Wszystko wypada jakoś zacząć, a od czego najlepiej zaczynać jak nie od samego początku. Przyznam szczerze, że ciężko mi byłoby przypomnieć sobie nawet, kiedy dokładnie to wszystko się zaczęło, pomocy jednak zasięgnąłem u kolegi „po fachu” imć Szeperda herbu Baran. Posiłkując się więc spisaną przez niego historią, wiem przynajmniej tyle, że było to lat temu już dziesięć. Po dłuższym czasie pogrywania w różnorakie RPG, odkrywania w sobie (o zgrozo!) krasnoludzkiej natury i fizjonomii, w moje łapy wpadło wysłużone pudełko po butach wypełnione figurkami do Warhammera wszelkiej maści, kolorów i pochodzenia (o pochodzeniu niektórych, patrz Tyrion, wspominał nie będę). Jako, że dostałem zgodę na posiłkowanie się nimi (czy też milczące przyzwolenie), wygrzebałem z niego moje pierwsze miniatury do WFB. Było to dziesięciu pomalowanych jednako członków klanu, czterech trooperów Bugmana, dwóch samotnych zabójców trolli posiłkowanych przez znaną mi już wtedy z opowiadań Billa Kinga pary, Gotreka i Feliksa.
I tak powoli dojrzewała w nas myśl o stworzeniu wielkich armii. Każdy z „mrocznej trójki od której wszystko się zaczęło”, wyszukał w pudełku coś dla siebie, i zaczęliśmy się nieśmiało rozglądać za dodatkowymi posiłkami. Łezka w oku się kręci, jak sobie przypomnę nasze pierwsze nieporadne kroki. Kilka farbek (nieżyjącej już firmy Model Color plus jeden mały humbrol koloru piaskowego), dwa wspólne pędzelki, kilka wizyt w sklepie w Bielsku i zaczynamy. Ja osobiście, po krótkim namyśle stwierdziłem, że mój regiment wojowników klanowych nie powinien nosić jednorakich barw. Chciałem aby był to typowy regiment „pospolitego ruszenia”, wojownicy zaciągani z różnych klanów pod wspólną banderę. Pierwsza myśl wydawała się idealna, jako że plastików nijak kąpać w rozpuszczalniku, do usuwania farby posłużył mi nóż do obierania ziemniaków podprowadzony dziadkowi. Jednak po jednej wymęczonej i wyskrobanej figurki (która wyglądała potwornie) postanowiłem, że nałożenie na pomalowane figurki nowej warstwy farby podkładowej, będzie jednak rozwiązaniem wygodniejszym i da ostatecznie lepsze wyniki. Co żem pomyślał to żem zrobił i tak dziesięciu pierwszych wojowników gotowych było do malowania.
A co to było za malowanie! Posiadówy przy jednym stole trzech początkujących generałów, mazianie czego popadnie całkowicie na ślepo i dzielenie się pierwszymi doświadczeniami. Dużo z próbowanych technik, testowanych było właśnie na biednych i niczego się nie spodziewających brodatych wojownikach. Po dokupieniu kolejnych ośmiu, nowych tym razem wojowników, muzyka sztandarowego i bohatera Krudda czy jak mu tam, który stał się pierwszym pełnoprawnym championem, powstał cały, dwudziestojedno osobowy oddział. Liczba to dość dziwna jak na standardy WFB, ale trzymam się jej do dzisiaj, przyzwyczaiłem się do klocków piechoty trzy rzędy po siedmiu wojów, wyglądają ładnie i spełniają moją skrzywioną miłość do symetrii.
A co to było za malowanie! Posiadówy przy jednym stole trzech początkujących generałów, mazianie czego popadnie całkowicie na ślepo i dzielenie się pierwszymi doświadczeniami. Dużo z próbowanych technik, testowanych było właśnie na biednych i niczego się nie spodziewających brodatych wojownikach. Po dokupieniu kolejnych ośmiu, nowych tym razem wojowników, muzyka sztandarowego i bohatera Krudda czy jak mu tam, który stał się pierwszym pełnoprawnym championem, powstał cały, dwudziestojedno osobowy oddział. Liczba to dość dziwna jak na standardy WFB, ale trzymam się jej do dzisiaj, przyzwyczaiłem się do klocków piechoty trzy rzędy po siedmiu wojów, wyglądają ładnie i spełniają moją skrzywioną miłość do symetrii.Jak na zdjęciach pewnie trochę widać, zamysł nadania im wyglądu pospolitego ruszenia przetrwał i do dzisiaj ma się dobrze. To pierwszy skończony przeze mnie regiment, więc i jego miejsce jest właśnie tutaj, w mojej pierwszej notce na zgiełkowym blogu. Mam do niego duży sentyment, a czasami lubię nim straszyć Szeperda. W jego szeregach znajduje się bowiem pierwsza pomalowana przez niego figurka (HE wtedy zostawały chyba w sferze planów jeszcze), pierwsza miniatura pomalowana przeze mnie również tam gości. Widać ją na prawym zdjęciu na dole, to ta wystająca z drugiego rzędu, z przodu zaś wojownik robiący przez kilka bitew za championa, pędzla Tsara.
Oddział ten uczestniczy w bitwach w niezmienionym składzie i barwach od samego praktycznie początku, prawie taki sam tez zostanie już po wieki wieków amen. Ostatnio jednak poczyniłem pewne kroki, i przyjdzie mi jeszcze wrócić do walczenia z nim. Zmianie ulegnie sztandar (a nawet jego w tym momencie brak) na modny w nowych edycjach totem (w celu odróżnienia tego oddziału od drugiego, praktycznie bliźniaczego o którym pewnie jeszcze napisze). Po przemyśleniach też, mam zamiar zmienić wszystkim brodaczom podstawki na nowe, ale to pewnie w odległej przyszłości, jak już zdecyduje jakie będą mi pasowały i przetestuje je, na którymś nowym, czekającym na pomalowanie regimencie.
I to tyle pierwszej części zaglądania w przeszłość mojego battlowania, cykl mam nadzieje uda mi się prowadzić dalej, raz od czasu sięgając w zamierzchłe czasy pamięcią, i tym samym wynagrodzić sobie samemu brak wpisu w dziale Nasze Armie. Ostatecznie zostało mi się jeszcze z wami przywitać, zapewnić o trzymaniu poziomu i postarać się raz na miesiąc coś tu naskrobać.
Czołem Zgiełkowicy!




0 komentarzy:
Prześlij komentarz