To już na sto procent jest prawidłowość. Wraz z latem hobby chowa się gdzieś w kącie, czekając pewnie na krótsze dni, moje życzliwsze spojrzenie i garść chęci, które sprawią, że człowiek targnie się na coś więcej, niż wyjęcie miniatury z pudełka (i schowanie jej po kilku dniach z myślą, że ‘może w kolejny weekend‘). W tym roku nie jest inaczej. A w zasadzie trochę jest, bo dość dużo czasu spędzamy w podróży, w ruchu, wśród ludzi. Czasem zadaję sobie pytanie, czy oto przesunęła się moja granica spontaniczności w tej kwestii. Czasem myślę, że za dużo tego. Kolejne kilometry nawijają się na opony naszego samochodu, neurony szukają nowych połączeń, przed dziećmi otwiera się coś więcej z tego świata. Jesteśmy razem, jest dobrze. Kolejne litry benzyny znikają w baku. Gdzieś na marginesie majaczy, w porywach mniej lub bardziej niepokojąca statystyka, na temat innych litrów, znikających w innych miejscach. Na to wszystko, jak zawsze, czasem z lekkim przymrużeniem oka, szukam w różnych okolicznościach nawiązania do tej mojej, nazwijmy ją miniaturowo-figurowej pasji. To pewnie o tym chciałem dzisiaj napisać. O czym na przykład?
A o kapitalnym zamku krzyżackim w mazurskim Rynie, odrestaurowanym z niesamowitym pietyzmem, bez słabych punktów. Zdjęcia tarcz i różnych zdobień mogą się wszak przydać w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości - posłużyć za wzór.
Co jeszcze? A może odkrycie wielkiej, lingwistycznej zagadki ze świata Warhammera. Już wiem, jak tłumaczymy na język polski nazwę własną słynnego, zimnokrwistego gada.
Wystarczy odwiedzić dinolandię, nie trzeba kończyć Oxfordu…
Inną zagadkę lingwistyczną spotykam na pokazach lotniczych. Byłby to adres?
Pola Chwały 2011. Jestem tylko na kilka godzin, pierwszy raz z rodziną. Są zachwyceni. Nie gram co prawda w turnieju (no, może poza krótkim coachingiem Gobosa), ale w tym roku w zupełności wystarczają mi Rzymianie z grupy Proantica. Z jednym z nich, niezwykle miłym, ucinam sobie pogawędkę na temat ekwipunku (dzięki!). Chwilę później, w jednej z sal zamkowych, kupuję niemal legion do DBA. Niemal, bo w końcu jednak nie daję się złamać.
Ale w powstrzymywaniu się idę dalej. Ostatni weekend, Warszawa - zaglądam do sklepu Altdorf (nic nie kupuję) ale nerwy nie zawodzą i do Wargamera nie idę wcale (choć to dwie ulice obok). Tym samym miniaturowi Rzymianie poczekają jeszcze. Choć nie długo, bo wkrótce zamierzam zakończyć zakupowy post. Tym bardziej, że przyjrzałem się na żywo ungrimowym Anglikom z Corvusa. Oj, świerzbią ręce.
Niestety nie wyrobiłem w sobie nawyku zabierania w takie miejsca aparatu. Sam nie wiem, czemu. Może dlatego, że jak już go wezmę, to czuję presję robienia zdjęć, które potem są nijakie. Może to lenistwo po prostu. A może coś, o czym nie warto napisać dwóch poprzednich zdań. W efekcie zwykle muszę polegać na nienajlepszej jakości telefonu komórkowego. Dlatego stwierdziłem, że wymienię go na model, z lepszym aparatem, żeby mieć po prostu inny poziom udokumentowania wspomnień.
Ot, poniosło mnie dzisiaj z tymi wynurzeniami. Dzień coraz krótszy, wieczory coraz chłodniejsze. Człowiek, z jednej strony, składa się do sennego zimowania i przybiera nieco ochronnego tłuszczu. Z drugiej jednak coś mu się w tej głowie kołacze tak, że wyczekuje pierwszych oznak hobbystycznej wiosny. Sprzeczności.
A o kapitalnym zamku krzyżackim w mazurskim Rynie, odrestaurowanym z niesamowitym pietyzmem, bez słabych punktów. Zdjęcia tarcz i różnych zdobień mogą się wszak przydać w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości - posłużyć za wzór.
Co jeszcze? A może odkrycie wielkiej, lingwistycznej zagadki ze świata Warhammera. Już wiem, jak tłumaczymy na język polski nazwę własną słynnego, zimnokrwistego gada.
Wystarczy odwiedzić dinolandię, nie trzeba kończyć Oxfordu…
Inną zagadkę lingwistyczną spotykam na pokazach lotniczych. Byłby to adres?
Pola Chwały 2011. Jestem tylko na kilka godzin, pierwszy raz z rodziną. Są zachwyceni. Nie gram co prawda w turnieju (no, może poza krótkim coachingiem Gobosa), ale w tym roku w zupełności wystarczają mi Rzymianie z grupy Proantica. Z jednym z nich, niezwykle miłym, ucinam sobie pogawędkę na temat ekwipunku (dzięki!). Chwilę później, w jednej z sal zamkowych, kupuję niemal legion do DBA. Niemal, bo w końcu jednak nie daję się złamać.
Ale w powstrzymywaniu się idę dalej. Ostatni weekend, Warszawa - zaglądam do sklepu Altdorf (nic nie kupuję) ale nerwy nie zawodzą i do Wargamera nie idę wcale (choć to dwie ulice obok). Tym samym miniaturowi Rzymianie poczekają jeszcze. Choć nie długo, bo wkrótce zamierzam zakończyć zakupowy post. Tym bardziej, że przyjrzałem się na żywo ungrimowym Anglikom z Corvusa. Oj, świerzbią ręce.
Niestety nie wyrobiłem w sobie nawyku zabierania w takie miejsca aparatu. Sam nie wiem, czemu. Może dlatego, że jak już go wezmę, to czuję presję robienia zdjęć, które potem są nijakie. Może to lenistwo po prostu. A może coś, o czym nie warto napisać dwóch poprzednich zdań. W efekcie zwykle muszę polegać na nienajlepszej jakości telefonu komórkowego. Dlatego stwierdziłem, że wymienię go na model, z lepszym aparatem, żeby mieć po prostu inny poziom udokumentowania wspomnień.
Ot, poniosło mnie dzisiaj z tymi wynurzeniami. Dzień coraz krótszy, wieczory coraz chłodniejsze. Człowiek, z jednej strony, składa się do sennego zimowania i przybiera nieco ochronnego tłuszczu. Z drugiej jednak coś mu się w tej głowie kołacze tak, że wyczekuje pierwszych oznak hobbystycznej wiosny. Sprzeczności.










