niedziela, 15 sierpnia 2010

Słony deszcz

Wielkie krople deszczu ściekały po stężałych w skupieniu twarzach żołnierzy. Mimo dziesiątek ludzi tłoczących się na polanie, nie było słychać żadnego innego dźwięku, poza intensywnym szumem ulewy. Każdy ze stłoczonych ściskał swoją broń w często już zbielałych z wysiłku i zimna palcach. W powietrzu można było wyczuć panujący strach. Nikt do końca nie wiedział czego można się spodziewać, a krążące bez przerwy straszliwe opowieści tylko potęgowały niepokój. Czekali na rozkaz dowódcy spoglądając ze zgrozą na rozpościerający się przed nimi mroczny las. Przerażał ich brak jakichkolwiek głosów z dochodzących z kierunku gąszczu. Przez te kilka godzin wyczekiwania nie usłyszeli nawet wrzasku jednej wrony, nie widzieli też żadnego ruchu czy to w  lesie czy ponad nim. Las był martwy.


Roukov nie wiedział na jaki ruch się zdecydować. Czy rozkazem wejścia do lasu nie zabije tych wszystkich ludzi? Z drugiej strony nie mógł z założonymi rękami  czekać na rozwój dalszych wypadków, bo dotychczasowe zdarzenia były wystarczająco tragiczne w skutkach. – Naprzód- wypowiedział rozkaz. Cała kolumna ruszyła do lasu, ogarnął ich nieprzenikniony mrok. Nie było potrzeby  tłumaczyć, że muszą zachować najwyższą ostrożność, ich twarze mówiły mu wszystko. Przedzierali się przez gąszcz krzewów i drzew nie napotykając żadnego oporu czy nawet znaku obecności wroga. Pojawiła się nadzieja na uniknięcie koszmarnej konfrontacji gdy przez całkowitą ciemność lasu zaczęło w oddali przezierać światło. Zbliżyli się w końcu do skraju tych parszywych chaszczy. Gęstwina spowodowała chaos w formacji i mocne rozproszenie ludzi, a to groziło wielkim niebezpieczeństwem podczas potencjalnej potyczki. Jaśniejący wśród liści  delikatny blask bladego słońca uspokajał i dawał nadzieję. Wtedy z oddali Roukov usłyszał rozpaczliwe i przerażające krzyki…  






Tylna straż była najgorszym z możliwych przydziałów, ale kogoś ten zły los musiał wybrać. Garstce żołnierzy nie podobała się cała ta sytuacja, a ich napięcie sięgało zenitu. Musieli być podwójnie czujni i potrójnie uważni, od nich zależało być albo nie być całego oddziału. Kiedy ujrzeli pierwsze promyki słońca napięcie i czujność gdzieś zaczęły uciekać, odetchnęli głęboko. Ofiary pierwszego ataku nawet nie zauważyli. Z szamotającego się żołdaka w olbrzymich szponach wampira uchodziło szybko życie wraz z wysysaną z niego łapczywie krwią. Pośpiech z jakim robił to wampir wywoływał obfite fontanny krwi co całą scenę czyniło jeszcze bardziej upiorną. Na szczęście nikt tego nie widział… a może na nieszczęście. Wampir poruszał się z niewiarygodną prędkością, zaatakował błyskawicznie po raz drugi. Równocześnie z budzącymi grozę szelestem i jękiem zaatakowali pozostali nieumarli. Ghoule i wilki rzuciły się na pozostałych członków straży. Nietoperze z jazgotem wyleciały z wszystkich stron wbijając się w ciała ludzi. Jeden z żołnierzy stał przerażony oglądając całą tą makabryczną rzeźnię. Nie mógł ruszyć się z miejsca, nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Znikąd pojawiło się przed nim paskudne zakrwawione oblicze wampira. Wydobył z siebie nieludzki syk, a z pyska uderzył okropny odór. Mordercze szpony okryły świat ciemnością. Cała horda ożywionych zwłok zalała swoje ofiary falą śmierci. Z gardeł mordowanych wydobyły się rozpaczliwe i przerażające krzyki…






Dowódca zbladł śmiertelnie nie znając źródła krzyku i sytuacji swoich ludzi. Przez kłębowisko zarośli nie był w stanie ocenić sytuacji i wydać rozkazów. – Odwrót! Wszyscy z lasu! – wykrzyknął równocześnie zrywając się do biegu w stronę rzednących zarośli. Wybiegł z impetem na polanę prawie upadając zaskoczony brakiem blokujących nogi chaszczy. Skierował się na środek niewielkiej łąki, którą otaczał ten sam mroczny las. – Kurwa mać! – zaklął, miał nadzieję, że ten parszywy gąszcz już się skończył. - Co to jest? - Polanka nie była całkowicie pusta jak wydawało się na początku. Wokół znajdowały się resztki jakichś ruin. Brak czasu nie pozwolił mu na dokładną ocenę terenu.  Odwrócił się twarzą w stronę milknących już powoli wrzasków. W rękach ściskał miecz, jakby to była jedyna rzecz, która miała  pozwolić mu przetrwać, ostatni towarzysz broni, na którym mógł polegać. Obserwował wybiegających za nim ludzi, starał się policzyć straty. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało tak źle, ale daleki był od optymizmu. Wyglądało na to, że wszyscy, którzy przetrwali wydostali się już z lasu. Żołnierze ustawili się w formacji bojowej kierując halabardy i włócznie w kierunku, z którego przed chwilą uciekali. Jęki i dźwięki agonii powoli cichły, znowu zaczął padać deszcz. W mroku lasu zamajaczyły zbliżające się czarne sylwetki postaci o nienaturalnych kształtach. Po chwili ujrzeli już w pełnej okazałości to co ich zaatakowało. Kilkadziesiąt zniekształconych śmiercią i zgnilizną stworów wynurzyło się na światło dzienne. Ulewny już teraz deszcz zmywał krew z ich pysków i łap. Wampir jako ostatni powoli wyszedł przed swoją mroczną armię. Widok był przerażający, ale Kislevici nie mogli tracić wiary w zwycięstwo. Mieli przewagę liczebną i to dodawało im odwagi. Krzyknęli dziko, dodając sobie pewności.  Wampir rozejrzał się wokół marszcząc dziwnie twarz i wydając z siebie głośne dźwięki intensywnie wciąganego powietrza. Wyszczerzył zęby w makabrycznym uśmiechu. Z jego gardła wydobył się dziwny, charkoczący głos. 






- On coś mówi. – wyszeptał Roukov, nie mogę dać mu więcej czasu. – Do ataku! – wydał rozkaz – Za carycę! – krzyknął. Żołnierze z wrzaskiem ruszyli do natarcia. Nagle grunt pod nogami zaczął drgać. W wielu miejscach przed oddziałem zwały ziemi zaczęły wypryskiwać w górę. Szarża straciła impet i zatrzymała się w nieładzie. Roukov zahaczył o coś przy ziemi i wywrócił się upuszczając broń, jego stopa w czymś uwięzła. Spojrzał na nogi z zamiarem uwolnienia się i zobaczył, że to co go trzyma to ludzka ręka. Krzyknął przerażony i wtedy z ziemi wyrwała się kolejna dłoń i chwyciła drugą nogę. Za rękami wyłoniła się uwalana czarną glebą reszta szaro-sinego ciała umarlaka. Nie wiedząc kiedy wokół zaczęły wydostawać się na światło dnia kolejne makabryczne stworzenia. Kilka innych rąk chwyciło ciało dowódcy unieruchamiając wijącą się w próbie ucieczki ofiarę. Nie miał szansy. Zombie rzuciły się na niego wyrywając zębami i pazurami żywe kawałki ciała. Pożerany żywcem człowiek wył. Kislevici, oniemiali ze strachu, zaczęli się cofać w panice. Między nimi, a wrogiem wyrastała z ziemi nowa armia. Horda obrzydliwych zgniłych ciał nieludzko jęcząc stawała na nogi. Wampir nie ukrywał zadowolenia śmiejąc się głośno przyprawiającym o dreszcz rykiem. Szczęśliwy los doprowadził go na starą, zapomnianą już nekropolię. Jego zadowolenie urosło jeszcze bardziej gdy druga horda zaczęła wyłaniać się za plecami cofających się ludzi. Dziś ponownie świat utonie w krwi!





Dziś prezentuję Wam prawdziwą hordę zombich. Pięćdziesiąt dwie sztuki zgniłych szaro-sinych umarlaków wstąpiły w szeregi mojej armii, aby dopomóc w walce z wrogiem. Znalazłem w jakimś WD oddział zombie pomalowany w podobnych kolorach i stwierdziłem, że podoba mi się na tyle, że stworzę sobie podobny. Jest  dosyć ascetycznie - szarawa skóra pokryta różnymi kolorami zepsucia plus jednakowe brązowe „umundurowanie”. Moim podstawowym założeniem było stworzenie hordy zombich bez żadnej broni w rękach. Część dłoni zamieniłem na te, które pozostały mi po ghoulach, a reszcie po prostu usunąłem broń ostrym narzędziem. Dziękuję wszystkim za uwagę.

Pomalowane: 116 modeli (57,43%)
Ilość punktów: 955 (29,00%)

Jakub Gowin


0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS