- Frederic! Ty żyjesz, ty stary łamignacie! - Mark nie potrafił ukryć zaskoczenia, kolejnego pozytywnego zresztą tego dnia.
- A tak... Tak się jakoś składa – Frederic uśmiechnął się nieznacznie, siedział na pieńku robiącym za prowizoryczną ławkę przed namiotem służby medycznej. Lewa ręka spoczywała na temblaku.
Mark rozejrzał się w koło, podszedł i usiadł obok starego druha. Zniżył głos do szeptu i rozglądając się nerwowo zapytał:
- Podobno uratowali Cię ci Elfowie z lasu... Ktoś mówił, że widział jednego, który pomagał Ci przejść przez okopy, cały w liściach i strzępkach dziwnych szmat, tak że nie można było w nim rozpoznać człowieczych kształtów... Niektórzy mówili, że Ci sami pomogli nam potem w walce z bestiami w obozie...
- Taaa... Byli tacy... - Coś dziwnego pojawiło się w spojrzeniu Frederica.
- To opowiadaj! Jak to było! Coś taki zrobił się cichy...?
- Trzech z nich oddało za mnie życie... - Odpowiedział Frederic lodowatym głosem. - Nigdy nie myślałem że ci nieludzie są zdolni do czegoś takiego dla nas... Ja nigdy bym dla nich czegoś takiego nie zrobił... Do teraz...
Między przyjaciółmi zapadła cisza. Z odległości dochodziły odgłosy sprzątania obozu po nocnej walce, z bliższa, z namiotu medyków słychać było pojedyncze urywane jęki rannych.
- No dobrze – powiedział Frederic – Skoro jesteś ciekawy, to opowiem Ci jak było... Wszystko zaczęło się, kiedy w nocy wyszedłem z namiotu w kierunku tamtego lasu...
Scenariusz: misja ratunkowa Frederica
Strony konfliktu:
Obrońcy: Frederic 9Empire Sworsmen, bez tarczy, broń ręczna), 5xWE Waywatcher, Atakujący: 20xChaos Warhounds.
Rozstawienie:
Gra rozgrywana na połówce normalnego stołu (jak border patrol). Frederic i jeden Warhound ustawieni w dowolnym miejscu na linii przechodzącej przez środek pola walki równolegle do krótszych boków stołu. WE Waywatchers rozstawieni w lesie po jednej stronie, przy krótszej krawędzi stołu. Pozostałe Warhound'y poza planszą – w rezerwach, będą mogły wchodzić na stół z drugiej krótszej krawędzi.
Koniec gry:
Gra trwa 8 tur lub do śmierci wszystkich modeli ze strony broniącej się. Strona broniąca się wygrywa jeśli Frederic przeżyje do 8 tury gry, jeśli przeżyje więcej niż 3 modele broniących się zwycięstwo jest pełne, w przeciwnym wypadku jest małym zwycięstwem. Strona atakująca wygrywa jeśli Frederic zginie. Zwycięstwo jest pełne, jeśli zginą więcej niż 3 modele strony broniącej się, w przeciwnym wypadku jest to małe zwycięstwo.
Zasady specjalne:
Skirmish fight: wszystkie modele na stole traktuje się jako niezależne – jako Lone Models.
Endless tide: wszystkie zabite modele po stronie atakującego wracają jako rezerwy. Jeśli gracz posiada pięć (lub więcej) modeli może spróbować na początku swojej tury włączyć je do gry. Za każde pełne pięć modeli może rzucić kostką, przy wyniku 4+ te pięć modeli zostaje umieszczone na stole, tak jakby właśnie wróciły z pościgu za planszę (tak jak rezerwy). Mogą wykonać pełny ruch, nie mogą szarżować. Jesli rzut kością się nie powiedzie, nalezy poczekac do klejnej tury 9dla tych pięciu modeli)
Morale: Nie wykonujemy żadnych testów na panikę, złamanie w walce, straty z wystrzelania. Zakładamy, że Frederic jest zdeterminowany aby bronić swojego życia do końca, podobnie jak Waywatchers. Z drugiej strony ogary chaosu są popychane do walki jakąś nieznaną, potężną siłą i nie ustąpią do końca bitwy.
Przebieg rozgrywki:
Pierwsza tura: rozpatrujemy walkę Frederica z ogarem chaosu, tak, jakby oba modele szarżowały w tej turze. Po rozpatrzeniu tej tury walki, gracz atakujący może spróbować umieścić na stole pozostałe swoje oddziały, tak jak napisano w zasadach, a gracz stroną broniącą się może wykonać ruch oddziałem Waywatcher'ów.
Kolejne tury: pierwszy swoją turę wykonuje gracz atakujący, po nim broniący się.
- Kashiya, weź swoich i wracajcie do najbliższego posterunku, powiedzcie co sie dzieje. Ja ze swoją piątką zostanę tutaj – zawyrokował Gilhadir. - Musimy mieć oko na to co tu się będzie działo, poza tym, może uda nam się przy pomocy tych ludzi w dolinie odeprzeć ten atak.
Młoda elfka skinęła głową, obróciła się lekko w miejscu i pobiegła w głąb lasu, za nią ruszyły cztery inne cienie. Gilhadir owinął się ciasno swoim liściastym płaszczem, skinął ręką. Tylko szelest podobny do liści na wietrze dał znać, że gdzieś w pobliżu poruszała się reszta jego oddziału. Skierował się w dół zbocza w kierunku gdzie widział tego samotnego człowieka nieopodal starego Grysaarda, łatwiej będzie przekonać jednego człowieka że nie ma się złych zamiarów niż pakować się pod ostrzał z ich obozu.
W ostatniej chwili Frederic uskoczył w bok unikając ostrych jak brzytwa pazurów monstrualnego wilka. Przez chwilę patrzył prosto w jego jedno jarzące się błękitno oko, w bezdenną pustkę dziwnej otchłani, która przerażała bardziej niż cokolwiek innego na ziemi. Odruchowo pchnął w tą błękitną pustkę sztyletem, z uczuciem ulgi gasząc ją na zawsze. Wilk bezgłośnie zwalił się natychmiast na ziemię, przez chwilę darł ją jeszcze pazurami, aby znieruchomieć na zawsze. Frederic otarł pot z czoła i rozejrzał się. Niedaleko majaczyły ciepłe ognie obozu. Z drugiej strony błękitnym, przerażającym i lodowatym ogniem płonął las. Frederic zacisnął sztylet w ręce i z łomoczącym sercem popędził w kierunku ognisk.
Kiedy wyszli na polanę Gilhadir dostrzegł biegnącą postać człowieka, za nim widział wielkie truchło monstrualnego wilka, a jeszcze dalej ścianę błękitnych ogni. Pierwsze z ogni wychynęły z lasu i zamieniły się w ślepia tych samych monstrualnych wilków.
- Stać! Przygotować się! - Nałożył smukłą strzałę i naciągnął cięciwę. Obok czterej członkowie jego grupy zrobili to samo. Wypuścił swoją strzałę i na ten odgłos cztery pozostałe także zostały zwolnione. Dwie z pięciu par ogni zgasły.
- Cel! - Wymierzył drugi raz, znów wypuścił strzałę. Pięć śmiertelnych pocisków pomknęło w noc, na odległość ponad trzystu kroków, w totalnych ciemnościach. Dwa kolejne wilki oddały ostatnie tchnienie, w pędzie ryjąc ziemie swoimi wielkimi cielskami.
Dostrzegł ich dopiero kiedy omal na nich nie wpadł. Dziwne, nieziemskie postacie. Duchy lasu, od stóp do głów okryte płaszczami z liści, otoczone dziwną aurą, magiczną i niesamowitą, ale przyjazną, nie złowieszczą jak te wilki za nim. Zauważył je przez ruchy - zwinne i szybkie. Postacie co rusz napinały misternie wykonane łuki i wypuszczały strzały, prosto w noc. Gdyby nie ten ruch pewnie przebiegłby obok nich, myśląc że to tylko dziwne sterty liści, których pełno teraz w lesie. Jeden z nich wyciągnął w jego stronę rękę, nakazując zatrzymanie się. Tak też uczynił. Odwrócił się i zobaczył jak kolejne wilki zbliżające się do nich padają pod gradem strzał. Spojrzał na swojego wybawiciela, w piękne brązowe, wielkie oczy ukryte pod ciemnoczerwonym kapturem. To były Leśne Elfy.
- I wtedy rzuciły się na nas niezliczoną hordą! Leśni wyciągnęli swoje miecze i cięli bestie z taką precyzją, że nawet te nie miały szansy na kontratak. Jednak miały przewagę liczebną... Rzuciły się w trójkę na jednego i rozszarpały na strzępy. Na moich oczach. Nieszczęśnik zdążył jeszcze ubić jednego przed śmiercią... Potem napadły nas chyba ze dwa tuziny naraz, z każdej strony, miecze Leśnych zataczały błyskawiczne i zabójczo piękne koła, wysyłając do piachu każdego wilka na swojej drodze, jednak ich było zbyt wielu. Starałem się robić co mogłem, ale nie potrafiłem walczyć tak jak tamci. Sam nie wiem jak to możliwe, że przeżyłem to piekło. Chyba tylko dzięki Sigmarowi! Zanim wilki się wycofały, padł jeszcze jeden z Leśnych, drugi dostał poważną ranę, tak że nie mógł wstać. Jeden z jego towarzyszy odciągnął go w las, drugi, ten z brązowymi oczami chwycił mnie za ramię i pociągnął do obozu... Kiedy znalazłem się w obozie upadłem z wycieńczenia. Nie wiem co było potem.
Frederic zakończył swoją opowieść. Znów nastała chwila ciszy.
- Co z nami będzie? Co tu się dzieje? - Mark był wyraźnie zakłopotany.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem...
Ralfa bolały wykręcone i spętane na plecach ręce. Szorstka lina wbijała się w nadgarstki. Smród brudnego futra zwierzoludzi, którzy prowadzili go na śmierć, lub może na coś gorszego, sprawiał że czuł mdłości. Spojrzał na Jaspera, który szedł jeszcze w gorszym stanie obok niego. Próbował się bronić, kiedy wczoraj w nocy zwierzoludzie wpadli na ich kryjówkę. Pół twarzy zalała mu krew z rozcięcia, które biegło od czoła, przez policzek do podbródka. Stracił lewe oko. Szedł dysząc ciężko. W prawym, zdrowym oku nie było widać nawet iskierki nadziei, tylko ból i strach. Jakiś zwierzoczłek kopnął Ralfa boleśnie swoją uzbrojoną w kopyto nogą, zaskrzeczał coś w swoim plugawym języku. Ralf zmusił nogi do szybszego ruchu. W oddali widać było skały, na których stała pojedyncza postać opierająca się na lasce. Zastanawiał się, czy to jeszcze jeden z tych diabłów, którzy ich prowadzili...
Nie mylił się. Kiedy stanęli na wzgórzu, zobaczył przygarbioną postać ubraną w brudnoszare, być może kiedyś białe szaty. Spod szat widać było kopyta i obrośnięte futrem pokraczne nogi, w uzbrojonym w pazury ręku trzymał kostur obwieszony najróżniejszymi czaszkami. Stał tyłem. Żaden ze zwierzoludzi nie ośmielił się do niego podejść. Ralf wiedział, że boją się go, tak jak on bał się ich.
Powoli postać odwróciła się i Ralf spojrzał w płonące błękitem przerażające oczy. W tym momencie tym bardziej pożałował ucieczki z obozu tamtej nocy. Poczuł, że czeka go los gorszy od śmierci, którą oferowała tamta noc. Teraz jednak było już za późno. Bestia stojąca za nim wystąpiła powoli na przód i przemówiła tym swoim gardłowym głosem w języku którego nie rozumiał. Ten z płonącymi oczami odpowiedział coś krótko, potem dodał coś co brzmiało jak rozkaz. Ralf poczuł pchnięcie i poleciał głową naprzód w kierunku istoty w białej szacie. Upadł na kolana. Jakaś ręka chwyciła go za włosy i podniosła głowę w górę. Zajrzał prosto w błękitne, bezdenne otchłanie chaosu. Serce zaczęło walić jak opętane. „Sigmarze, ratuj moją duszę...” pomyślał, zanim świat wokół zawirował. Wewnątrz głowy usłyszał słowa, których nigdy nie słyszał, ale których znaczenie zrozumiał. TERAZ TWOJA DUSZA STANIE SIĘ CZĘŚCIĄ NASZEGO WIELKIEGO PLANU! Kiedy zapadał się coraz głębiej w otchłań swojej nieświadomości towarzyszył mu tylko demoniczny, głęboki śmiech.
- Przyprowadziliśmy tych dwóch człowieków, o Przepotężny. - wielki zwierzoludź wystąpił na przód. - Tak jak kazałeś. Jakie są twe rozkazy, o Najmądrzejszy?
- Nie musieliście ich okaleczać wy imbecyle – powiedział szaman wskazując jednego z ludzi, tego który stracił lewe oko. - Taki mi się do niczego nie przyda. Weźcie go i wrzućcie tam gdzie trzymamy resztę truchła do eksperymentów. I żebyście mi się go nie ważyli zeżreć tak jak ostatnim razem! Bo porozrywam na drobne kawałeczki! - Zagroził. - A teraz dajcie mi tego drugiego!
Ktoś popchnął drugiego z ludzi w przód, tak aby upadł na kolana przed szamanem.
Wielki zwierzoludź z nie najbardziej zadowoloną miną skłonił się i zawrócił oddział, kopiąc człowieka bez oka z całej siły, tak iż ledwo utrzymał równowagę. Oddział oddalił się w kierunku wielkich, ciemnych słupów dymu na horyzoncie.
Szaman chwycił człowieka za włosy i odchylił jego głowę tak, aby ten spojrzał mu w oczy.
Gdzieś głęboko w umyśle szamana otwarło się mistyczne połączenie między nim, jego Panem i tym nieszczęsnym człowieczkiem. Szaman pozwolił, aby jego Pan przemówił przez niego, do umysłu tego nic niewartego ludzkiego śmiecia. Niech wie, jak wielka spotkała go nagroda!
Gdzieś w oddali Jasper usłyszał głos swojego przyjaciela. Przeciągły krzyk, straszniejszy od czegokolwiek co słyszał do tej pory. Krzyk odbił się echem wśród drzew i skał. I zapanowała dziwna cisza. Nawet bestie, które go prowadziły zdawały się zaniepokojone. Pod stopami Jasper poczuł drżenie ziemi. Gdzieś, z wnętrza lasu, dobiegły niesamowite odgłosy, jakby pękały drzewa i łamały się skały. Gdzieś budził się do życia przerażający efekt plugawej beastmenskiej magii.
No i to by było na tyle. Długa przerwa, dużo się zdążyło zdarzyć. To co widzicie to mała niespodzianka. Już skarżyłem się Szeperdowi, że mam dość beastmeńskiej wszędobylskiej sierści do malowania, tak więc postanowiłem ubarwić trochę moją kolekcję. Zamierzam jeszcze pociapciać kiedyś ze 2-3 inne oddziały z armii Imperium, oraz z jednego maga, aby mogło to wszystko pracować jako straż przyboczna Baltazara i sam Baltazar zarazem. To wszystko po to, abym mógł sobie rozgrywać (sam albo ze znajomymi) małe bitewki pod to opowiadanie, które tworzę. W związku z tym postanowiłem umieścić jedno sprawozdanko z takiej bitwy w formie narracyjnej , plus oczywiście zasady z jakich korzystałem. Chciałem rozegrać bitwę obronną obozu Baltazara, ale niestety nie zdążyłem wszystkiego pomalować na czas, a historia popychała mnie naprzód, tak, że założyłem po prostu, że obóz się obronił (można o tym poczytać w poprzedniej historyjce, z piątego wpisu).
Co do beastmenów, to niestety nie mam czego pokazać, no może poza demem Bestigorów. Oto on:
Chciałem pomalować sztandarowego armii i pokazać jego konwersję, ale niestety czasu zabrakło. Proszę się nie zżymać, na to co napisałem, ale naprawdę różne i różniste obowiązki na studiach (a tak, dalej kontynuuję studia, tym razem Piled Higher and Deeper, w skrócie Ph.D) i w pracy wpłynęły na brak czasu na malowanie. Ale za to zapowiadam że następnym razem będzie coś naprawdę duuużego!!!
PS. Stan zabawy jak poprzednio.









0 komentarzy:
Prześlij komentarz