W drugiej odsłonie dzielenia się ojcowską dumą chciałem zaprezentować okrętowe dokonania mojego najstarszego syna, Jeremiego. Zostajemy zatem przy tej samej skali 1:700 i tej samej serii waterline. Na pierwszy ogień poszedł legendarny Niemiec, pancernik Bismarck. Ten niemiecki kolos został także potraktowany farbami przeze mnie już po sklejeniu. Są tu dwa freehandy, za które krytykę biorę na siebie.
Drugi model, jaki trafił na warsztat Jeremiego, to brytyjski HMS Rodney. Bez wątpienia jeden z moich ulubionych drednotów. Tutaj zostaliśmy w pewien sposób zaskoczeni, ponieważ model okazał się być prepaintem. Coś mnie tknęło, ale o tym za moment.
Po Rodney’u przyszedł czas na włoską Romę – piękno samo w sobie. Syn ponarzekał nieco na montaż średniej artylerii. Suma summarum pancernik trafił do mnie a ja znów pokusiłem się o freehand (wiem, nie chciało mi się jechać do sklepu po taśmę maskująca), bo nie mogłem sobie podarować charakterystycznego kamuflażu części dziobowej.
Przyszedł w końcu czas na kolejny niemiecki pancernik – wg mnie jeden z najpiękniejszych okrętów w tej klasie. Scharnhorst, bo o nim mowa, został poddany już jednak nieco innym zabiegom malarskim. Żeby bowiem ułatwić sobie życie i zyskać na estetyce, nadal przy tym nie posiadając aerografu, postawiłem na prepaint właśnie. Dlatego wszystkie elementy dostały kolor w sprayu przed montażem, pokład zaś został pomalowany ręcznie. Po sklejeniu jedyne, co zostało do zrobienia w malarskiej kwestii, to domalowanie szczegółów czarną farbą i drobne poprawki tam, gdzie pokazał się klej.
Pojawił się u nas też pewien zwrot akcji, w postaci lotniskowców. Na początek na warsztat trafił USS Essex. Tutaj nieco poszaleliśmy z kamuflażem. Ot, takie próby. W kolejce do malowania czekają jeszcze dwa pływające lotniska, o czym napiszemy już innym razem.
Jest jeszcze jedna rzecz, która ogromnie mi się podoba. Mianowicie to, jakie obaj Panowie mają gusta, jeśli chodzi o dobór okrętów i w jaki sposób komentują poszczególne sylwetki. Wierzcie mi, pękam z dumy. Przypominają się od razu moje młodzieńcze uniesienia, związane z drednotami. Tym bardziej, że wiele z prezentowanych tu jednostek 'popełniłem' własnoręcznie w tamtych czasach. Przeważnie z papieru i w skali 1:300, ale nie ma to znaczenia. Do zobaczenia za kilka dni.
Drugi model, jaki trafił na warsztat Jeremiego, to brytyjski HMS Rodney. Bez wątpienia jeden z moich ulubionych drednotów. Tutaj zostaliśmy w pewien sposób zaskoczeni, ponieważ model okazał się być prepaintem. Coś mnie tknęło, ale o tym za moment.
Po Rodney’u przyszedł czas na włoską Romę – piękno samo w sobie. Syn ponarzekał nieco na montaż średniej artylerii. Suma summarum pancernik trafił do mnie a ja znów pokusiłem się o freehand (wiem, nie chciało mi się jechać do sklepu po taśmę maskująca), bo nie mogłem sobie podarować charakterystycznego kamuflażu części dziobowej.
Przyszedł w końcu czas na kolejny niemiecki pancernik – wg mnie jeden z najpiękniejszych okrętów w tej klasie. Scharnhorst, bo o nim mowa, został poddany już jednak nieco innym zabiegom malarskim. Żeby bowiem ułatwić sobie życie i zyskać na estetyce, nadal przy tym nie posiadając aerografu, postawiłem na prepaint właśnie. Dlatego wszystkie elementy dostały kolor w sprayu przed montażem, pokład zaś został pomalowany ręcznie. Po sklejeniu jedyne, co zostało do zrobienia w malarskiej kwestii, to domalowanie szczegółów czarną farbą i drobne poprawki tam, gdzie pokazał się klej.
Pojawił się u nas też pewien zwrot akcji, w postaci lotniskowców. Na początek na warsztat trafił USS Essex. Tutaj nieco poszaleliśmy z kamuflażem. Ot, takie próby. W kolejce do malowania czekają jeszcze dwa pływające lotniska, o czym napiszemy już innym razem.
Jest jeszcze jedna rzecz, która ogromnie mi się podoba. Mianowicie to, jakie obaj Panowie mają gusta, jeśli chodzi o dobór okrętów i w jaki sposób komentują poszczególne sylwetki. Wierzcie mi, pękam z dumy. Przypominają się od razu moje młodzieńcze uniesienia, związane z drednotami. Tym bardziej, że wiele z prezentowanych tu jednostek 'popełniłem' własnoręcznie w tamtych czasach. Przeważnie z papieru i w skali 1:300, ale nie ma to znaczenia. Do zobaczenia za kilka dni.
















