They are masters of concealment, and have trained themselves so that they can lie unnoticed and unmoving for days on end before springing into action to slay a startled and unfortunate prey.
Księga Wood Elves, 2005
Oj moi Mili, jesień w tym roku jest po prostu przepiękna. Nie mogę się nasycić jej widokiem a i mam przy okazji wrażenie, że w takiej odsłonie dawno jej nie oglądałem. Jest ciepła, kolorowa i pięknie pachnie. Wszechobecne żółte liście, bądź na drzewach, bądź obficie pokrywające chodniki i ulice przypominają mi, jakim to afektem ją darzę. Bez tej właśnie, wyidealizowanej, złotej jesieni, nie byłoby być może kolekcji Wood Elves, której w zasadzie ostatnią (o czym parę słów później) część prezentuję dzisiaj. Wspomniane obrazy popchnęły mnie też do napisania poniższego tekstu. Co prawda jego krótka koncepcja chodziła mi po głowie od dłuższego czasu, a że dodatkowych motywatorów nigdy dosyć…
Bardzo niewiele zjawisk w Starym Świecie można porównać do obrazów, jakie natura maluje w granicach prastarej puszczy Athel Loren. Szczególnie w porze spadających liści, zwanej przez ludzi jesienią, nie można przejść obojętnie wobec wszechobecnego spektaklu piękna. Ten ulotny mariaż czerwonawego słońca, subtelnej mgły i wielokolorowego tła lasu dociera wgłęb wielu serc, budzi smutek, wycisza, zmusza do refleksji nawet najprostsze umysły.
Jak co roku, w miejscach dzikich, czarownych i pięknych, jesień snuła swoją opowieść. Tu, ciepły wiatr śpiewał swoją cichą i spokojną pieśń, głaszcząc drzewa, głazy i liście, układając całe miejsce do zimowego snu. Brunatne i szarawe pnie drzew stawiały mu spokojny opór, jednak korony wielu z nich były już całkiem nagie. Były i takie, gdzie intensywna czerwień i żółć listowia za nic miała sobie zaklęcia wiatru. Pochylała się wraz z konarami w takt jego melodii, poruszając się i szeleszcząc, by wygrawszy te zmagania tkwić dumnie wśród rozłożystych koron.
Liście. Te, które nie miały już dość siły i poddały się wreszcie pieszczotom wiatru, pokrywały całą połać puszczy niczym wielokolorowy dywan, mozaika barw w setkach odcieni. Od zielonych, w których jeszcze tliło się wspomnienie życia i lata, poprzez tkwiących w półśnie, czerwonych towarzyszy, aż do tych żółtych, martwych już, które dały porwać się objęciom jesieni.
Na wzniesieniu, tuż nad wykrotem, rosły smukłe brzozy. Ich delikatne kształty przywodziły na myśl kobiece sylwetki, zapraszane do subtelnego pląsu przez delikatne podmuchy jesiennego wiatru. Gibkie pnie, szarawe tuż przy ziemi, bielały w kierunku dziewczęcych koron. Te mieniły się wciąż jeszcze żółtymi bądź czerwonymi wyspami szeleszczącego listowia.
Ciche i ciepłe podmuchy wiatru podrywały do lotu opadłe liście, pędząc je delikatnie przed sobą. Te, wirując, okrążały wielki, wiekowy, omszały głaz. Jego nieregularne kształty przywodziły na myśl uśpioną od stuleci bestię, której szarawy pancerz porastał zielonym mchem. Miejscami powierzchnia głazu łuszczyła się, odkrywając nagie, jasne, piaskowe fragmenty. Niczym plamy na grzbiecie prehistorycznego gada, świeże miejsca pod zrzuconą właśnie łuską.
Omszały głaz stał nieopodal leniwie szemrzącego strumienia. Senny nurt niósł na grzbiecie zwiędłe liście. Choć cichy z natury, w kilku miejscach głos strumienia stawał się donioślejszy. Tam, gdzie teren opadał, niewielka rzeka tworzyła naturalne przełomy. W miejscach tych , gdzie woda uderzała o sterczące poniżej kamienie, kolor jej zmieniał się z szarego na wiele odcieni błękitu i bieli. Na górze, tuż nad przełomem, bielił się szeroki grzebień, przechodzący dalej w jasne, pionowe smugi, by opaść w fontannie rozprysków i skryć się w białej pianie.
Gdyby ktoś trafił w to miejsce, przypadkowy, zabłąkany wędrowiec, stałby przez moment urzeczony jego pięknem. Po paru chwilach jednak przysiągłby, że jest obserwowany a zimny dreszcz strachu sparaliżowałby jego umysł i ciało. Z pewnością byłoby to ostatnie uczucie, jakiego dane mu było doznać, gdyż z miejsc takich nie powrócił jeszcze nikt.
Jesienną muzykę tego miejsca przeszył na moment inny, fałszywy ton. Dziki ryk tysięcy gardeł, szczęk żelaza i słyszalna żądza mordu. Na moment nie było słychać nic, po czym powróciła owa muzyka. Coś jednak zmieniło się w jej melodii.
Czas ruszać, zaszemrał strumień. Czas, potwierdził wiatr, przyginając gałęzie brzozy. Odwieczny głaz drgnął nieznacznie. Liść spojrzał w tym kierunku. W jego oczach płonął ogień zbliżającej się bitwy.
***
Prezentuję dzisiaj ostatni oddział armii Autumn Sentinels. Ostatni z pierwotnego planu, bo, jak wcześniej się rzekło, przed nami jeszcze jeden, finałowy odcinek, na który szykuję tzw. bonus. A dzisiaj sekcja Rare i tajemniczy Waywatchers, których Tsar nazwał był kiedyś z polska Przepatrywaczami. Do dzisiaj lubię tę interpretację.
Co do pomysłu na malowanie, to sam przyznam, że nieco mnie poniosło. Nie chciałem malować tej ostatniej piątki w identyczny sposób, ani zbliżony do poprzednich jednostek. Chciałem jakoś wyróżnić ich indywidualny charakter, fakt, że we fluffie mówi się, że każdy wygląda i walczy inaczej. Wreszcie stwierdziłem, że powiążę ich jakoś mocniej z dzisiejszym krótkim tekstem (który pojawił się mojej głowie nieco wcześniej).
Stąd próba, myślę dość śmiała, pomalowania każdego zwiadowcy w sposób, który miałby imitować właśnie brzozę, głaz, strumień, wiatr i liść. Starałem się dużo podpatrzeć na spacerach w okolicznym lesie. Przeglądałem też nieco Internet, wpisując po prostu hasła typu jesienny głaz, jesienna brzoza, itp. W każdym razie do końca nie miałem pojęcia, co z tego wyjdzie.
O ile dość łatwo przychodzi pomalowanie figury w wielokolorowe plamy, oblanie szarej farby zielonym washem, czy przetarcie białym kolorem górnych partii ciemnawego podkładu, o tyle strugi wody czy oddanie w jakikolwiek sposób wiatru to inna para kaloszy. Cóż, ważne, że sam rozpoznaję, który model czemu odpowiada. W sumie stwierdzam, że jestem zadowolony z tej pracy. Nawet, jeśli pierwotne założenie nie wyszlo, to przynajmniej poeksperymentowałem z różnymi kolorami i zabiegami malarskimi (nic wielkiego oczywiście). Koniec końców, mam nadzieję, że moja praca przypadnie nieco do gustu czytającym ten wpis.
Co za miesiąc? Za miesiąc będzie raczej w tonie podsumowań (przynajmniej u mnie). Starcie Tytanów dobiega końca i… no dobrze, o tym za miesiąc.
Regiment
Typ: Waywatchers (+Shadow Sentinel)
Ilość: 5
Koszt w punktach: 128 pkt
Koszt w złotych: 70 zł
Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 100%
Stan pomalowanych figur: 100%
Łączny koszt w punktach: 2488 pkt
Łączny koszt w złotych: 1215 zł


8 komentarzy:
Blado chłopaki przy was wypadam :P
Pitu, pitu - już Ci coś napisałem na ten temat pod Twoim tekstem.
Z wszystkich tekstów dzisiejszy podoba mi się najbardziej. Świetne to powiązanie tekstu z pomysłem malowania i samymi postaciami. W pierwszym momencie jak zobaczyłem zwiadowców to pomyślałem że takim kolorowym ciężko będzie ukryć się w terenie. Jak spojrzałem w tekst i Twój pomysł zmieniłem zdanie. Naprawdę mi się podoba ten "fluff".
Co do zdjęć, zdecydowanie lepsze :) Zastanawiałem się tylko czy te mocne cienie momentami gubiące kolory i rysy modeli są celowe. Tak czy tak świetnie spasowały do całego klimatu czających się zwiadowców. Gratuluję Ci tej odsłony, dla mnie najlepsza.
Zakładam, że pytasz o cienie na modelach. Jeśli tak, to potwierdzam, że są celowe. Starałem się nie malować szczegółów z typowy sposób a raczej je właśnie ukryć między przyjętymi dla danej figurki kolorami. Dzięki za komentarz. Zawsze lubiłem to nasze TWA (towarzystwo wzajemnej adoracji). Kolejny dowód na to, że tytani byli niezłym pomysłem - zawsze można na te dwa komentarze liczyć :p
Też jestem zawiedziony poziomem zainteresowania bezpośrednio niezainteresowanych ;)
Na szczęście kończymy, będzie mniej frustracji :D
Już się nie biczujcie Panowie.
Przepraszam nie miałem kiedy przeczytać wszystkiego w całości, a bez tego tak głupio jakoś komentować. :)
Bardzo fajne miniatury żeście tym razem popaćkali!
Naprawdę podoba mi się ten miesiąc. Pokuszę się pewnie o bardziej wnikliwe komentarze jak znajdę chwilę spokoju i przeczytam całość waszych wpisów. :)
Pozwólcie mi jeszcze złożyć na wasze ręce gratulacje tak zacnej inicjatywy i jej szczęśliwego doprowadzenia do końca! ;))
No proszę, najmocniejsza odsłona Tytanów, a przynajmniej tak się wydaje z perspektywy dnia dzisiejszego. Straszliwie podoba mi się pomysł, ale również wykonanie kolego. Od dawna lubię w twoim malowaniu tę malarskość, nie przejmowanie się "nie wychodzeniem za kontur", mieszaniem kolorów. Świetna przecierka, bardzo mocne wrażenie robią te kontrasty. Pod względem malarskim to najlepsza odsłona tego etapu tytanów.
P.S. Jesteś okrutna jęczydusza :P
Prześlij komentarz