sturge’a, utrzymana w zimowej tonacji, jest przykładem wszechstronności i kreatywności  w podejściu do armii Warhammera.

Ogólna ocena

Z trudem przychodzi mi obiektywna ocena ostatniej edycji WHFB ale w zasadzie należy jej się ‘bardzo dobry’. Pomijając zawartość czy kształt samych zasad, siódemka jest lepsza od poprzedniczek – już choćby dzięki rozbudowanej sekcji poświęconej hobby. Na tak wysoką oceną zarobiła oprawa graficzna – dobór i ilość grafik oraz zdjęć, żelazna konsekwencja przy pokazywaniu poszczególnych armii (poziom malowania, dobór figurek, tło), humor (np. w sekcji dotyczącej używania noży modelarskich znajdujemy ostrzeżenie ‘Uwaga na ręce’ a nad tekstem model bretońskiego kata wrzeszczy w niebogłosy bo odciął sobie rękę toporem) czy sama jakość kolorów i papieru. Spotkałem się z opiniami, że podręcznik przypomina nieco ten do role-playing: nie ma w tym przecież nic złego. Można śmiało uznać, że GW stanęło na wysokości zadania i o żadnym blamażu nie ma mowy. Szczypta krytyki? Cóż – kto czekał na spory zwrot flagowego okrętu GW, szczególnie w temacie zasad, może czuć się rozczarowany i podpisać pod zarzutem, że ostatnia edycja to tylko marketingowa tapeta na niemłodym już przecież systemie. Po prawdzie, można się i z takim argumentem zgodzić.

Co dalej?

Firma GW przechodzi, w mojej ocenie, do wydawniczej ofensywy, czego najlepszym dowodem jest pojawianie się nowych edycji znanych wszystkim armii (podręczniki, miniatury). Osobiście czekam na całkiem nowy produkt na półce WHFB – coś, czego jeszcze nie znamy, coś mniej pretensjonalnego, niż ostatnia z wydanych armii, coś w sam raz dla mnie.

Adrian Stolarczyk

poniedziałek, 13 listopada 2006

Green Power - Słów kilka o nowej księdze Orków i Goblinów


Siódma edycja Warhammera jest już faktem, a na rynku pojawiła się kolejna księga armii, przystosowana do nowej odsłony zasad, księga „Orków i Goblinów”. Zgodnie z polityką wydawniczą firmy Faber i Faber, powstało więc i polskie jej tłumaczenie.

Obglundnijmy ksiunszke

Księga Armii „Orków i Goblinów” nie odbiega standardem od innych pozycji tego typu. Miękka, kolorowa okładka przyciąga oko wspaniałą ilustracją Alexa Boyda, na której Boss Orków dosiadający dzika prowadzi do walki hordę zielonoskórych. Wnętrze podręcznika to osiemdziesiąt stron wysokiej jakości druku i papieru, które przyjemnie czytać i przeglądać. Kiedy dodamy do tego informację, że księga jest solidnie klejona, nie musimy już obawiać się o jej podatność na łatwe zniszczenie podczas wielokrotnego wertowania. Dobry nastrój zepsuła mi jednak świadomość, że tylko 58 stron podręcznika zawiera główną jego treść. Na pozostałych, obejrzeć możemy dziesiątki, w pełni kolorowych zdjęć modeli, armii, sztandarów i czego tam jeszcze chcemy.

Co tam stui napisane?

Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, księgi armii Games Workshop podzielone są na kilka stałych rozdziałów. Najpierw więc możemy poczytać, dlaczego warto grać akurat tą armią, później dowiedzieć się nieco o historii orków i goblinów i prześledzić ją w wygodnym, chronologicznym zestawieniu. Ta część podręcznika mnie osobiście zazwyczaj najbardziej interesuje, tworzy bowiem zdecydowaną większość klimatu armii. Z powodu nietypowości orków i goblinów, braku własnej państwowości i historiografii, rozdział ten jest opowiadany z punktu widzenia ofiar ich wypraw wojennych i mówi praktycznie tylko o wojnach. Nie jest to co prawda szczyt moich oczekiwań, moim zdaniem ta sekcja powinna zajmować znacznie większą część podręcznika i obejmować szersze spektrum zagadnień, ale plusik mogę jej postawić z zupełnie czystym sumieniem.

Następny rozdział – Bestiariusz, zawiera opisy wszystkich stworzeń, jakie znaleźć można w kompletowanej armii, jak również największych zielonoskórych bohaterów. Oprócz statystyk i zasad specjalnych dotyczących omawianych istot, znajdziemy tu sporo informacji na temat trybu życia poszczególnych stworzeń, ich funkcji w społeczeństwie, wyglądu i innych tego typu, smakowitych kąsków.

Dwa kolejne rozdziały traktują o magii orków i goblinów i magicznych przedmiotach przez nich używanych. Są już nieco bardziej mechaniczne i skupiają się głównie na wyjaśnieniu zastosowania tych dwóch istotnych zagadnień w czasie gry. Tu i ówdzie jednak znajdziemy skrawki klimatycznych komentarzy wzbogacających dotychczasowe wiadomości o stworzeniach, którymi przyjdzie nam dowodzić na polu bitewnym.
Ostatni rozdział to listy armii, służące nam do komponowania własnych dzikich hord. Są one równie niezbędne, co ciężkie do jakiegokolwiek podsumowania, dlatego zakończę ich opis informacją, że oczywiście są!

Później w księdze znajdują się już tylko kolorowe strony ze zdjęciami, o których pisałem wcześniej. Ich liczbę, jeśli mógłbym o tym decydować, zmniejszyłbym do 1/3, a powstałe w ten sposób miejsce zagospodarowałbym historiami o orkach i goblinach.

Co siem zmieniło?

Już przyzwyczaiłem się do myśli, że w nowych księgach armii, nowego będzie niewiele. Nie bez przyczyny mówi się o kolejnych wydaniach ksiąg jako o odświeżaniu armii. „Orki i Gobliny” nie odbiegają od tego standardu. Na pierwszy rzut oka widać, że wróciła jazda na pająkach, która nie wiadomo dlaczego, w szóstej edycji została usunięta z goblińskich szeregów. Niestety, nie poprawia to wiele w temacie wystawiania armii złożonych tylko z goblinów, ponieważ w tym samym czasie zniknęła przyjemna zasada, pozwalająca wystawić dodatkowego bohatera na każdy 1000 pkt. czysto goblińskiej armii.
Orkowska broń – rembak (choppa) w końcu została nieco poprawiona i obecnie daje modyfikator do siły niezależnie czy walczy się jednym czy dwoma sztukami tej broni. Dodatkowo traktowana jest jak broń ręczna, więc daje dodatkowy punkt zbroi w połączeniu z tarczą, czego domagało się wielu graczy.

Ciekawie zmienione zostały zasady animozji. Teraz zielonoskórzy, którzy zaczynają się ze sobą kłócić, nie zabijają się nawzajem, a tylko tracą turę na sprzeczkę. Natomiast kiedy do oddziału dołączony jest Czarny Ork i zajdzie potrzeba uspokojenia podwładnych, wtedy łby zaczynają spadać.

Prócz tego jest jeszcze trochę zmian dotyczących n.p. wielorakiego uzbrojenia Czarnych Orków, śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakim są niekontrolowane Paszczaki (Squig), śmierci fanatyków, czy zwiększenia kontroli nad lotem goblińskiego samobójcy ze skrzydełkami wystrzelonego z Gleba-Łaaa!-Gleba (Doom Diver).

A jak tam ksiunga po polskiemu?

Polska edycja księgi, w warstwie edytorskiej, nie ustępuje oryginałowi. Świetny papier, doskonałe kolory i nasycenie farby drukarskiej. Ale do takiego stanu rzeczy nasz rodzimy wydawca już nas zdążył przyzwyczaić.

Treść przetłumaczona została ładnym, żywym językiem, oddającym zarówno surowy kronikarski ton jak i niedoskonały, slangowy, sposób mówienia zielonoskórych. Całość jest spójna i trzyma się jednego klimatu, który, nie ma innej możliwości w przypadku tej księgi, jest połączeniem nieobliczalnego szaleństwa i radosnego okrucieństwa. Oczywiście wszystko w zakresie produktu, przeznaczonego dla młodzieży.

Jak zwykle przy okazji wydania polskich edycji podręczników do Warhammera powstaje potężna dyskusja dotycząca nazewnictwa. Również w przypadku opisywanej księgi armii, nie obyło się bez niej. Tłumacze jednak nie podejmują już dyskusji, wychodząc z założenia, że nie przyniosą one żadnych wymiernych rezultatów. Zajmują się tym, co do nich należy, tłumaczeniem następnych ksiąg. W księdze „Orków i Goblinów” jest sporo nazw, o które można by się pospierać. Czy Spear Chukka to Dzidomioty, a Rock Lobbers to Głazociski, a może Squig to Paszczak, a jazda na Squigach to Hop-Gobliny? Zdecydowana większość tych nazw bardzo mi się podoba i jestem ich wielkim zwolennikiem.

Na kuniec

Nowa księga Orków i Goblinów nie zmienia wiele w grze, nie zaskoczy nas również, ani zawartością, ani jakością wydania. Każdy gracz będzie mógł zapoznać się dzięki niej ze wszystkimi informacjami potrzebnymi do gry i w odpowiedniej chwili z łatwością się do nich odwołać. Księga jest czytelna i przejrzysta, do czego Games Workshop przyzwyczaił nas już w innych swoich podręcznikach. Dla nas, z całą pewnością, jej zaletą jest to, iż posiadamy edycję Warhammera w naszym ojczystym języku.

Redakcja Bitewnego Zgiełku dziękuje firmie Faber i Faber za udostępnienie podręcznika „Orki i Gobliny”.

Sławomir Okrzesik

wtorek, 7 listopada 2006

Poczuć presję

Okres tuż przed puszką kojarzy mi się nieodzownie z presją i napiętymi terminami malowania. Ba, już przed turniejem węgielnym pobiłem rekord malując niemal cały oddział gwardii morskiej w ciągu trzech tygodni. Kolejno w podobnej gonitwie z czasem udział wzięły srebrne hełmy (listopad 2005) i ogry (czerwiec 2006). Za tydzień piąta edycja naszych zmagań a ja nie ślęczę po nocach, nie wykorzystuje każdej wolnej chwili na pędzel i farby – jakby człowiek ręki nie miał! Powodów jest kilka, choćby taki, że gramy za niewiele punktów więc z pewnością nie wystawię gwardii feniksa (jedyny niegotowy oddział w mojej armii). Wczoraj jednak mój spokój zmącił jeden delikwent – zajrzałem głębiej w zakamarki gabloty i poczułem dreszcz, kiedy ponure i groźne oczy brodatego brutala, opartego na dwuręcznym toporze, rzuciły mi nieme wyzwanie. No tak, pomyślałem: stoi tam od czerwca, nie jest mój, puszka za tydzień, zafunduję sobie mini presję.
Malowanie krasnoludzkiego lorda sprawiło mi wiele przyjemności – jak każda odmiana zresztą. Zastosowałem sporo suchego pędzla w przypadku metalowych części oraz włosów (z tych ostatnich nie jestem do końca zadowolony; ciekawe, co powie brutal). Ręce i twarz (po prostu miód do malowania) to już warstwy. Trochę tuszów, jakiś klejnocik i lord gotowy. Gdy odstawiłem ostatni kolor, zdałem sobie sprawę, że paleta, jakiej użyłem jest identyczna ze stosowaną w przypadku legionu. Z jednym wyjątkiem, który ma solidne uzasadnienie. Gdybym bowiem zrobił inaczej, malowana figurka z pewnością przedzierzgnęłaby się szybko w zabójcę trolli albo gigantów – do rozjaśnienie odkrytych partii ciała użyłem mocno rozcieńczonego koloru kościanego, podczas, gdy zwykle jest to kolor elfi. I to była właśnie przedpuszkowa szufelka presji…

sobota, 4 listopada 2006

Ewidencja

Jednym z dziwactw wokół malowania miniatur, jakim mogę się pochwalić, jest prowadzenie szczegółowej ewidencji postępu prac nad armią. Wprowadziłem ją w lipcu 2004 roku i prowadzę do dzisiaj. W oryginale wygląda nieco osobliwie i pewnie któregoś dnia – najlepiej po zakończeniu malowanie elfów – pochwalę się nią na forum lub stronie. Wpisuję do niej nie tylko własne miniatury ale również modele znajomych czy malowane na zlecenie (choć tych jest po prawdzie niewiele)
Ostatnio postanowiłem za pomocą tychże zapisków zbadać sezonowość w malowaniu. Wprowadziłem dane do arkusza kalkulacyjnego a ten wypluł zgrabny i prosty wykres.


Pewnym wnioskiem jest to, że w okolicach listopadowych puszek aktywność rośnie (rok 2004, 2006). Całkiem przyzwoite wyniki widać również w okolicach czerwca (znowu puszka) a wzrost na początku roku 2005 można uzasadnić postanowieniami noworocznymi. Najsłabsze miesiące – i nie ma w tym nic dziwnego – to miesiące letnie. Trudno się maluje, jeśli upał sięga 30 stopni i pot zalewa oczy. I jeszcze jedna liczba na koniec – suma pomalowanych miniatur od dnia prowadzenia ewidencji wynosi 71 sztuk.
W przypadku legionu nie prowadzę ewidencji. Tutaj zanotuję, że właśnie ukończyłem pierwszy z dwóch element włóczników. Kolorystycznie zbliżony jest on to elementów bladów – wyróżnikiem, poza metalowymi kolczugami, jest kolor pióropuszy. Zdjęcie kiepskie ale prawdziwe (zdjęcie rzeczywiście bardzo kiepski, zamieścimy lepsze przy pierwszej okazji - przyp red.). Na dzisiaj więc ukończyłem 5 elementów, co cieszy, gdyż czasu jeszcze sporo a pracy coraz mniej.

czwartek, 2 listopada 2006

Po polsku

Spotykam się czasem z powiedzeniem, że coś jest zrobione „po polsku” i niestety stwierdzenie to ma najczęściej pejoratywny charakter. Sądzę, że jego pochodzenie bierze się z czasów PRL, które, było nie było, kojarzą się z bylejakością, tandetą, szmirą czy nieudaną próbą podrobienia zachodu. Z drugiej strony może śmiało odnosić się do dzisiejszych zwyczajów, wad i zaniedbań naszych rodaków, które z czasami Polski ludowej nie mają wiele wspólnego.
Mając na uwadze wspomniany peerelowski rodowód powiedzenia oraz przyglądając się zdjęciom, które ostatnio dotarły do mnie mailem, mogę pokusić się o stwierdzenie zasadności ‘po polsku’. Z drugiej strony ten spam zginałby zapewne w ‘usuniętych elementach’ a to, moim zdaniem, mogłoby okazać się stratą dla potomności. Dlatego dzisiaj chciałem cofnąć się w przeszłość…
DBA by PRL można uznać za całkiem przyzwoite. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że miejscami malowanie niczego sobie. Sam design też może się podobać.
Natomiast modele do indiańskiej wersji gry Mordheim to już inna bajka. Szaman (po prawej) broni się być może pióropuszem, jednak nie potrafię znaleźć historycznego uzasadnienia wełnianych rajstop, za rasizm i tendencyjność zaś uznaję ich kolor. Kopyt nie komentuję. Wielki wódź (po lewej) to zagadka w każdym calu. Czerwień ust, wzrost, gest głaskania kogoś prawą dłonią, spodnie w stylu gorączki sobotniej nocy - wielki znak zapytania. Delikwenta w środku jeszcze trudniej ogarnąć – czy jest to stylizacja na ‘wyczekującego na skale’? Być może. Czy to dydaktyczna pomoc wizualizująca zgubny wpływ kolonizacji i ognistej wody na trzeźwość mieszkańców prerii? Kto wie. Temat należy jeszcze przemyśleć.

RSS FeedRSS