czwartek, 17 listopada 2011

Rzeczpospolita stanie w ogniu!


No i stało się. Lata oczekiwań przyniosły efekt, na który wszyscy czekaliśmy. Na moją skrzynkę trafiła wiadomość o rozpoczęciu przedsprzedaży podręcznika do naszej własnej, polskiej, gry bitewnej, pod wszystko mówiącym tytułem „Ogniem i Mieczem”.

Dla każdego fana tego typu zabawy, gra znana jest już z konwentów, spotkań z wydającym ją Wargamerem, a także z licznych stron internetowych. Od dawna możemy cieszyć się niezwykle udanymi modelami, a także podstawową wersją zasad, wedle których niejedną bitwę już rozegrano.

Czego możemy się spodziewać po podręczniku? Twardej oprawy, 400 szytych, kolorowych stron w formacie A4. A w środku bogato zilustrowane rysunkami, zdjęciami i schematami zasady, przykłady, poradniki modelarskie, scenariusze potyczek i wielkich bitew no i oczywiście dokładnie opisane struktury najważniejszych armii walczących stron. Do dyspozycji gracza oddano armie : Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Królestwa Szwecji, Kozaczyzny Zaporoskiej, Imperium Osmańskiego, Chanatu Krymskiego, oraz Carstwa Rosyjskiego. Wisienką na torcie ma być opowiadanie wprowadzające w klimat gry. Mało?

Podręcznik ma docelowo kosztować 159 zł, ale już dziś w przedsprzedaży można kupić go za 149 zł i w prezencie dostać zestaw unikalnych figur bohaterów trylogii Henryka Sienkiewicza. Aby po nie sięgnąć należy wpłacić wymaganą kwotę na konto Wargamera, a ściślejsze informacje na ten temat rozsyłane mają być e-mailowo po złożeniu zamówienia u samego źródła.

Spieszcie się, bo premiera gry już w samo południe 26 listopada, w czasie warszawskich Targów Książek Historycznych, które odbędą się w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem Królewskim. Będziecie mogli tam osobiście odebrać swój przedpłatowy egzemplarz gry!



Od 28 listopada „Ogniem i Mieczem” już w sklepach. Oj warto było czekać!

Nie martw się, Pasar

Z zaniepokojeniem przyjąłem ostatnio informację, że Pasar i Bobos martwią się. Przyjrzałem się sprawie i udało mi się, mam nadzieję, znaleźć remedium na ich zmartwienie. Lekarstwo to przygotował SzeFred a mnie poprosił o parę słów wyjaśnienia.

Otóż faktycznie posadził on w ramach niecnego żartu bohatera do HE na czymś, co wzbudziło pewne wątpliwości ale i ubawienie. Ten zielony żart, to nic innego, jak Crashing Wave-Spirit. Skąd znalazł się u niego w domu? Wyjaśnił mi. Kilka lat temu nurtowało go pytanie z natury egzystencjalnych: czy jego synowie przejawią kiedyś inklinację to figurkowego hobby. Kiedy podrośli, to zabrał ich nawet parę razy do lokalnej przystani podobnych mu pasjonatów. A ponieważ figurki w domu można było ‘oglądać, ale nie dotykać’, chciał starszemu z synów kupić jakąś na własność. Wybór padł na pudełko z prepaintem do Warcrafta. Przed zakupem wnikliwie przyjrzał się produktowi, bo tani nie był. Z informacji sprzedawcy wynikało, że w środku niekoniecznie jest to, co na pudełku, gdyż zawartość pakowana jest losowo a pudełka nie można otworzyć przez zapłaceniem zań. Trudno, pomyślał, na pewno będzie coś fajnego. Na okładce kręcili się przecież jacyś niesamowicie wyglądający wojownicy, z mieczami, toporami i wszelkim ustrojstwem - wszystko to podkręciło apetyt naszego dzisiejszego bohatera i jego syna. Kupili. Po otwarciu pudełka… no cóż. Po otwarciu pudełka SzeFred musiał użyć sporo perswazji, żeby wyjaśnić swojemu synkowi, że zawartość jest jeszcze lepsza, niż na obwolucie. Choć, jak się dowiedziałem, wcale nie była. Długo milczał, aż zacząłem się obawiać, że nic nie powie. W końcu wyartykułował: ch…., mały skorpionek, z d… brzydki niedźwiadek, i jakieś oszkliwe, zielone g… Wiedziałem, że na tym skończył się ów wątek naszej rozmowy bo i atmosfera zgęstniała.



Po chwili przeszliśmy do drugiego tematu: na czym ten bohater HE ma faktycznie siedzieć? SzeFred po prostu wręczył mi zdjęcia i powiedział, że mogę je opublikować. Dodał, że to plastikowa figura z zestawu, w którym jest jeszcze pieszy bohater. Powiedział, że chciał uciec od utartych kolorów i dlatego nie dał ani grama białego. I że generalnie ma dość HE i nie wie, po co kupił te dodatkowe modele. Dodał też, że z malowanie tej figury jest średnio zadowolony - takie 3 plus. Potem milczał. Myślałem, że to koniec, ale jeszcze się nieco otworzył.


Powiedział mi, że wie, że dużo z jego wpisów i komentarzy do własnych miniatur podszyte jest narzekaniem na siebie samego, na te właśnie miniatury, na świat dookoła. Zawsze albo ma ich za dużo do malowania, albo za mało. Zawsze mu się chce na początku malowania dać z siebie wszystko, ale w połowie mu się przestaje chcieć. I że wie, że taki z niego malkontent.

Na koniec powiedział mi, że odpuszcza sobie jakieś wyimaginowane wyścigi z HE. Że musi tak porozmawiać z własną głową, żeby te dwadzieścia parę plastikowych figurek HE przestało dręczyć jego sumienie - hobbystyczne i finansowe. Że wcale nie musi domalować wszystkiego, co ma w domu, przed kolejnym zakupem. Że ma plany na kolejny rok i że chciałby malować coś na luzie, bez ciśnienia i terminów.


Cóż, nie wiem, co o tym sądzić, ale dochodzę do wniosku, że to jakiś pokręcony gość.

niedziela, 13 listopada 2011

Początek końca

Jasper prawie od tygodnia nic nie jadł. Zwierzoludzie przynosili do jego klatki co prawda jedzenie, ale nie ważył się go tknąć. Widział, co działo się z tymi, którzy jedli. Widział i nie chciał, aby to samo stało się z nim. Wiedział, że jedzenie było skażone. Próbował przekonać innych, ale nikt już go nie słuchał – wszyscy inni byli tu już zbyt długo i dawno postradali rozum. Kiedy przyszła pora na kolejny posiłek widział, jak jego towarzysz z klatki obok rzuca się na prymitywną drewnianą miskę i łapczywie zaczyna jeść breję gołymi rękami.
Wtedy się zaczęło. Człowiek chwycił się za brzuch, zaczął krzyczeć niezrozumiale, tarzać się po całej klatce. Przerażający spektakl trwał kilka minut, po czym mężczyzna upadł bez ruch - martwy, jak wielu przed nim, z ust płynęła krew.
- Kolejny nieszczęśnik umarł, Sigmarze, zabierz jego duszę! – szepnął Jasper w rozpaczy, gdy wtem ciało, które wydawało się martwe zaczęło się poruszać, puchnąć. Ofiara otworzyła oczy i zaczęła wyć jak potępieniec, powieki rozszerzyły się nienaturalnie ukazując całe przerażenie w zwężonych źrenicach. Z prawego boku mężczyzny wystrzeliła oślizgła macka rozrywając ciało i łamiąc żebra. Z lewego barku wyrosła zdeformowana głowa z jednym okiem i gębą pełną ostrych zębów. Człowiek, jeśli tak go jeszcze można było nazwać przestał krzyczeć i zemdlał, kiedy jego ciało zmieniało się w bezkształtną masę kolców, macek i zdeformowanych kończyn. Jasper zastygł w przerażeniu i poczuciu obrzydzenia. Na jego oczach rodził się Pomiot Chaosu.





***

- Nareszcie! Nareszcie PAN pobłogosławił nasze szeregi! – Krzyknął szaman, gdy jeden z jego sług doniósł o przemianie, jaka zachodziła u jednego z ludzi przeznaczonych do eksperymentów. Szybko chwycił swój kostur i wybiegł, aby zobaczyć nową siłę, którą będzie mógł wykorzystać w walce dla swego boga. Przebiegając przez obóz nawet nie zauważył, że do szeregów armii dołączyli kolejni rekruci. Gdyby spojrzał wtedy na namiot przywódcy widziałby jak nad wejściem powiewa baner – złupiony w ostatnim podjeździe na ludzką osadę w celu zebrania niewolników i pożywienia. Armia rosła w siłę i przygotowywała się do ostatniego etapu podróży – do miejsca ukrycia świątyni Starożytnych.


***

Szeroki tunel wiódł początkowo w dół, w głąb ziemi. Wilgotny, zatęchły i ozdobiony wizerunkami przerażających stworów z najgorszych koszmarów. Wizerunki starożytnych cywilizacji i miast, które obracały się w ruinę, wielkie bramy między światami i niepokojące runy wypełniały każdy najmniejszy fragment ściany. Każda płaskorzeźba była dziełem sztuki, nadal niesamowicie wyraźnym, nietkniętym przez czas. Miejsce było wypełnione magią. Potężną, starożytną magią.
- złą magią – pomyślał Balthasar. Coś mu się nie podobało w tym wszystkim. Pierwszy raz od opuszczenia imperium i rady arcymagów miał wątpliwości. Mimo, że wszystko wskazywało, że jest na dobrej drodze, intuicja mówiła mu, że coś tu jest nie tak. Zerknął na żołnierzy, którzy szli obok stanowiąc pierwszą linię obrony. Przerażone miny i trzęsące się ręce zaprawionych w bojach wojów nie przyniosły upragnionego uspokojenia. Ścisnął mocniej pochodnię i zaczął w myśli powtarzać inkantacje wszystkich znanych czarów ochronnych. Tunel zmienił się w płaski korytarz, potem w obszerną salę. Po drugiej stronie pomieszczenia schody wznosiły się w kierunku ogromnej bramy. Z ciemności dał się słyszeć nieprzyjemny plusk, potem kolejny, potem jeszcze jeden. Żołnierze zacisnęli mocno dłonie na orężu. Coś się zbliżało. Coś, co nie powinno od wieków żyć. W ciemności na schodach zamajaczyły dwa błękitne świetlne punkty.

***

ZBLIŻA SIĘ! GODZINA WYZWOLENIA! CZAS MEGO PANOWANIA NADCHODZI! SŁUDZY NIENAWIŚCI PRZYJDZICIE POKŁONIĆ SIĘ PANU! GYERE SOOTET VADEASH, SHOLGEAYA A FODAALATTI EARNYAEK! OBUDŹ SIĘ STRAŻNIKU WIECZNEGO SNU I PRZYGOTUJ MĄ DROGĘ!
***

W tym odcinku zrobiło się trochę potworniej. Z góry przepraszam Szeperda, któremu naopowiadałem, że będzie oddział 20 Gorów, ale zamiast malować Gory dobrałem się w międzyczasie do czegoś innego. Było to pudełko, które ostatnimi czasy zakupiłem poza planem – Chaos Spawny. Nie mogłem się powstrzymać, sorry… Na obrazkach widzimy efekt pracy ostatniego wieczora – bardzo przyjemnie się te stwory malowało i składało (niekoniecznie w tej kolejności). Ta dwójka i Jabberslythe, który jest produkcji francuskiej firmy Fenryl (tam występuje pod nazwą Depths Creature) były świetną odskocznią od tej masy brązowego futra i potarganych szmatek w rozmaitych kolorach, które tak już spowszedniałych na kolejnych hordach beastmenów.
Teraz pozostają „tylko” 24 figurki – 3 minotaury (moje nemezis, nie mogę nawet na nie patrzeć, wiedząc jak wiele pracy będą wymagać, ze względu na standard, jaki sobie w tym oddziale narzuciłem), wspomniane 20 Gorów (zapewne, gdy czytacie te słowa, już stoją na półce po dippingu) i ostatni bohater (shaman).
To powinien być teoretycznie ostatni przed wielką bitwą odcinek Tytanów (teoretycznie, w sumie to dopiero jedenastka, gdzie dwunastka?), a ja nadal mam do pomalowania prawie 20% miniatur. Co zabawniejsze jest to już po obcięciu listy armii z początkowo zakładanej, oraz jesteśmy z Tytanami o rok do tyłu… Straszna perspektywa wtopy! Z drugiej strony (tej optymistycznej) jestem posiadaczem 2500pkt w pełni pomalowanej, grywalnej armii do WHB. Gdyby nie ten projekt pewnie do tej pory wszystkie miniatury leżałyby grzecznie w wypraskach lub świeciły z półki plastikiem. To chyba najlepsza reklama dla tego typu przedsięwzięć. W kupie siła!



Podsumowanie:
Stan posiadanych miniatur: 100% (134)
Miniatury złożone: 100% (134)
Miniatury pomalowane: 83% (110)
Łączny koszt w punktach: 2535
Łączy koszt w złotych: 1637zł

sobota, 12 listopada 2011

Pan od przyrody?


They are masters of concealment, and have trained themselves so that they can lie unnoticed and unmoving for days on end before springing into action to slay a startled and unfortunate prey.

Księga Wood Elves, 2005


Oj moi Mili, jesień w tym roku jest po prostu przepiękna. Nie mogę się nasycić jej widokiem a i mam przy okazji wrażenie, że w takiej odsłonie dawno jej nie oglądałem. Jest ciepła, kolorowa i pięknie pachnie. Wszechobecne żółte liście, bądź na drzewach, bądź obficie pokrywające chodniki i ulice przypominają mi, jakim to afektem ją darzę. Bez tej właśnie, wyidealizowanej, złotej jesieni, nie byłoby być może kolekcji Wood Elves, której w zasadzie ostatnią (o czym parę słów później) część prezentuję dzisiaj. Wspomniane obrazy popchnęły mnie też do napisania poniższego tekstu. Co prawda jego krótka koncepcja chodziła mi po głowie od dłuższego czasu, a że dodatkowych motywatorów nigdy dosyć…


Bardzo niewiele zjawisk w Starym Świecie można porównać do obrazów, jakie natura maluje w granicach prastarej puszczy Athel Loren. Szczególnie w porze spadających liści, zwanej przez ludzi jesienią, nie można przejść obojętnie wobec wszechobecnego spektaklu piękna. Ten ulotny mariaż czerwonawego słońca, subtelnej mgły i wielokolorowego tła lasu dociera wgłęb wielu serc, budzi smutek, wycisza, zmusza do refleksji nawet najprostsze umysły.

Jak co roku, w miejscach dzikich, czarownych i pięknych, jesień snuła swoją opowieść. Tu, ciepły wiatr śpiewał swoją cichą i spokojną pieśń, głaszcząc drzewa, głazy i liście, układając całe miejsce do zimowego snu. Brunatne i szarawe pnie drzew stawiały mu spokojny opór, jednak korony wielu z nich były już całkiem nagie. Były i takie, gdzie intensywna czerwień i żółć listowia za nic miała sobie zaklęcia wiatru. Pochylała się wraz z konarami w takt jego melodii, poruszając się i szeleszcząc, by wygrawszy te zmagania tkwić dumnie wśród rozłożystych koron.




Liście. Te, które nie miały już dość siły i poddały się wreszcie pieszczotom wiatru, pokrywały całą połać puszczy niczym wielokolorowy dywan, mozaika barw w setkach odcieni. Od zielonych, w których jeszcze tliło się wspomnienie życia i lata, poprzez tkwiących w półśnie, czerwonych towarzyszy, aż do tych żółtych, martwych już, które dały porwać się objęciom jesieni.



Na wzniesieniu, tuż nad wykrotem, rosły smukłe brzozy. Ich delikatne kształty przywodziły na myśl kobiece sylwetki, zapraszane do subtelnego pląsu przez delikatne podmuchy jesiennego wiatru. Gibkie pnie, szarawe tuż przy ziemi, bielały w kierunku dziewczęcych koron. Te mieniły się wciąż jeszcze żółtymi bądź czerwonymi wyspami szeleszczącego listowia.



Ciche i ciepłe podmuchy wiatru podrywały do lotu opadłe liście, pędząc je delikatnie przed sobą. Te, wirując, okrążały wielki, wiekowy, omszały głaz. Jego nieregularne kształty przywodziły na myśl uśpioną od stuleci bestię, której szarawy pancerz porastał zielonym mchem. Miejscami powierzchnia głazu łuszczyła się, odkrywając nagie, jasne, piaskowe fragmenty. Niczym plamy na grzbiecie prehistorycznego gada, świeże miejsca pod zrzuconą właśnie łuską.



Omszały głaz stał nieopodal leniwie szemrzącego strumienia. Senny nurt niósł na grzbiecie zwiędłe liście. Choć cichy z natury, w kilku miejscach głos strumienia stawał się donioślejszy. Tam, gdzie teren opadał, niewielka rzeka tworzyła naturalne przełomy. W miejscach tych , gdzie woda uderzała o sterczące poniżej kamienie, kolor jej zmieniał się z szarego na wiele odcieni błękitu i bieli. Na górze, tuż nad przełomem, bielił się szeroki grzebień, przechodzący dalej w jasne, pionowe smugi, by opaść w fontannie rozprysków i skryć się w białej pianie.



Gdyby ktoś trafił w to miejsce, przypadkowy, zabłąkany wędrowiec, stałby przez moment urzeczony jego pięknem. Po paru chwilach jednak przysiągłby, że jest obserwowany a zimny dreszcz strachu sparaliżowałby jego umysł i ciało. Z pewnością byłoby to ostatnie uczucie, jakiego dane mu było doznać, gdyż z miejsc takich nie powrócił jeszcze nikt.

Jesienną muzykę tego miejsca przeszył na moment inny, fałszywy ton. Dziki ryk tysięcy gardeł, szczęk żelaza i słyszalna żądza mordu. Na moment nie było słychać nic, po czym powróciła owa muzyka. Coś jednak zmieniło się w jej melodii.

Czas ruszać, zaszemrał strumień. Czas, potwierdził wiatr, przyginając gałęzie brzozy. Odwieczny głaz drgnął nieznacznie. Liść spojrzał w tym kierunku. W jego oczach płonął ogień zbliżającej się bitwy.




***

Prezentuję dzisiaj ostatni oddział armii Autumn Sentinels. Ostatni z pierwotnego planu, bo, jak wcześniej się rzekło, przed nami jeszcze jeden, finałowy odcinek, na który szykuję tzw. bonus. A dzisiaj sekcja Rare i tajemniczy Waywatchers, których Tsar nazwał był kiedyś z polska Przepatrywaczami. Do dzisiaj lubię tę interpretację.

Co do pomysłu na malowanie, to sam przyznam, że nieco mnie poniosło. Nie chciałem malować tej ostatniej piątki w identyczny sposób, ani zbliżony do poprzednich jednostek. Chciałem jakoś wyróżnić ich indywidualny charakter, fakt, że we fluffie mówi się, że każdy wygląda i walczy inaczej. Wreszcie stwierdziłem, że powiążę ich jakoś mocniej z dzisiejszym krótkim tekstem (który pojawił się mojej głowie nieco wcześniej).

Stąd próba, myślę dość śmiała, pomalowania każdego zwiadowcy w sposób, który miałby imitować właśnie brzozę, głaz, strumień, wiatr i liść. Starałem się dużo podpatrzeć na spacerach w okolicznym lesie. Przeglądałem też nieco Internet, wpisując po prostu hasła typu jesienny głaz, jesienna brzoza, itp. W każdym razie do końca nie miałem pojęcia, co z tego wyjdzie.

O ile dość łatwo przychodzi pomalowanie figury w wielokolorowe plamy, oblanie szarej farby zielonym washem, czy przetarcie białym kolorem górnych partii ciemnawego podkładu, o tyle strugi wody czy oddanie w jakikolwiek sposób wiatru to inna para kaloszy. Cóż, ważne, że sam rozpoznaję, który model czemu odpowiada. W sumie stwierdzam, że jestem zadowolony z tej pracy. Nawet, jeśli pierwotne założenie nie wyszlo, to przynajmniej poeksperymentowałem z różnymi kolorami i zabiegami malarskimi (nic wielkiego oczywiście). Koniec końców, mam nadzieję, że moja praca przypadnie nieco do gustu czytającym ten wpis.

Co za miesiąc? Za miesiąc będzie raczej w tonie podsumowań (przynajmniej u mnie). Starcie Tytanów dobiega końca i… no dobrze, o tym za miesiąc.



Regiment
Typ: Waywatchers (+Shadow Sentinel)
Ilość: 5
Koszt w punktach: 128 pkt
Koszt w złotych: 70 zł


Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 100%
Łączny koszt w punktach: 2488 pkt
Łączny koszt w złotych: 1215 zł

I’m the invisible man

Podkład muzyczny na dziś

Super Tajna Baza Wojskowa „Z.Ą.B.E.K.”
5:00

Operacja „Invisible”


Zwykle o tej godzinie, podczas super ważnych tajnych operacji wojskowych, w super tajnych bazach jest olbrzymi ruch. Tutaj w Z.Ą.B.E.K.u tego nie było. W ogóle nic nie było. Ani śladu nikogo ani niczego. Całkowicie pusta polana w środku lasu.

***
-Zaraz zaraz, to nie miało być tak. Miała się tu dziać cała akcja tej historyjki – przerwał nie wiadomo skąd dochodzący głos.
- Ty durniu, to tutaj. Załóż antyniematerialne gogle. – upomniał drugi nie wiadomo skąd dochodzący głos.
-A racja – było słychać wyraźne karcące się klaśnięcie w czoło.
***
Super Tajna Baza Wojskowa „Z.Ą.B.E.K.” po założeniu antyniematerialnych gogli.
5:05
***
 -A teraz to co innego - ucieszył się pierwszy głos.
***
W bazie panował straszliwy harmider. Dziesiątki półprzeźroczystych, niebieskawo zielonych postaci przesuwało się płynnie kilkanaście centymetrów nad ziemią. No, niektórzy też dużo wyżej.
Duch w półprzeźroczystym kasku pod którym było widać półprzeźroczysty mózg wymachiwał półprzeźroczystymi sygnalizatorami trzymanymi w obu półprzeźroczystych rękach.
***
- Dobra dosyć! Daj spokój z tą półprzeźroczystością. Ustalmy, że wszyscy tam byli półprzeźroczyści i mieli wszystko półprzeźroczyste bo to były postacie eteryczne, tak? Duchy! A duchy z zasady są półprzeźroczyste. Poza tym język sobie można połamać od tej półprzeźroczystości. – wydarł się wściekły drugi głos.
- No, dobrze. – zbesztany pierwszy głos odpowiedział ponuro
***
Stojący na środku polany duch był najwyraźniej odpowiedzialny za sterowanie ruchem. Po jego bokach ciągnęło się aż po sam las kilka pasów zaznaczonych punktami ogników połyskujących w kolorze mdłej zieleni. Wyglądało to na lądowisko. Operator rytmicznie obracał rękami kierując je na prawą stronę. Wpatrywał się w coś daleko w górze. Na niebie pojawił się szybko zbliżający się punkt. Punkt powiększał się i przybierał już wyraźniejszy obraz olbrzymiego wozu, a dokładniej coś w stylu dyliżansu, ciągniętego przez cztery szkielety koni. Zbliżający się obiekt jakby nie widząc lub nie zwracając uwagi na wysyłane w jego stronę sygnały pędził prosto w stronę kierującej ruchem postaci. 


-W prawo baranie, w prawoooo! – krzyknął operator w ostatniej chwili uskakując przed wozem. Pojazd zbliżający się pod kątem uniemożliwiającym wylądowanie na pasie wbił się z olbrzymią prędkością w grunt i… zniknął. Po chwili parędziesiąt metrów dalej jakby nigdy nic wynurzył się powoli z ziemi i już po terenie lądowiska zatoczył koło w stronę podnoszącego się operatora.
- Jak latasz ośle, mało mnie nie rozjechałeś, idioto. – wykrztusił wściekle duch na klęczkach rozglądając się wkoło za zgubionymi sygnalizatorami. Wreszcie sięgnął do ziemi zagłębiając w niej ręce po łokcie i wyciągając porzucone lizaki.
- No co ty, chłopie? Przecież my jesteśmy eteryczni. Przechodzimy przez siebie jak przez powietrze. – odpowiedział zakapturzony woźnica.
- Noo, niby racja. Zapomniałem. Jestem tu nowy. Dopiero co awansowałem na ducha. – wyjąkał zmieszany operator otrzepując się bezsensownie z brudu, który na nim w ogóle nie osiadł – To z resztą nie ma znaczenia. Myślisz, że to przyjemnie jak tak ktoś przez ciebie przenika? Poza tym nie widzisz gdzie wskazuję ci pas do lądowania? – wykrzyczał odzyskawszy pewność siebie – Porządek musi być. Łuuueee! – wykrzyczał przerażony widząc jak woźnica odkrywa kaptur ukazując okropną trupią czachę z wielkimi zębiskami jakiegoś dziwnego humanoidalnego stwora.
- No co? – wystękał zdezorientowany i lekko wystraszony woźnica rozglądając się na wszystkie strony za siebie – Ktoś tam jest?


Uderzył ostro lejcami i gwałtownie ruszył nie wzbijając oczywiście żadnych tumanów kurzu, wiadomo dlaczego. Wjechał prosto w operatora i przeniknął przez niego jak przez powietrze, no prawie jak przez powietrze. Ten wściekły zaczął na wszystkie strony wymachiwać za nim rękami i rzucał przekleństwa nie zauważając schodzących do lądowania kolejnych dyliżansów. Zdezorientowani dziwnymi sygnałami woźnice wpadli w panikę i rozpętało się piekło. No w sumie rozpętałoby się gdyby wszyscy nie byli eteryczni, ale też było nieźle. Kolejne wozy przeleciały przez biednego operatora wzbudzając w nim to nieprzyjemne uczucie mrowienia i dreszczy. Kilka pojazdów zanurkowało w ziemię, a inne wjechały w las. Jeden wcelował prosto w przechodzący akurat oddział zjaw, który niewzruszony maszerował dalej. Eteryczne szkielety koni rżały, powożący wrzeszczeli, a biedny operator lądowiska stał na środku całego zamieszania i zakrywał rękami oczy. Co oczywiście było bez sensu bo i tak były półprzeźroczyste.
***
- Co Ci mówiłem o słowie na P.? – odezwał się drugi głos
-Ale tu musiałem go napisać, inaczej byłoby bezsensu. Nie przeszkadzaj. – odburknął pierwszy
***
Skoro zakrywanie oczu nic mu nie dawało opuścił ręce jeszcze bardziej wściekły. Nagle coś z tyłu chwyciło go za ubranie. Zaskoczony zerwał się z miejsca.
- Hej, przecież nie możesz mnie złapać. W końcu jestem duchem. – krzyknął na to coś co go chwyciło.
Niestety to coś było tylko ręką wydobywającą się ze ściany dyliżansu. Choć się przyglądał i wytężał wzrok nie mógł dojrzeć nic w środku powozu. Nagle z wszystkich ścian wyskoczyły różne części ciał. Od rąk zaczynając, przez nogi przechodząc, a na zniekształconych twarzach kończąc. Te ostatnie natomiast zaczęły przeraźliwie i rozpaczliwie wyć. Teraz harmider był jeszcze większy. Coś ponownie chwyciło go z tyłu za rękę, potem drugi chwyt i następny, i następny. Zanim się obejrzał był w nienaturalnej pozycji przyciśnięty całym ciałem do wozu. Obok jego głowy wynurzyła się z głębi dyliżansu obrzydliwa twarz i spojrzawszy na niego zaskoczona zaczęła się drzeć. Wóz ruszył ostro do przodu i szybko oddalał się z terenu lądowiska, a za nim niósł się cichnący krzyk operatora.
- Jak możecie mnie trzymać? Jestem duchem. Mnie się nie da chwycić. To niemożliwe…


Gdzieś w głębi obozu
5:15

- Panie sierżancie, melduję, że przybył kolejny zrzut. Właśnie wylądowali – zameldował salutując upiór.
- Świetnie, kapralu. Dajcie ich tu.
Na polanę wjechała kolumna dyliżansów. Gdy się zatrzymali drzwi powozów nie otworzyły się ze skrzypnięciem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, ale przez wszystkie ścianki zaczęły wysiadać duchy żołnierzy.
- Upiory na prawo, zjawy na lewo, zwykłe duchy do tylnych szeregów. – wykrzykiwał rozkazy sierżant – A Wy to co? – zwrócił się do grupki wyglądających na zagubionych duchów w strojach całkiem innych niż pozostali. Żołnierze popatrzyli na siebie i niemrawo jeden po drugim wzruszali ramionami.
- Z jakiego oddziału jesteście? Nie rozpoznaję waszej kategorii duchowej? Odpowiadać! – rozkazał sierżant upiorów przeglądając dokumentację.
- Ze…ze… ze Strażników Grobowców, sir. – odpowiedział jeden z nieśmiałej grupy.
- Jak to? Co Wy tu robicie? Czy wy nie powinniście być materialni? – zdziwił się
- Eee, materialni..? – pod nosem z lekkim znakiem zapytania, którego sierżant mógł nie zauważyć, wystękał ten śmielszy.
- E-materialni? Czy to jakieś nowoczesne określenie? – minimalnie stracił pewność siebie dowódca – To chyba jakaś eksperymentalna grupa w związku z operacją „Invisible”. E-materialni, e-materialni to musi być jakaś nowa odmiana eterycznych – szepnął do kaprala stojącego obok.
- No, dobra. – zwrócił się już sierżanckim tonem do grupy słabo kojarzących Strażników – Na koniec kolumny. Odmaszerować!


Grupa niepewnie ruszyła naprzód, stawiając niezręczne kroki. Prawie każdy zamiast iść żołnierskim marszem spoglądał pod nogi i chwiał się na nogach.
- Co z nimi? Chyba nie zrobiliście sobie wczoraj popijawy, co? – dowódca surowo spojrzał na tego śmielszego strażnika.
- A..,a.., ależ skąd, panie sierżancie. Oni po prostu są nieprzyzwyczajeni do eteryczności – odpowiedział Strażnik.
- Chyba raczej e-materialności. – przypomniał mu sierżant.
- Eeee, no tak – z głupim wyrazem twarzy niezrozumienia odpowiedział mu podwładny i pospiesznie oddalił się do swojej grupy zagłębiając się co drugim krokiem w glebę.
Upiór jeszcze przez chwilę obserwował oddalających się żołnierzy, niektórych zapadających się w ziemi po kolana. Jeden wpadł nawet po szyję, a kilku kolegów próbowało chwycić go niematerialnymi rękami za jego niematerialne ręce – nic z tego nie wyszło. Biedak po kilku minutach odpuścił i maszerował zanurzony po szyję w ziemi. Sierżant zdziwiony pokręcił głową. To musi być kamuflaż, pomyślał i wrócił do swoich obowiązków.


- Kolumna gotowa, sir. – po dłuższym czasie zameldował kapral znudzonemu już dowódcy, który z nudów próbował nakarmić eteryczny szkielet konia – z tego też nic nie wyszło.
- Wreszcie. Inspekcja! – odkrzyknął.
Ruszył wzdłuż ustawionej równo armii. Na początku stały Upiory Grobowców wraz z Banshee ćwiczącymi okrzyki, które powinny być mordercze. Piski i skrzeki były jednak bardziej wkurzające niż zabójcze. Sierżant pokręcił głową rozczarowany. Dalej Czereda Zjaw. Zjawy kręciły się w kółko próbując rozplątać pozaczepiane o siebie kosy. Dowódca wiedział, że luźny typ tej formacji będzie kłopotliwy, ale generał nie dał się przekonać. Sierżant pokręcił głową rozczarowany. Za nimi stały Czarne Powozy. Powozy bardziej przypominały dyliżanse. Co im przyszło do głowy z takimi pojazdami, ale dowództwo mówiło, że trzeba iść z duchem czasu. Taki był teraz trend. Konie kręciły się i rżały, większość woźniców kłóciła się między sobą o kolejność w kolumnie, a niektórzy pochrapywali głośno drzemiąc na wozach. Kolejny mijany koń puścił głośnego bąka i… narobił co nieco.


- A jednak – rozpromienił się upiór i sięgnął po kępkę trawy. Podstawił ją pod pozbawione skóry odsłonięte zębiska jednego ze szkieletów koni - koń zignorował go i ignorował go przez następne dziesięć minut. Sierżant pokręcił głową rozczarowany. Naburmuszony poszedł dalej. Na ostatnim wozie przylepiony w dziwnej pozycji do bocznej ściany pojękiwał operator lądowiska.
- Vladimir? Postanowiłeś jednak włączyć się do kolumny? Świetnie, świetnie. – powiedział do mamroczącego ducha z wybałuszonymi oczami, którego niezliczona ilość rąk, w tym jedna zakrywająca usta, utrzymywała nieruchomo na powozie. – Tak, tak. Bardzo się cieszę. – dokończył sierżant i pomaszerował dalej.


Na końcu jak rozkazał stał cichutko oddział E-materialnych Strażników Grobowców. Jako jedyni stali w kompletnej ciszy nieśmiało rozglądając się wokół siebie. No w końcu porządni żołnierze, ucieszył się. Połowa z nich była zanurzona po kolana lub po pas w ziemi, niektórzy nawet po szyję. Gdzieś z tyłu widział rozpaczliwie machającą z ziemi samą rękę. Wyglądali żałośnie, ale to na pewno udawane, pomyślał. W końcu to ten tajny projekt. W nich cała nasza nadzieja. Sierżant pokiwał głową z aprobatą. Zbliżył się do tego śmielszego żołnierza, a potem porozumiewawczo i konspiracyjnie mrugnął do niego okiem. 
- Eee… - zarumienił się zawstydzony żołnierz, ale po chwili uśmiechnął się zalotnie i też mrugnął do dowódcy. Sierżant wyprostował się i pospiesznie odszedł. 
- Kolumnaaaa, naprzód marsz!


Słowniczek
Spirit Host – spirit to duch, host ma kilka znaczeń np mnóstwo, tłum, może też oznaczać hostia czyli ofiara, wydaje mi się jednak, że chodzi tu o dużą grupę duchów, tłumaczenie zwrotu po konsultacji ze słownikiem synonimów – Czereda Zjaw
Banshee – słowo oznacza „kobieta ze wzgórza”, ale Banshee jest uniwersalne
Cairn Wraiths – tutaj użyłbym określenia Upiory Kurhanów
Black Coach – to po prostu Czarny Powóz
Grave Guard – to bym przetłumaczył jako Strażnicy Grobowców

Ostatnia oficjalna odsłona Tytanów miała być równocześnie „najmocniejszą” odsłoną, dlatego prezentuję Wam dziś całą moją grupę eterycznych oddziałów jaką posiadam. Oddział Spirit Host oraz Cairn Wraith to typowe jednostki eteryczne w armii Vampire Counts. Spirit Host u mnie to zlepek figur z różnych źródeł. Zamysł był taki żeby wszystkie chłopaki mieli kosy. Cairn Wraiths to też coś nietypowego. Szukałem modeli banshee lub tego typu kobiet zjaw. Każdy model dostał do ręki włócznię zamiast kosy. Jedynie jeden model wyróżnia się kosą. Zostawiłem go tak bo podobał mi się w oryginale. Grave Guards w ogóle nie jest oddziałem eterycznym według zasad z podręcznika. Modele to Army of the Dead z systemu The Lord of the Rings. Postanowiłem zrobić z nimi coś wyjątkowego i dlatego zdecydowałem się na kolorystykę duchów. Na deser został Black Coach. Tu chciałem zrobić coś naprawdę wyjątkowego. Nie zdradzę Wam teraz co to za model. Jestem ciekaw czy się zorientujecie co to jest. Taka zagadka. Co do reszty, chciałem żeby był eteryczny i do tego latający. Według zasad to jest możliwe, ale dopiero w późniejszym etapie bitwy. Umieściłem go na drzewie, a dokładniej wóz jakby przenika przez drzewo i przy jego pomocy stworzyłem „latacza”. Kilka detali jak łańcuchy, i wystające z wozu fragmenty ciała, do tego cztery szkielety koni i Black Coach gotowy. Mam nadzieję, że całość Wam się podoba. Pozostawiłem symboliczny promil dla ostatniej trochę ponadprogramowej odsłony. Do zobaczenia wkrótce.

Pomalowane: 200 modeli (99,9%)
Ilość punktów: 2978 (99,9%)

RSS FeedRSS