Ostatnio zafundowałem sobie krótki odpoczynek w okolicach Trójmiasta. Oczywiście wprawiłem moją rodzinę w osłupienie, kiedy zaprezentowałem listę tamtejszych sklepów, w których handlują miniaturami – sklepów, które, rzecz jasna, zamierzałem odwiedzić. Ba – nie tylko odwiedzić ale opisać i zaprezentować na łamach BZ. Komentarze rodziny zachowam może dla siebie. Dość, że plany spaliły na panewce. Podróżowanie z małymi dziećmi, połączone z oberwaniem chmury i jedną wielką przebudową polskiej infrastruktury drogowej, może zachwiać nawet podstawami nowojorskiej giełdy, a co dopiero pokrzyżować podróżniczo-reporterskie plany. Wbrew jednak wszystkiemu udało mi się zaliczyć pewien punkt wycieczki, który przeleżał na dnie mojej pamięci sam-nie-wiem-jak długo. No, z dobre dwadzieścia lat chyba.
Na marginesie: mam ostatnio wrażenie, że zbytnio uderzam w ton własnej wiekowości. Nie chodzi o słoiki, tylko o zapiski w stylu: armię zbieram 10 lat; zdrowie szwankuje; dzisiaj nie robią butów, jak kiedyś. Jeszcze trochę taplania się w tym sosie, a zacznę reklamować cukierki, otwierając spot zdaniem ‘dziś sam jestem dziadkiem’…
Do rzeczy – przy Skwerze Kościuszki, w gdyńskim porcie, stoi zacumowany pewien okręt-muzeum. Faktycznie widziałem go raz na żywo – dokładnie 20 lat temu. Pech chciał, że był to poniedziałek, muzeum było zamknięte – musiałem obejść się smakiem a moje dziecięce serduszko pękło niemal na dwie części. Mówimy o czasach szkoły podstawowej, a więc kompletnie szalonej fascynacji marynistyką, szczególnie polskimi niszczycielami z czasów II wojny światowej. Pamiętam, jak zabijając nudę na różnych lekcjach, rysowałem ich sylwetki, opowiadałem o nich na lewo i prawo (narażając się na całkiem spore i ostre kpiny rówieśników) i marzyłem, że kiedyś zostanę marynarzem Royal Navy…
Do ubiegłego tygodnia nie zostałem marynarzem, za to w końcu postawiłem stopę na „Błyskawicy” – krew popłynęła inaczej, ożyły wspomnienia, zapaliłem się do nowych pomysłów.
Ci, którzy czytali co nieco o początkach mojej figurowej pasji wiedzę, że sklejania modeli przegrało z warhammerem. Tak się jednak składa, że mam wielką ochotę na powrót do modelarstwa. Wygrzebałem więc z biurka jakiś stary egzemplarz Małego Modelarza z „Błyskawicą” właśnie i mam szczerą nadzieję, że uda mi się ją zaprezentować w niedalekiej przyszłości na łamach BZ. Myślę, że znajdziemy dla niej jakiś zgrabny, wirtualny kącik.
Zawsze podziwiałem drapieżną sylwetkę tego okrętu – na koniec więc chciałem jeszcze przez chwilę pozachwycać się tą linią. Być może jeszcze komuś się spodoba.


0 komentarzy:
Prześlij komentarz