Jak zwykle okazało się, że nie potrafię spojrzeć na samego siebie z odpowiedniego dystansu, umiejętność tę natomiast posiada moja żona. Jej oczywiście jest nieco łatwiej. Kiedy w sobotni wieczór zasiedliśmy na naszej kanapie z planem odpoczęcia, wywiązała się między nami pewna rozmowa. Opowiadałem nieco o mojej niezaspokojonej potrzebie grania i o tym, że z powodu zapodziania się instrukcji do planszówki House Divided nie udało się w nią zagrać, choć była po temu świetna, a nieczęsta możliwość. Z nieco popsutym z tego powodu nastrojem wysłuchałem pewnej uwagi mojej żony, która wprowadziła mnie w osłupienie. Powiedziała mniej więcej tak: „Nie wiem czy zauważyłeś, ale w gry planszowe grasz od trzech dni”. Hej do diabła! Racja! Jak to się stało, że tego nie zauważyłem i że nagle nastrój psuje mi fakt, że nie udało się zakończyć tego niezwykłego maratonu kolejną rozgrywką?
W co też ja tak grałem przez te kilka dni? Najpierw w czwartkowy wieczór wprowadzałem w przebogaty świat „Ścieżek Chwały” mojego redakcyjnego kolegę. Na małą rozgrzewkę i w celach treningowych rozegraliśmy najkrótszy scenariusz, obejmujący końcówkę lata i jesień 1914 roku. W piątek udało mi się, dość przypadkowo, dołączyć do rozgrywki w „Periklesa” wspaniałej gry łączącej w sobie cechy strategii i euro gry, autorstwa Martina Wallace’a, znanego z tworzenia niezwykle nowatorskich zasad. Muszę przyznać, że jego sława nie jest ani odrobinę przesadzona, a gra, którą już z żoną zakupiliśmy i tylko czekamy na przesyłkę ze sklepu internetowego, ma szanse zostać jedną z naszych ulubionych. Na koniec, w sobotnie przedpołudnie, zebraliśmy się ze znajomymi nad planszą do „Republic of Rome”, genialnej gry dyplomatycznej, o której pisałem już na Bitewnym Zgiełku.
Ech te planszówki, potrafią człowiekowi zawrócić w głowie. Mnie zawróciły już wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze pacholęciem. Dzisiaj są dla mnie genialnym oderwaniem od gier bitewnych. Kiedy mam ochotę na zmianę poziomu rozgrywki z taktycznej na strategiczną, czy zgoła dyplomatyczną nie ma problemu, sięgam po jedną z gier. Kiedy znudził mnie jakiś okres historyczny, a do innego nie mam armii, szukam odpowiedniej gry planszowej. Kiedy w końcu spotykam się ze znajomymi i chcemy w dużej grupie spędzić miło czas, a nie każdy z nich jest figurowcem, po co sięgam? Tak macie rację, po grę planszową. Chociaż jestem miłośnikiem zabawy figurkami, kupowania ich, malowania, i grania nimi, to mój świat byłby smutny i pusty bez gier planszowych. Czy wy macie podobnie?



0 komentarzy:
Prześlij komentarz