czwartek, 4 listopada 2010

Przebudzenie

In motion, these vessels appear as a horrifying parody of a man, though one that stands well over eight feet tall on its gnarled and twisted legs.


Księga Wood Elves, 2005

Otworzył oczy, gdy promienie porannego słońca padły na jego policzki. W przechylonej perspektywie widział rosę, która skrzyła się leniwie, liście wszelkiego koloru, które pokrywały coraz większą połać zielonej ściółki. Nasłuchiwał szczęku oręża, uświadamiając sobie z każdą chwilą, że to tylko echo snu, który go opuszczał. W powietrzu wyczuł zapach jesieni. Pierwszy raz, pomyślał. Pierwszy raz od dnia, w którym skończył się czas, poczułem zapach Wielkiej Puszczy.


Jego imię wypowiadano rzadko. Podobnie, jak rzadko opowiadano jego historię. Taki los spotyka te, w których jest miejsce wyłącznie na cierpienie, śmierć, rozpacz i rozstanie. Spierano się co prawda, czy umarł tego dnia. Byli tacy, którzy twierdzili, że tak. Inni zaś wierzyli, że błąka się pomiędzy światem żywych i umarłych, na granicy snu i jawy, blady cień swoich dawnych dni. Wkrótce przestano mówić o nim zupełnie.


Wstał powoli i podszedł do brzegu strumienia, w miejscu, gdzie nurt był najsłabszy. Spojrzał na własne odbicie. Poczuł, że widzi jej po raz pierwszy od wielu dni. Dni? Lat? Białe jak śnieg włosy, wychudzoną,  naznaczoną cieniem cierpienia twarz. Kim był? Kim jest? Przez moment miał wrażenie, że widzi inną twarz. Czy to ją widział w ostatnim śnie? Pamiętam ją. Zapomniałem o wszystkich i wszystkim. Tego jednego wspomnienia… Wpatrywał się jeszcze przez moment w wodę, po czym zmącił ją i odszedł.


***


Rzadko przerywany krótkim odpoczynkiem marsz trwał już kilka dni. Samotna postać czuła, że jest coraz bliżej kresu swej wędrówki. Pokonawszy szczyt wzniesienia, z niewiadomych powodów nie porośnięty drzewami,  przystanęła na moment. Słońce stało w zenicie. Wędrowiec rozejrzał się z szczytu dookoła. Stał pośrodku wielokolorowego morza, mieniącego się wszelkimi kolorami jesieni. Teren opadał i wnosił się łagodnie. Majestatyczna Puszcza przezywała zmierzch swoich dni. Jak co roku, w odwiecznym cyklu natury, tuż przed zapadnięciem w mroźny i martwy sen zimowy.


***


Dzień chylił się ku końcowi, kiedy dotarł do celu swej wędrówki. Dzień? Jak dawno wyruszyłem, pomyślał. Pośrodku polany stał martwy pień wielkiego dębu. Wciąż nosił ślady bestialstwa, które przecięło jego dostojny żywot. Ciepły wiatr od zachodu wiał leniwie,  Miejsce było spokojne i ciche. Martwe. 
Bez trudu odszukał właściwy głaz. Odsunął go i wydobył to, co zostawił tam ostatnim razem. Ile razy puszcza zasypiała się i budziła od tego czasu, pomyślał? Przyjrzał się pakunkowi, po czym powoli go rozwinął. Długi, brązowy płaszcz. Złocista zbroja i takież nagolenniki. Wielki, dwuręczny miecz. Jego miecz. Odrzucił drewniany kij. Chwycił za rękojeść. Nie przypuszczałem, że ten dzień nastanie, pomyślał. Przemierzałem pokrętne ścieżki Wielkiej Puszczy, za towarzysza mając rozpacz i mroczne sny.


Odwrócił się, by rzucić po raz ostatni okiem na polanę i znieruchomiał. Oczom jego ukazał się bowiem niesamowity spektakl. W miejscu, gdzie stał jeszcze przed paroma chwilami jaśniała dziwna poświata, w której wirowały wielokolorowe, eteryczne postaci. Zmurszałe, martwe gałęzie, leżące wokół zaczęły poruszać się, przyciągane przez to osobliwe zjawisko. Wszystkiemu towarzyszyły specyficzny szmer, ulotny zaśpiew, przechodzący momentami w przewrotny chichot. Samotny wojownik wiedział doskonale, czego jest świadkiem. Wiedział dokładnie co stanie się za parę chwil i kogo ujrzy. Nie wiedział jedynie, co spowodowało, że duchy puszczy powołują do walki pozostałości żywych kiedyś drzew. Domyślał się. Nagle wyłowił za sobą jakiś dzwięk. Błyskawicznie się obrócił, unosząc swój potężny miecz i… spojrzał w dwie, wielkie, zielone studnie. Naprzeciw niego stała niesamowita istota. Połączenie groźnego piękna, dzikości puszy i wielowiekowej mądrości. Starożytna driada, w swojej groźnej, wojennej postaci.


Przemówiła do niego nie używając słów, zwracając się bezpośrednio do świadomości. 
- Długo błądziłeś Białowłosy. Czas, byś powrócił ze ścieżek, po których nikt nie może za tobą podążyć. Wśród twoich są ciągle tacy, którzy cię potrzebują… ona cię potrzebuje. Zmierza teraz na spotkanie zwierzoludzi. Nie wie jednak, że czeka ją większe niebezpieczeństwo. Mróz i śmierć nadciągają z północy. Wiesz, o czym mówię. Widziałeś to w swoich snach… Tak, widział. Teraz zrozumiał wreszcie ich znaczenie, pojął grozę sytuacji. Obrócił się gwałtownie ale wiekowa nimfa powstrzymała go. 
- Nie! Ostrze Wiatru musi poczekać. Sam na nic się jej zdasz. Musisz udać się do tych, którzy mieszkają wokół Złotej Wierzby. Posłuchają cię, ruszą za tobą. Nie zwlekaj. Dobyłeś dzisiaj swój miecz. Będzie mógł odpocząć dopiero, gdy skąpiesz go we krwi wrogów waszego i naszego ludu.
- Przebudź się - dodała i odeszła. Patrzył, jak oddala się a wraz z nią pokracznie stąpające, potężne kształty. Chwilę potem pozostał na polanie całkiem sam. Zupełnie, jakby to przedziwne spotkanie nie miało miejsca. Ostatnie promienie słońca skryły się za szczytami wzgórz. Spojrzał po raz ostatni na martwy pień wielkiego dębu, na wbitą pośrodku włócznię po czym ruszył na spotkanie z tymi, o których mówiła nimfa. Zapadający powoli zmrok skrył go przed oczami śmiertelników.

***

Treekin’y nigdy nie były dla mnie jakoś szczególnie interesującym wzorem. Oczywiście cena jednego blistera też nie zachęca do kolekcjonowania. Było, nie było, nie mogło ich zabraknąć w mojej armii, choćby ze względu na całkiem niezłe charakterystyki. Jak to wszystko pogodzić? W prosty sposób. Najpierw zastanowiłem się skąd ten niemrawy wzór. Doszedłem do wniosku, że to wina podstawek, z jakimi prezentuje się ten oddział choćby w księdze - płaskie i pozbawione jakichkolwiek dodatków. Ponieważ mam wciąż pokaźny zasób plastikowych bitsów, dodałem je po prostu do podstawek, dzięki czemu te drewniane kolosy nie są już tak nudne. W przypadku ceny poszedłem po prostu jeszcze dalej z bitsami - zrobiłem sobie jednego treekina sam. W końca stworzenia te powoływane są do życia przez duchy lasu, które wykorzystują martwe, zbutwiałe gałęzie i pnie. No to u mnie ten trzeci właśnie się budzi. Zaraz wstanie i będzie gotów do wyprowadzenia kilku drewnianych sierpowych.  A ja będę mógł wydać zaoszczędzone 60 złotych na coś innego.



Nie wiem, co mnie napadło, żeby pomalować obu prezentowanych bohaterów w tym samym czasie. Ale co tam - nawet to się jakoś z dzisiejszym tekstem zgrywa. Elf z wielkim mieczem to już drugi w mojej karierze. Oczywiście nic szałowego - ma pasować do reszty armii i… pasuje. Trochę nieopatrznie wybrałem kolory dla duszka - tu aż prosił się jednak czerwony. Co do nimfy, to oczywiście Drycha, bohater specjalny. Kolorystyka to połączenie dwóch oddziałów driad, które pomalowałem wcześniej. Trochę się pobawiłem korkiem - nie wiem, czy to widać - ale zamiast naklejania jednego kawałka, zrobiłem takie mini-wysepki. Jakoś lepiej to współgra z korzeniami i pniem, na których nimfa stoi (a które to są częścią figurki po prostu). W przypadku obu też zaoszczędziłem trochę na funduszach - po prostu dostałem je w prezencie. Tak więc bohaterowie dzisiejszego odcinka kosztowali mnie w sumie 120 złotych, zamiast nominalnych 250. Chyba sobie znowu coś zażyczę na urodziny.

To, co widać na podstawkach zdążyłem zaaplikować do wszystkich dotychczas pomalowanych figurek. Mowa o dwóch zabiegach: po pierwsze rozjaśniłem suchym pędzlem ten fragment, gdzie widać piasek. Chciałem go nieco ożywić i do tego celu użyłem farby ‘raw sienna’ z firmy Polycolor (w zasadzie identycznej z bestial brown) - mam tubkę, więc wreszcie się przyda. Drugą zmianą jest dodanie żółtawego listowia (kruszona gąbka). Myślę, że dzięki temu na podstawkach ‘coś się dzieje’. I dobrze. Zdjęcie całości oczywiście na pożarcie krytyków technik fotograficznych. Wrzucam - bo taka była umowa z Kolegami. Zrobione na żółtym stole - bo nie jakoś zawsze zapominam skoczyć do plastyka po duży arkusz papieru. Jeszcze refleksja - mam wrażenie, że napracowałem się przy leśniakach, ale zdjęcie dowodzi, że to ciągle skromniutka kolekcja.



Podsumowując ten odcinek - całe pięć podstawek dzisiaj, choć każda inna. Muszę ‘nadgonić licznik‘, bo niestety największe oddziały przesuwam z lenistwa na koniec. Figurki do kolejnego odcinka już przygotowane do malowania. Sam jestem ciekaw, ile czasu zajmie mi jego przygotowanie. Może fakt, że pora roku, zgodna  z proponowaną w kolekcji interpretacją doda mi motywacji do zwiększenia kolekcjonerskich wysiłków. Na pewno sprawia, że czuję się dobrze  - widok wielokolorowych liści, ich specyficzny zapach, kiedy butwieją lub są palone w okolicy. Coś w sam raz na stan moich nerwów.

Regiment
Typ: treekin (w tym elder)
Ilość: 3
Koszt w punktach: 215 pkt
Koszt w złotych: 180 zł

Regiment
Typ: branchwraight
Ilość: 1
Koszt w punktach: 65 pkt
Koszt w złotych: 35 zł

Regiment
Typ: noble
Ilość: 1
Koszt w punktach: 75 pkt
Koszt w złotych: 35 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 100%
Stan złożonych figur: 75,26%
Stan pomalowanych figur: 55,67%
Łączny koszt w punktach: 1187 pkt
Łączny koszt w złotych: 585 zł

Adrian Stolarczyk

Szur szur szur

Znalazłem odpowiedni kawałek koniecznie do słuchania podczas czytania tekstu, nadaje odpowiedni klimat opowiastce.

Obozowisko nieumarlaków to jeden wielki burdel. A właściwie jak powinien wyglądać taki obóz wojskowy pod dowództwem wampira? Czy jesteście sobie w stanie to wyobrazić? Zapada zmierzch… sorry …nastaje świt.  Wampi wydaje rozkaz – rozbijamy na dzień obóz. Hm, czy oni śpią? Chyba jednak nie.

Ale załóżmy, że nie mogą maszerować w pełnym słońcu, przynajmniej niektórzy, bo wiadomo – rozpadną się w proch i takie tam bzdury. Opcja zakładania pełnych płaszczy, kasków motocyklowych i okularów słonecznych nie wchodzi w grę, tudzież smarowanie się kremem do opalania  z najwyższym filtrem, aby mordercze promienie nie dotarły do skóry wywołując bolesne, a nawet śmiertelne oparzenia. No, może z tym śmiertelnym to przesadziłem, przecież oni martwi są. Chociaż jak mam rozumieć śmierć kogoś kto nie żyje? Niby nie żyje, jednak nazywamy go nieumarłym, ożywieńcem, żywym trupem. To on żyje, czy nie? Załóżmy, że żyje, więc możemy go więc zabić, i to po raz co najmniej drugi, no bo nie wiemy czy ten trupek został ożywiony pierwszy raz czy może drugi czy enty. I tu pojawia się kolejna kwestia. Czy można w nieskończoność ożywiać jedne dane określone zwłoki? Umownie nazwijmy go Zombim Zenkiem. Tak więc Zombie Zenek umiera po raz pierwszy zanim w ogóle został jeszcze zombie. Jako człowiek umiera, rzecz jasna, albo inny humanoid ewentualnie. Przychodzi Wampi i ożywia rozkładającego się biedaka. Zenek, nie wiadomo do końca w jakim stanie, musi wstać i wygrzebać się z tej cholernej ziemi. Pół biedy jak Zenek jest w jednym kawałku, ale przecież mógł zginąć przecięty na pół dwuręcznym mieczem albo rozerwany kulą armatnią. I co wtedy?



Czy podzielony Zenek nadal jest jednym zombie, czy już dwoma, czy też wielokrotnością Zenka? Ciężka sprawa. Wracając do zabijania zabitych nieumarłych. Jak go zabić? Urywamy mu rękę – czy to go zabija? Nie sądzę. Przecież nawet się nie może nasza ofiara wykrwawić. Odcinamy drugą, nadal nic. Przechodzimy do kolejnych kończyn, a koleś dalej jęczy i wyje ciągle te swoje – braaain, braaain… W zasadzie jest już unieszkodliwiony i po upierdliwym odcinaniu wszystkich członków możemy się zabrać za następnego. Trzeba tylko uważać, żeby leżący Zenek nie ugryzł nas w stopę zarażając tym gównem, które z nas też zrobi zenkopodobnego. Najlepiej więc jeszcze wrócić do leżącego na ziemi Zenka, wyjącego ‘brain, brain’ i wybić mu wszystkie zęby. Jak jęczy już tylko ‘błejn, błejn’ znaczy, że nam się powiodło. Nie chcę już wspominać o pełzających we wszystkie strony kończynach, łapiących nas znienacka za kostki. Ale przyjmijmy, że to mała szkodliwość społeczna.



Tak więc unieszkodliwiliśmy Zenka, znaczy się naszego ‘nieumarłego’, którego nie można zabić, ale można właśnie unieszkodliwić. Wniosek – żywego trupa nie da się zabić! Warto zapamiętać. Zapędziłem się trochę za daleko wywodem o mordowaniu. Wróćmy do początku – obóz nieumarłych. To jak? Czy oni rozbijają ten obóz? Przecież Wampek nie jest w stanie zaraz przed bitwą ożywić całej armii żeby stanęła do walki. No bo skąd wziąć tyle trupów? Pole bitwy to przecież nie cmentarz, tak? Zakładam więc, że tworzymy armię ożywieńców, co najmniej na kilka dni przed rozpoczęciem bitwy. No bo musimy iść na cmentarz ożywić to całe dziadostwo, tak? Potem iść na kolejny i ożywić ich jeszcze więcej, no bo chyba nie liczyliście na to, że na jednym cmentarzu znajdziemy całą naszą armię, co? Poza tym wilki. No przecież nie leżą na cmentarzu. Konie? To samo. Musimy jeszcze znaleźć gdzieś ten cholerny Czarny Powóz. No ale powiedzmy, że zwiniemy jeden z najbliższego domu pogrzebowego. Większy problem będzie żeby znaleźć jakieś banshee (ang. z irl. bean-sidhe, w nowoirlandzkim bean sí – "kobieta ze wzgórza") – w mitologii irlandzkiej zjawa w kobiecej postaci, najczęściej zwiastująca śmierć w rodzinie. No to gdzie ich szukać? Po rodzinie? Wiem, że można niektórym „bliskim” życzyć śmierci, no ale bez przesady, prawda? Ale, ale, z ratunkiem przybywa nam wikipedia - „Podobnie jak skrzaty, banshee przywiązują się do jednego ludzkiego domostwa, ale zamiast pomagać w gospodarstwie te dziwne i posępne istoty, płacząc snują się po okolicy i piorą odzież ludzi mających wkrótce umrzeć.” I już wszystko jasne – banshee znajdziemy w okolicy piorące brudne ciuchy. Najgorzej jednak będzie z varghulf’em(i co to, motyla noga, znaczy to słowo???). Gdzie znaleźć takie bydle tuż przed bitwą, do jasnej ciasnej? No ale niech mu będzie, nie w każdej armii musi być takie cholerstwo, więc mu dziś wyjątkowo odpuszczę. Dobra obeszliśmy te zafajdane cmentarze, lasy i okolice, mamy wszystkich. Teraz trzeba tylko znaleźć kogoś kto będzie chciał z nami powalczyć. I tu wraca problem obozowiska. W słońcu się nie będziemy szlajać, bo wiadomo – w proch, więc trzeba się gdzieś wyłożyć i odsapnąć. No to znowu – rozbijamy na dzień obóz! Zombiaki Zenki się zatrzymują razem ze szkielkami.



Ściągają plecaki i wyciągają koce, materace, namioty – stop! Coś chyba pomyliłem. Widzieliście kiedyś zombiaka z plecakiem? Nigdy w życiu! No to ustalone – nie rozbijają namiotów, nie rozkładają koców żeby się położyć i nie dmuchają materaców…  aaa… też żeby się położyć. No więc co ci biedni ożywieńcy robią podczas postojów? Sztywno stoją!

Dziś wyjątkowa prezentacja, bo z całym dotychczasowym dorobkiem. Postanowiłem więc napisać też wyjątkowy tekst. Po męczeniu Was upiornymi i krwawymi opowieściami, kończącymi się zawsze śmiercią kilku bohaterów, tym razem coś wesołego. Starałem się napisać coś całkowicie luźnego i trochę bezsensownego dla odprężenia zarówno publiczności jak i siebie. Do dotychczasowych oddziałów, prezentowanych w poprzednich odcinkach, doszły świeżutkie wilczki – 10 Dire Wolves.

Pomalowane: 126 modeli (62,58%)
Ilość punktów: 1045 (31,73%)

Jakub Gowin


Zaskoczenie

- Frederic! Ty żyjesz, ty stary łamignacie! - Mark nie potrafił ukryć zaskoczenia, kolejnego pozytywnego zresztą tego dnia.  
- A tak... Tak się jakoś składa – Frederic uśmiechnął się nieznacznie, siedział na pieńku robiącym za prowizoryczną ławkę przed namiotem służby medycznej. Lewa ręka spoczywała na temblaku. 
Mark rozejrzał się w koło, podszedł i usiadł obok starego druha. Zniżył głos do szeptu i rozglądając się nerwowo zapytał:
- Podobno uratowali Cię ci Elfowie z lasu... Ktoś mówił, że widział jednego, który pomagał Ci przejść przez okopy, cały w liściach i strzępkach dziwnych szmat, tak że nie można było w nim rozpoznać człowieczych kształtów... Niektórzy mówili, że Ci sami pomogli nam potem w walce z bestiami w obozie...


- Taaa... Byli tacy... - Coś dziwnego pojawiło się w spojrzeniu Frederica.
- To opowiadaj! Jak to było! Coś taki zrobił się cichy...?
- Trzech z nich oddało za mnie życie... - Odpowiedział Frederic lodowatym głosem. - Nigdy nie myślałem że ci nieludzie są zdolni do czegoś takiego dla nas... Ja nigdy bym dla nich czegoś takiego nie zrobił... Do teraz...
Między przyjaciółmi zapadła cisza. Z odległości dochodziły odgłosy sprzątania obozu po nocnej walce, z bliższa, z namiotu medyków słychać było pojedyncze urywane jęki rannych.
- No dobrze – powiedział Frederic – Skoro jesteś ciekawy, to opowiem Ci jak było... Wszystko zaczęło się, kiedy w nocy wyszedłem z namiotu w kierunku tamtego lasu... 

Scenariusz: misja ratunkowa Frederica


Strony konfliktu: 

Obrońcy: Frederic 9Empire Sworsmen, bez tarczy, broń ręczna), 5xWE Waywatcher, Atakujący: 20xChaos Warhounds.



Rozstawienie:
Gra rozgrywana na połówce normalnego stołu (jak border patrol). Frederic i jeden Warhound ustawieni w dowolnym miejscu na linii przechodzącej  przez środek pola walki równolegle do krótszych boków stołu. WE Waywatchers rozstawieni w lesie po jednej stronie, przy krótszej krawędzi stołu. Pozostałe Warhound'y poza planszą – w rezerwach, będą mogły wchodzić na stół z drugiej krótszej krawędzi.

Koniec gry:
Gra trwa 8 tur lub do śmierci wszystkich modeli ze strony broniącej się. Strona broniąca się wygrywa jeśli Frederic przeżyje do 8 tury gry, jeśli przeżyje więcej niż 3 modele broniących się zwycięstwo jest pełne, w przeciwnym wypadku jest małym zwycięstwem. Strona atakująca wygrywa jeśli Frederic zginie. Zwycięstwo jest pełne, jeśli zginą więcej niż 3 modele strony broniącej się, w przeciwnym wypadku jest to małe zwycięstwo.

Zasady specjalne:
Skirmish fight: wszystkie modele na stole traktuje się jako niezależne – jako Lone Models.
Endless tide: wszystkie zabite modele po stronie atakującego wracają jako rezerwy. Jeśli gracz posiada pięć (lub więcej) modeli może spróbować na początku swojej tury włączyć je do gry. Za każde pełne pięć modeli może rzucić kostką, przy wyniku 4+ te pięć modeli zostaje umieszczone na stole, tak jakby właśnie wróciły z pościgu za planszę (tak jak rezerwy). Mogą wykonać pełny ruch, nie mogą szarżować. Jesli rzut kością się nie powiedzie, nalezy poczekac do klejnej tury 9dla tych pięciu modeli)

Morale: Nie wykonujemy żadnych testów na panikę, złamanie w walce, straty z wystrzelania. Zakładamy, że Frederic jest zdeterminowany aby bronić swojego życia do końca, podobnie jak Waywatchers. Z drugiej strony ogary chaosu są popychane do walki jakąś nieznaną, potężną siłą i nie ustąpią do końca bitwy.

Przebieg rozgrywki:

Pierwsza tura: rozpatrujemy walkę Frederica z ogarem chaosu, tak, jakby oba modele szarżowały w tej turze. Po rozpatrzeniu tej tury walki, gracz atakujący może spróbować umieścić na stole pozostałe swoje oddziały, tak jak napisano w zasadach, a gracz stroną broniącą się może wykonać ruch oddziałem Waywatcher'ów.
Kolejne tury: pierwszy swoją turę wykonuje gracz atakujący, po nim broniący się.

- Kashiya, weź swoich i wracajcie do najbliższego posterunku, powiedzcie co sie dzieje. Ja ze swoją piątką zostanę tutaj – zawyrokował Gilhadir. - Musimy mieć oko na to co tu się będzie działo, poza tym, może uda nam się przy pomocy tych ludzi w dolinie odeprzeć ten atak. 
Młoda elfka skinęła głową, obróciła się lekko w miejscu i pobiegła w głąb lasu, za nią ruszyły cztery inne cienie. Gilhadir owinął się ciasno swoim liściastym płaszczem, skinął ręką. Tylko szelest podobny do liści na wietrze dał znać, że gdzieś w pobliżu poruszała się reszta jego oddziału. Skierował się w dół zbocza w kierunku gdzie widział tego samotnego człowieka nieopodal starego Grysaarda,  łatwiej będzie przekonać jednego człowieka że nie ma się złych zamiarów niż pakować się pod ostrzał z ich obozu.


W ostatniej chwili Frederic uskoczył w bok unikając ostrych jak brzytwa pazurów monstrualnego wilka. Przez chwilę patrzył prosto w jego jedno jarzące się błękitno oko, w bezdenną pustkę dziwnej otchłani, która przerażała bardziej niż cokolwiek innego na ziemi. Odruchowo pchnął w tą błękitną pustkę sztyletem, z uczuciem ulgi gasząc ją na zawsze. Wilk bezgłośnie zwalił się natychmiast na ziemię, przez chwilę darł ją jeszcze pazurami, aby znieruchomieć na zawsze. Frederic otarł pot z czoła i rozejrzał się. Niedaleko majaczyły ciepłe ognie obozu. Z drugiej strony błękitnym, przerażającym i lodowatym ogniem płonął las. Frederic zacisnął sztylet w ręce i z łomoczącym sercem popędził w kierunku ognisk.


Kiedy wyszli na polanę Gilhadir dostrzegł biegnącą postać człowieka, za nim widział wielkie truchło monstrualnego wilka, a jeszcze dalej ścianę błękitnych ogni. Pierwsze z ogni wychynęły z lasu i zamieniły się w ślepia tych samych monstrualnych wilków. 
- Stać! Przygotować się! - Nałożył smukłą strzałę i naciągnął cięciwę. Obok czterej członkowie jego grupy zrobili to samo. Wypuścił swoją strzałę i na ten odgłos cztery pozostałe także zostały zwolnione. Dwie z pięciu par ogni zgasły. 
- Cel! - Wymierzył drugi raz, znów wypuścił strzałę. Pięć śmiertelnych pocisków pomknęło w noc, na odległość ponad trzystu kroków, w totalnych ciemnościach. Dwa kolejne wilki oddały ostatnie tchnienie, w pędzie ryjąc ziemie swoimi wielkimi cielskami.






Dostrzegł ich dopiero kiedy omal na nich nie wpadł. Dziwne, nieziemskie postacie. Duchy lasu, od stóp do głów okryte płaszczami z liści, otoczone dziwną aurą, magiczną i niesamowitą, ale przyjazną, nie złowieszczą jak te wilki za nim. Zauważył je przez ruchy - zwinne i szybkie. Postacie co rusz napinały misternie wykonane łuki i wypuszczały strzały, prosto w noc. Gdyby nie ten ruch pewnie przebiegłby obok nich, myśląc że to tylko dziwne sterty liści, których pełno teraz w lesie. Jeden z nich wyciągnął w jego stronę rękę, nakazując zatrzymanie się. Tak też uczynił. Odwrócił się i zobaczył jak kolejne wilki zbliżające się do nich padają pod gradem strzał. Spojrzał na swojego wybawiciela, w piękne brązowe, wielkie oczy ukryte pod ciemnoczerwonym kapturem. To były Leśne Elfy.


- I wtedy rzuciły się na nas niezliczoną hordą! Leśni wyciągnęli swoje miecze i cięli bestie z taką precyzją, że nawet te nie miały szansy na kontratak. Jednak miały przewagę liczebną... Rzuciły się w trójkę na jednego i rozszarpały na strzępy. Na moich oczach. Nieszczęśnik zdążył jeszcze ubić jednego przed śmiercią... Potem napadły nas chyba ze dwa tuziny naraz, z każdej strony, miecze Leśnych zataczały błyskawiczne i zabójczo piękne koła, wysyłając do piachu każdego wilka na swojej drodze, jednak ich było zbyt wielu. Starałem się robić co mogłem, ale nie potrafiłem walczyć tak jak tamci. Sam nie wiem jak to możliwe, że przeżyłem to piekło. Chyba tylko dzięki Sigmarowi! Zanim wilki się wycofały, padł jeszcze jeden z Leśnych, drugi dostał poważną ranę, tak że nie mógł wstać. Jeden z jego towarzyszy odciągnął go w las, drugi, ten z brązowymi oczami chwycił mnie za ramię i pociągnął do obozu... Kiedy znalazłem się w obozie upadłem z wycieńczenia. Nie wiem co było potem.


Frederic zakończył swoją opowieść. Znów nastała chwila ciszy. 
- Co z nami będzie? Co tu się dzieje? - Mark był wyraźnie zakłopotany.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem...






Ralfa bolały wykręcone i spętane na plecach ręce. Szorstka lina wbijała się w nadgarstki. Smród brudnego futra zwierzoludzi, którzy prowadzili go na śmierć, lub może na coś gorszego, sprawiał że czuł mdłości. Spojrzał na Jaspera, który szedł jeszcze w gorszym stanie obok niego. Próbował się bronić, kiedy wczoraj w nocy zwierzoludzie wpadli na ich kryjówkę. Pół twarzy zalała mu krew z rozcięcia, które biegło od czoła, przez policzek do podbródka. Stracił lewe oko. Szedł dysząc ciężko. W prawym, zdrowym oku nie było widać nawet iskierki nadziei, tylko ból i strach. Jakiś zwierzoczłek kopnął Ralfa boleśnie swoją uzbrojoną w kopyto nogą, zaskrzeczał coś w swoim plugawym języku. Ralf zmusił nogi do szybszego ruchu. W oddali widać było skały, na których stała pojedyncza postać opierająca się na lasce. Zastanawiał się, czy to jeszcze jeden z tych diabłów, którzy ich prowadzili...


Nie mylił się. Kiedy stanęli na wzgórzu, zobaczył przygarbioną postać ubraną w brudnoszare, być może kiedyś białe szaty. Spod szat widać było kopyta i obrośnięte futrem pokraczne nogi, w uzbrojonym w pazury ręku trzymał kostur obwieszony najróżniejszymi czaszkami. Stał tyłem. Żaden ze zwierzoludzi nie ośmielił się do niego podejść. Ralf wiedział, że boją się go, tak jak on bał się ich. 


Powoli postać odwróciła się i Ralf spojrzał w płonące błękitem przerażające oczy. W tym momencie tym bardziej pożałował ucieczki z obozu tamtej nocy. Poczuł, że czeka go los gorszy od śmierci, którą oferowała tamta noc. Teraz jednak było już za późno. Bestia stojąca za nim wystąpiła powoli na przód i przemówiła tym swoim gardłowym głosem w języku którego nie rozumiał. Ten z płonącymi oczami odpowiedział coś krótko, potem dodał coś co brzmiało jak rozkaz. Ralf poczuł pchnięcie i poleciał głową naprzód w kierunku istoty w białej szacie. Upadł na kolana. Jakaś ręka chwyciła go za włosy i podniosła głowę w górę. Zajrzał prosto w błękitne, bezdenne otchłanie chaosu. Serce zaczęło walić jak opętane. „Sigmarze, ratuj moją duszę...” pomyślał, zanim świat wokół zawirował. Wewnątrz głowy usłyszał słowa, których nigdy nie słyszał, ale których znaczenie zrozumiał. TERAZ TWOJA DUSZA STANIE SIĘ CZĘŚCIĄ NASZEGO WIELKIEGO PLANU! Kiedy zapadał się coraz głębiej w otchłań swojej nieświadomości towarzyszył mu tylko demoniczny, głęboki śmiech.


- Przyprowadziliśmy tych dwóch człowieków, o Przepotężny. - wielki zwierzoludź wystąpił na przód. - Tak jak kazałeś. Jakie są twe rozkazy, o Najmądrzejszy? 
- Nie musieliście ich okaleczać wy imbecyle – powiedział szaman wskazując jednego z ludzi, tego który stracił lewe oko. - Taki mi się do niczego nie przyda. Weźcie go i wrzućcie tam gdzie trzymamy resztę truchła do eksperymentów. I żebyście mi się go nie ważyli zeżreć tak jak ostatnim razem! Bo porozrywam na drobne kawałeczki! - Zagroził. - A teraz dajcie mi tego drugiego!


Ktoś popchnął drugiego z ludzi w przód, tak aby upadł na kolana przed szamanem. 
Wielki zwierzoludź z nie najbardziej zadowoloną miną skłonił się i zawrócił oddział, kopiąc człowieka bez oka z całej siły, tak iż ledwo utrzymał równowagę. Oddział oddalił się w kierunku wielkich, ciemnych słupów dymu na horyzoncie.
Szaman chwycił człowieka za włosy i odchylił jego głowę tak, aby ten spojrzał mu w oczy. 
Gdzieś głęboko w umyśle szamana otwarło się mistyczne połączenie między nim, jego Panem i tym nieszczęsnym człowieczkiem. Szaman pozwolił, aby jego Pan przemówił przez niego, do umysłu tego nic niewartego ludzkiego śmiecia. Niech wie, jak wielka spotkała go nagroda!


Gdzieś w oddali Jasper usłyszał głos swojego przyjaciela. Przeciągły krzyk, straszniejszy od czegokolwiek co słyszał do tej pory. Krzyk odbił się echem wśród drzew i skał. I zapanowała dziwna cisza. Nawet bestie, które go prowadziły zdawały się zaniepokojone. Pod stopami Jasper poczuł drżenie ziemi. Gdzieś, z wnętrza lasu, dobiegły niesamowite odgłosy, jakby pękały drzewa i łamały się skały. Gdzieś budził się do życia przerażający efekt plugawej beastmenskiej magii.

No i to by było na tyle. Długa przerwa, dużo się zdążyło zdarzyć. To co widzicie to mała niespodzianka. Już skarżyłem się Szeperdowi, że mam dość beastmeńskiej wszędobylskiej sierści do malowania, tak więc postanowiłem ubarwić trochę moją kolekcję. Zamierzam jeszcze pociapciać kiedyś ze 2-3 inne oddziały z armii Imperium, oraz z jednego maga, aby mogło to wszystko pracować jako straż przyboczna Baltazara i sam Baltazar zarazem. To wszystko po to, abym mógł sobie rozgrywać (sam albo ze znajomymi) małe bitewki pod to opowiadanie, które tworzę. W związku z tym postanowiłem umieścić jedno sprawozdanko z takiej bitwy w formie narracyjnej , plus oczywiście zasady z jakich korzystałem. Chciałem rozegrać bitwę obronną obozu Baltazara, ale niestety nie zdążyłem wszystkiego pomalować na czas, a historia popychała mnie naprzód, tak, że założyłem po prostu, że obóz się obronił (można o tym poczytać w poprzedniej historyjce, z piątego wpisu).

Co do beastmenów, to niestety nie mam czego pokazać, no może poza demem Bestigorów. Oto on:



Chciałem pomalować sztandarowego armii i pokazać jego konwersję, ale niestety czasu zabrakło. Proszę się nie zżymać, na to co napisałem, ale naprawdę różne i różniste obowiązki na studiach (a tak, dalej kontynuuję studia, tym razem Piled Higher and Deeper, w skrócie Ph.D) i w pracy wpłynęły na brak czasu na malowanie. Ale za to zapowiadam że następnym razem będzie coś naprawdę duuużego!!!



PS. Stan zabawy jak poprzednio.

Robert Szczelina

poniedziałek, 1 listopada 2010

Kamuflaż

Wróciłem z królewskiej Pragi, gdzie spędziłem dwa dni, intensywnie przemierzając zakamarki Starego Miasta, Małej Strany, Żiżkowa i hradczańskiego wzgórza. Odwiedziłem też kilka z praskich szynków - wszak nie można spacerować bez odpoczynku a nic tak nie krzepi, jak kufel czeskiego pienistego czy coś ze skromnej kuchni naszych południowych sąsiadów. Jakże ja lubię takie wypady! Zwykle ciężko mnie z domu ruszyć, potem jednak może być tylko świetnie. W samej Pradze zaczynam się czuć coraz swobodniej (pewnie dlatego pełniłem rolę przewodnika) i jest to jedno z miast, do którego wrócę jeszcze nie raz.

Dzisiaj też dzień wolny od pracy. Nie mogłem więc zbyt długo opierać się naciskom syna i zasiedliśmy do Króla Jerzego, oczywiście wg wyrobionego już schematu. Najpierw żmudne sklejanie kolejnych podzespołów. Potem gimnastyka z emaliami. Na zdjęciu zobaczyć można sterburtę, która dostała już podwójną warstwę poszczególnych kolorów. Zaczynam mieć wrażenie, że malowanie samego kadłuba okaże się najprostszym zadaniem. Przede mną przygotowanie pokładu i już główkuję, jak sobie z tym poradzić. W każdym razie do desek pokładu użyję farby akrylowej. Doszedłem też to przekonania, że nadbudówki będę na pewno malować przed przyklejeniem do pokładu właśnie. Oceniając postęp prac montażowych, to według instrukcji jesteśmy gotowi w około 80%. Już wkrótce zacznę to pokazywać w moim blogu.

Do wieczora czekam na materiały do kolejnej odsłony Tytanów. Jeśli dotrą, to jeszcze dzisiaj będzie można zobaczyć ostatnie dokonania trójki kolekcjonerów.

niedziela, 24 października 2010

Co tam w stoczni?

Ano prace trwają. Powoli, ale systematycznie, powstają kolejne części brytyjskiego pancernika. Postęp prac nadzoruje mój starszy syn, domagając się codziennie kolejnych efektów. Początkowy etap, jak pisałem poprzednio, nie pokazuje specjalnie nakładu pracy, gdyż sklejać należy poszczególne elementy, typu artyleria, nadbudówki, kominy czy inne drobiazgi. Dopiero pod koniec instrukcji wszystko to trafi w większych ‘podzespołach’ na przygotowany odpowiednio kadłub. Skoro o tym ostatnim mowa, dostał pierwszą warstwę emalii na burty. Tym pochwalę się innym razem.
Wczoraj też, niemal zupełnie spontanicznie, zamieniliśmy kuchnię w pole bitewne, gdyż wieczorem w moje skromne progi zawitali Prezes z Robsonem, jak się łatwo domyślić można, w celu stoczenia śmiertelnego boju w realiach wfb. Najpierw byłem widzem. Oj, było na co popatrzeć. Prezes poprowadził swoją słynną Bretonnię, po raz pierwszy wg zasad 8 edycji. Z kolei Rob wyprowadził do walki swoich beastmenów, których poznajemy z okazji Starcia Tytanów. Bitwa była wyśmienitym widowiskiem. Bestie bez kompleksów ruszyły do zwarcia, Prezes jakby mniej brawurowo (przynajmniej w stosunku do potyczek ze mną), przyczaił się po swojej stronie stołu. Starcie skończyło się co prawda jego przewagą punktową, ale patrząc na stół, nie było to do końca pewne. Przy okazji odpowiedzialny byłem za sędziowanie, sprawdzając sporo zasad w nowym rulebooku. I przyznam, że ostatnia edycja punktuje u mnie coraz bardziej. Zasady bowiem są opisane w bardziej precyzyjny sposób, niż ostatnio - przynajmniej wczoraj w każdym razie, znajdywaliśmy po kolei odpowiedź na pojawiające się wątpliwości.
O drugiej bitwie wypadałoby zmilczeć. Zagrałem inauguracyjnie swoimi Wood Elves. Przyszło mi zmierzyć się z zakutym po zęby Chaosem Prezesa. Cóż… święta lasu nie było, trzykrotna przewaga punktowa Preza na końcu bitwy mówi sama za siebie. Zabiłem dwie paczki wilków i… lorda generała. I to strzałem z łuku! Tyle. Bo nie chcę pisać o wszystkich komentarzach, jakimi okrasiłem swoją nową kolekcję. Na kości też nie ma co narzekać. No nic, następnym razem będzie lepiej. I tego się trzymajmy.

RSS FeedRSS