środa, 3 marca 2010

Za siebie

Her hair becomes a twisted mass of thorns, briars and twigs, her face distorts into a terrifying and savage visage, her limbs turn long and wood-like, and her fingers become vicious talons capable of rending and impaling her prey.


Księga Wood Elves, 2005

Muszę przyznać, że miałem sporą satysfakcję po przeczytaniu komentarzy Czytelników, jakie pojawiły się po publikacji Starcia Tytanów. Nic nie daje takiego kopa do dalszej pracy, jak pozytywny odbiór! Co prawda moja armia została najskromniej skomentowana, czego akurat nie rozumiem. Szczególnie, że na tle miernoty, jaką pokazali Koledzy, mnie należało się najwięcej i najlepszych komentarzy. Bo co też takiego pokazali? Jak zobaczyłem zdjęcia, to nosiłem się przez moment z zamiarem dodania, że Starciu Tytanów patronuje Polski Związek Kynologiczny…

Przy okazji dzisiejszej odsłony naszej warhammerowej zabawy chciałem cofnąć się w czasie, powspominać, wyjaśnić, pogawędzić.  Jak daleko się cofnąć? Najpierw o pięć lat, do sierpnia 2005, imprezy, zwanej w pewnych kręgach Beerkonem, oraz faktu, że prosto ze stolicy przejechał do mnie świeżutki numer White Dwarfa - numer 308. Okładka i część zawartości poświecona była właśnie ostatniej edycji armii Wood Elves – raport, wywiady z grafikami, rzeźbiarzami i malarzami. Pamiętam, że byłem zachwycony tym, jak prezentowało się nowe dziecko GW. Było to dla mnie prawie jak otwarcie nowej ery figurek WFB. Przełomowy design (nie tylko w stosunku do starszej edycji armii, ale również do innych, dostępnych wtedy kolekcji), plastikowe zestawy do składania, wypowiedzi twórców, ich inspiracje. Pointa? Do dzisiaj uważam, że GW nie pobiło niczym poziomu wydanej w 2005 roku armii Leśnych Elfów. Pojawiły się oczywiście przez ostatnie lata nowe edycje dla innych ras, jednak tak kompletnego, gruntownego i udanego ‘przemeblowania’, jak w przypadku WE, nie zauważam. Wystarczy, że porównam do tego tak zwaną ‘nową edycję’ High Elves. Ale zostawmy to.  Czy pięć lat temu widziałem, że w końcu zasiane ziarenko zakiełkuje? Tak, kwestią otwartą pozostawało tylko kiedy.

Dla porządku cofnę się jeszcze o kilkanaście lat – ówczesna armia Leśnych Elfów to także moje pierwsze zetknięcie się ze światem Warhammera. Czy to przypadek? Być może, być może. Sprawcę tego zdarzenia znają wszyscy i pisałem już w kilku miejscach o tym ‘incydencie’. Tsar zawołał mnie kiedyś do siebie, bo był przywiózł właśnie sporą armię WE, którą odkupił okazyjnie, bodaj w bielskim wówczas Bardzie. Było tam sporo łuczników, trochę jazdy i włóczników. No i oczywiście Orion – kapitalna figura z poprzedniej edycji. Tak właśnie rodziło się hobby, gdy na podłodze graliśmy pierwsze bitwy, w których Tyrion dzielnie odpierał ataki połączonych, krasnoludzkich (sic!) i leśnych sił. Ciekawe, jaki pod to fluff by trzeba było napisać, co?

Wracając do reedycji sprzed pięciu lat i moich nad nią zachwytów, dzięki wspomnianemu WD zajrzałem na całą imprezę od kuchni. Po pierwsze Matt Ward (współautor księgi) i  sporych rozmiarów artykuł o stronie fluffowej i zasadach, a więc takie motywy, jak pełna napięcia symbioza elfów i pierwotnych mieszkańców Loren, jak autorska perspektywa, że na wszystkie trzy elfie armie w świecie warhammera należy patrzeć razem, niczym na trzyczęściową opowieść, wreszcie komentarze o tym, że Wood Elves to armia trudna w prowadzeniu, wymagająca sporego kunsztu, oparta na płynnej i delikatnej równowadze różnych oddziałów i ich zalet. Po drugie Alun Davies (jeden z trzech grafików, którego prace znalazły się w księdze) i jego spojrzenie na inspiracje, próbę oddania niepokojącego charakteru armii, naturalnego (w sensie, związanego z naturą), również neutralnego. Po trzecie Paul Jeacock i jego praca koncepcyjna, na której oparli się rzeźbiarze – próba odejścia od przesłodzonego fantasy i leśnych wróżek, pójście w kierunku mrocznego i groźnego klimatu, stworzenie wizji elfów i innych leśnych istot, nie będących w założeniu mieszkańcami lasu a raczej jego integralną częścią. Wreszcie Alex Hedstrom (jeden z kilku rzeźbiarzy odpowiedzialnych za powołanie nowych wówczas miniatur do życia) i jego spojrzenie na proces tworzenia wzorów, uzyskanego efektu płynności, zwiewności i delikatności, między innymi dzięki użyciu wielu długich płaszczyzn.  Co tu dużo mówić: człowiek się podpala, jak to czyta i widzi.

A co dzisiaj? Ponieważ, jak pisałem na wstępie, Koledzy spuścili ostatnio ze smyczy jakąś psiarnię, ja nie będę im dłużny. Najpierw pociągnę im fluffowo: beware you dog-eaters for the fury of tree-her has been unleashed and my tree-like-girls will strike you with anger… (prawie jak Pulp Fiction?) a potem zabiję ich poziomem malowania, przede wszystkim zaś ogólnym wyglądem oddziału. Dzisiaj bowiem chciałem pochwalić się regimentem leśnych driad, kolejnym plastikowym oddziałem z przepastnego pudła o nazwie ‘batalion’. Zestaw do montażu driad pozwala na sporą dowolność konfiguracji. Przyznam, że ich złożenie zajęło mi kilka dobrych godzin, jednak już po pierwszej figurce czułem się wniebowzięty – po prostu wzory te są kapitalne i nie mogę skończyć własnych zachwytów. Lekkość, dynamika i drapieżność sprawiają, że w mojej ocenie jest to jeden z najciekawszych modelarskich pomysłów GW. Nie mówiąc już o porównaniu do poprzedniej edycji, gdzie driady przypominały przebraną za chochoły grupę pijanych rolników, która wracała z jedynego we wsi baru, zataczając się wahadłowo na boki.

Nie sposób również przemilczeć zalet bojowych – tych dostajemy całkiem spory wachlarz. Nieprzeciętne statystki (S, T, A), formacja skirmisz, wreszcie wszystkie dobrodziejstwa zasady Forest Spirit sprawiają, że driady są mocnym uderzeniem w sekcji Core i nie wyobrażam sobie, żeby nie znalazły się w mojej armii. Oj, korci mnie już, żeby spróbować się w walce. Cierpliwości, cierpliwości…



Jak poszło malowanie? Dwie trudności: pierwsza z dostępem do miejsc tuż pod włosami-gałęziami, druga z kolorem bazowym, jaki zastosowałem. Przy prototypie (a więc pierwszej figurce) nie zwróciłem na to uwagi, jednak już przy próbie malowanie czterech na raz, co mam obecnie w zwyczaju (tzn. niekoniecznie cztery figurki na raz, tylko więcej), kolor bazowy (graveyard earth) nie krył, jak należy. Szybka decyzja i wyprawa po foundation paint khemri brown rozwiązały problem. Co do samej kolorystyki, to trzymam się tu oczywiście leit motivu z jesienią. Dla złamania efektu postanowiłem zrobić tym leśnym pięknościom mocne, zielone oczy. Do tego najlepiej według mnie nadał się kolor scorpion green. Poza tym chciałem napisać, że bardzo przypadło mi do gustu stwierdzenie Robsona: wolę mieć pomalowaną przyzwoicie armie, niż nie mieć super pomalowanej armii.... Zamierzam trzymać się go do końca leśnej przygody figurkowej, rezerwując bardziej wyszukane malowanie na pojedynczych bohaterów. Do usłyszenia w marcu… że co? Że fluffu nie ma?... Dobra, to dzisiaj będzie taki... Albo taki  …  A dla każdego, kto odsłucha, prezent od Leśnej Wytwórni Filmowej – strzała między oczy!

Regiment
Typ: driady + nimfa
Ilość: 9
Koszt w punktach: 120 pkt
Koszt w złotych: 56 zł

Armia
Stan posiadanych figur: 91,67%
Stan złożonych figur:  33,33%
Stan pomalowanych figur:  19,79%
Łączny koszt w punktach: 264 pkt
Łączny koszt w złotych: 123 zł

Adrian Stolarczyk

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

RSS FeedRSS