czwartek, 28 czerwca 2007

Końcowe odliczanie

W zasadzie mogę je już rozpocząć – tj. końcowe odliczanie. I w zasadzie nie mam ochoty o tym więcej pisać. Z prostego tematu pewnej kolekcji miniatur zrobiła się bowiem tasiemcowa opera mydlana. Kolejne odcinki sagi o ludziach z metalu i plastiku…
Uwieczniam cztery ostatnie ‘regularne’ miniatury do HE, tuż przed ‘napisaniem epilogu’ (w ubiegły weekend dokończyłem malowanie 3 sztuk). Są to oczywiście milczący członkowie Gwardii Feniksa. W zasadzie są gotowi w 20% procentach. Bez sentymentu zastosuje malowanie seryjne. Przy okazji zrezygnowałem jednak z przeróbki podstawek. Jakoś w przypadku elfów zżyłem się z piaskiem malowanym na zielono – faktycznie jest to mało efektowne, niemniej schludne, oszczędne i estetyczne. Poza tym, pomimo zamiarów, nie znalazłbym na takie przedsięwzięcie ani czasu, ani, po prawdzie, szczerych chęci.
W ramach krótkiej refleksji – będzie mi brakowało składania i malowania regimentów do warhammera. Bardziej jednak cieszę się już na nowe zakupy do DBA, tym bardziej, że ostatnio wypróbowałem prostą i efektywną technikę malowania, opartą na konturowaniu.

Trochę historii, czyli krasnoludowanie cz. 1

Wszystko wypada jakoś zacząć, a od czego najlepiej zaczynać jak nie od samego początku. Przyznam szczerze, że ciężko mi byłoby przypomnieć sobie nawet, kiedy dokładnie to wszystko się zaczęło, pomocy jednak zasięgnąłem u kolegi „po fachu” imć Szeperda herbu Baran. Posiłkując się więc spisaną przez niego historią, wiem przynajmniej tyle, że było to lat temu już dziesięć. Po dłuższym czasie pogrywania w różnorakie RPG, odkrywania w sobie (o zgrozo!) krasnoludzkiej natury i fizjonomii, w moje łapy wpadło wysłużone pudełko po butach wypełnione figurkami do Warhammera wszelkiej maści, kolorów i pochodzenia (o pochodzeniu niektórych, patrz Tyrion, wspominał nie będę). Jako, że dostałem zgodę na posiłkowanie się nimi (czy też milczące przyzwolenie), wygrzebałem z niego moje pierwsze miniatury do WFB. Było to dziesięciu pomalowanych jednako członków klanu, czterech trooperów Bugmana, dwóch samotnych zabójców trolli posiłkowanych przez znaną mi już wtedy z opowiadań Billa Kinga pary, Gotreka i Feliksa.

I tak powoli dojrzewała w nas myśl o stworzeniu wielkich armii. Każdy z „mrocznej trójki od której wszystko się zaczęło”, wyszukał w pudełku coś dla siebie, i zaczęliśmy się nieśmiało rozglądać za dodatkowymi posiłkami. Łezka w oku się kręci, jak sobie przypomnę nasze pierwsze nieporadne kroki. Kilka farbek (nieżyjącej już firmy Model Color plus jeden mały humbrol koloru piaskowego), dwa wspólne pędzelki, kilka wizyt w sklepie w Bielsku i zaczynamy. Ja osobiście, po krótkim namyśle stwierdziłem, że mój regiment wojowników klanowych nie powinien nosić jednorakich barw. Chciałem aby był to typowy regiment „pospolitego ruszenia”, wojownicy zaciągani z różnych klanów pod wspólną banderę. Pierwsza myśl wydawała się idealna, jako że plastików nijak kąpać w rozpuszczalniku, do usuwania farby posłużył mi nóż do obierania ziemniaków podprowadzony dziadkowi. Jednak po jednej wymęczonej i wyskrobanej figurki (która wyglądała potwornie) postanowiłem, że nałożenie na pomalowane figurki nowej warstwy farby podkładowej, będzie jednak rozwiązaniem wygodniejszym i da ostatecznie lepsze wyniki. Co żem pomyślał to żem zrobił i tak dziesięciu pierwszych wojowników gotowych było do malowania.

A co to było za malowanie! Posiadówy przy jednym stole trzech początkujących generałów, mazianie czego popadnie całkowicie na ślepo i dzielenie się pierwszymi doświadczeniami. Dużo z próbowanych technik, testowanych było właśnie na biednych i niczego się nie spodziewających brodatych wojownikach. Po dokupieniu kolejnych ośmiu, nowych tym razem wojowników, muzyka sztandarowego i bohatera Krudda czy jak mu tam, który stał się pierwszym pełnoprawnym championem, powstał cały, dwudziestojedno osobowy oddział. Liczba to dość dziwna jak na standardy WFB, ale trzymam się jej do dzisiaj, przyzwyczaiłem się do klocków piechoty trzy rzędy po siedmiu wojów, wyglądają ładnie i spełniają moją skrzywioną miłość do symetrii.


Jak na zdjęciach pewnie trochę widać, zamysł nadania im wyglądu pospolitego ruszenia przetrwał i do dzisiaj ma się dobrze. To pierwszy skończony przeze mnie regiment, więc i jego miejsce jest właśnie tutaj, w mojej pierwszej notce na zgiełkowym blogu. Mam do niego duży sentyment, a czasami lubię nim straszyć Szeperda. W jego szeregach znajduje się bowiem pierwsza pomalowana przez niego figurka (HE wtedy zostawały chyba w sferze planów jeszcze), pierwsza miniatura pomalowana przeze mnie również tam gości. Widać ją na prawym zdjęciu na dole, to ta wystająca z drugiego rzędu, z przodu zaś wojownik robiący przez kilka bitew za championa, pędzla Tsara.

Oddział ten uczestniczy w bitwach w niezmienionym składzie i barwach od samego praktycznie początku, prawie taki sam tez zostanie już po wieki wieków amen. Ostatnio jednak poczyniłem pewne kroki, i przyjdzie mi jeszcze wrócić do walczenia z nim. Zmianie ulegnie sztandar (a nawet jego w tym momencie brak) na modny w nowych edycjach totem (w celu odróżnienia tego oddziału od drugiego, praktycznie bliźniaczego o którym pewnie jeszcze napisze). Po przemyśleniach też, mam zamiar zmienić wszystkim brodaczom podstawki na nowe, ale to pewnie w odległej przyszłości, jak już zdecyduje jakie będą mi pasowały i przetestuje je, na którymś nowym, czekającym na pomalowanie regimencie.

I to tyle pierwszej części zaglądania w przeszłość mojego battlowania, cykl mam nadzieje uda mi się prowadzić dalej, raz od czasu sięgając w zamierzchłe czasy pamięcią, i tym samym wynagrodzić sobie samemu brak wpisu w dziale Nasze Armie. Ostatecznie zostało mi się jeszcze z wami przywitać, zapewnić o trzymaniu poziomu i postarać się raz na miesiąc coś tu naskrobać.

Czołem Zgiełkowicy!

czwartek, 21 czerwca 2007

Błyskawiczne wspomnienie

Ostatnio zafundowałem sobie krótki odpoczynek w okolicach Trójmiasta. Oczywiście wprawiłem moją rodzinę w osłupienie, kiedy zaprezentowałem listę tamtejszych sklepów, w których handlują miniaturami – sklepów, które, rzecz jasna, zamierzałem odwiedzić. Ba – nie tylko odwiedzić ale opisać i zaprezentować na łamach BZ. Komentarze rodziny zachowam może dla siebie.
Dość, że plany spaliły na panewce. Podróżowanie z małymi dziećmi, połączone z oberwaniem chmury i jedną wielką przebudową polskiej infrastruktury drogowej, może zachwiać nawet podstawami nowojorskiej giełdy, a co dopiero pokrzyżować podróżniczo-reporterskie plany. Wbrew jednak wszystkiemu udało mi się zaliczyć pewien punkt wycieczki, który przeleżał na dnie mojej pamięci sam-nie-wiem-jak długo. No, z dobre dwadzieścia lat chyba.
Na marginesie: mam ostatnio wrażenie, że zbytnio uderzam w ton własnej wiekowości. Nie chodzi o słoiki, tylko o zapiski w stylu: armię zbieram 10 lat; zdrowie szwankuje; dzisiaj nie robią butów, jak kiedyś. Jeszcze trochę taplania się w tym sosie, a zacznę reklamować cukierki, otwierając spot zdaniem ‘dziś sam jestem dziadkiem’…
Do rzeczy – przy Skwerze Kościuszki, w gdyńskim porcie, stoi zacumowany pewien okręt-muzeum. Faktycznie widziałem go raz na żywo – dokładnie 20 lat temu. Pech chciał, że był to poniedziałek, muzeum było zamknięte – musiałem obejść się smakiem a moje dziecięce serduszko pękło niemal na dwie części. Mówimy o czasach szkoły podstawowej, a więc kompletnie szalonej fascynacji marynistyką, szczególnie polskimi niszczycielami z czasów II wojny światowej. Pamiętam, jak zabijając nudę na różnych lekcjach, rysowałem ich sylwetki, opowiadałem o nich na lewo i prawo (narażając się na całkiem spore i ostre kpiny rówieśników) i marzyłem, że kiedyś zostanę marynarzem Royal Navy…
Do ubiegłego tygodnia nie zostałem marynarzem, za to w końcu postawiłem stopę na „Błyskawicy” – krew popłynęła inaczej, ożyły wspomnienia, zapaliłem się do nowych pomysłów.
Ci, którzy czytali co nieco o początkach mojej figurowej pasji wiedzę, że sklejania modeli przegrało z warhammerem. Tak się jednak składa, że mam wielką ochotę na powrót do modelarstwa. Wygrzebałem więc z biurka jakiś stary egzemplarz Małego Modelarza z „Błyskawicą” właśnie i mam szczerą nadzieję, że uda mi się ją zaprezentować w niedalekiej przyszłości na łamach BZ. Myślę, że znajdziemy dla niej jakiś zgrabny, wirtualny kącik.
Zawsze podziwiałem drapieżną sylwetkę tego okrętu – na koniec więc chciałem jeszcze przez chwilę pozachwycać się tą linią. Być może jeszcze komuś się spodoba.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Męka tworzenia

Zajrzałem do notatek, w których zapisuję daty malowania kolejnych miniatur do mojej elfiej armii WFB i zrobiło mi się wstyd. Siedem miesięcy przerwy w postępach, czyli fatalny finisz, ponieważ koniec jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Oczywiście w tzw. międzyczasie nie próżnowałem – kompletna armia do DBA czy ponad dwudziestka krasnoludów wystarczą za wyjaśnienie. Jak dodam do tego kompletny brak chęci na elfów i kłopoty z koncentracją, wszystko okazuje się być jasne. Było, nie było, poczuwszy lekkie tchnienie weny po czerwcowym, długim weekendzie w towarzystwie znakomitych kolegów, oraz korzystając z kilku dni samotności w domu (wyjąwszy psa, któremu towarzyszyłem, ku jego uciesze, głównie w godzinach karmienia), zebrałem się w sobie i skończyłem plastikowe bolt throwery. Całość to oszczędne i proste malowanie: sporo suchego pędzla, nieco niebieskiego washa. Jak mawia MiSiO – standard stołowy. Na uwagę zasługują być może podstawki – wykonałem je nieco inaczej, niż w reszcie armii. Piasek w trzech kolorach, nieco trawki statycznej. Poważnie rozważam przerobienie wszystkich modeli w tym kierunku. Wrażenia po oglądaniu podstawek autorstwa Gobosa czy ostatnio malowanych goblinów Tsara coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że piasek malowany na zielono to minimalizm godny pożałowania.
Jeszcze siedem miniatur i odtrąbię wielki finał. Po dziesięciu latach moja przygoda z HE w takim wydaniu dobiegnie końca. Będzie oczywiście miejsce na pojedynczych bohaterów, być może skuszę się na nowe wzory z okazji zapowiadanej na jesień reedycji. Niemniej jednak całość dobiega końca i bez żalu napiszę ostatnią stronę. Męczę się bowiem okrutnie, co nie pozostaje bez wpływu na jakość wykonania.

wtorek, 5 czerwca 2007

Chapiberdej Myster Naczelny

Dzisiaj krótko ale treściwie. Chciałem złożyć najserdeczniejsze życzenia Naszemu Kochanemu Redaktorowi Naczelnemu, który obchodzi dzisiaj mały i okrągły jubileusz. Zdrowia, bo jest absolutnie najważniejsze, szczęścia, bo bez niego życie jest szarawe, dużo wolnego czasu, aby mieć co marnotrawić na bitewne hobby, dużo kasy, bo się z nią łatwiej żyje. Słowem – Wszystkiego, Wszystkiego, po trzykroć Wszystkiego Najlepszego! No i oczywiście zadowolenia i satysfakcji z Bitewnego Zgiełku.
Nie mam aktualnie aparatu, nie udało mi się zdążyć z pewnym pomysłem z okazji życzeń – mam jednak nadzieję, że i tak będziesz zadowolony z prezentu, który już czeka na Ciebie.

RSS FeedRSS