niedziela, 17 października 2010

Powrót Króla


Pięć. Niemal dokładnie pięć miesięcy temu wrzuciłem swój ostatni wpis blogowy. Coś tam od tego czasu na nasz Zgiełk naskrobałem, ale raczej skromnie (sic! - patrz tytuł mojego ostatniego odcinka Tytanów). Nie powiem - kłuje w dołku, jak się człowiek patrzy, że stronka umiera. Powoli, ale systematycznie umiera… Według ostatnich rokowań ma jeszcze przed sobą kilka miesięcy. Sześć, może siedem. Czas się żegnać? Do licha, jeśli tak, to przynajmniej w urozmaiconym stylu.

Może ktoś pamięta, jak w zeszłym roku wystartowałem ambitnie z pomysłem na sklejenie kartonowego HMS Vistory. Pomysł nie wytrzymał próby. Podobnie jak sam model (a raczej sam kadłub) - zdobi dzisiaj pokój moich pociech i dumnie prezentuje kilka sporych dziur w poszyciu. Ot, nie wyszło. Ale czasem w życiu przypadek decyduje o tym i owym. Ponieważ gdzieś tam po cichu przerabiam ciągle podstawki do armii HE, koniecznie chciałem zakupić czerwone listowie z kruszonej gąbki, żeby zastąpić niewygodną w użyciu i nietrwała barwiona gumkę. W końcu coś tam wyniuchałem w sieci i zamówiłem. Koszt wysyłki był spory, więc, w przypływie nagłej ochoty, dołożyłem sobie model okrętu. Taki kaprysik. Żeby jakoś te koszty rozłożyć. Skleję sobie w parę minut i coś popaćkam akrylami. Być może ziarenko zostało zasiane na ostatnich Polach Chwały. Wszystko pięknie, tylko pokpiłem skalę…

Wracam z pracy a tu koło biurka stoi coś, co wygląda jak… połowa “Bitwy pod Grunwaldem” Matejki. Ki… karaś mąci wodę, myślę. Otwieram i jest! Wielgachne pudło. 1:400. Uśmiałem się z własnej głupoty i… zabrałem się za planowanie prac. Dodatkowym motywatorem okazał się ogromny entuzjazm mojego pierworodnego, który domagał się w zasadzie od razu, że już ma być gotowe. A co mi tam! Damy czadu. Trzeba iść za ciosem. I tym razem podejść do tematu jak należy. Szybka wyprawa do modelarskiego - kupiłem humbrolki, których tak się bałem w dzieciństwie (skleiłem od groma modeli, żadnego nigdy nie pomalowałem), tudzież szeroki pędzel. Prace ruszyły.

Niemal co dzień sklejam jakiś drobiazg, trzymając się ściśle kolejności opisanej w instrukcji. Ponieważ jednak mój syn zażyczył sobie większych efektów, więc złożyłem też kadłub. To, co prezentuję na zdjęciu, dostało już podwójna dawkę emalii. Teraz czeka na malowanie burt, oklejone precyzyjnie taśmą maskującą.

Czemu HMS King George V? To pierwszy model okrętu do sklejenia, jaki w życiu widziałem. Mały Modelarz - rocznik 1986 (jak ktoś nie wierzy, niech sobie w sieci sprawdzi). Z instrukcji pamiętam, że zawierał ponad 1500 części. Tak jakoś do dzisiaj mam go we krwi już. I pewnie z pamięci mógłbym powiedzieć o nim to i owo. Uzbrojenie, akcje bojowe. W sumie sklejałem kartonowca ze dwa razy. Nigdy nie skończyłem. Teraz się uda. Uda się?

A liście. Liście są… różowe. Co prawda przykleiłem je na dziesiątkę świeżo podmienionych łuczników. Eeee… mina Prezesa w ostatni piątek sprawiła, że zacząłem je od razu zdejmować. Paznokciem, bo najbliżej pod ręką był ewentualnie młotek. Arghh! Z drugiej strony nie ma tego złego… Niech żyje Król!

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS