czwartek, 15 września 2011

Strażnik zagubionych

Kolejny model do armii Blood Angels to bohater o tajemniczym imieniu Lemartes i przydomku Guardian of the Lost. Nie znam się za bardzo na 40-stce więc nie wyjaśnię Wam kim on jest, jeśli Was to w ogóle interesuje. Wiem jedynie, że to jakiś Kapelan. W zasadzie to wszystko nie istotne bo chodzi o sprawy wizualne.
Kapelan Lemartes został pomalowany podobnie jak poprzedni oddział Death Company. Ogólnie czerń plus czerwień oraz złote dodatki i trochę papierków fruwających mu pod pachami. Standardowo, jak cała armia, kapelan otrzymał na plecy zestaw małego lotnika w postaci mechanicznych skrzydeł. Postanowiłem wstawić mu skrzydła jak najmocniej rozłożone, aby wyglądał jeszcze bardziej dostojnie i rzeczywiście robił wrażenie wzbijającego się w powietrze.
Podstawka z doklejonym fragmentem jakiegoś zbiornika pozwoliła na wklejenie modelu jako latającego. Tyle w temacie Strażnika zagubionych przede mną kilka krwistych modeli, które niedługo ujrzą światło dzienne. Do następnego razu.

poniedziałek, 12 września 2011

Blood Angels Death Company

Postanowiłem nadążające się wolne chwile poświęcić na malowanie. Precyzyjniej, na pomalowanie zaległej pracy na zlecenie. Jeśli jeszcze nie zapomnieliście, to tworzyłem armię Blood Angels. Naprodukowałem już 11 modeli i przyszła pora na kolejne, ale tym razem w nieco innym odcieniu.
Czarne chłopaki to Kompania Śmierci – tłumaczenie moje własne, ale chyba nie odbiegłem zbytnio od stanu rzeczywistego. Zawsze miałem problem z malowaniem czarnych powierzchni, a dokładniej z jej cieniowaniem. Nigdy nie wychodziło mi to zbyt naturalnie i tutaj też tak nie jest. Co prawda robiłem to z lekkim pośpiechem i nie miałem zamiaru przykładać się w 100% do każdej figurki, ale mimo wszystko, że się powtórzę, nadal nie umiem cieniować czerni. Długa droga przede mną i będę się starał wyćwiczyć w tym zagadnieniu. Życzcie mi powodzenia. Tymczasem przedstawiam gotowy oddział pięciu żołnierzy ze skrzydłami jak we wcześniejszych odsłonach.


Przede mną jeszcze 8 modeli do końca tej partii zlecenia.

czwartek, 1 września 2011

Gara mów ałt!

Pąąąą, pąąąą pąąąą, pąąąą, pąąąą – dochodził do niego dźwięk gdzieś głęboko w czaszce – pą, pą, pą – sosna! Szybki unik w lewo. Pą, pą, pą – brzoza! Nagły skręt w prawo. Pą, pą, pą – Khurwa dąb! – zbyt wolny unik w lewo… – Piephrzony busz!
Gwacek usłyszał głuchy łomot, a po chwili miękkie plaśnięcie gdzieś poniżej. Kilka żołędzi ze stukotem posypało się z gałęzi łysawego już, ale olbrzymiego drzewa. Spojrzał w górę… W zasadzie nie w górę tylko w dół. Chociaż wszystko zależy od punktu odniesienia. Wszystko to dlatego, że Gwacek był nietoperzem i jak to nietoperze mają w zwyczaju wisiał głową w dół. Niewiadomo z  resztą po cholerę. W każdym razie spojrzał w dół.
– To ty Drak? Znowu zapomniałeś o starym szerokim Bartku? – krzyknął gdzieś w stertę liści, a dokładniej w coś szamoczącego się w tych liściach.
– Dhraque! Kolego, moje imię wymawia się Dhraque! Ile hrazy mam powtarzać, że to bhretońskie imię. Po ojcu – odkrzyknęła z oburzeniem kupa pożółkłych liści. – Khurwa nienawidzę lasu. 
Gwacek podniósł się ciężko z pozycji wiszącej do samego pionu. Coś chrupnęło.
– Verdammt! Cholerne plecy – wystękał – Kto wymyślił to wiszenie do góry nogami. Zawsze nadwerężam sobie krzyż jak się podnoszę – Właściwie Drak, skąd ty wziąłeś tego ojca z Bretonii, przecież to w cholera daleko stąd? – krzyknął do kolegi masując się szponem po krzyżu.
– Phrzyjacielu mój – wyrecytował dumnie robiąc krótką tajemniczą pauzę obiecującą ciekawą historię – Nie mam zielonego pojęcia. – dokończył zrezygnowanym głosem.
Draque wdrapał się niezdarnie na gałąź, którą zajmował Gwacek i usiadł zgarbiony obok przyjaciela zwisając nogami w dół. Siedzieli tak dłuższy czas w ciszy ramię w ramię machając z nudów łapkami. Drak rozmasowywał obolałą głowę, a Gwacek niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w korę starego drzewa.


– A słyszałeś, że ryjówki także używają echolokacji? Heh, ale jak można te szczury porównywać do nietoperzy? – parsknął z pogardą i z uśmiechem spojrzał na siedzącego obok chudego, myszowatego Draque’a, który akurat rozmasowywał sobie poszkodowany w zderzeniu, pomięty wąsaty nos. Uśmiech błyskawicznie spełzł z jego szczurowatego pyszczka.
– No może trochę - wymruczał pod nosem.
– Co mhówiłeś kolego? – zapytał Draque błędnym wzrokiem spoglądając na skrzydlatego przyjaciela.
– A już nic – odburknął.
– Phodobno przyjacielu, są znane przypadki wykorzystania echolokacji przez ludzi – próbował zagajać Bretończyk – Głównie niewidomych. Ale przecież my nietoperze widzimy świetnie. – skwitował Draque mrużąc oczy i próbując wyostrzyć rozmazujące się drzewa. – Taak, pherfekcyjny wzrok – zadowolony uśmiechnął się do siebie.
– No tak, w dodatku za pomocą echa drugiej harmonicznej jesteśmy w stanie określić prędkość obiektu na podstawie przesunięcia dopplerowskiego. Natomiast częstotliwość fali dźwiękowej jest istotnym parametrem w echolokacji z powodu zjawiska dyfrakcji fali. Wysoka częstotliwość fali oznacza mniejszą jej długość, a zdolność rozdzielcza, podobnie jak w optyce, jest tym większa im mniejsza jest długość fali – z obojętną miną Gwacek uzupełnił wypowiedź kolegi. Draque jeszcze bardziej zmarszczył czoło i z miną pełnego niezrozumienia ponownie spojrzał na kolegę. 
– Phowołali Cię już do woja, mój dhrogi kolego? – szybko zmienił temat Draque
– Taa.. – markotnie odpowiedział Gwacek wyjmując spod skrzydła wielką pomiętą kopertę z wydrukowanymi olbrzymimi literami: GWACEK MÜLLER, STARY DĄB, GAŁĄŹ 5/12
– O hżesz, khurwa. Mnie też. Marynarka. A Ty? – wystękał Draque wyciągając bliźniaczą kopertę, ale znacznie brudniejszą, bardziej pomiętą i z zamazanym adresem, ale niepozostawiającym wątpliwości widocznym nazwiskiem: DHRAQ le POMPIDOU.
– Piechota. Verdammt! Scheise, scheise, scheise – Ghwacek elokwentnie wyraził swoje wątpliwości, co do przydziału, a może ogólnie do armii. – To przez ten czarny pas Choy Lee Fut.
– Taa, pamiętam. Nie musisz mi phrzypominać. Wiążę z tym niemiłe wspomnienia. Nie wspominaj o tym przy Rogerze. Kthórego masz się stawić? – zapytał ze spuszczoną głową Draque
– Napisali, że 1 września, ale u nich ciągle są jakieś opóźnienia. Ostatni pobór spóźnił się chyba ze kwartał. Może i nam się upiecze.
– A no racja, ale wątpię. Ghenerał już wszystkim ghroził, że to ostateczny termin stawienia się w koszarach, paskudny pastuch. Miało być w ostatnią sobotę, ale się coś tam przeciągnęło. Za to cały weekend sthraciłem na przygotowaniach.
– Ja tak samo. Verdammt! Scheise video!
– Co? Jakie wideo?
– A nie wiem, tak mi się jakoś powiedziało – wzruszył ramionami Gwacek.
– Merde, merde, merde! – nie chcąc być gorszy Draque puścił niewinną wiązankę, z odwiecznym przekonaniem, że w innym języku się przecież nie liczy.
– Że co?
– A to takie tam – po bhretońsku.
– Aa, że po zagranicznemu znaczy się, a to chyba, że tak – odpowiedział bez sensu Gwacek, zbyt przygnębiony wizją służby wojskowej, by formułować racjonalne wnioski. – Kiedy to wojsko się w końcu skończy?
– No, mają być jeszcze dhwa pobory i w tym roku ma się to skończyć.
– To i tak cholernie późno. Krążyły plotki, że miało się to wszystko skończyć w zeszłym roku, ale ktoś spieprzył. Cholerna „góra”, siedzą tam wygodnie w fotelach i im wszystko bimba, a my biedne żuczki musimy zapier… 
– Cii, ktoś leci. – przerwał mu Draque  i Gwacek nie zdążył dokończyć wywodu więc nigdy już nie dowiemy się co miał na myśli. Teraz obaj w napięciu wsłuchiwali się w szumiący las. Do ich uszu nie dochodziły nic więcej, aż w pewnym momencie usłyszeli dźwięk jakby nietoperze skrzydła gwałtownie skręcały między drzewami.


– Fok!!– spomiędzy gałęzi dobył się krzyk i jeszcze gwałtowniejszy szelest nietoperzych skrzydeł. - Pą, pą, pą, pą,….uff!  - Zza wielkiego pnia z gęstwiny z furkotem wystrzelił nietoperz odrywając i rozsypując liście na wszystkie strony. Gwałtownie zahamował tuż przed twarzami dwójki przyjaciół i usiadł na gałęzi.
– Cheerio! – wykrzyczał im w twarze, pyszczki znaczy się, opluwając przy tym obficie. – Jak się macię, kolędzy! – zagadnął z dziwnym akcentem szczerząc głupawo zęby.
– Witaj Roger, spóźniłeś się – z wyrzutem odpowiedział mu Gwacek spoglądając na wielki staromodny złoty zegarek na łańcuszku wyciągnięty spod lewego skrzydła. – Mieliśmy już dawno wylecieć.
– Sorry, kolędzy. Straszny ruch w lesię, więcie jak jęst. – odparł Roger poprawiając biały szal – Poza tym ćwiczyłem – załapałem się do lotnictwa. To, co? Czas na nas?
– Zaraz, zaraz, nie pali się. Właśnie, a propos, może jeszcze po papierosku przed lotem? Tak, dla odstresowania się? – zapytał Gwacek wyciągając spod skrzydła miękką paczkę Lucky Strike’ów i kierując na zmianę w stronę przyjaciół.
– Nie, dzięki, nie palę…papierosów. Ale te Twoje zrobiły mi smaka na…coś. – wystękał z trudem Draque i rozglądając się nerwowo we wszystkie strony wyciągnął spod prawego skrzydła bibułki, spod lewego malutkie dziwnie pachnące pudełeczko i już po chwili pośpiesznie skręcał coś w palcach.
– Ja o tęj porzę wolę herbatkę – powiedział dostojnie Roger spoglądając na sporych gabarytów srebrny zegarek wyciągnięty zza kamizelki. Po chwili wydobył spod skrzydła słusznych rozmiarów zestaw do parzenia herbaty – imbryk, filiżankę ze spodkiem oraz pudełko prawdziwej Earl Grey. Po czym gdy upewnił się, że nikt nie patrzy zza pazuchy wyciągnął piersiówkę i wypełnił filiżankę w dwóch trzecich brązowo złotym, intensywnie i specyficznie pachnącym płynem, oczywiście nikt nic nie widział.
Nagle dobiegł ich zaskakująco głośny dźwięk dzwoniącego telefonu doprowadzając do zawału całą trójkę. Gwackowi wypadł papieros wprost do imbryka z herbatą, filiżanka Rogera ześlizgnęła się ze spodka gdzieś w leżące gęsto liście, a Draque rozkaszlał się na całego połykając za dużo chmury dymu łącznie z malutkim niezdarnie skręconym… czymś. Dźwięk klasycznego dzwonka – drrryń, drrryń, drrryń – dobiegał z dziupli tuż obok.
– To Twój? – zapytał Gwacka Roger. Ten ze strachem w oczach pokiwał głową
– Noo, to odbierz! – ponaglił zdegustowany.
Gwacek sięgnął głęboko do dziury w drzewie i wyciągnął z niej wielką staromodną słuchawkę, której skręcony w sprężynkę przewód ginął gdzieś głęboko w czeluściach wielkiego dębu.
– Jaa? – zapytał po chwili nieśmiało.
– Do cholery, gdzie jesteście zawszone obdarte szczury!! Czekamy tu na Was od rana parszywe zaśmierdłe karaluchy! – ze słuchawki dobiegł okropny jazgot taki, że cała trójka bez problemu słyszała każde słowo. Gwacek pomału odsunął słuchawkę od ucha – To Generał Shepherd – wyszeptał przerażony. – Macie natychmiast stawić się w koszarach Wy niewyrośnięte pokurczone gryzonie! Rozkaz do odlotu! Natychmiast, bo powieszę Was za te małe pomarszczone… - reszty słów nikt nie usłyszał bo Gwacek upuścił telefon żeby zahal… znaczy zasalutować i wykrzyknął: 
– Ja wol, Her Ubersturmfuhrer!
– Roger that! – wyśpiewał Roger stając na baczność
– ….Parley? Phhhrzyjaciele? – dziwnie zmienionym, powolnym głosem wybąkał Draque próbując skupić wzrok na jednym z trzech obiektów, z których dochodziły dziwnie niezrozumiałe i obojętne mu słowa.
  

Opowiastka napisana całkowicie spontanicznie na wcześniej skojarzonym motywie przewodnim. Klasycznie absurdalna historia z kilkoma bezsensownymi dialogami i gagami, w których czuję się najlepiej. Co oczywiście nie znaczy, że dobrze. No, ale cóż, wyszło jak wyszło. Wielu z Was rozpozna kilka elementów, które zainspirowały mnie podczas pisania tej historii. Niektóre są skutkiem ostatnich oraz nie całkiem ostatnich wydarzeń i zasłyszanych słów, a inne oglądniętych po raz enty filmów pełnych niewiarygodnych przygód. Jest ona oczywiście w stu procentach prawdziwa i nawet w jednym promilu nie różni się od zaistniałych faktów. Chciałbym jednak zaznaczyć, że jakakolwiek zbieżność nazwisk i imion jest czysto przypadkowa. I jakiekolwiek insynuacje i nieuzasadnione pretensje będą w chamski acz stanowczy i zdecydowany sposób odrzucane tudzież negowane i ripostowane w sposób bezkompromisowy. 

No, koniec abstrakcyjnych wywodów i czas na konkrety. Przed Wami oddział z kategorii „Special”, dla niewtajemniczonych w arkana poliglotyzmu znaczy to Specjalny. Tak więc oddział specjalny – Fell Bats – można ich nazwać Upadłymi Nietoperzami. Że są upadłe nie ma wątpliwości wystarczy przeczytać historię powyżej. Powiedziałbym nawet, że podupadłe. Coś jak… podporucznik.
Malowanie w klimacie mojej armii, czyli w brudnych brązach plus trochę szarości dla złamania nudy. Podobnie malowałem ghoule, tyle, że bez szarości, a także bat swarms, i w tym przypadku akurat z szarościami. Panów sztuk osiem, słownie też osiem. Oddziałek w sam raz żeby mieć pewność, że wykończy jakąś załogę działa – ich statystyki i doświadczenia polowe przekonały mnie, że przewaga 8 do 3 jest w sam raz.
Chyba tyle chciałem Wam dziś zaprezentować. Dziękuję za uwagę i do następnego razu.


Nie ma w języku…


Some of the more powerful and ancient of Athel Loren’s spirits are able to entwine their essence with that of a living tree, moulding it to their will. Terryfying to behold, these behemots smash apart all who stand against them, and are almost impervious to harm.

Księga Wood Elves, 2005


Wielki ptak szybował ponad wierzchołkami drzew. Zataczając ogromne kręgi powoli i majestatycznie lustrował połacie lasu. Jego oczy dostrzegły duże grupy Asrai, zmierzające spiesznie i niemal niezauważanie na północny wschód. Spojrzał w tamtym kierunku. Las ciemniał tam, rozrywała go pożoga, rozdzierał wrzask setek okrutnych wrogów. Plugawych hord, niosących cierpienie i śmierć. Wielki ptak zatoczył po raz ostatni koło i rozpłynął się w powietrzu w magicznej mgle.

Ale ptaka tego nie mogło dostrzec żadne oko. Jednak to, co widziały jego oczy, widział jeszcze ktoś. Wiele mil dalej, w sercu pradawnego matecznika, między wielkimi pniami starożytnych drzew siedziała mała postać. Długie, jasne włosy spadały na jej smukłe ramiona. Zwiewne szaty poruszały się, muskane nieuchwytnymi podmuchami jesiennego wiatru. Gdyby ktoś zakradł się w to miejsce, usłyszałby cichy pomruk wydobywający się z głębi potężnych pni, któremu towarzyszyła ledwo słyszalna pieśń bez słow.


Ta niema rozmowa, wspólne błądzenie pozaziemskimi ścieżkami umysłów elfa i lasu, powolne tkanie więzi i osiągnięcie porozumienia - to działo się w tym miejscu. Rytuał ten i jego zrozumienie pozostawało wielką tajemnicą nielicznych.

I choć to, co medytująca postać zobaczyła oczami magicznego ptaka zmąciło jej spokój, zmroziło serce i nakazało pośpiech, siłą woli, nie przerwała transu. Nie mogła się spieszyć, nie teraz. Nie tak blisko odwiecznego przebudzenia. Godzina za godziną, czas płynął tu sennie, choć w innych miejscach Athel Loren gnał jak oszalały.

Wreszcie elfia postać otworzyła oczy. Powoli uniosła spojrzenie w górę, błądząc nim po ogromnych konarach jednego z drzew. I stało się - zajrzała w dwie, ogromne studnie bez dna, które również szukały jej wzroku. Wstała, skłoniła się nieznacznie. Witaj, usłyszała głos, choć nie padło żadne słowo. Witaj, Odwieczny, odpowiedziała. Cieszę się, z naszego spotkania. I ja, odpowiedział jej głos. Czy zechcesz wyruszyć ze mną w tej godzinie próby, zapytała? Ogromne drzewo poruszyło konarami, w geście potwierdzenia. Zatem ruszajmy, gdyż moje serce zmroził strach o życie Twoich i moich braci.


Duch uwięziony w pniu starożytnego drzewa wydał z siebie przeraźliwy okrzyk. Wiele mil dalej, usłyszały go setki uszu. Jednym przyniósł otuchę i nadzieję. Innych natchnął pierwotnym strachem.


Nie ma w języku entów, ludzi i elfów przekleństwa, jakim można by okrasić męki związane ze składaniem metalowego drzewca do przysłowiowej kupy. Już dawno się tak nie namęczyłem, próbując uzyskać w miarę mało szpar i dziur a zarazem ustawić go w przyzwoitej, pionowej pozycji. Najgorsze były chyba nogi. W końcu doszedłem do wniosku, że bez kilogramów greenstuffu i tak się nie obejdzie, więc zluzowałem nieco na wszystkich niedociągnięciach i szczelinach. Po zaschnięciu kleju oblepiłem drzewko zieloną masą, którą następnie bądź pseudorzeźbiłem, bądź, po zaschnięciu, piłowałem. Suma summarum wyszło całkiem estetycznie i wreszcie mogłem się zająć malowaniem. Tu posłużyłem się sprawdzonym patentem w przypadku malowania plastikowego lasu GW - ten sam dobór kolorów, szybka przecierka i gotowe. Potem nieco więcej zabawy z duszkami i podstawką. Na tej znalazł się mój pierwszy muchomor! Nawet nie liczyłem, ile zajęło mi przygotowanie tego drewnianego kolosa. Z efektu jestem całkiem zadowolony.

Do pary z drzewcem prezentuję dzisiaj ostatniego z czwórki bohaterów. Tym razem to magiczka. Jest to wersja, która z dostępnym wzorów podoba mi się najbardziej. Chodzi głównie o dynamiczny i zwiewny design. Kolorystyka to nawiązanie do motywów przewodnich całej kolekcji. Myślę, że dalszy komentarz jest zbędny.

Jako mały bonus, wstawiam zdjęcie pewnego pnia, niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Przejeżdżam koło niego co dzień rano, nie mogąc oprzeć się pewnym skojarzeniom.


Na koniec przyznam się do czegoś - miałem najmniej do przygotowania w ramach tego odcinka. Jak zwykle też poganiałem Kolegów, aby się sprężali. Wyszło na to, że jestem ostatni. Cóż. Nawet tytani mają czasem słabszy okres, prawda?

Co dalej? Teoretycznie przed nami ostatni odcinek, czas podsumowań i podziękowań. Ptaszki jednak ćwierkają, że będzie jakiś bonus. U mnie całkiem szałowy, jeśli chodzi o wzory. Obym podołał malowaniu!

Regiment
Typ: Treeman
Ilość: 1
Koszt w punktach: 285 pkt
Koszt w złotych: 130 zł

Regiment
Typ: Spellweaver
Ilość: 1
Koszt w punktach: 250
Koszt w złotych: 29 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 94,85%
Łączny koszt w punktach: 2360 pkt
Łączny koszt w złotych: 1145 zł


Spojrzenie wstecz


- Kopać, szybciej leniwe łajdaki! Pan idzie! - krzyknął krępy żołdak popychając najbliższego robotnika, który zatrzymał się na chwilę aby złapać oddech. Od paru dni wszyscy pracowali ponad siły, a dowódca oddziału  stosował niewolnicze metody aby zmusić ich do jeszcze większego wysiłku. Wszyscy byli przerażeni po walce która rozegrała się wtedy między strażnikami a hordą monstrualnych wilków. Żaden z rannych w bitwie nie przeżył - wszyscy jeden po drugim umierali w strasznych męczarniach na nieznaną chorobę. Panika w obozie szerzyła się szybko. Początkowo wielu robotników zdezerterowało, ale kiedy inni słyszeli w nocy ich przerażające krzyki agonii szybko zdali sobie sprawę, że są w pułapce. Nawet sam wielki i potężny imperialny mag, zwykle opanowany i wyniosły dowódca tej ekspedycji  wydawał się zaniepokojony.
Balthazar, bo tak miał na imię, wędrował właśnie skrajem wykopu obserwując postęp prac. Od tych kilku dni nie znaleźli nic więcej ponad stare kamienie z runami, fragmenty naczyń, parę srebrnych monet z plugawymi znakami bogów chaosu czy wyobrażenia straszliwych istot w spróchniałych drewnianych płaskorzeźbach. Kiedy indziej cieszyłby się z takich odkryć, być może nawet przysporzyłyby mu szacunku w akademickich kręgach jego kolegów w stolicy... Ale teraz szukał czegoś innego. Czegoś ważniejszego i cenniejszego. Potrzebował znaleźć wejście grobowca. Wejście które MUSI tu być! - pomyślał - tabliczka nie może się mylić!
***
Jak tak dalej pójdzie to wszyscy tu zdechniemy - myślał Otto - waląc motyką bez opamiętania w ziemię przed sobą niszcząc fragmenty ceramiki, drewnianych rzeźb i czegokolwiek co leżało zakopane w ziemi od setek czy tysięcy lat - bezcennych skarbów historii. To że leżało było oczywiste, gdyż fragmenty ozdób z każdym uderzeniem motyki wylatywały na wszystkie strony upadając obok już leżących. Pracował nie zatrzymując się, stojąc wśród zniszczonych przez siebie artefaktów jak wojownik wśród trupów pokonanych wrogów umazany niby krwią - błotem i gliną z wykopu. Złość na cały świat, na tą ekspedycję, na nadętego maga rozsadzała go. Jednocześnie beznadzieja sytuacja sprawiała, że chciał tylko niszczyć. Skoro ja umrę to zniszczę jak najwięcej! A co! - Myślał niczym dziecinny bóg mordu i zniszczenia. Wczoraj skończył 18 lat, ale nikt tego nawet nie zauważył... Łup! - motyka znów uderzyła w ziemię. Nikt mu nie złożył życzeń... Łup! Nikt nawet nie wiedział.... Łup! Gdyby był w domu... Łup! Gdyby żyli jego rodzice... - Myślał i zgrzytał w złości zębami. BRZDĘK! Ostatnie uderzenie omal nie złamało mu ręki i zaciśniętych w gniewie zębów. Motyka nie miała tyle szczęścia. Głowica leżała teraz w ziemi a on stał z głupią miną patrząc na ułamany trzonek w ręce. Odgłos uderzenia, rozniosło się w powietrzu niczym dźwięk wielkiego świątynnego dzwonu. Nagle przyszło oświecenie, które postanowił głośno oznajmić reszcie ekipy i całego świata...
- Chyba... CHYBA COŚ ZNALAZŁEM!
***
Balthazar stał podekscytowany patrząc jak 20 ludzi próbuje podważyć i otworzyć starożytne spiżowe wrota całe pokryte najrozmaitszymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny niewidziane na świecie od tysięcy lat. Sceny tak nierealne i straszliwe, tak niezwykłe i obce że musiały być produktem czasów, gdy na świecie królowali starożytni. Geometryczne wzory które pokrywały prawie wszystko były aż nadto podobne do tych z tabliczki aby to był przypadek. Dodatkowo świadomość, że musiał spędzić cały dzień na zdejmowaniu zaklęć ochronnych i glifów, które pieczętowały wejście utwierdzało go w przekonaniu. To musi być to! Bezsprzecznie! - myślał mag.
Drzwi były tak wysokie, że najwięksi giganci jakich widział w życiu nie musieliby się schylać aby wejść do środka. Natomiast szerokość pozwoliłaby dwóm wejść do środka naraz!
Kiedy w końcu wrota zaczęły ustępować sile mięśni i skrzypiąc rozstąpiły się aby ukazać ciemny korytarz prowadzący w dół, Balthazara ogarnął dziwny niepokój. Jakąż to broń ukryli starożytni, że potrzebowali tak wielkiego dla niej schronienia?...


Dzisiaj w historyjce nie ma żadnego nawiązania do pomalowanych figurek. Nie miałem za bardzo pomysłu co napisać, ani tym bardziej jak w tym umieścić tą zgraję ze zdjęć, dlatego postanowiłem trochę przypomnieć o co w ogóle cała sprawa się toczy, a trochę popchnąć fabułę do przodu. Tytuł wpisu odnosi się zarówno do przypomnienia, jak i tego co zaraz nastąpi. Otóż postanowiłem odgrzebać z dysku kopię danych starego komputera a w niej odnalazłem spis figurek i stan mojej armii w Starciu Tytanów. Postanowiłem trochę poukładać to wszystko usunąć zbędne figury, które zaplanowałem pomalować (ze względu na to, że z nimi koszt armii sięgał 4000pkt - były to głównie dodatkowe oddziały minotaurów, duże potworki z nowej listy, jakieś oddziały poszczególnych bogów chaosu itp. - ze względu na okres przejściowy między nowym a starym kodeksem armii). Nowa odchudzona lista sięga około 3000 punktów w obecnej postaci. Z tego co pamiętam umawialiśmy się z kolegami na 2500, nadmiarowe 500 punktów to dodatkowy opcjonalny oddział z sekcji core i jeden opcjonalny potwór z rare - którego już zdążyłem kupić i posklejać do malowania, ze względu na jego wysokie walory estetyczne. Zgodnie z nową listą do pomalowania pozostały:
  1. opcjonalny oddział core (niespodzianka)
  2. 10 x Ungors
  3. opcjonalny potwór rare (niespodzianka)
  4. 3 zaległe minotaury
Więc to już niedługo! Szczególnie że 3 minotaury i 10 ungorów są w 50% pomalowane i gdyby nie kontuzja w zeszłym tygodniu, która spiętrzyła mi obowiązków w pracy pewnie dzisiaj prezentowałbym je z resztą figurek!



Na koniec dodam jeszcze liczbowe podsumowanie:
Ilość miniatur w armii: 132
Ilość miniatur posiadanych: 132 (100%)
Ilość miniatur pomalowanych: 96 (73%)
Koszt w złotych: dużo ;-)

RSS FeedRSS