wtorek, 14 czerwca 2011

Drugi słoń

Słonie, słonie, słonie. Nigdy dość. Drugi słoń do Impetusa przyszedł w przesyłce z Khurasan'a kilkanaście dni temu. Niestety pomylono głowy i dopiero niedawno otrzymałem brakujące części. Mogłem przystąpić do realizacji nietypowego słonia. Mój plan był prosty ale z takim rozwiązaniem się jeszcze nie spotkałem. Postanowiłem zrobić samicę w towarzystwie słoniątka. Pierwszym krokiem było spiłowanie ciosów o dobre 80% ich długości. Samice mają ciosy drobniutkie lub nie mają ich wcale. Większym problemem okazało się znalezienie słoniątka. Przeszukałem wszystkie znane mi strony producentów modeli i nic... Dopiero gdy wysłałem indywidualne zapytanie do Timeline Miniatures ( http://www.timeline-miniatures.co.uk), którzy produkują sporo 15mm słoni, otrzymałem rozwiązanie. Barry poprosił mnie o adres i powiedział, że wyśle mi coś, co mi się powinno spodobać. Dostałem w prezencie model, na którego premierę trzeba poczekać do reaktywacji strony www. Śliczny, walczący o utrzymanie się na niezgrabnych nogach słonik. Słoniątko. Wręcz idealnie będzie pasował do Impetusa.

Pierwszy słoń, którego mieliście już okazje widzieć, miał na łbie jedynie cekiny. Seleukidzkie słonie bywały jednak znacznie potężniej opancerzone. Tak tez postanowiłem potraktować nowy model. Do zrobienia czeka jeszcze wieża i pancerze na nogach ale udał mi się już uporać z głową i pancerzem. Khurasan nie robi słoni do spadkobierców Wielkiego Aleksandra, dlatego ozdoby musiałem zrobić sam. Przerażało mnie dłubanie się w GS'ie ale podjąłem wyzwanie. Efekty oceńcie sami (po zrobieniu zdjęcia jeszcze przypiłowałem w kilku miejscach pancerz na trąbie). Pierwsze koty za płoty.

Prezentację nowego modelu skończę na razie na tym. W najbliższym czasie uzupełnię model i kilka dodatkowych elementów pojawi się na figurce. Potem zajmę się komponowaniem całości na bazie. To jednak za jakiś czas.


czwartek, 9 czerwca 2011

Krótki żywot umarlaka

Uwaga. Zbieżność imion i nazwisk w poniższym tekście jest czystko przypadkowa.

Johny nie był zwykłym zombie. No, może jednak był zwykły, jak na ogólnie przyjęte standardy. Był martwy, przygniły i pożądał mózgu. Na tym podobieństwo do wszystkich innych zombie się kończy, chociaż żadnego innego umarlaka nie kojarzę. Historia Janka, pozwolicie, że tak będę się do niego zwracał, dlaczego wyjaśnię za chwilę, jest dosyć niezwykła. Znaczy się, ta historia Jego niezwykła jest, Jego, czyli Johnego znaczy Janka. Po pierwsze Janek urodził się we wspaniałym miejscu zwanym Ameryką. Stąd też ten Johny, ale Johny ma polskie korzenie, więc Janek. A może jednak… niekoniecznie?
Janek obudził się z okropnym bólem głowy, wokół panowała noc. Nie pamiętał nic, a już na pewno skąd wziął się ten cholerny, przeszywający ból, który odbierał mu chęć do wszystkiego. Spróbował się przeciągnąć żeby rozprostować okrutnie zesztywniałe kończyny. Po krótkim mocowaniu się z mięśniami, z serią okropnych trzasków poruszył się, jednak ręce po obu stronach napotkały opór zaraz przy ciele. – Co jest kurwa? – krzyknął wystraszony Janek i zerwał się gwałtownie z leżanki żeby zaraz potem okrutnie przyryć czołem w coś twardego tuż nad głową. – MÓZG! –


Janek ponownie obudził się z wyjątkowo okropnym bólem głowy. Nie pamiętał nic, zaraz, pamiętał coś. Z trudem przysunął dłoń do czoła i zmacał wielkiego guza. Obok napotkał kolejne dwa. O żesz w dupe, dobrze, że tym razem pamiętałem – pomyślał. Po chwili odważył się na próbę otwarcia oczu – ciemność. Zamknął i otworzył je ponownie – kompletny mrok. - Kurwa, pękły mi oczy – wykrzyczał przerażony, a dźwięk rozszedł się dziwnie głucho po pomieszczeniu. Janek poczuł się nie swojo. Właściwie, dlaczego myślał o sobie Janek? Nie pamiętał żeby tak miał na imię. Nie pamiętał też żadnego innego imienia, które mógłby przyporządkować do swojej osoby. Teraz jednak to był jego najmniejszy problem. Krótkimi nerwowymi ruchami wszystkich kończyn zlustrował bardzo malutki obiekt, w którym się znajdował. – Zakopali mnie żywcem – wyjęczał rozpaczliwym głosem – Jestem w pieprzonej trumnie. – Nie dał rady i spanikował. Zaczął kopać i wierzgać wszystkim, czym tylko mógł, we wszystkie możliwe strony. Łup, łup, łup – dochodziły do niego dźwięki - Łup, łup..bdąc.. zabrzmiał dziwny metaliczny dźwięk spod jego nogi. Janek zaskoczony przestał wierzgać i spojrzał w stronę swoich nóg opierając się guzem o sufit pomieszczenia. Nad czubkami palców zobaczył wąziutką szczelinkę, przez którą docierało do niego blade światło. Ponownie zaczął walić nogami, teraz już w dokładnie sprecyzowanym kierunku. W końcu spiął się i z dużą siłą uderzył piętami w pokrywę odpychając się równocześnie rękami od ściany za głową. Janek z gwizdem wyjechał wprost w blade światło i grzmotnął o podłogę. – MÓZG! –


Kiedy już się pozbierał przyjrzał się pomieszczeniu, w którym się znajdował. – Prosektorium, Rany Boskie, zamknęli mnie żywcem w prosektorium. – wyszeptał w puste ściany niewielkiego pokoju. – Dobrze, że nie domknęli zamka. – pomyślał spoglądając na otwartą klapę więzienia, które przed chwilą opuścił. Wystawała z niego platforma, na której przed chwilą leżał, ale teraz wisiało tam już tylko prześcieradło. – Krew? – odezwał się do siebie przypatrując się brunatno brązowym zaschniętym plamom. – Musiałem nieźle przywalić tym łbem. Janka nie zastanowiło to, że plamy znajdują się w całkiem innym miejscu niż znajdowała się jego głowa. Rzucił prześcieradło na ziemię i przyglądnął się swoim bladym stopom. Na palcu tkwiła precyzyjnie zawiązana sznureczkiem karteczka. Janek z serią trzasków uniósł niezgrabnie nogę wyginając ją pod nienaturalnym kątem. Przyjrzał się karteczce – John Doe – wystękał czytając wolno literki obrócone do góry nogami. – A to stąd ten Janek. Mam na imię Janek. Janek Doe. – posrane nazwisko pomyślał. – To na pewno literówka. Musiało tu być… Kowalski – wydedukował – Chrzanić to! – krzyknął urywając karteczkę i odrzucając w kąt. Janek nie zauważył, że wraz z karteczką pofrunął jego duży palec u nogi.
Łup! Łup! Łup! – gdzieś obok dobiegł go głuchy łoskot – Żesz kurwa! Mało nie dostałem zawału! – krzyknął Janek odskakując w tył i wpadając na coś miękkiego co objęło go rękami – Uaaa! – krzyknął i odskoczył w drugą stronę. Na jego poprzednim miejscu stał jakiś strasznie blady osobnik w zakrwawionym prześcieradle. Wyglądał strasznie niezdrowo i w ogóle jakoś dziwnie. – Łuuuup!! – Janek nie zdążył już nic pomyśleć. Spojrzał w stronę dochodzącego jego uszu huku i zobaczył zbliżającą się do jego twarzy żelazną szufladę.  – MÓZG! –


Janek przebudził się i powoli zaczął gramolić się z podłogi. Dotknął dłonią obolałej głowy znajdując obok poprzednich kolejnego guza. – MÓZG! – dziwny przebłysk w jego umyśle– Zajebiście, teraz jestem wściekły – wystękał. – Żyjesz stary? – ktoś podał mu rękę – zdziwiony Janek powoli zaczął sobie przypominać, że przed upadkiem okazało się, że jednak nie jest tu sam. Podniósł wzrok i zdumiał się ponownie. W Sali znajdowało się co najmniej kilkanaście nagich osób lub półnagich owiniętych w prześcieradła. Uzmysłowił sobie tym samym, że on sam jest całkowicie nagi.  – Co do kur..? Wszystkich Was zamknęli tu przez pomyłkę? – Zapytał niezgrabnie zasłaniając fioletowo blade genitalia – No właśnie, chłopaki z tyłu wyciągają kolejnych z szuflad. – powiedział do niego stojący obok człowiek z paskudną raną głowy. Właściwie to brakowało mu z połowy czaszki. Janek był zaskoczony, ale nie zdziwił go taki widok. – To skandal! Mój prawnik puści ich w skarpetach! – wydzierał się inny całkiem normalnie wyglądający z dużą ilością krwawych dziur w klatce piersiowej, jakby dostał serię z automatu.


– MÓZG! – krzyknął jego umysł ukazując przed oczami obrazy czerwonych krwawych zwojów. Potrząsnął gwałtownie głową wytrząsając nieprzyjemne wizje. 
Dziwne, ale Jankowi wydawało się, że ruchy warg mówiących do niego ludzi poruszają się całkowicie nie współgrając z wypowiadanymi słowami. Same słowa też były jakoś dziwnie bełkoczące, ale mimo to rozumiał wszystko bez problemu. Muszę stąd wyjść – pomyślał i zaczął przepychać się między ludźmi w stronę jedynych drzwi w pomieszczeniu.
 -Słyszysz ich? –człowiek ze strzelbą zapytał człowieka z bejsbolem. Człowiek z bejsbolem przyłożył ucho do drzwi. Dobiegły go bełkoczące dźwięki – Braaain brain brain braaain brain? - I jakiś inny głos jakby odpowiadający – Brain! Braain braiinn braain brain! – wchodzimy szepnął trzeci człowiek za nimi trzymający w ręku tasak. – Teraz – krzyknął rozkaz czwarty człowiek odpalający piłę łańcuchową.
Nagle szarpane przez Janka drzwi puściły i Janek zatoczył się do tyłu. Padł strzał. Janka odrzuciło, ale zatrzymał się na stłoczonych za nim ludziach. Ze zdziwieniem zauważył, że jest ich tu jeszcze więcej niż przed chwilą. Potem spojrzał w dół na olbrzymią dziurę w klatce piersiowej. Wskazał palcem w stronę strzelca i wykrzyknął z wyrzutem – Hej, zastrzeliłeś mnie! – a przynajmniej wydawało mu się, że to wykrzyknął.
Uzbrojona grupa zamarła na moment zaskoczona znajdującym się w środku tłumem. Trafiony z dwururki zombi niestety nie upadł. Niezgrabnie wyciągnął w ich stronę powykręcaną rękę i wybełkotał – Braaaain! – Frank załatw go bo zeżre nam mózgi.
– Janek zauważył zbliżający się błyskawicznie do jego głowy kij do bejsbola. Ludzie stojący w drzwiach poruszali się jakoś niesamowicie szybko i jego próba zasłonięcia się była zbyt wolna. Kij uderzył z plasknięciem rozbryzgując jego mózg na osobnikach wokół. Janek nie słyszał i nie widział już nic więcej. Nie mógł widzieć jak horda zombich stłoczonych w prosektorium z nieludzkim rykiem rzuca się na grupkę uzbrojonych ludzi. Nie słyszał ryku piły łańcuchowej odcinającej członki napierających mimo to umarlaków, ani nawet ogłuszających wystrzałów z oberżniętej dwururki rozrywających głowy na malutkie krwawe i lepkie kawałki. Niestety nie mógł też być świadkiem jak przytłaczająca zgraja truposzy w końcu dopada małą grupkę odważnych ludzi i pożera ich mózgi.

Dziś odsłona elitarnej jednostki z grupy „Rare” Blood Knights. Jak to zwykle już w mojej armii modele są odrobinę nietypowe. Są to starsze modele bohaterów lekko przerobione i od dziś pełniące rolę Krwawych Rycerzy. Sztuk pięć, bo chłopaki dosyć drogie są. Powiem szczerze, że jest to oddział, który rzadko będzie odwiedzał moje szeregi. Jest kosztowny i łatwy do usunięcie salwą kuszników. W następnych odsłonach ujrzycie oddziały, których będę używał znacznie chętniej. Do zobaczenia wkrótce.

Pomalowane: 161 modeli (79,94%)
Ilość punktów: 1788 (54,27%)

środa, 8 czerwca 2011

Wieczna Gwardia


Each guardian is a formidable foe on his or her own right, trained to a pinnacle of skills that other races cannot easily match. When assembled in numbers, they form a deadly and steadfast phalanx, their spear-staves thrusting and cutting with graceful yet disciplined efficiency.

Księga Wood Elves, 2005


Gwardziści tworzą jedyny klasyczny klocek piechoty w mojej armii, co wynika poniekąd z lekkozbrojnego charakteru Leśnych Elfów. Tutaj mamy za to do czynienia z niemal ciężką piechotą. Niemal, bo pancerz słabawy, ale za to kilka specjalnych zasad, w tym stubborn, czynią z Wiecznej Gwardii przeciwnika, którego nie można zignorować. Ale nie chcę rozpisywać się o zaletach czy wadach charakterystyk, grywam bowiem coraz mniej. A za argumentami powinno stać doświadczenie, stąd pozostaje mi poczęstować się ‘mordą w kubeł’.


Wszystkie figury to metal; można by rzecz - kruszec wysokiej próby. Są bowiem doskonale wyrzeźbione, dynamiczne i dość bogate w szczegóły, jednocześnie zachowując charakter innych, lżejszych formacji leśnej kolekcji. Szczególnie zadziorny jest czempion - ten gest, w którym pokazuje coś palcem. Tu was zatrzymamy, dalej nie pójdziecie. Coś w tym guście.

W przypadku mojego malowania, zachowałem oczywiście kolorystykę poprzednich oddziałów. Kiedy wizualizowałem sobie ten regiment po nałożeniu podkładu, dość szybko nasunęło mi się kilka skojarzeń. Przede wszystkim hełmy: tu nie da się uciec od Starożytnej Grecji czy Rzymu. Decyzja była jedna - będą złotobrązowe. Idąc tym tropem wiedziałem, że szaty będą intensywnie czerwone. A stąd już jeden krok do 300 - i właśnie tak jakoś sobie ten oddział kojarzę ze Spartiatami by Frank Miller. Dlatego też dedykuję im ten krótki fragment muzyczny - pasuje idealnie, gdy spojrzeć na ten zwarty blok gracji i stali.


To, co wypróbowałem na tym regimencie z dobrym skutkiem, to przesiadka na złote farby Vallejo. Warsiadówa z ungrimem zrobiła swoje. Hiszpański złoty kładzie się dużo lepiej, niż ten z GW. Kupiłem więc od razu dwa dostępne odcienie. Innym eksperymentem było malowanie figur przytwierdzonych do dużych podstawek, które zastosowałem ze względów logistycznych. Łatwo nie było, momentami miałem problem z dostępem do kilku miejsc. Ale też się udało. Na jednej podstawce mieszczą się cztery figury, na drugiej - trzy. Ale ta druga też występuje, jako cztery. Taki mały ‘fejk'.

Muszę przyznać, że gwardziści pokonali moją słabą wolę. Miałem ich malować zaraz po skończeniu figur z plastikowego batalionu, jednak wizja 19 podobnych figur sprawiała, że przekładałem ich na niemal sam koniec. Ale, ale - jakie to ma znaczenie. Może jedno - uznanie dla Gobosa i Robsona. Dotychczas malowałem jakieś tam regimenciki, a obaj Panowie zmierzyli się już z dużo większymi oddziałami. Szacunek.


Czy chcę komentować samo malowanie? Może w dwóch słowach - standard stołowy. Koniec końców, najlepsze jest to, że po nich zostało mi zaledwie 7 figur i Strażnicy Jesieni będą mogli zaprezentować się w całej swojej okazałości. Najfajniejsze jest to, że wcale nie czuję się zmęczony tą armią i z chęcią wezmę się za bary z ostatnimi figurami.

Jeśli chodzi o koszt, to częściowo mi się upiekło, bo dostałem pudełko w prezencie. Resztę kupowałem w kilku sklepach, głównie przez problemy z dostępnością command grupy. Z wyliczenia wyszło mi, że powinienem z własnej kabzy dać ponad dwie stówki, ale w sumie puściłem tylko jedną!

Na koniec uraczę Was jeszcze małą wstawką fabularną. Z pewnością szybko odkryjecie, skąd zaczerpnąłem pewne motywy, które można znaleźć zarówno w formie jak i w treści tej małej, słownej próbki. Kto się pokusi, o pełne rozszyfrowanie?


Zarządzono popas. Poszczególne grupy wojowników krzątały się i odpoczywały w różnych miejscach obszernej polany. Gwardziści w złotych hełmach rozłożyli się w cieniu ogromnych drzew. Było to mroczne, pierwotne miejsce - ogromne połacie starego lasu, nie tkniętego o tysięcy lat. Tutaj rosły uparte drzewa strażnicze, uzbrojone w szarozielone igły, potężne dęby oraz graby równie stare, jak sama ta ziemia. Ogromne pnie wyrastały tuż obok siebie, a ich splątane konary tworzyły szczelny baldachim, w ziemi zaś wiły się skłębione korzenie. Było to miejsce pogrążone w cieniu i głębokiej ciszy.

Kilku gwardzistów stało obok Kethavel, która odbierała meldunki od zwiadowców. Mówili ściszonymi głosami. Siire usiadł pod jednym z drzew. Oparł się plecami o ogromny pień. Obok położył swój wysoki, zloty hełm. Ktoś obok nucił leniwie i kojąco pieśń. Przez moment wsłuchiwał się w jej słowa. Niech słońce oświetli mą twarz. Niech gwiazdy wypełnią me sny. Jestem wędrowcem czasu, wędrowcem wielu miejsc. Zmierzam tam, skąd przychodzę. Zasiadam wśród Starszych innej rasy. Skrywam się przed oczami tego świata. Czekam na dzień, w którym wszystko zostanie objawione… Spojrzał w górę, na gęsto zbitą, wielokolorową koronę liści…

…widział ciemną, burą masę dzikich wojowników. Zwierzęcy ryk unosił się nad polem bitwy. Dzikie wrzaski wroga mieszały się z okrzykami leśnych driad. Świst setek strzał wypełniał powietrze. Ziemia drżała o końskich kopyt. Co jakiś czas, ponad bitewny zgiełk, wznosił się głuchy, głęboki odgłos, jaki wydawali z siebie ogromni Pasterze Drzew.

W samym centrum bitwy walczyła Wieczna Gwardia. Siire stał w pierwszym szeregu, ramię w ramię ze swoimi towarzyszami broni. Raz po raz fale przeciwników rozbijały się o tę morderczą ścianę gracji i stali. Raz po raz, Gwardia opierała się, niczym starożytna skała gwałtownym falą przyboju. To tędy przebiega cienka linia między życiem a śmiercią. To tu łopocze i rwie kurtyna dzieląca szaleństwo i ból tego świata od wiecznie zielonych, słonecznych łąk i białych brzegów. Jednym końcem swej smukłej włóczni sparował niski sztych przeciwnika. W pełnym gracji obrocie uderzył z biodra, zatapiające jej drugi koniec w czaszce wroga. Kątem oka dostrzegł, jak szerokie, zardzewiałe otrze zmierza w jego kierunku. Ktoś popchnął go, wytrącił z rytmu. Nie, wcale nie poczuł tępego bólu w piersi. Świat po prostu zastygł w miejscu. Potem zawirował. Wielkie pnie prastarych dębów przechyliły się gwałtownie. Upadł na ziemię. Nad sobą widział deszcz żółtych liści. Zamykały się nad nim. Zwiastowały zimę. Nadchodzi zima, pomyślał.

Nadchodzi zima? Tak, nadchodzi. Ale ja jej nie doczekam. Spojrzał na swój złoty, smukły hełm. Na jasną włócznię. Oddział gotował się do dalszego marszu.



Regiment
Typ: Eternal Guard (full command group)
Ilość: 20
Koszt w punktach: 270 pkt
Koszt w złotych: 215 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 92,78%
Łączny koszt w punktach: 1860 pkt
Łączny koszt w złotych: 986 zł

Blaszany bębenek

Nie do końca podobało mu się to, co działo się w tym lesie. Maszerowali już od dobrych trzech godzin, a ani razu nie minęli żadnej polany. Słońce powinno być już wysoko, a mimo to w lesie panował nadal straszny mrok, tak że ledwie widział kapitana maszerującego kilka kroków przed nim. Dookoła wśród starych, porośniętych mchem wielkich prastarych pni unosiła się mgła. Powietrze było wilgotne i przesiąknięte zapachem zgnilizny. Być może były to tylko butwiejące drzewa, ale być może i co innego. Różne słyszał opowieści o tym lesie, o elfich strzałach w plecach, o chodzących drzewach, o cieniach czyhających na nieostrożnych i samotnych podróżników...
Miarowo stukał pałeczkami w bęben nadając rytm marszu kolumny. Za sobą słyszał miarowy tupot około 50 par stóp pozostałej części oddziału - głównie halabardników i paru strzelców. Miał na imię Hans i był tu nowy. Przeniesiony ze stolicy na same obrzeże Imperium za jedną niefortunną bijatykę pewnego dnia po służbie... Los był dla niego zbyt okrutny, myślał. Miał ochotę poprawić swoje długie blond włosy, które tak bardzo przyciągały uwagę dziewcząt w stolicy, teraz były tylko przeszkodą w tej dziczy i źródłem niewybrednych żartów ze strony innych żołnierzy. "Dzisiaj je zetnę..." - myślał...Z zamyślenia wyrwał go gest kapitana nakazujący zatrzymanie oddziału. Wybił ostatni sygnał nakazujący zatrzymanie, oddział zatrzymał się. Ustał szczęk broni, skrzypienie zbroi. Wszyscy nasłuchiwali oddalonego niskiego odgłosu. "Tętent kopyt?" - Zastanawiał się Hans - "coraz bliższy... stado jeleni? Ogromne dziki? Nic innego w tym lesie nie może wydawać takich odgłosów...". Żadnego z nich w każdym razie nie chciałby spotkać. Odgłos stawał się coraz donioślejszy, wydawał się zbliżać z wielką prędkością. 
- Do broni! - krzyknął oficer wyciągając miecz - I niech Sigmar ma nas w swojej opiece! - dodał z nieukrywaną trwogą... Hans wtedy zauważył co się zbliżało
- Na Wszystkich Bogów, nie mogą tu być, Elfy, chodzące drzewa, cienie... Ale nie ONI! - wyszeptał cicho do siebie drącymi rękami wyciągając miecz.

***


- A więc dotarłeś Minathosie, bez większych przeszkód jak widzę - Skeedhor rzucił okiem w kierunku pozostałej grupy minotaurów. Jeden z nich właśnie bardzo dokładnie oglądał imperialny bęben, jakby to była zabawka dla dzieci. Po krótkich oględzinach minotaur zaczął jak dziecko walić w bęben wielką pałką. Obok leżała ludzka głowa, wytrzeszczonymi oczami przyglądająca się tej groteskowej scenie. "Zabawne, jakie te człowieki mogą mieć ubarwienie sierści. Jeszcze wczoraj widziałem jednego z sierścią siwą jak sierść szamana a drugiego z rudą jak futro wiewiórki. Ten tutaj jest żółty jak kundle, które czasem człowieki hodują... czyżby...". Nie mógł dokończyć myśli, gdyż wielki minotaur na którego patrzył przeniósł swoją uwagę z bębna na niego. W jego oczach widział mord. Wiedział, że minotaury bardzo nie lubią, kiedy wtyka się nos w nieswoje sprawy... szczególnie ich sprawy. Szybko przeniósł wzrok na przywódcę grupy, starego Minathosa.
- Ahm, tak jak mówiłem, widzę że dotarłeś bez większych przeszkód Minathosie! - Wielki minotaur nadal wydawał się go nie zauważać. Właściwie to wyglądał jakby spał.
- Minathosie! - Sytuacja stawała się beznadziejna, bo coraz więcej głodnych oczu patrzyło w jego kierunku, a tymczasem jedyna bestia mogąca uspokoić pozostałych spała w najlepsze. 
- Min... MINATHOSIE! - jego głos stał się nagle potężny, poczuł, jak traci kontrolę nad swoim ciałem... "Znowu..." pomyślał, zanim jego świadomość pogrążyła się w nicości. Gdzieś z oddali, z błękitnej głębi obserwował, jakby nie swoimi oczami jak stary przywódca minotaurów zrywa się na równe nogi, jak pozostali padają w pokłonie. Słyszał stłumione ale donośne słowa, które wypowiadał, a właściwie których nie wypowiadał, a które były przez niego przekazywane. Widział jak Minathos skłania przed nim swój rogaty łeb - coś czego nigdy nie udało się mu osiągnąć - zmusić tego starego byka do posłuszeństwa. Z drugiej strony denerwowało go, że to nie jego własna wola to sprawiła. 
Poczuł, że zaczyna wracać do świadomości, jakby spadał z wodospadem, coraz szybciej i szybciej. Błękit rozwiewał się. 
Stał na tej samej polanie, trzymając się łapą za pierś w której jak nigdy kołatało jego czarne serce. Podniósł łeb łapiąc powietrze. Otaczały go minotaury zgięte w religijnym pokłonie, takim jaki oddawały tylko przy Kamieniu Zgromadzeń w święta przesilenia. Spojrzał na Minathosa, ale ten miał ciągle tyle samo pogardy w spojrzeniu, co dawniej - wiedział, że to co dawało moc Skeedhorowi już odeszło i że stoi przed nim ten sam beastmen co przedtem. 
- Możesz już odejść... generale - głębokim głosem odpowiedział minotaur. W ostatni wyraz włożył chyba całą pogardę którą czuł do mniejszego beastmena.
"Kiedyś ukarzę tą wstrętną starą krowę, za cały jego brak szacunku!" - Pomyślał Skeedhor. I odszedł.




No dobra, to by było na tyle. Miało być sześciu jest trzech. Pozostali są w połowie malowania, więc mam nadzieję, że ich dostawię niedługo. Niestety ciągły nawał obowiązków nie pozwolił mi tego dokończyć tak jak planowałem. Ale tak jak mówię - ta kolejna trójka to jeszcze jeden weekend malowania i będzie gotowa. Pozatym stwierdziłem, że teraz pójdę w masówkę i mam nadzieję, że z pomocą Dipu Army Paintera uda mi się zaplanowane 50 miniatur z sekcji CORE, które ciągle nade mną wiszą pomalować w przyzwoitym czasie.

Co do samych minotaurów, to przyznam, że chciałem ten wpis zatytułować Hardcorowi Koksu... Ale niestety nie bardzo pasowałoby to całej historii. Postanowiłem więc o samym pomyśle na tytuł napisać tutaj. Tytuł nasunął mi się po obejrzeniu sławnego filmiku o tymże tytule w liczbie pojedynczej. Pamiętacie, może jak nadawaliśmy na nowe minotaury, że przecież takich mięśni być nie może? No to właśnie ostatnimi czasy stwierdziłem, że projektanci GW musieli chyba ten filmik oglądać podczas projektowania wzorów minotaurów. "Dzisiaj łapy robimy!", "Bo tylko bajceps jest nam potrzebny, a nie żeby plecy się ruszać, czy coś", "Z powietrzem się napompowali". Te sloganowe już określenia ciągle latały mi po głowie gdy malowałem górną część każdego z modeli. Sami zobaczcie i porównajcie. Z drugiej strony jakoś tak mniej krytycznym okiem zacząłem patrzeć na te modele i nawet mi się ogólnie podobają. Robią wrażenie, szczególnie kiedy się je postawi obok imperialnego piechura. Jest SIŁA!

piątek, 3 czerwca 2011

Montaż skończony

Czerwiec się zaczął, pora więc zablogować. Żartuję - to przecież nie dlatego wrzucam ten krótki wpis. Po prostu skończyłem (i to jakiś czas temu) ważny etap prac nad HMS Renown - montaż. Detale, które pójdą jeszcze ‘pod klej’ można zliczyć na palcach jednej ręki. Krążownik prezentuje się w zasadzie już w całości, jeśli chodzi o gabaryty, sylwetkę, itd.. Wszystko, co widać na zdjęciu, jest oczywiście spasowane na sucho. Jak pisałem wcześniej, będę malował poszczególne elementy osobno, aby mieć łatwiejszy do nich dostęp.

Malowanie. No tak - to będzie dopiero wyzwanie. Chciałbym bowiem, żeby Renown prezentował się znacznie lepiej niż mój poprzedni model. Ale oceny zostawmy na później. Ostatnim zaś etapem, jaki planuję, będzie wykonanie podstawki pod model. Tego to sobie jeszcze nawet nie wyobrażam, bo dotychczas nie wykorzystywałem efektu wody w praktyce.

Dzisiaj zostawiam Was z sylwetką liniowca. Jest piękny. Ten swój zachwyt rozwinę, jak będę prezentował efekt ostateczny. Uprzedzam komentarze na temat zdjęcia - jak skończę, będą lepsze.

RSS FeedRSS