niedziela, 25 marca 2007

Co powie Prezes?

Ależ nurtuje mnie to pytanie! Skończyłem bowiem urodzinowego pegaza dla Prezesa – zajęło mi to strasznie dużo czasu, nadto tłumaczyłem się niby-ekperymentem, aby ukryć niezadowolenie z własnej pracy. Jeszcze wczoraj sposób, w jaki pomalowałem miniaturę wprawiał mnie w furię. Czasem jednak dobrze jest przespać temat – rano obudziłem się z ‘nową percepcją’, dołożyłem bohaterowi tarczę i humor wrócił.
Co do samego bohatera to starałem się wpasować go kolorystycznie do koncepcji, jaką zastosowałem w przypadku pegaza. Dużo czerwieni, złocona zbroja, płaszcz identyczny z kropierzem – to tylko niektóre z przykładów. Zdjęcie, które prezentuję, powie niewiele, wkrótce jednak zamierzam pochwalić się szerszą galerią na łamach Zgiełku. Dodatkowo Tsar podrzucił mi w związku z tym świetny pomysł. Powiem tylko tyle – trzeba zwrócić uwagę na kolejny update.
Na marginesie – kontuzja kolana sprzyja moim pasjom. Ilości pomalowanych miniatur w ciągu kilku ostatnich dni bije rekordy a spod pióra wychodzą kolejne teksty. Od poniedziałku jednak basta – wracam do pracy. Tak czy inaczej, mój figurkowy blog powinien tymczasowo zmienić nazwę na ‘wypieki kaleki’. Tymczasem wkrótce żegnam się z Czerwonym Baronem – na szczęście oddaję go w dobre ręce!

Stare graty

Nadszedł weekend i w końcu troszkę luźniej się zrobiło więc czas coś pomalować. Wybór jest duży, ale kiedy rzuciłem okiem na półkę z figurkami, mój wzrok przykuł model, który znacznie różni się od pozostałej części mojej armii, a mianowicie Dragon Ogre Shaggoth. Kupiłem go dawno temu, kiedy miałem w planie kolejną po Imperium armię Beast of Chaos. Lata minęły, czasy się zmieniły i plany też. Pomalowany zaraz po zakupie Półsmok-Półogr przeleżał na różnych półkach długi czas i kurzył się. Przyglądnąłem się mu krytycznie i postanowiłem odświeżyć stwora kilkoma maźnięciami farby. Z paru rzeczy byłem nie do końca zadowolony: niedopracowana łuska, mało zróżnicowane włosy, plus kilka odrapań i plamek. Wieczór spędziłem więc na dopieszczaniu go i już jestem bardziej zadowolony z efektu. Złotego Demona to nie dostanę, ale przyjemnie mi się na niego patrzy. Przy okazji podzielę się nim z innymi i mam nadzieję, że się Wam spodoba.

środa, 21 marca 2007

Nigdy mi się to nie zdarzyło

To prawda – jeszcze nigdy nie skręciłem nogi w kolanie. Paskudna sprawa – wczorajszy mecz okazał się brzemienny w skutkach. Noga usztywniona, boli jak diabli – nie mogę zgiąć, nie mówiąc o szybszym chodzeniu czy jeżdżeniu autem. Piłce muszę powiedzieć ‘do widzenia’ na co najmniej dwa miesiące. Brak mi słów, co w związku z tym czuję. Dramat legionisty, jednym słowem. Tymczasem maści, opaski, lód, itd. Ten przymusowy pobyt w domu wykorzystałem więc na malowanie. Tym bardziej, że żona zwolniła mnie z wszystkich obowiązków. Jakie efekty?
To prawda – jeszcze nigdy nie pomalowałem 9 miniatur do WFB w jednym rzucie. Podążając tropem lutowego WD zastosowałem ‘batch painting’ na oddziale krasnoludzkich wojowników (wzór wypróbowany w ubiegłym tygodniu). Zmierzyłem przy okazji czas malowania – dokładnie 4 godziny i 15 minut, co pokazuje ewidentnie efekt skali: pojedynczy wojownik zabrał mi 40 minut; w przypadku malowania seryjnego 9 sztuk to 28,33 minuty na figurkę. Krótko mówiąc – opłaca się. Ot, miniaturowa ekonomia. Jeszcze dwa podejścia (7 + 3) i cały regiment będzie gotowy. Polecam wszystkim, których przeraża wizja 356 goblinów do pomalowania. Jasne – Złotego Demona za to nie dostanę, blond brody wyszły paskudnie, ale ogólna ocena mieści się w ‘do przyjęcia’. I pomyśleć, że od prawie pół roku nie mogę skończyć definitywnie mojej armii HE – zostało mi do pomalowanie właśnie dziesięć miniatur...

poniedziałek, 19 marca 2007

Dziś mój pierwszy raz


Postanowiłem prowadzić dziennik, a przynajmniej tygodnik swoich wyczynów malarsko-modelarskich i innych. I oto jestem, zachęcony świetnymi blogami moich poprzedników wskakuję na tor. Tu zaczęły się schody, pierwszy dylemat - jak nazwać swój blog? W końcu to zostanie na zawsze :) Po dwóch dniach myślenia i przebierania w nazwach zainspirowała mnie książka kucharska oraz Halfling Hot Pot. Stwierdziłem, że przy samych poważnych tytułach mój będzie z małym jajem. Tak powstał "Bitewny Hoczpocz", co można by podciągnąć pod synonim Bitewnego Zgiełku. Więcej, co do nazwy nie zdradzam. Niezbyt skomplikowana zagadka do rozgryzienia dla dociekliwych czytelników.
Tak, więc, aby było już całkiem tematycznie przedstawiam mój stary zakup, oczywiście z aukcji internetowej, Halfling Hot Pot.



Co w nim takiego szczególnego? Jego urok. Jest to świetnie dopasowany klimatycznie model do całej rasy halflingów i nie mogłem się oprzeć pokusie kupienia go. Jestem poza tym wielbicielem tych małych pociesznych karzełków.
Dla niewtajemniczonych maszyna ta pochodzi z systemu Warhammer Battle, działa jak najzwyklejsza katapulta z tym, że o mniejszej sile. Jest to oddział z armii Dogs of War w jednostkach "Rzadkich", większość armii może go wystawić jako najemników. Tylko, kto by najął takie badziewie marnując tak ważne miejsce "rzadkich" regimentów? No, na przykład ja.
Ale jeśli nie potrzebujecie w armii katapulty możecie zatrudnić naszych sympatycznych przyjaciół na przykład do pomocy w przemieszczaniu różnych większych przedmiotów


lub do wyprowadzania na spacer Pikusia gdy Pana nie ma w domu


tudzież do opieki nad sprawiającymi problemy wychowawcze


a w ostateczności dla rozrywki


Dla urozmaicenia dołączyłem do piekielnej machiny prywatną obstawę w postaci łucznika z elitarnego oddziału Lumpin Croop's Fighting Cocks, czyli Walczące Koguty Lumpina Croopa.


Jest to pierwszy pomalowany przeze mnie model z tego regimentu i sprawił mi on sporo radości. Viva Pumilius Pumilo!

Krasnolud z Arnoru

Nie – rasa krasnoludka nie zamieszkiwała Królestwa Arnoru. Tytuł moich dzisiejszych przemyśleń wziął się skądinąd. W moje ręce trafił plastikowy wojownik krasnoludzki z jednej z ostatnich edycji tej armii. Próbując zasmakować wreszcie najprostszych technik malowania miniatur sięgnąłem przy tej okazji do lutowego numeru WD, gdzie znaleźć można tutorial dotyczący malowania wojowników Arnoru. Malowania równie szybkiego, co oszczędnego i efektywnego. Mała adaptacja techniki do krasnala i efekt zdumiewający – 40 minut wytężonej pracy i kraś gotowy. Poszło głównie o suchy pędzel, przewagę ciemno zielonego i nieco detali. Założę się, że przy malowaniu seryjnym byłbym w stanie osiągnąć wynik czterech/pięciu miniatur w dwie godziny. Niezły rezultat – oznacza, że klocek dwudziestu wojowników klanowych to jakieś dziesięć godziny pracy. Muszę się zastanowić nad zbieraniem nowej armii…oraz nad nowym terminem ukończenia bretońskiego bohatera na pegazie.

czwartek, 15 marca 2007

Natury się nie da oszukać

Długo myślałem, że Manfred von Richthofen jest nieco naciąganą inspiracją do modelu, nad którym pracuję – szczególnie do przyjętej kolorystki pegaza. Na szczęście na ratunek pospieszyła Matka Natura – w ostrawskim zoo natknąłem się na obrazek, który wprawił mnie w euforię. O ile bowiem przez długi czas miałem się za wynaturzonego genetyka, majstrującego przy upierzeniu królewskich rumaków latających, o tyle teraz wiem, że nie mam powodów aby tak myśleć. Czerwone ptactwo istnieje i ma się dobrze. Wszystko dzięki czerwonym flamingom - proszę tylko popatrzeć na zdjęcie.
Tymczasem prace nad pegazem zostały definitywnie ukończone. Obok kilku poprawek (np. dodatkowe białe warstwy na szyi czy ‘podrasowane’ symbole na tarczkach) na kropierz trafiły smocze symbole z kalkomanii. Szmata jest w głównej mierze malowana techniką suchego pędzla – podobnie postąpiłem przy próbie podcieniowania nałożonych symboli. Obawiałem się bowiem, że jeżeli czerwone smoki trafią na biały herb bez takiego zabiegu, całość wyjdzie jakość blado i bezwymiarowo. I znów postąpiłem eksperymentalnie. Tarcza na kropierzu ma czerwony kolor bazowy, dalej rozjaśniona jest białym kolorem. Wreszcie w miejscu, gdzie na herbie nałożona jest kalkomania próbowałem czarnym kolorem (suchy pędzel) wytrzeć niejako zarys smoczego symbolu. Efekt prezentuje się na drugim zdjęciu. Nic z niego nie wyszło. Dlatego pozwoliłem sobie rozjaśnić smoki z kalkomanii kolorem żółtym. Pegaz dostał jeszcze z lakieru bezbarwnego i został odprowadzony do stajni. Teraz to już naprawdę najwyższa pora na barona – tym bardziej, że wyznaczyłem sobie termin ukończenia całego modelu na najbliższy sobotni wieczór.

Nowe "Miniatury Morskie" (zeszyt 1-2)

Pewnych odruchów czy uniesień się nie zapomina – mogą ‘przeczekać’ lata w ukryciu i wystarczy drobne wspomnienie aby poczuć się jak przed laty. Tak było ze mną, kiedy dostałem do przeczytania dwa numery Miniatur Morskich.

Miniatury Morskie – Zeszyt nr 1
Surigao. Ostatni Bój Gigantów
Michał Ozon

Miniatura traktuje o, uznawanej za największą i ostatnią, morskiej bitwie pancernej, w której starły się okręty wojenne w XX wieku. Jest rok 1944 i szala zwycięstwa w wojnie na Pacyfiku przechyla się na korzyść Aliantów. Cesarka flota Japonii jest już mocno osłabiona, szczególnie w klasie okrętów, które awansują podczas konfliktu II wojny światowej na głównych rozgrywających – lotniskowcach. Alianci rozpoczynają inwazję na Filipinach a w cesarskim sztabie powstaje plan akcji Sho-Ichi-Go – szerokiego i wieloelementowego działania kilku zespołów japońskich, których ostatecznym zadaniem jest zniszczenie floty desantowej, lądującej na filipińskiej wyspie Leyte. Jedną z bram do plaż Leyte stanowi cieśnina Surigao…

Autor w obrazowym stylu przedstawia tło akcji: manewry taktyczne i rozstawienie przeciwnych stron, poszczególne etapy nocnej bitwy i ostateczny bilans starcia. Japońscy marynarze i ich bojowy dowódca wiceadmirał Nishimura przedstawieni są w konwencji wojowników – samurai. Warto nadmienić, że w bitwie wzięły udział japońskie pancerniki klasy ‘Fuso’, o bodaj największych pomostach bojowych w historii tej klasy, które amerykańscy marynarze  nazywali pagodami.

Obok barwnego opisu bitwy dostajemy oczywiście mapę, schematy głównych jednostek biorących udział w starci oraz  ich dane techniczne. Wszystko okraszone niezłą dawką zdjęć. Gorąco polecam, nie tylko miłośnikom pancerników (nie mylić ze skeczem kabaretu Mumio).

Miniatury Morskie – Zeszyt nr 2
CSS Alabama. Korsarz Konfederacji.
Sławomir Kędzierski

Z wielkim zaciekawieniem wziąłem do rąk ten numer MM. Powód tego jest prosty – o ile szeroko interesowałem się tematyką marynistyczną, w tym historią bitew, o tyle nigdy nie miałem okazji przeczytać bodaj jednego opracowania o morskiej stronie wojny secesyjnej, która toczyła się  w 19-wiecznej Ameryce.

W wyniku zawoalowanych, zakamuflowanych i przebiegłych działań niejakiego J.D. Bullocha  w stoczni angielskiej wodowany zostaje bark o nazwie „Enrica”, z przeznaczeniem na statek  pocztowy. Szybko jednak, niczym w porywającym filmie akcji,  przedzierzga się w bojowy okręt Konfederatów (czyli Stanów Południowych) o nazwie CSS Alabama i wyrusza na Atlantyk w korsarskiej misji przeciw okrętom  Unii (czyli Stanów Północnych), zmierzając ku swemu przeznaczeniu.

„CSS Alabama” to zeszyt o dwuletniej wyprawie tytułowego krążownika wodami Atlantyku i Oceanu Indyjskiego – wyprawie, która pozbawiła Unię blisko 70 statków handlowych oraz uszczupliła jej kasę o 6 ówczesnych milionów dolarów. Nazwany okrętem widmo krążownik, czy wręcz samo jego imię paraliżował strachem marynarzy Unii czy  armatorów a jednocześnie rozgrzewał serca śledzącego jego losy świata. Warto prześledzić losy rycerskiego dowódcy Komandora Semmesa oraz jego niezłomnej załogi.

Adrian Stolarczyk

niedziela, 11 marca 2007

Eksperyment trwa...

Kontynuując eksperyment o kryptonimie ‘czerwony baron’ dotarłem do momentu, w którym trzeba było złożyć pilota różowej awionetki. Wcześniej oczywiście samolot nabrał ostatecznego wyglądu – no, prawie ostatecznego. Kolczuga pod kropierzem została pomalowana jednak przy użyciu tuszy (wbrew założeniom, że wyłączenie ‘suchy pędzel’), sam kropierz to kilka odcieni niebieskiego. Małe tarcze, znajdujące się tu i ówdzie, dostały ‘prysznic’ z mocno rozwodnionych barw podstawowych – na srebrne nałożyłem kolor niebieski, na złote odpowiednio czerwony. Zdecydowałem, że do wzorów na kropierzu użyję kalkomanii – jakieś smoki najlepiej, co odpowiadałoby tarczy samego barona. Pegaz wymaga więc jeszcze kilku poprawek i doróbek, niemniej wkrótce będę mógł się poświęcić w całości malowaniu jeźdźca. Na zdjęciu widać, że został już skompletowany: widoczna jest mała konwersja w postaci skrócenia ręki tak, aby pochylona lanca zmieściła się nad skrzydłem. Dodatkowo na plecy trafił sporych rozmiarów płaszcz, na którym znajdują się skrzyżowany miecz i berdysz. Na doklejenie czeka tylko tarcza. Eksperymentalnie połączyłem wszystkie elementy metalowe używając wyłącznie green stuff’u. Waham się jeszcze, jakiego podkładu użyć. Skłaniam się jednak ku białemu – i to jest również nietypowe, jeśli popatrzy się na moje prace przez ostatnie kilka lat.

piątek, 9 marca 2007

Są jeszcze inne miniatury

Tak, to prawda – są jeszcze inne miniatury do malowania oprócz armii DBA. Po ukończeniu malowania legionu, które to zajęcie wypełniało mi ostatnio niewiele wolnych chwil, które mam, dokonałem małego bilansu – od listopada ubiegłego roku ani jedna miniatura do WFB nie wyszła pomalowana spod mojej ręki. Kiepsko. Tym bardziej, że w ramach prezentu urodzinowego obiecałem Prezesowi, że pomaluję jednego z jego bretońskich bohaterów – w wersji na pegazie. Urodziny już dawno za nami a bohater nadal nie jest gotowy. Wstyd, że trudno opisać. Dlatego walcząc z ogólnie pojętą niemocą wyjąłem farby i postanowiłem nieco poeksperymentować. Może to i ryzykowany pomysł – mówimy w końcu o prezencie, ale niech tam! Spróbuję. Pierwszy element ryzyka ma polegać na tym, że przy malowaniu pegaza używam niemal wyłącznie techniki suchego pędzla . Drugi element to dobór kolorów. Szukając nietypowej inspiracji postanowiłem, że bretoński bohater wzorowany będzie na Czerwonym Baronie – niemieckim asie lotnictwa z czasów I wojny światowej. Dlatego pegaz, jak i ogólnie tonacja całego modelu, ma być utrzymana w kolorystyce czerwonej właśnie. Obecnie ciągle jestem na początku prac. Jak wygląda pegaz, można zobaczyć na zdjęciu. Moja 9 letnia siostrzenica zapytała tylko, czemu jest różowy… Ech. Chyba przyspieszę wysiłki, bo jak dotąd patrząc na efekt, w głowie mam raczej same obawy co do powodzenia czerwono-baronowego eksperymentu...

czwartek, 8 marca 2007

Ujarzmić Bestię

DBA - II/33 - Polybian Roman - 275BC - 105BC

Zwyczajowo jestem strasznie leniwy. I żeby cokolwiek zrobić potrzebuję naprawdę silnej motywacji. Dlatego zapewne moja armia Mrocznych Elfów do WFB nadal straszy czystym plastikiem i metalem, zapowiedziane artykuły dla „Zgiełku” nadal pozostają w bezpiecznym i odległym świecie abstrakcji, a książki, które miałem przeczytać już od dawna zalegają stosem na półce. Jest jednak pewna rzecz, pewien projekt, który udało mi się ukończyć w 100% i jestem w pełni zadowolony z efektów. Jest nim moja pierwsza armia do systemu bitewnego DBA! Takiej frajdy jak po ukończeniu malowania ostatniego elementu nie odczuwałem dawno. I za to muszę przede wszystkim podziękować Tsarowi, który wpadł na jakże genialny i niesamowity pomysł urządzenia kampanii, w której mogą uczestniczyć tylko armie w pełni pomalowane. Ba, ustanowił do tego jeszcze limity czasowe na malowanie armii, wprowadził rankingi postępu prac, oraz ciągle mobilizował nas do pośpiechu… W ten sposób powstały jedyne i niepowtarzalne warunki – pośpiechu, rywalizacji i poczucia wyższego celu, które suma sumarum wyzwoliły we mnie dostateczne pokłady sił do zmierzenia się z najgorszą bestią – leniem, a pojedynek ten zakończył się pełnym sukcesem.

Po tym przydługim wstępie czas chyba powiedzieć cos o głównym bohaterze tego tekstu – mojej republikańskiej armii Rzymu. Armię tę wybrałem w sumie przez przypadek, bo początkowo nie wiedziałem ani jak się w DBA gra, ani czym wyróżniają się armie pod względem figurek, ani nawet nie miałem mojej ulubionej armii z tego okresu, gdyż od czasów liceum nie miałem żadnej styczności z historią jako taką, nigdy też do historii nie pałałem wielką miłością, może poza opowieściami o wielkich bitwach i pamiętnych wojnach (stąd moje zainteresowanie systemami bitewnymi). Początkowo wybór padł na Kartaginę, ale kiedy okazało się ze zebranie tej armii wymaga dość dużo kombinowania i składania elementów z różnych zestawów figurek postanowiłem poprosić Tsara o cos prostszego… I tak otrzymałem zadanie skompletowania rzymskiego legionu. Najpierw nastąpił zakup dwóch pudełek Zvezdy (nr 8038 (kawaleria) i nr 8034 (piechota)), potem zostało tylko malowanie. Proste, o ile wie się coś o swojej armii, albo po prostu nie zwraca się uwagę na zgodność historyczną. W moim legionie te strategie są ze sobą wymieszane w proporcjach 50/50. Rozpoczynając malowanie wiedziałem tylko ze nie wszyscy legioniści w tych czasach nosili szaty w kolorze czerwonym, ze zarezerwowany był on tylko dla najlepszych lub, z czym często było połączone, najbogatszych. Skonfrontowanie tej informacji z przykładowym malowaniem na pudełkach Zvezdy umocniło mnie w przekonaniu ze tego musze się trzymać… i tak, po prostu, zacząłem malować elementy korzystając ze wspomnianych wyżej gotowych wzorów Zwezdy. Z drugiej strony chciałem zachować spójność armii – pokazać jej jednolitość, zdyscyplinowanie, itp. Dlatego tarcze i pióropusze pomalowałem czerwienią, kolorem, który zapewne wszystkim kojarzy się z rzymską armią.

W ten sposób otrzymałem coś, co z grubsza można nazwać historyczną armią… Teraz już wiem ze powinienem bardziej przyłożyć się do historii i przed malowaniem znaleźć jak najwięcej informacji, aby wydobyć prawdziwą głębię, a nie stworzyć kolejną armię do WFB opartą na schemacie kolorów zależnych od estetycznych upodobań autora…

Cóż, w końcu przyszło mi odrobić zadanie domowe i wybrać generała oraz dowiedzieć się co nieco o bitwach jakie przyjdzie mi być może stoczyć w trakcie kampanii. Poszukiwania rozpoczęte na stronie fanaticusa doprowadziły mnie ostatecznie do wikipedii i spędzenia kilku długich wieczorów na zagłębianiu fascynującej historii wojen punickich, rzymskich sukcesów i porażek. Przynajmniej wiem, że moim generałem zostanie ktoś z rodziny Scypionów… być może nawet sam sławny Publiusz Scypion zwany Afrykańskim! Na tą chwilę wszystko wskazuje, że jestem na dobrej drodze – jeszcze nie przegrałem ani jednej bitwy w swojej (niestety jeszcze niezbyt długiej) karierze gracza DBA.

Cóż mogę jeszcze napisać? Może o technice malowania figurek? Cała armia podpada pod jeden schemat: podkład (czarny) + kolor podstawowy + kolor rozjaśniający. Pozwoliło to dość dobrze wydobyć szczegóły figurek i zachować delikatne cienie, z drugiej strony nie wymagało zbyt wielkiego nakładu sił. Malowanie armii zamknąłem w czasie około 3 tygodni wytężonej pracy i jak już pisałem we wstępie, ukończenie armii sprawiło mi dziką satysfakcję. Pozostaje jeszcze tylko sprawa obozu, ale mam nadzieję rozwiązać ją już niedługo.

Na końcu, jeszcze raz chciałbym bardzo podziękować Tsarowi za jego genialny pomysł i za wkład w organizację kampanii. Osobne podziękowania należą się tez Szeperdowi, naszemu drugiemu konsulowi, który wprowadził wspomnianą wcześniej atmosferę rywalizacji i którego ciągle musiałem gonić w rankingach, zdwajając wysiłki w malowaniu. Tym wiec dwóm ludziom świat zawdzięcza prezentowany tutaj rzymski legion, na razie bez nazwy… nazwę mam nadzieję znajdę w zgiełku bitwy.

Robert Szczelina 







wtorek, 6 marca 2007

Niemal dobrze

Kolejna długa przerwa w pisaniu bloga, tym razem powodem jak zwykle brak czasu, ale również kompletna niechęć do robienia czegokolwiek związanego z figurkami. Ostatnimi dniami lutego bowiem, za wszelką cenę starałem się pomalować do końca moją armię do DBA, wkładałem w to tak dużo siły, że aż na samą myśl o tym co mnie czekało, mój organizm reagował protestem. Luty minął, armię pomalowałem całą, ale nie udało mi się wykończyć podstawek. Wtedy przyszedł kolejny etap tej swoistej depresji. Figurki wylądowały szczelnie zamknięte w pudełku, farbki postawiłem jak najdalej od moich rąk i za wszelką cenę starałem się nie myśleć o blogu.

Czas jednak skończyć z tą dziecinadą i napisać choć kilka słów o tym w jaki sposób udało mi się dokończyć dzieła stworzenia kartagińskiej armii do DBA. A było to tak...

Myśl o tym, że potrzeba skonwertować kolejnego wojownika do załogi drugiego słonia bojowego, nieco mnie przerażała. Pamiętałem, że ostatnio zabrało mi to niemało roboty. W końcu jednak operując nożykiem modelarskim, green stuffem i klejem, udało mi się przygotować odpowiednią figurkę. Efekt nie jest powalający, ale na pierwszy rzut oka również nie odrzuca, ani nie skłania do głupich pytań, więc ogólnie można uznać, że jest nie źle. Po raz kolejny poganiacz i zwierzę pochodzą z zestawu HaT'a (#8023, War Elephants) podobnie jak pieszy, numidyjski wojownik wsparcia (HaT, #8020, Carthaginian African Infantry). Ponownie również wojownik na grzbiecie słonia pochodzi ze zvezdowego pudełka. Koc na grzbiecie słonia miał pierwotnie naśladować wzornictwo afrykańskie, ostatecznie przypomina bliżej nie wiadomo co, ale postanowiłem się tym nie przejmować.

Na koniec został element generalskiej kawalerii, który już kiedyś, jak wspominałem, zaplanowałem zrobić na konny Święty Zastęp, wojowników świątyni Astarte, bogini matki. Operował on jako oddział ciężkiej kawalerii, charakteryzował się lnianymi zbrojami, śnieżno-białymi togami (inna wersja mówi o żółtych, ale te użyłem już w pieszym Świętym Zastępie), i czerwonymi tarczami jakie nosili jeźdźcy. Święty Zastęp przestał istnieć w czasie Pierwszej Wojny Punickiej, ale przed inwazją na Italię został zrekonstruowany przez Hannibala. Stąd właśnie ustanowiłem go oddziałem generalskim, uznając jeden z elementów za samego Hannibala, skonstruowałem go zaś przy pomocy trzech modeli z zestawu firmy HaT (#8056, Carthaginian Command and Cavalry ). Figurka wodza wyróżnia się błękitnym płaszczem, a pamiętać warto, że szaty tego koloru należały do jednych z najdroższych, ponieważ to właśnie barwnik niebieski był najtrudniejszy i najkosztowniejszy w produkcji.

Jakość pracy nad ostatnimi dwoma elementami nie przypadła mi do gustu i niestety nie będą należeć one do moich ulubionych. Bardzo żałuję, zwłaszcza jeśli chodzi o element generalski, ponieważ ten powinien wyróżniać się zdecydowanie spośród innych i być wykonany starannie i z pomysłem. Zabrakło jednego i drugiego, co zwalam na karb pośpiechu i ogólnego zmęczenia tematem. Cóż, inaczej nie będzie i basta.

Przede mną wykończenie podstawek, przygotowanie materiałów do kampanii, a później już sama przyjemność – Mars Ultor! Nie mogę się już doczekać!

poniedziałek, 5 marca 2007

Okiem Lajkonika

Witam wszystkich. Możliwe, że dla wprawnego oka gości Zgiełku, moja skromna osoba nie jest zupełnym novum (gdzieś się już przewinąłem raz czy dwa). Wypada jednak słowem wstępu powiedzieć kilka zdań. Od lipca (?) 2006 roku mam styczność ze Zgiełkiem. Wtedy to Tsar zwrócił się do mnie z pytaniem o możliwość przedrukowania ze strony mojego klubu Mordheim, autorskiej tabeli pogody do gry. Później, we wrześniu,. miałem to szczęście i Zgiełk został patronem medialnym organizowanego przez Sebę “Wercyngetoryksa” i mnie, III Otwartych Mistrzostw Mordheim klubu “Treasure Hunters”. Sławek zjawił się nawet z obstawą, pokazami DBA i aparatem, co jak na skalę organizowanego turnieju, było dla mnie miłym zaskoczeniem. Turniej i pokazy, również za sprawą Zgiełku i Klubu Strateg, wypadły wspaniale. Od tego czasu minęło kilka miesięcy. Moja armia do DBA, inspirowana pokazami Tsara, nabiera kolorów. I choć nie jestem ekspertem z dziedziny historii i historycznych bitewniaków to jednak zawsze chętnie przykładam pędzelek do ciekawych pomysłów. Może uda się przy okazji kolekcjonowania armii zdobyć trochę obycia z antykiem, innego niż historia architektury z którą miewam, z racji studiów na Politechnice krakowskiej, styczność.

Tak czy inaczej, łącząc swoje doświadczenie jako gracz, mój brak doświadczenia z historycznymi bitewniakami i moje krakowskie studia stworzyłem, znowu dzięki Zgiełkowi, ten oto pączkujący twór. “Okiem Lajkonika”.

Postaram się podzielić z Wami moimi hobbystycznymi doświadczeniami prezentując podstępny z malowania Egipcjan Ptolemejskich do DBA, grania w Mordheim, Necromundę, Battlefleet Gothic'a czy z robienia terenów do w/w. Pomysłów jest dużo więcej ale to wyjdzie w praniu...

piątek, 2 marca 2007

Warmachine: Prime


Od dawna zamierzałem przyjrzeć się z bliska steampunkowemu systemowi bitewnemu Warmachine. Kiedy na Cytadeli pojawił się podręcznik podstawowy w cenie 49zł postanowiłem dorzucić go do zamówienia. Okazało się oczywiście, że tak niska cena nie jest prezentem niebios, gdyż właśnie ukazała się reedycja tegoż podręcznika, ale stary nie staje się przez to bezużyteczny. Różnica jest taka, że nowy podręcznik wydano w całości w kolorze i zawarto w nim zrewidowane zasady, a te od roku 2002 zdążyły się w niektórych miejscach znacząco pozmieniać. Na szczęście na stronie internetowej producenta jest dostępna errata zawierająca wszelkie zmiany.

Warmachine: Prime to 200 stronicowa książka, formatu nieco szerszego niż A3, wydana na porządnym kredowym papierze. Na końcu podręcznika znajduje się 16 stronicowa kolorowa część ze zdjęciami figurek. Layout jest ładny i klimatyczny, nie utrudniający czytania. Jednak ozdobione marginesy są tak duże, że gdyby nie pojawiające się na nich od czasu do czasu tabelki książkę można by spokojnie przyciąć gilotyną do równego A3, bez utraty treści. Ilustracje stoją na naprawdę wysokim poziomie i w 90% przypadków nie można po nich poznać, że to podręcznik z firmy debiutującej na rynku i nie dysponującej budżetem GW. Różnicę niestety widać po niektórych figurkach, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Podręcznik otwiera całkiem fajne opowiadanko, które świetnie wprowadza w klimat świata i pozwala sobie doskonale wyobrazić kilkunasto tonowe parowe golemy szarżujące na siebie w lesie, bynajmniej nie omijając przy tym drzew. Następnie zagłębiamy się w wykład o historii świata Żelaznych Królestw. I tak jak często mam problemy z przebrnięciem przez opisy świata w grach i Bardzo Ważne Daty, Które Powinienem Zapamiętać natychmiast wypadają mi z głowy, tak ten wyjątek z pamiętnika podróżującego kartografa przeczytałem gładko i z zaciekawieniem. Steampunkowy świat Żelaznych Królestw, mimo że korzysta ze znanych powszechnie schematów, jawi mi się wyjątkowo oryginalnie. Może dlatego, że nie mam doświadczenia ze steampunkiem.

Kiedy już zdefiniujemy sobie świat przychodzi pora na reguły. Zajmują one około 50 stron i są napisane w jasny i przejrzysty sposób. Czasem mamy wrażenie, że coś zostało powtórzone kilkakrotnie, ale to pewnie dlatego, żebyśmy w momencie kiedy szukamy konkretnej reguły w trakcie gry wszystko mieli w jednym akapicie. Elementarne zasady są proste i szybkie w zastosowaniu. Modele w Warmachine dzielimy na cztery grupy i każda z nich ma swoje zasady tyczące się tylko niej.

Warcasterzy reprezentują potężnych magów bojowych, magicznie kontrolujących Warjack’i – rzeczone stalowe golemy napędzane parą. Ta kombinacja stanowi oczywiście swoisty trademark Warmachine i największy „smaczek” tego świata. Warcaster, mimo, że zasadniczo jest zwykłym człowiekiem (bądź Krasnoludem) jest jedną z najpotężniejszych figurek na stole. Dysponuje magiczną ochroną, może rzucać zaklęcia i wspomagać magią swoje Warjack’i. Do obu tych celów używa punktów mocy (w org. Focus – generuje stałą ich liczbę na turę), co już mi się podoba, bo oznacza, że albo sobie po czarujemy, albo nasze Warjack’i będą wymiatać – czyli trzeba kombinować.

Warjack’i to druga kategoria. Z oczywistych względów różnią się znacznie zasadami od reszty figurek. Mają schemat obrażeń, który pozwala na przykład na uszkodzenie konkretnego systemu i ograniczenie możliwości Warjack’a (wyeliminowanie jednej broni, ograniczenie ruchu itp.). Dysponują też wachlarzem specjalnych ataków zarezerwowanych tylko dla nich. Mogą się taranować, chwytać, zadawać ciosy „z główki”, bądź rzucać. Jest jedno ale: każdy atak specjalny, a także szarża wymagają zużycia punktu Focus’a przydzielonego wcześniej przez Warcaster’a.

Trzecią kategorią są Oddziały (Units) reprezentujące po prostu oddziały wojskowe. Najefektywniej działają one, gdy mają dowódcę, bez niego nie mogą wykonywać niektórych manewrów.
Ostatnia kategoria to Solo – indywidualne figurki, można by powiedzieć bohaterowie, którzy często dysponują zasadami specjalnymi wspomagającymi Oddziały.

Najobszerniejszą część podręcznika, bo prawie połowę, zajmują opisy dostępnych w grze jednostek. Od czasów Warmachine: Prime wydano już trzy rozszerzenia, więc w tym momencie w podręczniku podstawowym znajdziemy około jednej czwartej dostępnych na rynku jednostek. Warto jednak wiedzieć, że w każdym pudełku i blisterze do Warmachine znajduje się karta z kompletem zasad do danej figurki, więc podręczniki dodatkowe nie są niezbędne żeby zagrać figurkami z nich pochodzącymi.

Opisy są posegregowane według frakcji. Do wyboru mamy cztery główne frakcje oraz najemników, którymi można grać osobno, ale podobno czynią to tylko klimaciarze. Każda z części zaczyna się krótką historią napisaną z punktu widzenia konkretnej frakcji, co poza wzbogaceniem wiedzy o historii świata przybliża nam światopogląd i pozwala odczuć klimat danej armii. Kolejne strony wypełniają już opisy samych jednostek. Każdy zaczyna się od części z fluffem, oczywiście najbardziej rozbudowanej w przypadku Warcasterów (każdy z nich ma imię i historię – tak jakby w WFB byli sami Special Characters). Później mamy charakterystyki i zasady specjalne.
Mimo że na pierwszy rzut oka frakcje mogą się różnić tylko kolorem na jaki malują Warjack’i,  to muszę powiedzieć, że po przeczytaniu całego tego fluffu jestem zachwycony. Każda z frakcji ma swój własny klimat, coś co sprawia, że na tle innych jest wyjątkowa.

Cygnar to najbardziej rozwinięty kraj, miejsce gdzie ludziom żyje się dostatnio, a Warcaster’ów szkoli się w akademiach. Dysponuje regularnym wojskiem, słynącym z zaawansowanej broni palnej.
Khador to imperium rządzone twardą ręką. Na jego terenie panuje nieprzyjazny zimowy klimat. Często prowokuje graniczne potyczki z Cygnarem, bądź mniejszymi sąsiadującymi państwami, biorąc siłą to czego akurat potrzebuje.

Protektorat Menoth’u to terytorium wydzielone z Cygnaru w wyniku wojny domowej. Jest to państwo fanatyków religijnych, niemogących ścierpieć, że w Cygnarze oficjalną religią jest kult Morrow’a.

Natomiast Cryx jest, jak można by się spodziewać po wyglądzie figurek, Warmachinową armią ciemności. Jednak i ta wizja jest wyjątkowo oryginalna. Cryx to w zasadzie armia nieumarłych, rządzona przez smoka-licha. Jej celem jest zniszczenie zbuntowanego smoczego potomstwa swego władcy, a pozostałe frakcje jedynie stoją im fizycznie na drodze do tego celu. To oczywiście w uproszczeniu, bo fluff Cryx’u czyta się świetnie i ma to naprawdę mocny klimat. Armie ciemności, które mają jakiś cel poza zniszczeniem wszystkiego, co żyje przemawiają do mnie dużo bardziej.
Na koniec możemy poczytać o kilku najemnikach (za czasów Warmachine: Prime nie można było nimi grać jako osobną frakcją, bo nie mieli żadnego Warcaster’a). Bardzo mi się podoba gobliński obserwator z lunetą i w płaszczu, który pozwala mierzyć zasięgi przed strzelaniem.

Pozostałe strony podręcznika wypełnia kilka porad taktycznych (zarówno ogólne jak i dla konkretnych frakcji), myślę, że rzecz nie do przecenienia dla początkujących, ale to się okaże na stole; oraz indeks-słowniczek, w którym wyjaśniono najważniejsze pojęcia oraz zamieszczono odnośniki do stron z pełnym wyjaśnieniem.
Sekcja kolorowa niestety odstaje od tego, do czego przyzwyczaiło mnie GW. Ale to, że robią gorsze zdjęcia i parę figurek jest pokracznych (z tego, co patrzyłem na nowo wydawane to w tej materii zdecydowanie nabrali doświadczenia), nie mówi nam nic o samym systemie. Zostawmy więc względy estetyczne, bo merytorycznie sekcji niczego nie brakuje. Przedstawia ona najważniejsze modele wszystkich armii, oraz porady dotyczące malowania.

Podręcznik zrobił na mnie bardo dobre wrażenie. Świat zaskoczył mnie oryginalnością wizji. I wszystko to sprawia, ze mam wielką ochotę spróbować się na stole. Mam nadzieję, że niedługo to nastąpi, a wrażeniami na pewno się z Wami podzielę. I mimo że sam dopiero „raczkuję” zachęcam do zapoznania się z systemem jakbyście mieli okazję.

Jarosław Wasilewski

SPQR - Senat i Lud Rzymski

DBA - II/33 - Polybian Roman - 275BC - 105BC

Jeszcze pół roku temu mogłem wyobrażać sobie moment, w  którym kończę malowanie mojej armii do WFB. Nigdy nie przyszłoby mi natomiast do głowy, że w tzw. międzyczasie zostanę posiadaczem armii do systemu DBA – w dodatku kompletnie pomalowanej, i to, co jeszcze weselsze, własnoręcznie.

Kiedy Tsar zaczął budzić wśród nas zainteresowanie tym systemem bitewnym, obiecując w niedalekiej przyszłości sporych rozmiarów kampanię, jasne było, że trzeba będzie dokonać wyboru armii. Tu nie wahałam się nawet przez moment – Rzym! To, że wybiorę legion było dla mnie bardziej niż oczywiste. Przy okazji wykoncypowałem, że okresem historycznym, któremu rzymska armia miałaby odpowiadać, będą czasu konsula Gajusza Mariusza.

Skąd zainteresowanie tą postacią i mój podziw dla niej? Cóż, przyznam, że źródło jest nieco osobliwe. Jest to mianowicie gra komputerowa ‘Centurion’, z czasów pierwszego PC w domu, czyli mniej więcej z około 1990 roku. Gdy we wspomnianej grze dochodziło do bitwy, komputer każdorazowo przydzielał innego wodza, który miał dowodzić prowadzonym legionem rzymskim. To, że dowódcy ci nie różnili się tylko z imienia, poznać można było po zasięgu dowodzenia – czyli obszarze na polu bitwy, w którym generał mógł wpływać na ruchy poszczególnych kohort (można uprościć to do zasięgu donośności głosu – ja jednak rozumiałem przez ten zasięg coś więcej). I tak, niejaki Marcus the Meek był, dla przykładu, dowódcą przeciętnym, gdyż trzeba się było mocno gimnastykować (czyt. ruszać myszką), aby wydać w miarę jednocześnie rozkazy kawalerii rozmieszczonej na obu flankach legionu. Naturalnie byli lepsi od niego - wystarczy, że wymienię obu Scypionów. Wśród najlepszych znajdował się również Mariusz. Kiedy komputer wylosował go po raz pierwszy, postać ta od razu mocno mnie zaintrygowała – ogromny zasięg dowodzenia skojarzyłem z niewątpliwą charyzmą i pozycją tego polityka i żołnierza w starożytnym Rzymie. I nie pomyliłem się.

Gajusz Mariusz (156 p.n.e. – 86 p.n.e.) to niewątpliwie jedna z postaci, która wywarła ogromny wpływ na współczesne jej czasy – losy Rzymu i mieszkańców Republiki. Zwycięzca wojen z Numidyjczykami pod wodzą Jugurty oraz germańskich plemion Teutonów i Cymbrów, znany był również jako reformator armii rzymskiej – inicjator zmian jej charakteru z obywatelskiej w zawodową. Mariusz był kilkakrotnie konsulem Rzymu; zapamiętany jest nadto jako przeciwnik Sulli, bezwzględny wobec politycznych przeciwników (wielu kazał zamordować). Co ciekawsze – Gajusz Mariusz był wujem Gajusza Juliusza Cezara, o którym Sulla miał ponoć powiedzieć: “strzeżcie się: w tym Cezarze drzemie wielu Mariuszów”. Lubię to zdanie.

Wróćmy jednak do tematu armii DBA – w zamierzeniu chciałem zebrać armię Mariusza z czasów wojen z Jugurtą. Tu nieocenioną pomocą okazał się – jak zwykle i oczywiście – Tsar, niewątpliwie ekspert w tematyce DBA jak i m.in. wojskowości starożytnego Rzymu. I choć Mariusz znany jest jako reformator armii, legiony, które skompletowałem, odpowiadają w pełni modelowi właściwemu najlepszym czasom Republiki. Oczywiście,  należy pamiętać, że system DBA stosuje pewne uproszczenia, i tak piechota podzielona jest m.in. na oddziały mieczników (ang. Blades) i włóczników. Historycznie oddziały takie składały się z legionistów zwanym Principes, Hestati i Triari. Nazwy pochodzą od zajmowanego miejsca w szyku, legioniści ci różnili się między sobą opancerzeniem i uzbrojeniem (na marginesie: podział ten został zlikwidowany właśnie przez reformy Mariusza). Zamiast jednak rozwodzić się nad niuansami miejsca w szeregu czy charakteru armii, powinienem zacząć od definicji legionu. Według wikipedii, legion (łac. legio) był podstawową i największą jednostką taktyczną armii rzymskiej, składającą się przede wszystkim z ciężkozbrojnej piechoty. W okresie, któremu odpowiada moja armia, legion składał się z 30 manipułów po 2 centurie każdy (w sumie 60 centurii po 60-120 żołnierzy) – łącznie więc ok. 5000 żołnierzy. W skład legionu wchodziły także, obok ciężkozbrojnych piechurów, centurie jazdy, oddziały lekkozbrojnych piechurów, oddziały zwiadowcze, inżynieryjne, aprowizacyjne itd. Całość stanowiła samodzielną jednostką operacyjną o dużej wszechstronności działania. Odpowiednikiem generała, który dowodził legionem był legat, a oficerów – trybunowie wojskowi.

Wracając do DBA – prezentowana przeze mnie armia to dwa legiony Mariusza. Każdy składa się z:
  • 3 elementów mieczy – łącznie 3000 pieszych żołnierzy
  • 1 elementu włóczni – 1000 pieszych żołnierzy
  • 1 elementu psiloi – 600 lekkozbrojnych pieszych żołnierzy
  • 1 elementu konnicy – 500 konnych żołnierzy
Razem dwa legiony to ponad 10 tysięcy uzbrojonych Rzymian.

Pora rozstrzygnąć kwestię nazw – miana, jaki każdy z legionów przyjmuje. Tu odejdę nieco od realiów historycznych i nazwę legiony odpowiednio – Pierworodni (legion, w którym element jazdy jest jednocześnie elementem generalskim) oraz I Sarmacki. O ile druga nazwa jest dość oczywistym  ukłonem, o tyle pierwszą zaczerpnąłem z fabularyzowanej biografii Juliusza Cezara pt. Imperator. W tym 4 tomowym dziele można znaleźć sporo na temat życia legionisty, nadto w tomie pierwszym, traktującym o losach młodego Gajusza Juliusza, znaczącą postacią jest oczywiście Mariusz  Jego ukochany i wierny legion, to według autora Pierworodni właśnie – stąd i moja decyzja.

Na koniec kilka słów o miniaturach i ich malowaniu. Modele to produkty rosyjskiej firmy Zvezda – odpowiednio zestawy nr 8038 (kawaleria) i nr 8034 (piechota) – przygotowane w skali 1/72. Do malowania użyłem głównie akryli firmy GW, całość pokryta jest bezbarwnym lakierem matowym Humbrol. Malowanie w tej skali to nieco inne wyzwanie, niż modele GW czy Rackhama – sprawiło mi nieco trudności, głównie ze względu na rozmiar. Nadto plastikowe miniatury nie grzeszą momentami precyzją wykonania. Całość pomalowałem przy użyciu barw podstawowych, tuszy – ledwie w kilku miejscach zastosowałem rozjaśnianie kolorów bazowych. Nadmienię, że użyty podkład to kolor czarny. Dzisiaj żałuję nieco, że nie zróżnicowałem użytych kolorów tak, aby dało się łatwo wydzielić oba legiony – a wystarczyło pomalować połowę tunik w innym kolorze, a już przynajmniej pióropusze. Niemniej jednak jestem ogromnie zadowolony widząc całość – pomalowaną, ze wzniesionym obozem, gotową na zmierzenie się z trudami i wyzwaniami nadchodzącej kampanii Mars Ultor.

Adrian Stolarczyk













Nowe "Miniatury Morskie" (zeszyt 3-4)

Nieodmiennie budzę zdziwienie moich kolegów, wargamingowców, kiedy mówię, że wojna współczesna interesuje mnie daleko mniej niż dawne jej oblicza. Stokroć bardziej wolę się zagłębić w pełen domysłów i białych plam obraz konfliktów starożytnych i średniowiecznych, niż w dokładne opracowania historyczne dotyczące minionego wieku. Wyjątkiem są tu książki marynistyczne, w których nigdy nie przeszkadzało mi, że w większości przypadków traktowały o II Wojnie Światowej. Tych pisano mnóstwo i dostęp do nich zawsze był dość łatwy. Skłamałbym jednak mówiąc, iż nie ucieszyłem się na wieść o tym, że nowe “Miniatury Morskie”, zajmować się będą wcześniejszymi (i późniejszymi) konfliktami, w których walki na morzu odegrały jakąkolwiek rolę. Dwie takie miniaturki chciałbym wam dziś, drodzy czytelnicy, przybliżyć i zachęcić do ich lektury.

Miniatury Morskie – zeszyt 3
Bitwa u ujścia Jalu
Andrzej Fiett

W końcu XIX wieku dwa wschodnioazjatyckie mocarstwa, podupadające Chiny i rosnąca w siłę Japonia, starły się w próbie mającej określić ich obszar wpływów w Korei, ale również dominującą pozycję w całym rejonie. Aby wygrać wojnę na lądzie, obie strony konfliktu musiały wpierw zapewnić bezpieczeństwo okrętom transportującym żołnierzy, ten zaś obowiązek musiał w końcu doprowadzić do bitwy morskiej. Stało się to w połowie września 1894 roku. U ujścia rzeki Jalu spotkała się Eskadra Północna floty Chin, z uchodzącymi za najsilniejsze jednostki na Dalekim Wschodzie, pancernikami “Ting-yuen” i “Chen-yuen” na czele, z japońskim zespołem wiceadmirała Yukyo Ito.

Miniatura w bardzo przystępny sposób wprowadza czytelnika w genezę konfliktu, który doprowadził do tytułowego starcia, a następnie przedstawia najważniejszych bohaterów “spektaklu”. W głównej części książki śledzimy już przebieg właściwej bitwy, poczynając od pierwszej wymiany ognia w pobliżu wyspy Phungdo, a na manewrach flot zmierzających do przerwania walk po zmierzchu kończąc. Pozycja kończy się podsumowaniem bitwy i krótkim nakreśleniem jej następstw dla obu mocarstw.

“Bitwa u ujścia Jalu”, to druga, po “Rajdzie pułkownika Doolittle'a”, Miniatura Morska autorstwa Andrzeja Fietta, z jaką dane mi było się zapoznać. Podobnie jak poprzednia jest ona napisana w sposób sprawny i absorbujący. Tak jak w innych książkach serii, również w tej, znajdziemy wiele zdjęć i planów, a na koniec zostanie nam zaserwowana lista okrętów biorących udział w bitwie, wraz z ich danymi technicznymi i sylwetkami poglądowymi. Prawdziwy raj dla graczy gier wojennych!

Miniatury Morskie – zeszyt 4
Bitwa w zatoce Aboukir
Gabriel Szala

1 sierpnia 1798 roku, napoleońska flota starła się w bitwie morskiej z angielską eskadrą admirała Horatio Nelsona w zatoce Aboukir, 24 kilometry od Aleksandrii. Od samego początku w wyprawie Napoleona, której celem był Egipt, wszystko szło po myśli Francuzów. Sztorm, który rozproszył okręty anglików pozwolił bezpiecznie wyjść im z portów. Utrzymywanie w sekrecie planów floty i szczęście pozwoliły nie natrafiając na nieprzyjaciela dotrzeć do Aleksandrii w zaledwie kilkanaście godzin po tym, kiedy port opuściły jego okręty. Kiedy nareszcie Anglicy trafili na ślad ściganych, kampania w Egipcie trwała już w najlepsze. O jej przyszłości  mogła zadecydować bitwa morska...

Miniatura autorstwa Gabriela Szali należy do dość nietypowych w porównaniu z innymi pozycjami cyklu. Opis tytułowej bitwy zajmuje w niej zaledwie ¼ objętości. Prócz krótkiego wstępu wprowadzającego w temat wyprawy Napoleona do Egiptu i zakończenia podsumowującego następstwa bitwy w zatoce Aboukir, mamy do czynienia z bardzo zajmującym opisem polowania jakie miało miejsce na morzu śródziemnym. Nie mniej miejsca zajmuje rozdział prezentujący charakterystykę obu flot, wraz ze skróconą historią angielskiej i francuskiej marynarki wojennej, oraz postacie ich dowódców.

Szersze spojrzenie na temat zrobiło książce bardzo dobrze i przeczytałem ją z wielką przyjemnością. Duża ilość fragmentów obrazów użyta do zilustrowania książki, oraz rysunki i zdjęcia jak zwykle spełniają świetnie swoją funkcję. Pozycja zakończona jest tabelkami z danymi taktyczno-technicznymi okrętów obu flot oraz rysunkami przekrojowymi angielskiego okrętu liniowego.

Sławomir Okrzesik

RSS FeedRSS