sobota, 11 sierpnia 2007

Synowie Marsa

Przygotowując kampanię Mars Ultor wpadłem na pomysł urozmaicenia i wzmocnienia występujących w grze armii za pomocą oddziałów najemników. Idea była taka, aby przygotować kilka dodatkowych elementów, przedstawiających różne rodzaje wojsk i ludów starożytnego świata, epoki wojen punickich. Tę pracą uszczęśliwieni zostali oczywiście gracze, w miarę ich możliwości.

Pomysł okazał się całkiem dobry i mam wrażenie, że spodobał się pozostałym uczestnikom. Najemnicy stali się dość istotną częścią strategii graczy (tak było w przypadku moich Kartagińczyków) choć nie było ich tak wielu jak sobie założyłem. Mimo niewielkiej liczebności, należy im się miejsce w tym dziale. Dopełnili bowiem  w ten sposób listy obecności naszej pierwszej, historycznej kampanii DBA.

W dalszej części artykułu, oddaję głos osobom, które w jakiś sposób przyczyniły się do powstania poszczególnych oddziałów najemniczych. Niech opowiedzą o nich kilka słów:

Sławomir Okrzesik

Balearscy procarze
Sławomir Okrzesik

Baleary to archipelag wysp u wschodnich wybrzeży Hiszpanii. To stamtąd pochodzili starożytni procarze, których sława dorównywała procarzom z Rodos czy kretańskim łucznikom, a nawet ją przewyższała. Proca była ulubioną bronią wyspiarzy, szkolił się w niej każdy młody chłopak, osiągając umiejętności rzadkie u innych ludów.

Do stworzenia tego elementu użyłem figurek z zestawu firmy HaT (8019 Carthaginian Spanish Infantry), które idealnie odpowiadają przekazom historycznym dotyczącym wyglądu i uzbrojenia. Balearscy procarze nie używali zbroi, a za odzienie służyły im lniane tuniki i lekkie buty ze skóry lub płótna. Ekwipunku dopełniała torba na pociski, sztylet i same proce (mogły być dwie lub trzy). Warto podkreślić, że mieszkańcy Balearów nie używali kamieni jako pocisków do proc, a specjalnie w tym celu wypalanych, glinianych kulek, dzięki którym zasięg celnego strzału sięgał nawet powyżej 100m. 

Greccy hoplici
Marcin Okrzesik

Wśród wojsk najemnych w kampanii, zabraknąć nie mogło Greków. W mnogich konfliktach ówczesnego świata, praktycznie nigdy ich nie brakowało. Często zdarzało się nawet (oczywiście prócz nie tak rzadkich konfliktów między samymi Grekami), że poszczególne grupy najemników stawały przeciwko sobie, czy też przeciw greckiej armii. Rekrutowali się tak z ludów zamieszkujących Grecję kontynentalną, jak i Azję Mniejszą. Okres w którym rozgrywany był Mars Ultor przypada na końcowe już lata świetności i popularności tych oddziałów. Od czasów bowiem panowania Rzymskiego, znaczenie wojsk najemnych bardzo się zmniejszyło, a sami grecy służyli jeszcze, ale już jako oddziały auxilii w armiach rzymskich więc i najemnikami nazwać ich nie można.

Zatem, mimo mocnej reprezentacji pod postacią Związku Achajskiego czy też uznającej się za Greków (nie bez przyczyny) Macedończyków, znalazło się jeszcze miejsce na oddział hoplitów, złożony z moich zapasów. Figurki pochodzą z greckiego zestawu Zvezdy (8005 Greek Infantry), przedstawiają dość typowy obraz hoplity Greckiego, z nieodzownym hoplonem, uzbrojonego we włócznie i krótki miecz. Wyposażeni dodatkowo w lekkie skórzane napierśniki i miedziane nagolenniki. Oddział został przygotowany i pomalowany przez Robsona. 

Italicka jazda i piechota, numidyjscy jeźdźcy
Adrian Stolarczyk

Moje zadania w ramach przygotowań do kampanii Mars Ultor objęły również malowanie trzech elementów najemnych. Zdążyłem z dwoma, o których można przeczytać na moim blogu. Wspomnę jedynie, że chodzi o italską piechotę, malowaniu której towarzyszyły rozterki co do ostatecznej koncepcji kolorystycznej. Drugi element, to słynna lekka jazda numidyjska, którą upodobałem sobie ze względu na estetykę wzoru i wrodzone zamiłowanie do konnicy.

Trzeci element, którego nie udało mi się ukończyć w założonym terminie, to jazda italska (lub kampańska). Mam do niego pewien sentyment, głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, reprezentuje on oddział konny plemion zamieszkujących półwysep apeniński, które na długo przed dominacją Rzymu stworzyły prężne ośrodki cywilizacyjne. Ponieważ uwielbiam dzieje ‘sprzed’ popularnie dostępnej historii (dla przykładu historia przodków Mieszka I), lubię sobie wyobrażać, że owi konni to italski (etruski?) wódz i jego obstawa, uchwyceni w momencie, w którym patrzą ze szczytu skał na maszerującego wąwozem wroga. Po drugie, lubię niedopowiedziane lub niedokończone historie. Dla przykładu, uwielbiam oglądać plany francuskich czy niemieckich pancerników, pod które nigdy nie położono stępki, i lubię zastanawiać się, ‘co by było gdyby”. Podobnie jest w przypadku elementu jazdy italskiej. Kto wie, jaki wpływ mieliby na przebieg kampanii, jaką odegraliby rolę, na którym froncie walczyli, itd.

Co do wykonania modelu napomknę tylko, że postanowiłem włożyć nieco pracy w podstawkę oraz po raz pierwszy użyłem kasztanowego tuszu. No i strzeliłem sobie w kolana, wybierając biały na kolor tunik. Trudno się nim maluje… Mówię tak, jakbym przez dziesięć lat nie malował elfach tunik!!! Trzy elementy najemników, które wykonałem, były ciekawą odmianą od legionowej monotonii. Z pewnością urozmaicą moją półkę z tym okresem historycznym i ucieszą moje oko, ilekroć je tam zawieszę. 

Kretańscy łucznicy
Marcin Okrzesik

Czyli kolejny symbol najemnika antycznego. Kreteńczycy słynęli ze swego zamiłowania do sztuki łuczniczej, co też wielokrotnie zostało wykorzystane przez różne nacje. Oddziałami strzelców z Krety posługiwali się najwięksi  wodzowie tamtych czasów, Aleksander i Hannibal. Już sam ten fakt stanowi mocny list polecający dla każdego generała mającego możliwość wynajęcia ich usług. Kreteńczycy używali długich drewnianych łuków (choć według niektórych źródeł, mogli używać również łuków kompozytowych) o zasięgu nawet do 200 metrów. Dodatkowo posiadali przeważnie krótki miecz, rzadziej tarczę. Tak uzbrojeni, w charakterystycznych dla siebie, czerwonych tunikach (kolor ten utarł się już w mnogich przekazach, do dzisiaj jednak nie jest do końca pewne, czy Kreteńczycy tego koloru właśnie najczęściej używali), ruszali do boju dowodzeni przez każdego, kto mógł odpowiednio zapłacić.

Oddział na potrzeby kampanii, złożony został z łuczników znajdujących się w zestawie piechurów greckich Zvezdy (8005 Greek Infantry), pomalowany (oczywiście na czerwono) i ukryty zręcznie wśród skał przez MiSiA. 

Syrakuzańska artyleria
Sławomir Okrzesik

Właściwie nazwałem ten element syrakuzańskim tylko dlatego, by było bardziej klimatycznie. Przygotowana przeze mnie artyleria jest bowiem tak naprawdę rzymskim skorpionem, nieco mniejszym rodzajem greckiej balisty. Ten nie nadawał się do burzenia murów, ale za to budził uzasadniony strach wśród piechoty, która stała gdzieś po niewłaściwej stronie maszyny.

Element zawdzięczam, po raz kolejny, firmie HaT (#8035 Roman Catapults), z której figur został złożony. Obsługa również jest wyjątkowo nie grecka i przedstawia raczej późno republikańskich legionistów rzymskich. Cóż, nikt nie jest idealny.

I to już wszystko. Mam nadzieję, że ten krótki przegląd był równie interesujący, jak artykuły dotyczące innych naszych armii, które wzięły udział w kampanii Mars Ultor.

wtorek, 7 sierpnia 2007

Złoto dla zuchwałych

Skończyłem kolejny oddział do mojej armii imperialnej Oj, jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej szło mi to tak szybko jak ostatnie tygodnie. Tfu, tfu, żeby nie zapeszyć. Oby natchnienie malarskie trwało jak najdłużej.

Outriders to moje kolejne dzieło spod pędzla. Zostali pomalowani w kolorach Ostermarku. Zbroje zrobiłem im złociutkie żeby byli troszkę inni niż wszyscy, chociaż włócznicy ostatnio też „jak złoto” wyszli. Modele tego oddziału to nawet nie szósta edycja, a piąta. W szóstej zostali zlikwidowani i przywrócono ich dopiero w obecnej. Nowe plastikowe figurki z siódmej edycji nie podobały mi się więc skorzystałem ze starych. Jedynie co pojawiło się lepsze to konie i te mam nowe. Jeśli o koniach mowa, to przy ich malowaniu skorzystałem ze wskazówek w artykule Misia. Nie do końca malowałem według jego wytycznych, ale zaczerpnąłem sporo inspiracji. Myślę, że wyszły całkiem w porządku. Wracając do jeźdźców, niestety są to tylko dwa rodzaje figurek więc aby urozmaicić regiment trochę poprzekręcałem im tułowia. Skierowałem w tył, w górę itp. Muzyk został skonwertowany. Wyciąłem trąbkę z nowych wyprasek Outriders, wyciąłem miecz z metalowej figurki i wkleiłem instrument. Tego jednak tu nie zobaczycie, musicie zaglądnąć do Naszych Armii dokładnie tutaj.

Zabieram się teraz za kolejny oddział. Jeszcze nie wiem, co to będzie. Mam na oku łuczników lub kuszników. Jeszcze trochę mi tego zostało, więc sprężam się jak mogę. Byle do przodu.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

Jak pomalować tarczę?

Zgryz mam ciężki nie powiem, próbuję na różne sposoby, staram się podglądać u innych, ale nie wiem jak pomalować wojownikowi tarczę. Zazwyczaj na zdjęciach nie można dojrzeć jak inni to zrobili, bo po prostu ten fragment na zdjęciach rzadko występuje. Na różnego rodzaju turniejach czy spotkaniach są inne sprawy i mnóstwo emocji to i człowiek zapomni. Jak na złość również rzeźbiarze rzadko się starają nam ułatwiać i tarcza jest zazwyczaj płaska, bez żadnej faktury.

Że co? Głupoty opowiadam? Aaaa! Nie wspomniałem, że chodzi mi o tylną część tarczy co? Ano właśnie o tę jej część chodzi, bo przód – wiadomo, pole do popisu. Tył zazwyczaj, przynajmniej w moim wykonaniu, to po prostu zapychacz. Chlast! Trochę brązowej farby i zapominamy. A zapominać być może nie powinniśmy, wszak to kolejne pole do popisu, i czasami jedna z niewielu możliwości na ożywienie tylnej części figury.

Przy ostatnich figurkach zacząłem coś zmieniać, symulować jakieś deski, wszak to przecież drewno obciągnięte skórą czy obite blachą. Zarzuciłem kolor piaskowy, trzasnąłem jaśniejsze, pionowe paski i już. Cóż powiedzieć, zadowolony nie jestem, dlatego nie będę pokazywał jak mi wyszło. Może wy coś podpowiecie? Jakiś szybki i efektowny sposób na ożywienie tylnego elementu tarczy? Czekam na przepisy.

Tymczasem kolejnych pięciu Iberów do mojej armii hiszpańskiej stoi gotowych. Tymczasowo zarzucone zostały celtibryjskie warbandy, z powodu braku figurek (będę na dniach zamawiał!), i ruszyłem z auxiliami. Różnica właściwie tylko w hełmach, braku płaszczy i nieco we wzorach tarcz. 15 za mną, przede mną przynajmniej dwa razy tyle. Do dzieła!

Pomocnik

Chciałbym przedstawić Wam dzisiaj mojego pomocnika, a właściwie pomocniczkę. Koleżanka ze zdjęcia to Kropka. Niektórzy ją już mieli (nie)szczęście poznać :) Kropka ma dwa i pół miesiąca, mieszka sobie ze mną i wbrew pozorom wcale nie pomaga mi w malowaniu, a wręcz przeciwnie. Ostatnio wskoczyła mi na stół gdzie miałem kącik malarski i zdemolowała wszystko. Za to daje dużo uciechy. Kot jest szaleńcem, goni, gryzie, drapie, wspina się gdzie popadnie i co rano łazi mi po głowie. Miło patrzeć jak ten huncwot je i rośnie, jak bawi się czym popadnie, ostatnio ulubioną zabawką jest gąbka, wcześniej był zmięty papier i skarpetka. To by było na tyle, chciałem tylko przedstawić nowego członka rodziny. Uwaga! Atakuje stopy ;)

środa, 1 sierpnia 2007

Wyrzutnik sumienia

Idea

Człek ze mnie leniwy, do tego jakoś brak mi ostatnio motywacji do malowania. Chcę, knuję ale niewiele z tego wychodzi. Jednak jak wiadomo z myślenia wychodzą czasem różne dziwne rzeczy, więc myślałem. A co myślałem? Ano mniej więcej:

- Kopa ci trza, coś cię do pracy musi napędzać, coś motywować, pomagać.”

I nic, nie mogłem znaleźć nic takiego, turniej żaden nie zbliżał się wielkimi krokami, w wfb nie ma z kim grać, do tego ciągle coś odwraca uwagę w inną stronę. Po jakimś jednak czasie, oko me padło na mały zmizerowany przedmiocik, leżący na parapecie mojego byłego już pokoju. Ha! To było to! Eureka! Kleopatra! Curie Skłodowska też! Nie czekając ni chwilę dłużej chwyciłem to w garść i pobiegłem z kurzu obmyć, i tak narodził się Wyrzutnik Sumienia.

Plan
Do wykonania wyrzutnika nie trzeba wiele ani pracy, ani chęci, ani zdolności. Już samo to zdaje się gwarantować sukces osobom mojego pokroju. Najważniejsze żeby to coś, coś czego potrzebujemy nosiło oznaki pudełkowatości, przezroczystości i braku kurzenia się wewnętrznego. Dodatkowo może przydać się jakiś kawałek gąbki, czy też, jak w moim przypadku, kawałek papieru toaletowego. Jak mamy już takie pudełko to:
  • wykładamy je czymś miękkim,
  • wkładamy tam figurki które mamy pomalować albo są zaczęte acz nie skończone,
  • zamykamy co by się nie kurzyło,
  • umieszczamy w miejscu gdzie wzrok nasz pada często (nie na telewizorze).
Zasada działania
Jakże prosta, a jakże genialna! Wyrzutnik działa poprzez bodziec wzrokowy który połączony systemem nerwowym z sumieniem powoduje wyrzuta. Wyrzutnik z zasady nie działa w przypadku osób bez sumienia zatem. Stawiając go na widocznym miejscu, np. na biurku przy którym zwykliśmy zasiadać, czy obok łóżka jeśli ktoś niezbyt siedzieć lubi, narażamy się na ciągłe bombardowanie wspomnianymi wzrokowymi bodźcami, które ruszają nasze sumienie, wywołują myśli o malowaniu, tęsknotę do pędzla, pomysły jak zaczęte figurki dokończyć i za co zabrać się później aż ostatecznie powodują zabranie się za malowanie. Nie pozostało nic innego, niż pomysł w życie wprowadzić, robiąc przy okazji za beta-testera.

Podsumowanie testów
Testami zająłem się zatem bez zwłoki, do wyrzutnika trafił kuszniczy kwartet któremu barw zabrakło od pasa w górę (biorąc pod uwagę, że krasnolud od pasa w dół nie stanowi dużego wyzwania artystycznego, nazwać ten etap malowania można stanem surowym) sam zaś wyrzutnik stanął na specjalnym stoliku przeznaczonym do malowania, po mej prawicy.
Było to miesiąc temu, pierwsze dwa tygodnie dumnie nazywałem testami, kolejne dwa – pogodną rezygnacją. Jakie wnioski zatem? A takie, że wyrzutnik sprawuje się doskonale... jako powstrzymywacz kurzenia się figurek. Co do jego działania głównego, to po kilku godzinach przesiadywania obok niego, stał się częścią krajobrazu, jak plamka na ścianie co denerwuje przez pierwsze 2 godziny a potem przestaje zwracać uwagę, czy włącznik światła widniejący na horyzoncie. Wyrzutów nie uświadczyłem, sam wyrzutnik ma sie dobrze, jednak nazwę wymyślić trzeba będzie chyba inną, bo ta nijak nie pasuje.

Wnioski
Wnioski w sumie przedstawiam na zasadzie alternatywy, bo doszedłem do wniosku, że lepiej będzie jak stwierdzę u siebie tylko jedną z tych przypadłości, dwóch na raz bym nie zniósł.
Albo nie mam sumienia, albo kiepski ze mnie wynalazca. 

RSS FeedRSS