IV/21a Anglo-Irish 1172-1300 AD
Armię, którą dzisiaj prezentuję, kupiłem z zamysłem posiadania historycznego przeciwnika do moich dba’owych
Szkotów. Miałem nawet ambitny pomysł przygotowania i rozegrania scenariusza bitwy pod Stirling. Problemy są dwa: dzisiejsza lista nie jest historycznym przeciwnikiem Szkotów (w każdym razie na pewno nie pojawiła się pod Stirling), scenariusza nie chce mi się ni cholery robić. O ile dla lenistwa nie mam wytłumaczenia, o tyle błąd wyboru armii można jeszcze jakoś usprawiedliwić.
No to jak to było? Powodowany impulsem złożenia historycznej pary zajrzałem do podręcznika. Z tyłu głowy miałem gdzieś film “Waleczne Serce”, z którego to podprogowego programowania wykoncypowałem, że Północna Armia Królestwa Anglii, która starła się u podnóży szkockiej twierdzy z wojownikami Wallace’a i Moraya, była jakoś mniejsza, niż główne siły króla (zaznaczam, że mówimy o pokręconym wnętrzu mojej głowy) - bardziej kompaktowa, zwarta. Na to nałożył się obraz (również z filmu), gdzie walijscy (?) łucznicy padają ofiarą flankującego manewru konnych Szkotów. W ten dziwny, zbiegokolicznościowo-błędnieskojarzeniowy sposób, wysłałem zamówienie na zestaw IV/21 Anglo-Irish, zamiast IV/23 Feudal English.
Skoro już jednak tak się stało, stwierdziłem, że… no, w każdym razie coś tam brzydko pod nosem powiedziałem i postanowiłem, że zostanę przy pierwotnym planie. A niech będzie, pomaluje Anglo-Irlandczyków tak, jakbym malował feudalnych Anglików. Stwierdzenie to okazuje się być zasadne zaledwie w przypadku trzech elementów. Rycerstwo (2x3Kn) malowałem w oparciu o ilustracje z nieśmiertelnego Osprey’a. Mamy tu więc takie postaci jak John de Warenne czy Anthony Bek. Element 4Bd to też w pewnym sensie naśladownictwo angielskiej heraldyki (a przynajmniej próba). To, co lubię w tych Bd to fakt, że wszyscy mają topory, zeszli z koni i czekają na chętnych do ‘oprawki’.
Walijscy (a jakże!) łucznicy to prosta, w miarę jednolita kolorystyka. Jasne kubraki, czerwone gacie - będzie.
No i Ax - jak dotąd, nie miałem okazji składać takich elementów, więc przy ich malowaniu pojawił się u mnie niejaki entuzjazm (sam siebie nie rozumiem). Tutaj dałem sobie historyczny luz. Dwa elementy mają heraldyczne krokwie w kolorach, jakie pamiętam ze starego, dobrego serialu o Robin Hoodzie - tak wymalowani pomykali po planie żołdacy szeryfa, jak zawsze głupsi od bandy leśnego dobroczyńcy. W jednym (tym ciemnym) przypadku, to chyba chodziło mi o Strażników z Gry o Tron. Czwarty z elementów to tylko mieszanka czerwonego z żółtym, bez jakiegoś większego ładu i składu. Jakby się dobrze przyjrzeć, to na kilku kubrakach widać moje próby umieszczenia krzyża Św. Jerzego. Niestety obawiam się, że efekt wyszedł komicznie. Już słyszę, jak ktoś krzyczy: medek! medek! A krzyczcie sobie.
Na koniec machnąłem 2 x 2 Ps - na białym podkładzie, w parę minut, z przecierką. Dałem inne kolory szmat, żeby się odróżniali od pozostałych elementów. Odróżniają się.
Ach, no i obóz. Jakoś sam się wymyślił i złożył z korka, piasku, kamyków i paru dodatków, w postaci tragarza i drzewka. Będzie to mój obóz wyjazdowy, bo mało można w nim zepsuć, podczas transportu. W każdym razie widać na nim więcej efektu wody, który pojawia się również na podstawkach poszczególnych elementów. W przypadku obozu występuje w roli strumyczka, na podstawkach zaś imituje kałuże. Efekt niezły, ale nie cudowny. Woda, po wyschnięciu, traci sporo objętości. Drugiej warstwy nie mam siły nakładać. O ile strumyk jeszcze ujdzie, to kałuże wyglądają, jakbym przez przypadek rozlał na podstawkach klej. Panie szeperdzie, co mówiliśmy na ostatniej sesji o pozytywnej projekcji?

Całość zajęła mi niewiele czasu (oczywiście wyłączając roczną przerwę, między pierwszym 3Kn a łucznikami). Jak zwykle też pierwotne zamiary ‘solidnego przyłożenia się’ skończyły się na szybkim spławieniu miniatur z biurka. Na pewno mam satysfakcję, że kolejna lista gotowa. Niestety, w związku z tym, kolejny odcinek Tytanów w czarnej… kniei.
Byłbym zapomniał - w ubiegłym roku grałem tą listą na turnieju w Warszawie (wówczas pożyczoną od Greeba). Zająłem wtedy niezłe, trzecie miejsce. Przyjmuję to za dobrą monetę i postaram się wkrótce powalczyć na kolejnych zawodach już własną kolekcją - oczywiście o najlepsze miejsce.
Mam też nadzieję, że dzisiaj pożegnałem się ostatecznie w moich tekstach z “Walecznym Sercem’ a na warsztacie, może nie na zawsze (?), ale na długo, z figurami Essexa. To piąta armia tej firmy, jaką pomalowałem. Wszystkie pochodziły z okresu Średniowiecza. Jak wcześniej pisałem w innych miejscach, jeśli skuszę się na coś nowego do DBA (a w głowie mam co najmniej Macedonię, Rzym i Kartaginę), to z pewnością spróbuję innych firm.
Kończę już. Zapraszam do oglądania i komentowania.