czwartek, 10 listopada 2011

Pasar się martwi się


- Bobos, tutaj! - ni to krzyknąłem, ni to szepnąłem i rozejrzałem się wkoło przerażony poziomem mojego głosu, tak jakbym był w stanie przejrzeć ciemności jakie mnie otaczały. Bobos też miał z tym trudności, bo w mroku usłyszałem najpierw głośny huk kiedy wpadł na ustawione wokół stolika krzesła, a później soczyste przekleństwo, które plasnęło o podłogę pośród tumanów wznieconego całym zamieszaniem kurzu. W końcu, po omacku, dotarł do mnie i w słabym świetle księżycowego blasku zobaczyłem jak rozciera bolące biodro, którym musiał wyrżnąć w meble.

- Czemu spotykamy się w tutaj i w ciemnościach, w jakiejś konspiracji ? – zapytał Bobos. Rozumiałem dokładnie jego zdziwienie, ale sprawa wymagała konspiracji.
- Martwię się o SzeFreda, coś z nim jest nie tak – syknąłem mu do ucha.
- Nie musisz szeptać, przecież nikogo tu nie ma! – powiedział z wyrzutem.
- Martwię się o niego, dziwnie się zachowuje od kiedy wrócił z półwyspu – powiedziałem już normalnym tonem.
- W jakim sensie? – Bobos wyglądał na szczerze zdziwionego.
- Pamiętasz jak w karnawale przyjechał na przyjęcie przebrany za elfiego rycerza na tym glucie ze złotymi bransoletkami?
- No to rzeczywiście nie było bardzo naturalne, ale to jeszcze nic nie znaczy.
- No niby nie, ale… – zawiesiłem dramatycznie głos – potem doszło do tych ekscesów na półwyspie!
- Jakich ekscesów? – wyraźnie, zaniepokoił się mój towarzysz w konspiracji.
- Doszły mnie słuchy, że udawał dawnego wojownika… Tego no… - zabrakło mi słów.
- Germańskiego najeźdźcę?! – z nieukrywanym przerażeniem podpowiedział Bobos.
- Nie! – zaoponowałem – Słowiańskiego woja! O!
- Skrzywdził kogoś? – dopytywał mój kolega.
- Ponoć rzucił się z pięściami na kilku Francuzów, ale koniec końców to tamci spuścili mu łomot.
- Uuu, nie brzmi dobrze. Jak to przeżył? – zaniepokoił się Bobos.
- No właśnie ciężko powiedzieć, ale dziś go widziałem i wyglądał jakby był pod wpływem! Mówił nawet, że się zaciągnie do carskiej armii – pokiwaliśmy wspólnie, smutno głowami
- Co proponujesz? – zapytał po dłuższej chwili Bobos.
- Ja bym go zabrał do jakiegoś parku rozrywki czy coś w ten deseń – zaproponowałem.
- Może do World of Warcraft, ten nowy figlopark koło Cygańskiego Lasu? – zaproponował z dużym entuzjazmem mój kolega .
- To jest dobry pomysł, tylko weź dopilnuj, żeby znów nie pojechał na tym zielonym glucie w stylu Crashing Wave-Spirit.
- Umowa stoi!

Podaliśmy sobie w porozumiewawczym geście dłonie i rozeszli się w przeciwnych kierunkach w mrok.

*Co to za notka? Trochę hermetyczna, trochę złośliwa, w ogóle nie na temat, może ktoś zgadnie skąd ona tu, na pewno powinien nasz niesłowny kolega, który lubi trzymać nas w niewiedzy. Do następnego razu!

środa, 9 listopada 2011

Pod wpływem

Jestem pod wpływem. Wpływem przepięknej jesieni, jakiej nie oglądałem już od kilku lat. I jak od wielu lat, jesień nastraja mnie do powrotów do figurkowego warsztatu i snucia hobbystycznych planów. Skończyłem w ubiegły weekend armię Leśnych Elfów (na dniach kolejna odsłona Starcia Tytanów - czekamy jeszcze na Robsona). Zamówiłem w przedsprzedaży wyczekiwany podręcznik do systemu Ogniem i Mieczem. Zawędrowałem też do lokalnego Gnoma, gdzie zakupiłem (i wypróbowałem już!) green staff w płynie, sierpniowy numer WD (na lepsze zasypianie) i prezent dla Czarka. W najbliższy weekend będę kończył bohatera do HE a już w styczniu mają pojawić się w sprzedaży pierwsze modele do Carstwa Rosyjskiego do OiM, na co już dzisiaj ostrzę sobie zęby.

Tylko tyle chciałem dzisiaj napisać. Do usłyszenia już wkrótce, tym razem z miniaturami w tle.

piątek, 28 października 2011

Słowiańscy Wojowie

To krótka opowieść o dwóch słowiańskich wojach i ich przygodach w odległym kraju. Jeden z nich był znacznie odleglejszy w geograficznej perspektywie od drugiego, a to z racji rozmiaru rzeczywistości czasowej, w której przebywał w rzeczonym odległym miejscu. Drugi z nich pozostał geograficznie odległy tylko na kilka dni. A opowieść ta, z małymi wyjątkami, traktuje o jednym dniu, który upłynął względnie zbyt szybko, choć istnieje pewna szansa, że będzie miał okazję się kiedyś powtórzyć.

No dobra, dość tych bredni. Chciałem dzisiaj napisać o czymś, w czym miałem okazję wziąć udział w ostatnią sobotę. Mianowicie o I Copa Iberia, turnieju DBA, który odbył się 22 października w Saragossie, w Hiszpanii… No dobra, nie musi Wam opadać kopara. Wystarczy, że mi opadła.


Sam turniej odbył się w sporej, wygodnej sali miejskiego domu kultury. W szranki stanęło w sumie 29 graczy z Hiszpanii, Francji i oczywiście Polski. Przy ponumerowanych stołach znajdowały się historycznie dobrane pary, które gracze losowali (a w zasadzie losował program komputerowy) w oparciu o system szwajcarski. Saragoski klub Czarka dostarczył stołów, terenów i przy wsparciu kilku graczy, 30 pomalowanych armii. W przerwie zjedliśmy przepyszny, hiszpański obiad, a na zwycięzców i szczęśliwych wygranych z losowania czekały nagrody, których pula przekraczała kilkaset Euro (nie obyło się też bez tradycyjnej drewnianej łyżki za zajęcie ostatniego miejsca). Do teraz jestem pod wrażeniem tej organizacji. A czyja to zasługa?


Otóż w ogromnej mierze naszego Czarka, który wraz ze swoim klubowym kolegą, Inniakim, wziął na siebie ciężar organizacji tego przedsięwzięcia. Cesar, jak go tam przezywają, nie dość, że napracował się przed samym turniejem, to oczywiście w trakcie rozrywek uwijał się jak w ukropie - wszędzie było go pełno. Po prostu człowiek orkiestra! Z twarzy uczestników i strzępków rozmów, które przetłumaczył dla mnie wynikało jasno, że turniej udał się znakomicie a wszyscy wracali do domu niezwykle zadowoleni.


Ogromne wrażenie na graczach zrobiły również nagrody rodem z Polski: pięknie pomalowana armia autorstwa Pawła Kura, figury (pudła i blistery) do Ogniem i Mieczem z Wargamera oraz dość pokaźna i różnorodna paczka miniatur z Oddziału Ósmego.


Co do wyniku, to powiem tak: liczy się udział, prawda? No dobra, parę słów więcej o mnie, bo Czarek grał z na zmiany ze swoim kolega z klubu. Najpierw dostałem baty od Spartakusa (przeciwnikiem był kolega z Francji). W drugiej bitwie wygrałem Łokietkiem pod Płowcami (przeciw Czarkowi - co za losowanie!). W trzeciej rundzie przegrałem w jakiejś achajskiej wojnie z kolegą… z Francji. W czwartej rundzie? Tak! Kolejny gracz z Francji - tym razem zmieniłem bieg historii i dzięki mnie Aleksander Macedoński wrócił do domu szybciej, niż z niego wyjechał. Na koniec Wojna Trojańska i remis - tym razem nie grałem z nikim z Francji. To prawda, nie popisałem się. Na kości nie wypada zwalać (choć śmiało mógłbym), to zwalę na własną nieudolność i… kaca. Nic nie poradzę - kocham hiszpańskie wino. A na kolegach z Francji kiedyś się odegram.


Koniec końców, choć słowiańscy wojowie grzali tyły tabeli, to wrócili wieczorem do domu szczęśliwi i spełnieni. Jeden w laurach najlepszego organizatora turnieju, drugi nieco oszołomiony całym przedsięwzięciem.


Na zakończenie dwa oświadczenia. Po pierwsze mam nadzieję, że kilku z Was mi zazdrości tego turnieju (który, po prawdzie, był jedną z wielu fantastycznych przygód, jakie mogłem przeżyć w Hiszpanii dzięki Czarkowi - ale to opowieść na inną okazję). Po drugie znów mam nadzieję, że za rok pojedziemy w większym składzie (na dzień dzisiejszy plan mam taki, żeby pojechać samochodem, odwiedzić po drodze w Europie kilka miejsc okraszonych historią i powalczyć tym razem o lepszą lokatę na turnieju). O ile na pierwszym mi nie zależy wcale, o tyle na drugim - jak najbardziej.

Nos vemos el ano que viene! Gracias Cesar!

P.S.

Leit motiv Słowiańskich Wojów jest autorstwa Czarka. Jak tylko wstaliśmy bladym świtem w dzień turnieju, od razu podgrzewał atmosferę odpowiednimi wstawkami. Ech, żałujcie, że Was nie było…

P.P.S.

Ostatnie zdjęcie pochodzi z forum La Armada

Dzień Jedenasty - końcówki i początki

Zająłem się 3 rzeczami i każdej zrobiłem po odrobince. Pierwsza to zakończenie wierzchowca pod bretońskiego Knight of the Realm. Jakiś czas temu go zacząłem teraz skończyłem. Został tylko jeździec, którego mam nadzieję załatwić w tym tygodniu. Jest to zamówienie na 8 rycerzy pomalowanych w takie właśnie wzory jak widzicie na zdjęciu, ale w różnych kolorach. Praca nad tym projektem jest rozciągnięta mocno w czasie. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie.
Druga rzecz to widoczny na drugim zdjęciu zwierz. Do końca nie wiem co to za stwór. Gdyby miał skrzydła to byłby gryfem, ale ich nie ma więc dla mnie będzie też gryfem. Model pochodzi ze strony Forge World i nazywa się Theodore Bruckner and reaper. Ok, właśnie przeczytałem parę słów na stronie i wychodzi na to, że to „demigryph”. Co to jest? Nie wiem. Samo gryf wystarczy. Dopiero zacząłem prace nad nim i niewiele jest do pokazania. Zakładam użycie go na zasadach gryfona do armii Imperium czy tam Bretonii. W każdym razie z tego powodu wsadziłem go na podstawkę 50x50mm co sprawiło mi sporo kłopotu, bo jakoś go tam musiałem upchać. Skały odstają na wszystkie strony za bazę, ale jakoś się bestia zmieściła. wstępnie skóra gryfa będzie oparta na kolorze snakebite leather, a futerko na bestial brown, pióra chyba szarawe. No, wyjdzie w praniu podczas malowania.
Trzecia rzecz…, a to niespodzianka.

czwartek, 27 października 2011

Dzień Dziesiąty – Golgfag Maneater

Podstawka w pełni ukończona. Możecie teraz oglądnąć ogra w 100% gotowego. Model jest dosyć wielki więc zastanawiałem się co włożyć na podstawkę. Myślałem o tym gnoblarze bo mógłby fajnie wyglądać gdzieś tam pod nogami ogra, ale niestety jestem w posiadaniu tylko jednego gnoblara z wielkim tobołem w rękach i nawet jakby pasował to bym go nigdzie na bazę nie upchnął. Poza tym w ogóle nie pasował. Zrezygnowałem więc z dodatkowych osób w zestawie i użyłem kilku rodzajów trawek, tym razem bez długiej stepowej bo nie bardzo miałem ją jak umieścić żeby nie zasłaniała i pasowała. Oprócz tego wstawiłem pół starej tarczy i czaszkę, jakiś kamyczek, odrobinę posypki i na koniec gałązkę z liśćmi.  Tyle.
Wspominałem o sztandarze, że jest z nim problem. Jak widzicie już go nie ma. Wydarzyła mi się bowiem przygoda, którą nazwałbym szczęściem w nieszczęściu, a mianowicie ogr upadł ze stołu na podłogę i odpadła mu dłoń ze sztandarem. Postanowiłem więc to wykorzystać i wkleiłem mu ją tak żeby sztandar był prosty i wiszące elementy stosowały się do panującej wszędzie wokół grawitacji.
To nie wszystko czym się zajmowałem tego dnia, nie myślcie, że aż tak próżnowałem : ) Zastanawiałem się czy to ujawniać i na razie stwierdziłem, że to będzie niespodzianka na później. Zobaczymy jak się zdecyduję to ujrzycie co nieco przed oficjalną premierą.
Więcej zdjęć między innymi ogrów możecie zobaczyć tutaj.

RSS FeedRSS